Tag Archives: obligacje

Dla kogo Morawiecki przygotował swoje slajdy?

Na portalu Salon24.pl trafić można na ciekawą analizę i ocenę tzw. planu Morawieckiego. Komu ma służyć Strategia na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju i jak ma być zrealizowana?

Zbliża się kolejny kryzys

Przeczytanie opinii Jordana Belforta aka „Wilka z Wall Street”, który odradza inwestycje w kryptowaluty w tak dużej gazecie finansowej jak Financial Times, uświadamia mi, że inwestorzy czekają na koniec świata. Belfort przez wiele lat manipulował na giełdzie. Został oskarżony i uznany winnym, spędził prawie dwa lata w więzieniu, a mimo to teraz nagle powstał się z popiołów i pełni rolę doradcy.

Niepewność na światowych rynkach

Początek 2016 roku przyniósł serię zawirowań na globalnych rynkach finansowych spowodowaną problemami gospodarczymi w USA i Chinach, spadającą ceną ropy naftowej oraz istotną przeceną wartości banków − indeks giełdowy największych banków europejskich (Stoxx Europe 600 Banks) stracił od początku roku ponad 30%.

Czy Grecja pociągnie UE … na dno?

Czy Grecja znów pociągnie giełdy i Unię Europejską w dół? Coraz głośniej ostatnio o narastających problemach gospodarczych państwa greckiego, które ponownie zaczyna wywoływać gęsią skórkę u wielu tzw. inwestorów. Tych zwłaszcza, którzy w ostatnich latach rzucili się na greckie obligacje. Bo przecież miało być tak piękni...

Rząd Portugalii rozważa formę grabieży swoich niewolników

Choć w ostatni weekend władze Portugalii nie zdecydowały się na konfiskatę bankowych depozytów swoich obywateli, tak jak zrobiono to na Cyprze, nie znaczy, że Portugalczyków nie czekają jeszcze jakieś niespodzianki.
Po tym, jak w ubiegłym tygodniu (w piątek 5 kwietnia 2013 r.) Trybunał Konstytucyjny Portugalii zakwestionował część cięć budżetowych przewidzianych w tegorocznym budżecie, jako niesprawiedliwych, władze kraju zastanawiają się, gdzie znaleźć pieniądze, które pozwolą wywiązać się z obietnic złożonych Unii Europejskiej i MFW. Oczywiście najprościej byłoby ograbić Portugalczyków konfiskując im przynajmniej część bankowych depozytów. Byłbym naiwny gdybym sądził, że rząd tego wariantu nawet nie rozważał. Sprawa cypryjska jest  jednak wciąż na tyle gorąca, że z politycznego punktu widzenia dobrze będzie chyba jakiś czas odczekać. Rozważane są zatem inne pomysły. Taki chociażby, aby w kwietniu, pensje w budżetówce oraz emerytury wypłacić w postaci rządowych obligacji. Jednym słowem, dać ludziom jakieś papierki, którymi - niewykluczone - że za jakiś czas będą mogli się, co najwyżej, podetrzeć. Czym innym bowiem są zobowiązania rządu wobec banków (tu kasę oddać trzeba, bo banki - jak wiadomo - są "zbyt duże by upaść"), a czym innym wobec własnych niewolników zwanych obywatelami. Tych można bez skrupułów oskubać. No, może do tego nie dojdzie, niemniej jeśli rząd rozważa taki wariant, tj. wypłatę zobowiązań w formie obligacji, znaczy to, że zaciąga kredyt, którego być może nie będzie w stanie spłacić. Jestem nawet jakoś dziwnie pewny, że ci, co przyjmą pensje w obligacjach (mogą nie mieć innego wyjścia), przez jakiś czas, a może już na zawsze, zostaną z ręką w nocniku. Ciekawe, jak rząd opłaci siebie, wszak to też sfera budżetowa i na przykład policję, na pomoc której w razie czego chciałby pewnie liczyć. Czy portugalscy zomowcy, gdy zamiast gotówki dostaną w kwietniu rządowy papierek zawierający obietnicę, że kiedyś tam zostanie on zamieniony na pieniądze, zechcą chwycić za pałki, by bić i rozpędzać protestujący naród? Tego zapewne i sam rząd Portugalii nawet nie wie. Dlatego, mimo chwilowego oderwania się od tematyki Cypru, wciąż nie wykluczałbym cypryjskiego rozwiązania w Portugalii. Policjantów się nie skrzywdzi a forsę się wyrwie. Ale, jak wiadomo, takie sprawy załatwia się znienacka czyli w weekend. Gdybym był Portugalczykiem i miał pieniądze w banku, pewnie zrobiłbym w najbliższym czasie wszystko, by je stamtąd wydostać. Tak, na wszelki wypadek... Paweł Sztąberek

