Tag Archives: piłka nożna

Polska i Meksyk – dwie remisujące reprezentacje, które zawalczą dziś o wygraną!

Mecz Polski z Meksykiem jest okrzykniętym jako jeden z lepszych, które kibice będą mieli okazję oglądać. Dzieje się tak z kilku względów. Po pierwsze, dla obydwu reprezentacji będzie to ich ostatnie spotkanie w tym roku, dlatego kadry na pewno szykują się na batalie i pokazanie tego, co mają najlepsze w swoich szeregach, po drugie, obie reprezentacje w ostatnich meczach towarzyskich zremisowały, dlatego będą chciały pokazać swoją siłę tym razem.

Oto dlaczego rzuty karne powinny być wykonywane z 13-14 metrów

Zasłużony bramkarz Jan Tomaszewski powiedział w telewizji, że obecne piłki lecą znacznie szybciej niż za czasów gdy on był bramkarzem. Od siebie dodam, że przygotowanie fizyczne piłkarzy wydaje mi się znacznie lepsze niż za czasów gdy wymyślano strzelanie rzutu karnego z 11 metrów - czyli strzelają oni mocniej niż kiedyś.

O wyższości siatkówki nad piłką nożną

Od ponad dwóch tygodni TVP1, TVP2 i TVP-info od rana do wieczora zanudza telewidzów piłką kopaną. Nie mam nic przeciwko transmisji meczy, ale wielogodzinne programy publicystyczne, w trakcie których nie mający obecnie żadnych sportowych sukcesów działacze komentują w kółko to samo jest już nużące.