Obligacje Breżniewa ciążą Rosji

Właściciele wyemitowanych przez Leonida Breżniewa w 1982 roku obligacji mają powód do radości. Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu nakazał państwu rosyjskiemu wypłatę rekompensaty Jurijowi Łobanowowi oraz Marii Andriejewej za papiery dłużne, które nabyli w tamtym właśnie okresie. Jak podaje forsal.pl, ten precedensowy wyrok otworzył furtkę wszystkim właścicielom obligacji, którzy jak dotąd bezskutecznie starali się o odzyskanie pieniędzy. Wyrok z pewnością jednak nie ucieszył rosyjskich władz, gdyż łączna wartość sowieckich papierów wartościowych jest równa niemalże połowie PKB kraju.
Zarówno Łobanow jak i Andriejewa, oboje bardzo już wiekowi, mogą się cieszyć z wygranej. Jak dotąd bowiem państwo rosyjskie nie skupiło większości obligacji z czasów Breżniewa i co więcej robi wszystko, aby przeciągnąć sprawę jak najdłużej. Dziś pierwszy z poszkodowanych będzie bogatszy o 37 150 euro lub równowartość 140 własnych pensji, natomiast pani Andriejewa dostanie 4300 euro, co stanowi dwukrotność zainwestowanej wówczas przez nią sumy. Niestety dla rosyjskich władz to zaledwie kropla w morzu długu, jaki państwo ma wobec właścicieli sowieckich obligacji. Wartość papierów dłużnych wynosi obecnie 25 bln rubli czyli ok 785 mld dolarów. To prawie tyle ile wynosi połowa PKB kraju. Jak na razie Putin chce przeciągnąć sprawę spłaty samych tylko odsetek do 2015 roku. A odsetki przecież cały czas rosną. Tymczasem w internecie kwitnie obrót breżniewowskimi obligacjami. Wiele osób liczy na łatwy zysk, zwłaszcza że mają na swoje poparcie sądowe wyroki. Według Borisa Kheyfetsa z Instytutu Ekonomicznego Rosyjskiej Akademii Nauk w Moskwie ten dług powinien zostać spłacony w latach 90 – tych. Obecnie realizacja zobowiązań mogłaby doprowadzić do natychmiastowego załamania gospodarki. Można powiedzieć, że Rosja na własne życzenie narobiła sobie takiego bałaganu. W przeciwieństwie do innych byłych republik sowieckich zobowiązała się do spłaty całego długu. W 1995 roku prezydent Borys Jelcyn podpisał ustawę, która ustalała ceny skupu obligacji na przypuszczalnym poziomie, jaki mógł obowiązywać w 1990 roku. Władimir Putin rozpoczął spłatę obligacji podczas pierwszej kadencji, kiedy to wzrosły ceny ropy i w budżecie było więcej pieniędzy. Dziś rośnie deficyt i władze nie są już tak skore do wypłaty zobowiązań. Rosyjski minister finansów w opublikowanej w ubiegły roku strategii zadłużenia tak skomentował spłatę zaległych roszczeń: „Jeśli to faktycznie będzie miało miejsce, państwo zostanie pozbawione możliwości pokrycia innych wydatków w długiej perspektywie czasu”. ISz

A jednak „zielona wyspa”!

Minister Jacek Rostowski nie traci świetnego samopoczucia. Właśnie dowiedzieliśmy się z jego ust, iż nie dziwota, że polskie 5-latki (nie plany, nie, nie, lecz obligacje) osiągnęły najniższą w historii rentowność. "W piątek 3 sierpnia o godz. 15.30 rentowność obligacji 5-letnich emitowanych w złotych wyniosła 4,25 proc. i osiągnęła najniższy poziom w historii na rynku wtórnym. Poprzednio najniższy poziom miał miejsce 21 września 2005 r. i 28 lutego 2006 r., gdy wynosił 4,28 proc." - czytamy w komunikacie ministerstwa finansów. Sam minister Rostowski twierdzi, że ów stan to jedynie dowód na to, że inwestorzy doceniają rząd RP oraz prowadzoną przez niego politykę fiskalną. Minister dodał, że nawet gdyby po rządach PO doszli do władzy jacyś populiści to i tak nie uda im się zepsuć zbyt szybko tego, co w sferze porządkowania finansów publicznych osiągnął rząd.
Czyli jednak "zielona wyspa"! A może dalsze "rżnięcie głupa" przez pana ministra? W ostatnich dniach silnie, w stosunku do obcych walut, umocniła się złotówka. Zbieżność tego faktu z tym, że akurat teraz rząd wypuszczał kolejne obligacje może jest, a może nie jest przypadkowa. Pewnie niedługo dowiemy się ile eurosów wypuścił na rynek rządowy Bank Gospodarstwa Krajowego i ile złotówek za nie wchłonął, byleby tylko wzmocnić polską walutę, czyli tym samym - obniżyć wartość naszego długu? Poza tym zobaczmy jakie retoryczne kuriozum stosuje minister w swojej wypowiedzi: "w kryzysie Polska doznała jednego z najniższych wzrostów zadłużenia w relacji do PKB w całej Unii Europejskiej". Czyli zadłużamy się dalej, co prawda z "mniejszym przyrostem" ale jednak. To tak jakbyśmy obcinali sobie systematycznie po kawałku nogę, ale w pewnym momencie postanowilibyśmy, że od dziś będą to nieco mniejsze kawałki. Mistrz Rostowski, nie ma co! Paweł Sztąberek