Gwardia Warszawa czyli umierająca historia

Gwardia Warszawa, wielosekcyjny klub sportowy założony w 1948 roku. Przez wszystkie lata na terenach przy Racławickiej wychowywało się mnóstwo wybitnych zawodników, którzy z sukcesami reprezentowali nasz kraj. Jednym z głównych i nadrzędnych celów statutowych tej organizacji, jest stworzenie jak najlepszych warunków do uprawiania sportu pracownikom resortowym tj. Policjantom, Strażakom itp, oraz ich rodzinom, sympatykom.
Tak to w praktyce funkcjonowało w czasach PRL-u i Gwardia egzystowała skromnie, ale jednak jakoś żyła. Niestety teraz popularnie nazywane Harpagony przechodzą ciężkie chwile, żeby nie powiedzieć dramatyczne! W pewien słoneczny dzień, korzystając z czasu wolnego, wybrałem się na stadion Gwardii, która rozgrywała swój kolejny mecz ligowy. To co ujrzałem na miejscu, to nawet nie dramat, ciężkie chwile, czy beznadziejna sytuacja finansowa, a krótko mówiąc SKANDAL!!! Trybuny otoczone wysoką siatką, na której wiszą dzieci chcące obejrzeć dorosłych uganiających się za futbolówką i garstka ludzi skaczących przez nią tylko po to, żeby usiąść i pasjonować się zawodami sportowymi. Całość zaniedbana i zarośnięta. Wstępu nie ma! Podziwiam swoją drogą osoby, które decydują się na desperacki krok przekraczania granicy między cywilizacją, a światem już nam…odległym! Kibic piłkarski, to wiem po sobie, wiele jednak zniesie! Moja tolerancja odporności zatrzymała się wraz z widokiem wspomnianego ogrodzenia. Wracając do domu myślałem, dlaczego obiekty klubu z tak bogatą przeszłością są aktualnie postrachem i odpychają potencjalnego widza w skuteczny sposób. Sportem interesuje się długo, więc nie musiałem zbytnio szukać informacji o zastanym tam stanie rzeczy. Ci, dla których Gwardia funkcjonowała czyli między innymi obecna Policja, nie jest zainteresowana utrzymywaniem i modernizowaniem klubowych terenów, bo jak się domyślam jej decyzyjni Generałowie zamierzają przekształcić się w biznesmenów i sprzedać niesamowicie atrakcyjne grunty pod budowę kolejnych biurowców lub apartamentów. Niespełnione ambicje przedsiębiorcze mogą więc powetować sobie przy zarabianiu grubych pieniędzy podczas transakcji. Tylko, że zapomnieli iż Policja nie jest przecież od zarabiania środków do budżetu (choć ostatnio nic mnie już nie zdziwi), a od pilnowania porządku i przestrzegania prawa! Przy okazji mała dygresja - kto i w jakim stanie ma nas bronić, kiedy tym, którym powinno zależeć najbardziej mają to w czterech literach. Czy Policja sponsoruje swoim pracownikom darmowe ćwiczenia w komercyjnych ośrodkach typu siłownia, śmiem wątpić. Zostawmy jednak wątek Policji, bo czasy są jakie są i z pewnością rozłąka finansowa z Gwardią, czyli po prostu niedokładanie się do jej istnienia można jakoś tam ogarnąć i zrozumieć. Cóż więc w tej sytuacji począć może miasto, dzielnica? Najlepszym sposobem i wyjściem byłoby wspierać na pewnym poziomie utrzymanie klubu, w którym wolny czas spędza obecnie wielu młodych ludzi chcących uprawiać sport. Do czasu wyszukania osób gotowych wykładać prywatne pieniądze, można w najmniejszym stopniu rozpocząć poprawę wizerunku stadionu. Nie mówię przy tym o budowie, ale skromnych pracach porządkowych, które wpłyną korzystnie na działalność sportową i reklamową Gwardii. Niestety zaraz rozlegną się głosy, że przecież siedziba klubu mieści się na terenie wchodzącym w posiadanie resortu i tak nie wolno. Idąc dalej pozostaje już chyba tylko Ministerstwo Sportu i Spraw Wewnętrznych! Wydaje się, że nawet w przypadku znalezienia inwestora chcącego wybudować nowy obiekt, budynek i infrastrukturę przy Racławickiej, Gwardia napotka zaporę w postaci kogoś na górze w Policji, kto zablokowałby przedsięwzięcie. Trudno oczekiwać aby pojawił się istny kamikadze, który zechce sponsorować piłkarzy za nic! Gwardia nie przeżyje i polegnie. Szkoda, ze ten ktoś, ten niespełniony za młodu biznesmen, nie rozumie swoich decyzji. Decyzję, które potrafią zrozumieć wyłącznie ludzie z wyobraźnią w głowie, a nie... Gwardię można lubić lub nie, ale z pewnością nikt nie odmówi jej przyznania należnego sobie miejsca na kartach historii polskiego sportu. Jedynym wyjściem jest chyba zmiana na wysokich szczeblach w resorcie. Norbert Gałązka

Reforma piłkarskiej Ekstraklasy

Nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że polska piłka nożna cierpi na różne bolączki. Jedną z większych jest doskonałe wynagradzanie zawodników, którzy prezentując mizerię przez duże M inkasują kwoty liczone już nawet nie w tysiącach złotych, lecz w dziesiątkach tysięcy miesięcznie. Sportowo nie potrafimy konkurować z europejskimi średniakami, którzy co miesiąc zarabiają znacznie…mniej!
Patrząc na najwyższy poziom rozgrywek futbolowych w Polsce dostrzegamy nowoczesne i ładne obiekty, które po okresie względnie sporego zainteresowania zaczynają świecić pustkami. Wpływ niewątpliwie największy ma jakość i poziom widowiska. Jeżeli kibicowi każe się płacić grube w większości pieniądze za oglądanie kogoś kopiącego niewiele lepiej niż on sam, to efekt jest taki iż pieniądze te w przyszłości trafią na inne cele. Nie posiadając nakładów finansowych pochodzących od najważniejszego sponsora jakim jest kibic, całokształt organizacyjny choćby nawet zasilany kwotami z tytułu praw telewizyjnych, czy umów sponsorskich nie ma racji bytu, a przynajmniej nie na najwyższym poziomie jakim jest piłkarska Ekstraklasa. Nie rozumieją tego chyba w zdecydowanej większości Prezesi naszych sportowych organizacji i podpisują wspomniane na wstępie niebotyczne kontrakty z kimś, kto po prostu nie jest tego wart. Piłkarski rynek w Polsce jest zepsuty do szpiku kości. Trudno znaleźć ewenementy w innych dziedzinach życia, które charakteryzują się tym, że garstka najwierniejszych sympatyków ogląda wysoko opłacanych niby specjalistów w swojej dziedzinie. Żeby nie być gołosłownym, to wystarczy spojrzeć na średnią frekwencję nowych obiektów i zauważyć, że zapełniają się one w połowie albo nawet i jeszcze mniej. Nie tylko jednak poziom sportowy ma wpływ na udział społeczeństwa w imprezach sportowych, bo równie ważna jest cena, za jaką Prezesi i ich pomagierzy starają się sprzedać oferowane widowisko. Prawda jest taka, że panuje wśród nich modne przekonanie o zrównywaniu cennika z wyżej ekonomicznie stojącymi społeczeństwami Starego Kontynentu. Zupełne nie dostosowanie cen biletów do prezentowanego produktu powoduje, że ludzie wolą chodzić z portfelem w inne niż stadion piłkarski miejsca towarzyskie. Dlatego na kpinę zakrawa fakt reformy jaką zaserwowali nam włodarze Ekstraklasy z wydłużeniem sezonu rozgrywek i większej ilości meczów przy jednoczesnym dzieleniu ligi na dwie grupy. Cóż dobrego mogą bowiem przynieść kolejne mecze najbardziej zainteresowanych drużyn, jeśli borykają się one z problemami natury ekonomicznej. Przerośnięta liczba uczestników i ich poziom z pewnością nie wpłyną na większe zainteresowanie fanów. Osobiście uważam, że znacznie lepiej jest okroić ją i to drastycznie pod względem ilościowym, pozostawiając wąskie grono tych spełniających warunki organizacyjne, ekonomiczne i sportowe. Zostawiając wyłącznie tych, którzy prezentują i spełniają poziom predestynujący ich do uczestnictwa w najwyższej klasie rozgrywkowej spowodujemy przecież to, że o trofea zgarną ci, którzy na to zasługują. Inaczej będziemy mieli istne rozwodnienie poziomu i gry o przysłowiową pietruszkę. Lepiej jest mieć ograniczoną liczbę klubów i zawodników grających i prezentujących wysokie umiejętności niż dużą bezbarwność i bezproduktywność. Niech ci najlepsi mierzą się ze sobą nawet 4 razy w sezonie i wyłaniają najlepszych, którzy zahartowani w boju krajowego podwórka udowadniają swoją jakość na arenie międzynarodowej. Podniesie to jeszcze bardziej atrakcyjność rozgrywek i przyciągnie większą liczbę płacących za bilety kibiców, którzy będą mieli możliwość oglądania grona najbardziej wyselekcjonowanych i najlepszych graczy w kraju. Wyższy poziom, większa frekwencja, zainteresowanie i wreszcie wyższe wpływy do klubowych kas. Nie osiągniemy jednak tego wszystkiego, jeśli decydujący głos w sprawie charakterystyki ligowej posiadają właściciele i Prezesi klubów zostających w ogonie rozgrywek. Trudno oczekiwać, że oddadzą oni pole tym lepszym spychając się do niższych grup. Marazm i regres pozostanie. Norbert Gałązka