Pod płonącym niebem…

Upadek strefy euro staje się na naszych oczach faktem. Daily Telegraph donosi, że rząd Wielkiej Brytanii jest już przekonany o czekającym nas końcu wspólnej waluty. Zalecił też przygotowania do wielkiego wstrząsu, jaki będzie się z tym wiązał. Rozesłane zostały m.in. ostrzeżenia do ambasad brytyjskich w krajach objętych unią monetarną, przed zbliżającymi się zamieszkami oraz przed możliwym upadkiem sytemu bankowego. Tak właśnie kończy się podkopywanie solidnych fundamentów, opartych na prawach ekonomicznych i zastępowanie ich drewnianymi podporami politycznymi.
Strefa euro dobiegnie końca w 2012 roku. Chaotyczne procesy, których będziemy świadkami, nie pozwalają przewidzieć, w którym dokładnie momencie to nastąpi. Najbardziej dramatycznym faktem jest to, że jakieś 90% Europejczyków będzie kompletnie zaskoczone tymi wydarzeniami. Większość polityków odgrywa przed naszymi oczami teatrzyk, udając, że wszystko jest pod kontrolą. Na szczęście coraz więcej sygnałów o zbliżającym się wstrząsie trafia na czołówki portali internetowych. W telewizji jednak informacje te rzadko przebijają się przez sterty politycznych majaków. Nawet jeśli wspomina się o nich, to nie mówi się o ostatecznych konsekwencjach tych wydarzeń. W praktyce koszty upadku strefy euro w takiej formie, jaką ją znamy, poniesiemy my wszyscy, a ci, co nie przygotowali społeczeństwa na ten wielki upadek, będą musieli przyjąć całą winę na siebie. Establishmenty bankowe nawołują do masowej akcji skupowania przez Europejski Bank Centralny obligacji zadłużonych krajów. EBC nie ma pieniędzy na taką operację. Teoretycznie pozostaje więc tylko jedno wyjście - masowy dodruk papierowych euro wzorem amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Takiemu rozwiązaniu sprzeciwiają się aktualnie Niemcy. Najwyraźniej potrafią wyciągać wnioski z przeszłości. Angela Merkel wie, czym zakończyły się takie działania w XX wieku. Rząd niemiecki finansował wtedy wydatki budżetowe poprzez dodruk pieniędzy. W przeciągu nieco ponad dziewięciu lat marki niemieckie zostały tak mocno wyprane z wartości, że stały się zwykłymi, zadrukowanymi karteczkami papieru. Inflacja cen osiągnęła pod koniec 1923 roku astronomiczną wartość 50% dziennie. Starając się jakoś funkcjonować, społeczeństwo zaczęło domagać się codziennych wypłat. Efektem hiperinflacji cen było to, że pensja wypłacona jednego dnia robotnikowi, była przez niego natychmiast wydawana w najbliższym sklepie na cokolwiek. Ludzie zdawali sobie sprawę, że jeżeli przetrzymają papierki choćby przez kilka godzin, to nie będą w stanie praktycznie nic za nie kupic. Ot, taki "raj" keynesistowski napędzający konsumpcję. Stan taki nie trwał długo. Koszmar zakończył się po kilku dniach, wraz z wprowadzeniem nowej waluty. Niemcy pamiętając o tamtych tragicznych wydarzeniach, prawdopodobnie nie zgodzą się na wielki dodruk euro, mający na celu skupowanie obligacji. Niezależnie jednak od podjętej decyzji, strefa euro jest skazana na upadek. W przypadku braku dodruku, dojdzie do rychłego rozpadu strefy euro, co spowoduje kryzys zaufania do tej i tak dosyć mało wiarygodnej waluty. Dodruk oznacza nic innego, jak kryzys zaufania do euro na skutek wystąpienia wysokiej inflacji cen, bo pakiet musiałby być gigantyczny. Do tego do drzwi puka poważna recesja, przed którą przestają już chronić nawet rozbudowane wydatki publiczne. Warto wspomnieć, że Grecy nie czekają z założonymi rękoma. Nie wierzą już politykom. Wielu z nich zdecydowało się przejść na handel wymienny, który, podtrzymywany wystarczająco długo, spowoduje wyłonienie się nowej, rynkowej waluty. Oczywiście w praktyce jest to koszmar dla państwowego monopolisty, bo