Futbol i stracona kasa

Oglądając dzisiejsze (popisy) naszej futbolowej reprezentacji pomyślałem sobie o wątpliwym geniuszu naszych związkowych włodarzy, którzy wolą rozgrywać zawody sportowe nazwijmy to umownie...gdzieś na świecie, a nie u siebie w kraju. Doprawdy nie przekonują mnie argumenty o tym, że...gdzieś na świecie reprezentanci naszego kraju mają ciszę i lepsze warunki do treningu. Wychodzę bowiem z założenia, że piłkarze powinni poczuć atmosferę wielkiego, domowego turnieju i przebywać w ojczyźnie. W innym wypadku, będą oderwani od rzeczywistości oni oraz sami sympatycy piłki kopanej, którzy i tak systematycznie ogłupiani są medialnym walcem propagandowym.
Nie o tym jednak chciałem napisać w części głównej mojego wywodu. Tematem, który rzuca się w oczy aż nadto jest rozgrywanie meczów reprezentacyjnych na opustoszałych obiektach w Austrii, na Cyprze, w Hiszpanii, czy po prostu...gdzieś na świecie! W dobie wielkiej budowy stadionów w Polsce i to nie tylko tych z najwyższej europejskiej półki, jak w Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu i Gdańsku, ale i Kielcach, Lubinie, Ostrowcu Św. itp, itd nabijamy kasę obcym menedżerom i agentom, zapominając o naszych rodzimym społeczeństwie. Przykładów o co konkretnie chodzi można mnożyć i mnożyć bez liku. Przejeżdżam bowiem w ostatnim czasie dosyć często przez wspomniany wyżej Ostrowiec i moim oczom ukazuje się ładnie wykończony obiekt, który zawsze jest pusty i nigdy na nim nic się nie odbywa. Takich miejsc w Polsce mogę wskazać więcej, gdzie popyt na reprezentacyjnych zawodników byłby spory, a i finansowa korzyść pokaźna. Tymczasem wszystko stoi bez klimatu, ładu i składu. Pompujemy sztucznie atmosferę czegoś, co przechodzi w zdecydowanej większości obok nas. Wydaliśmy wiele publicznych pieniędzy na coś, czego kompletnie nikt nie używa. A proszę pomyśleć, jak wiele radości w mniejszych miasteczkach spowodowałby przyjazd chłopców Smudy i ich kontakt osobisty ze zwykłymi ludźmi? Nie trzeba być odkrywcą, aby wiedzieć, że wiele! Niestety dla Laty i jego giermków temat budowania atmosfery święta jest obcy...To ludzie z innej bajki... Norbert Gałązka

Grzegorz Lato musi odejść!

Orzeł powróci na koszulki reprezentantów Polski w piłce nożnej. Jest to bardzo dobra wiadomość i zwycięstwo kibiców nad komercją, bezideowością i wyrachowaniem niektórych dygnitarzy PZPN.
Wprawdzie w telewizji nadal ukazują się beznadziejne w swoim prymitywizmie intelektualnym reklamy „Biedronki” z trenerem Smudą w roli głównej, ale odwaga orła pokonała już pieniądze biedronki i warto przypomnieć moralną zasadę, że pieniądz to nie wszystko. Kolejnymi etapami tej całej afery z próbą usunięcia godła narodowego z koszulek piłkarzy, powinna być dymisja prezesa PZPN, Grzegorza Laty. Zapewne na następnych meczach naszej reprezentacji część kibiców będzie skandować: Grzegorz Lato musi odejść z PZPN!!! Trener Franciszek Smuda natomiast, jako podpora reklamy „Biedronki” najlepiej by postąpił, gdyby  całkowicie skupił się na pracy w dziale promocji tej sieci marketów i zrobił miejsce dla takiego trenera, który cały swój czas poświęci przygotowaniu reprezentacji Polski na Euro 2012 i nie będzie tracił energii na eksponowanie własnej osoby jako gwiazdy reklam. Rajmund Pollak

Zamiast reprezentacji Polski mamy kadrę B, czyli „Biedronki”

Po zdjęciu orłów z koszulek piłkarzy na polecenie PZPN, trzeba być ciężkim frajerem aby wydawać pieniądze na bilety kopaczy piłki, wstydzących się własnego godła! Co to za reprezentacja, która nie miała odwagi zaprotestować przeciw pozbawieniu ich białego orła na koszulkach? Właściwie kogo oni teraz reprezentują? PZPN, czy raczej „Biedronkę”? Ich trener coraz częściej występuje w telewizji jako propagator reprezentacji B. czyli „Biedronki”.
Najważniejszy miłośnik piłki nożnej w kraju, czyli Premier Donald Tusk też propaguje zakupy w „Biedronce”, a zatem już wiadomu co dla „naszych” „elit” jest najważniejsze. Taki owad jak biedronka, to ani daleko nie doleci, ani nie ma imponujących skrzydeł, a zatem nieloty-miernoty z PZPN-u skrzyknęły się, że sponsor się może zdenerwować, iż na koszulkach piłkarzy znajduje się legendarny orzeł, dlatego kazali zmianić logo na coś bardziej okrągłego i mniej skrzydlatego. Piłkarze też dostosowali się pokornie do poleceń i zagrali z Włochami wedle zasady …”Nam strzelać bramek nie kazano, bo mamy cel ważniejszy, którym jest reklama biedronek, a orzeł nijak do biedronki nie pasuje….”.  Jedynie kibice zachowali godność i honor skandując hasło: ”Gdzie jest orzeł, gdzie jest  orzeł???!!!” 14. listopada Pan Smuda dziwił się w telewizji, że mało biletów kupiono na mecz jego biedronek w Poznaniu, a ja się wcale nie dziwię, bo wiem, że prawdziwi kibice chcą oglądać polskie orły, a nie jakieś biedronki reklamowane w mediach za ciężkie pieniądze. Mecz z Węgrami prawdziwi kibice zbojkotowali i stadion w Poznaniu zionął pustkami! Jak nie ma orła, to nie warto tracić pieniędzy na pomnażanie dochodów sieci sklepów biedronki. A z drugiej strony może  PZPN zmienił reprezentację narodową w drużynę biedronek dlatego, że nigdy wcześniej żaden trener piłkarskiej reprezentacji Polski nie robił z siebie takiego pajaca w trakcie reklam telewizyjnych jak obecny trener biedronek? Poza tym jak tu kibicować takiej drużynie?… Biedronki do ataku? … A wtedy przeciwnicy pokładą się ze śmiechu na murawie i łatwiej będzie strzelić gola? Co śpiewać na trybunach?… Biedroneczki są w kropeczki i to chwalą sobie?… Jedno jest pewne, że jeżeli dla działaczy PZPN, dla trenera i dla piłkarzy ważniejsza jest komercja i reklama od reprezentowania białego orła na czerwonym tle, to szkoda czasu na oglądanie meczy tych biedronek bez polotu i bez ducha walki o rangę godła narodowego i w obronie honoru Polski. Bez orła na piersiach, to oni mistrzostwa Europy w piłce nożnej na pewno nie zdobędą. SŁOWA UZNANIA DLA KIBICÓW, którzy nie bali się narazić Tuskowi i całemu PZPN! Rajmund Pollak

Jak wypromować Polskę?