papierowa waluta ma tylko jeden fundament - fikcyjną gwarancję wartości ze strony państwa. Jak już wspomniałem, brak dodruku oznacza całkowitą katastrofę finansową wielu krajów członkowskich strefy euro. Oprocentowanie obligacji poszczególnych krajów stale rośnie. Rządy muszą obiecywać coraz więcej, żeby zaciągnąć kolejne pożyczki. Chwieje się jeden z głównych fundamentów strefy euro - Francja. Już wkrótce z całą pewnością doczekamy się obniżenia ratingu kredytowego tego kraju. Ostatnio było też głośno o problemach ze sprzedażą obligacji przez Niemcy. Jedyne, co mogłoby uratować ten system przed zapaścią, to dobrowolne masowe cięcia budżetowe. Nie jakieś kosmetyczne poprawki, a praktycznie całkowita zmiana modelu gospodarczego poszczególnych krajów europejskich, prowadząca do zrównoważenia budżetu. Na to jednak nie zanosi się przed wielką katastrofą z kilku powodów. Po pierwsze, rządzący politycy nie są w stanie podjąć takich decyzji z uwagi na partykularne interesy. W warunkach współczesnej, zdegenerowanej demokracji, cięcia na taką skalę oznaczałyby koniec kariery politycznej ludzi, którzy ich dokonali. Po drugie, masowe cięcia budżetowe oznaczają koniec sztucznego nakręcania gospodarki wydatkami publicznymi. Doprowadziłoby to do błyskawicznego załamania statystyk gospodarczych (które, tak na marginesie mówiąc, czeka nas wcześniej czy później). Uratować mogłaby je jedynie obniżka podatków, a to oznacza kolejne cięcia budżetowe (przypominam, że zadłużać dalej się nie da!). Po trzecie, takie cięcia wywołałyby masowe protesty, zamieszki i bunty, bo nie ma co liczyć na zrozumienie w sytuacji, gdy odbiera się komuś przywileje. Mamy więc pat? Powyższe zmiany, tak czy inaczej, będą musiały zostać dokonane. Nie ma innego wyjścia. Spirala gospodarczej śmierci jest procesem, którego w obecnej chwili nie da się uniknąć. Z pewnością nie zrobią tego jednak obecne elity polityczne, których wiarygodność wisi na włosku. Jak w świetle dzisiejszych doniesień Daily Telegraph, wyglądają wypowiedzi polskich polityków, o tym, że ciągle powinniśmy dążyć do członkostwa w strefie euro? To są pomysły kompletnie oderwane od rzeczywistości. Całkowicie kompromitują tych ludzi. Warto je zapamiętać, przytoczyć za kilkanaście miesięcy i wyciągnąć wnioski. Załamanie systemu to nie jest nic przyjemnego. Doskonale odczuły to osoby, które pamiętają upadek ZSRR. Być może dlatego niektórzy polscy politycy nie chcą dopuścić do siebie myśli, że może stać się to faktem. Chciałbym, żeby można było uniknąć tego chaosu, który nadciąga. Konsekwencje społeczne takich wstrząsów będą tragiczne. W tej chwili możemy jednak tylko czekać i mieć nadzieję, że wszystkie te wydarzenia skończą się w nieco mniej pesymistyczny sposób, niż się na to zanosi. Gospodarki nie da się naprawić inaczej niż poprzez cięcie wydatków publicznych, obniżkę podatków, powrót do solidnej waluty opartej na trwałych dobrach i zmniejszanie przepisów biurokratycznych, tłumiących przedsiębiorczość. Podtrzymywanie innych rozwiązań, to dokładanie kolejnych cegiełek do budowy antyutopii skazanej docelowo na upadek. Po wielkim kolapsie przyjdzie otrzeźwienie. Być może będzie to okupione zamieszkami, niepokojami i cierpieniem, ale w pogoni za szczęściem dotrzemy w końcu do wyspy spokoju, znajdującej się gdzieś na burzliwym oceanie naszej egzystencji. Mocno wierzę, że przyszłość rozbłyśnie ogniem wolności. Można było tej tragedii uniknąć, gdybyśmy słuchali właściwych osób i wyciągali wnioski. Nikt nie chciał tego robić, kiedy wprost mówiono o tym, że przez pomysły oderwane od ekonomicznej rzeczywistości, poleje się krew na ulicach. Teraz na wnioski jest już za późno. Gra skończona... Łukasz Stefaniak