Najlepiej pozyskać fundusze z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, albo z Unii Europejskiej i zrobić krótki film o naszym pięknym kraju – tak w dzisiejszych czasach próbuje się wypromować Polskę na świecie. Okazuje się jednak, że pokazanie Polski i Polaków w dobrym świetle wcale nie wymaga wyłożenia ogromnych pieniędzy z budżetu państwa. A ponieważ od roku na terenie UE obowiązuje Traktat Lizboński, nasza polska władza nie może popisać się swymi umiejętnościami dyplomatycznymi na arenie międzynarodowej, dlatego jedyną rzeczą, która może nas Polaków pokazać w dobrym świetle jest…sport. Polscy sportowcy już nie raz udowadniali, że potrafią walczyć i wygrywać z największymi potęgami świata, tym samym promując nasz kraj. Przykładem takiej promocji może być Lech Poznań, który 1 grudnia 2010 roku zapewnił sobie awans do 1/16 finału Ligi Europejskiej. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, z kim mistrz Polski musiał się zmierzyć, by jeszcze przed ostatnią kolejką fazy grupowej móc cieszyć się z historycznego awansu. Po zdobyciu przez „Kolejorza” tytułu mistrza Polski w maju tego roku, poznański klub starał się zakwalifikować do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Po odpadnięciu z tych kwalifikacji przez Spartę Praga i wygranej w dwumeczu z Dnipro Dniepropietrowsk, Lech dostał się do Ligi Europejskiej i trafił do serii A, czyli, tzw. „grupy śmierci”. Musiał się zmierzyć z następującymi klubami europejskimi: Juventusem Turyn, Machesterm City i FC Sazlburgiem. Komentarze po tym losowaniu były jednoznaczne – Lech Poznań skazany jest na „pożarcie” przez prawdziwych gigantów z Włoch i Anglii. Przypomnę krótko, w jaki sposób europejskie potęgi „pożerały” mistrza Polski. Pierwszy mecz w LE Kolejorz zagrał ze „Starą Damą” na stadionie w Turynie. Już w pierwszych 20 minutach Lech prowadził 0:2. Później Juventus ocknął się z tego lekkiego dla nich szoku i odrobił straty. Ostatecznie mecz zakończył się remisem 3:3. 2 tygodnie później na stadionie przy ulicy Bułgarskiej w Poznaniu gospodarze pokonali mistrzów Austrii 2:0. Następny mecz z Manchesterem City Lech przegrał. Mimo wyniku 3:1 nie można było mówić, że klub z Poznania nie walczył jak równy z równym. W 4. kolejce LE Kolejorz grał u siebie ze wspomnianym Manchesterem. I tym razem mecz zakończył się wynikiem 3:1, z tą różnicą, że to mistrz Polski zwyciężył. 1 grudnia doszło do starcia z Juventusem. Już od 12 minuty Lech prowadził 1:0. Dopiero pod koniec meczu „Stara Dama” wyrównała. Po raz kolejny zremisowaliśmy z wielką potęgą europejską, czyli Juventusem. Już po pięciu kolejkach fazy grupowej LE wyjaśniła się sytuacja w tzw. „grupie śmierci”. Do 1/16 finału wspomnianych rozgrywek wejdą Manchester City i…Lech Poznań. To nieprawdopodobne, że światowej sławy Juventus Turyn odpadł z Ligi Europejskiej, a mistrz Polski będzie grał dalej. I pomyśleć, że po wylosowaniu grup w LE nikt praktycznie nie dawał Kolejorzowi szans w starciu z potęgami europejskimi z Włoch i Anglii. Wyjście Lecha z fazy grupowej Ligi Europejskiej to dowód na to, że w rywalizacji sportowej pieniądze nie zawsze grają największą rolę. Szefowie Manchesteru City i Juventusu Turyn wydają miliony na transfery, dysponują zdecydowanie większym budżetem niż mistrz Polski, a mimo to Kolejorz udowodnił, że potrafi grać na równi, a nawet wygrywać z największymi potęgami europejskiego futbolu. To właśnie takie chwile dają Polsce sławę na całą Europę. Żaden urzędnik państwowy, zarówno ten na niskim, jak i na wysokim stanowisku nie jest w stanie tak wypromować kraju, jak czynią to sportowcy. A kluczem do tych sukcesów nie są dotacje od państwa, nie jest nim nawet bogaty sponsor, ale determinacja i chęć pokonywania nawet tych najsilniejszych z pozoru przeciwników. Pokazał to nam z pewnością Lech Poznań, któremu życzę wygranej z FC Salzburgiem w ostatniej kolejce fazy grupowej LE i dalszych zwycięstw w rundzie wiosennej. Mateusz Teska

Piłka kopana z gałgana

W zamierzchłych czasach, kiedy uczęszczałem do szkoły podstawowej większość moich kolegów po lekcjach biegła kopać piłkę. Zresztą nie tylko po lekcjach – zdarzało się i na przerwach, i w niedzielę i na... wagarach. Namiętność do piłki kopanej była zadziwiająca, choć warunki były trudne – jak to za komuny. Nie było w okolicy ani jednego przyzwoitego boiska – grano na zaadaptowanych do tego celu łąkach i nieużytkach. Z podprowadzonych z pobliskiego lasu okrąglaków robiono bramki, trawa w połowie pierwszego meczu przestawała istnieć i piłkę kopano w kłębach kurzu lub w błocie. Często bramki zastępowano tornistrami, patykami lub kamieniami. Granice boiska wysypywano żółtym piaskiem, ale najczęściej ich nie było – grano „na oko”. Najbardziej osobliwym z takich boisk było to zaimprowizowane w lesie – rosły na nim drzewa, a gracze uwijali się piłką wokół nich. Pamiętam, że raz widziałem tam mecz rozgrywany pomiędzy świeckim a zakonnikami – ci ostatni grali w... sutannach! Gromada zdyszanych, spoconych i obficie pokrytych pyłem zakonników bardziej przypominała zgraję diabłów niż duchownych katolickich – do końca moich dni nie zapomnę tego widoku! Nie lepiej sprawa wyglądała z piłkami – mało, kto miał taką prawdziwą do piłki nożnej – była kosztowna, trudna do zdobycia i stanowiła, dla wielu, niedosiężny obiekt pożądania. Grano, czym popadło – traciły tam życie piłki do siatkówki, jakieś gumowe, dziecięce, a w mniej zasobnych rejonach spotykało się kule zrobione ze szmat, gałganów i sznurka, które zastępowały piłkę. O butach, strojach sportowych w ogóle nie było mowy. Grano zazwyczaj w codziennych ubraniach, czasem strojach od wuefu. Na nogach mieli nieśmiertelne trampki, czasem tenisówki, a najczęściej zwykłe buty. Pomimo tak trudnych warunków piłkę kopano wówczas masowo, namiętnie, a graczom sprawiało to sporo frajdy. Jak sprawa wygląda dziś? Są w Puszczykowie dwa pełnowymiarowe boiska (w tym jeden stadion) z pełną infrastrukturą, równiutkie jak stół z pięknie utrzymaną trawą liniami, szatniami, natryskami, oświetleniem i wszystkim, co potrzebne. Koszt wstępu 0 zł, a i piłki ci chętnie użyczą. Wśród profesjonalnych markowych piłek, butów, strojów można przebierać w sklepach jak w ulęgałkach - - niedrogo – Wolny Rynek robi swoje. Nie stać kogoś na strój, buty itp.? Żaden problem! Zapisz się do klubu przy UM Puszczykowa i wszystko dostaniesz! Mało? Dwa boiska? Bardzo proszę – wybudowali trzecie! Orlika. Również w pełni profesjonalne – z pełną infrastrukturą, a oświetlone jak stadion narodowy! Mało? Proszę bardzo – przy szkołach (w tym przy liceum sportowym) są kolejne boiska (już mniejsze) korty tenisowe, boiska do koszykówki itp. Mało? Właśnie (po sukcesach polskiej reprezentacji) powstało zrobione z rozmachem boisko do siatkówki i koszykówki. Grać nie umierać! Rewelacja! Prawda? Tylko, że niemal nikt z tych cudów nie korzysta... Stoją puste i smętne, chociaż kosztowały podatnika ciężkie pieniądze. Dlaczego? Przecież są ogólnodostępne i bezpłatne. Ano, dlatego, że wymyślili je, zaprojektowali i wybudowali moi rówieśnicy w młodości namiętnie grający w piłkę byle gdzie, w byle, czym i byle, jaką. Kopali piłkę, bo co mieli robić? Nie było komputerów, internetu, komórek, DVD, telewizji kablowej i satelitarnej, centrów handlowych, klubów, pubów i dyskotek, czasopisma ocenzurowane do poziomu gazetki szkolnej nadawały się jeno do zmniejszenia deficytu papieru higienicznego, którego notorycznie brakowało. A uprawianie sportu to jednak zawsze pewien wysiłek – mało, komu chce się go podejmować, gdy innych sposobów spędzania wolnego czasu zatrzęsienie. Śmieszy mnie, kiedy słyszę, że młodzież „chuligani”, bo nie ma możliwości kulturalnego spędzania wolnego czasu, nie ma gdzie wyładować nadmiaru energii i powinna na boiskach kopać piłkę. Takie głupoty mogą wygadywać tylko takie stare pryki jak piszący te słowa – pamiętają tylko swoje boisko na łące i uważają, że młodzież nie marzy o niczym innym jak dobre boisko i piłka. Pojawienia się komputerów, intenetu itp. jakoś nie zauważyli – zatrzymali się w rozwoju na poziomie trampka i piłki z gałganka. Niestety nas, podatników, ich zacofanie kosztuje fortunę. Zresztą, z moich obserwacji wynika, że młodzież dziś „chuligani” mniej niż wówczas, a o „nadmiar energii” też trudno ją, niestety, posądzać - nauki mają o wiele więcej niż poprzednie pokolenia – trzeba opanować obce języki, komputery i całą masę spraw, o której archaiczni kopacze piłek gałgankowych nie mieli bladego pojęcia. Ciekawe tylko, co obecne pokolenie będzie budowało swoim następcom, kiedy przejmie po nas władzę? Oj ciekawe! Mariusz Waszak Przedruk tekstu ze strony http://mariusz.waszak.pl za zgodą Autora. Foto: http://mariusz.waszak.pl