Debata PROKAPA: Czy stoimy w obliczu kryzysu? – odpowiada Damian Kot, ekspert PAFERE

W ramach Debaty PROKAPA „Czy stoimy w obliczu kryzysu gospodarczego?” publikujemy opinię p. Damian Kota, eksperta Polsko-Amerykańskiej Fundacji Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego (PAFERE).

Tragedia euro: UGW jako system wywołujący konflikty

Publikujemy fragment książki Philippa Bagusa "Tragedia euro", wydanej niedawno w Polsce przez Instytut Ludwiga von Misesa. Portal Prokapitalizm.pl dziękuje p. Witoldowi Falkowskiemu, prezesowi Zarządu Fundacji LvM za udostępnienie niniejszego fragmentu.

Popyt trzykrotnie przewyższył podaż

Gdy kupujący są gotowi kupić trzykrotnie więcej niż oferują sprzedający wówczas mamy do czynienia w zasadzie z kilkoma możliwościami: albo oferowanego towaru jest za mało i niemal wszyscy go chcą, albo cena jest nadzwyczaj korzystna dla kupujących i trudno przepuścić taką okazję, albo jedno i drugie: ktoś sprzedaje unikalny towar po cenie znacznie różniącej się od rynkowej. Tak duża nadwyżka popytu nad podażą oznacza, że cena mogłaby być znacznie korzystniejsza dla sprzedającego. Jeśli sprzedający oczekuje – jak się okazuje – niekorzystnej dla siebie kwoty pieniędzy, to albo nie ma rozeznania w rynku oferowanych towarów, albo z jakichś tajemniczych przyczyn robi kupującym prezenty. Tyle tytułem teoretycznego wstępu, a teraz do rzeczy. Gość programu ekonomicznego w radio TOK.FM zechciał ucieszyć się z wiadomości, że popyt na bony skarbowe emitowane przez polski rząd trzykrotnie przewyższył podaż. Pozostali goście i znany redaktor prowadzący podzielali radość. Pół roku temu przedstawiciele rządu opowiadali nam, że na „polskie papiery wartościowe” nie będzie chętnych i dlatego „zaklepali” sobie (za ile? tj. ile to kosztuje podatnika) obietnicę pożyczki w Międzynarodowym Funduszu Walutowym. Tymczasem chętnych było trzy razy tyle, co oferowanych papierów. Papiery te to przyrzeczenie rządu w imieniu podatników polskich, że wykupi bony wg nominałów i zapłaci dodatkowo odsetki. Skoro popyt był aż tak wielki, to widocznie wielka była też okazja do zarobku. Jak wielka? Tu otwiera się pole do popisu dla ekspertów z licznych uczelni ekonomicznych. Po zainteresowaniu kupujących sądzić jednak należy, że oferowane oprocentowanie było zbyt duże, czyli podatnik polski zapłaci za tę formę pożyczki znacznie drożej niż by musiał. Na koniec zagadka: czy urzędnicy Ministerstwa nie mają rozeznania w rynku czy ktoś – dlaczego i… za ile?– robi inwestorom prezent na wielomilionowy koszt polskiego podatnika? A może popyt trzykrotnie przewyższający podaż na papiery państwa z Europy środkowo-wschodniej, mającego ponad 600 miliardów długu, corocznie kilkadziesiąt miliardów deficytu budżetowego i posiadającego walutę inną niż dolar i euro to norma? Po co więc było straszyć, że nikt polskich papierów nie kupi? W tym samym celu w jakim straszy się grypą ptasią, świńską i inną? Rozwiązaniem dobrym także dla naszych dzieci i wnuków jest konstytucyjny zapis o zakazie tworzenia deficytu budżetowego. Znikną pokusy dla urzędników i polityków, a dodatkowo nie będzie trzeba rozmyślać czy długi uda się komuś sprzedać i kiedyś za coś wykupić. Ale takie rzeczy to tylko w Estonii. Wojciech Popiela