Euro 2012 – sukces czy porażka?

18 kwietnia 2007 roku Unia Europejskich Związków Piłkarskich (UEFA) zdecydowała, że Mistrzostwa Europy w piłce nożnej zorganizuje Polska i Ukraina. Polaków i Ukraińców ogarnęła wielka euforia i radość. Wszyscy z pewnością byliśmy szczęśliwi z tego, że niedługo będziemy gospodarzami jednej z najbardziej prestiżowych imprez na świecie. Minęły już ponad 3 lata od tej ważnej dla nas decyzji. Jak wykorzystaliśmy ten okres, co nam się udało, a czego nam jeszcze brakuje? Budowa stadionów i dróg Jest rzeczą oczywistą, że aby przygotować się do tak prestiżowej imprezy, potrzebne są stadiony, mogące pomieścić dużą liczbę kibiców, potrzebne są odpowiednie drogi, by ludzie w miarę szybko mogli dotrzeć na ciekawe mecze. Jak nam idzie budowa tych strategicznych przedsięwzięć? Kiedy patrzy się, jak na naszych oczach powstają ogromne stadiony, budują się kolejne kilometry autostrad można odnieść wrażenie, ze wszystko idzie w dobrym kierunku. Tymczasem Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła, że powołana przez rząd spółka do organizacji Mistrzostw Europy, PL.2012 trwoni pieniądze. Na 71 pracowników tej spółki aż 30 zalicza się do kadry kierowniczej. Ponadto wydatki tejże spółki ciągle rosną. Dziś przekraczają już 22 mln zł. Z raportu NIK wynika, że aż 52 ze 127 skontrolowanych przez nią inwestycji ma opóźnienia w stosunku do harmonogramu z 2009 roku. Dotyczy to przede wszystkim dróg ekspresowych oraz inwestycji komunikacyjnych w miastach. Kiedyś oglądałem konferencję prasową byłego ministra sportu Mirosława Drzewieckiego, który z dumą prezentował dziennikarzom, w jaki sposób doprowadził do rozpoczęcia budowy tylko jednego stadionu Narodowego w Warszawie. Pokazał on dużą salę, w której znajdowały się całe stosy segregatorów z papierami, potrzebnymi do tego, by wybudować jeden stadion. To pokazywało jednoznacznie, jak wiele papieru należy zużyć i jak wielu urzędników państwowych należy zatrudnić tylko po to, by można było zacząć budowę jednego obiektu sportowego. Polski rząd postanowił upaństwowić Euro 2012. Państwo zatrudniło ogromną rzeszę urzędników po to by ci zorganizowali ogromną imprezę piłkarską. A wiadomo przecież, że jak państwo za coś się bierze, to od razu jest drożej i dłużej. I jakby tego było mało na to wielkie przedsięwzięcie złożą się wszyscy podatnicy, także ci, którzy nie interesują się Mistrzostwami Europy w piłce nożnej. Można było przecież oddać budowę stadionów i dróg firmom prywatnym, bez udziału państwa. One z pewnością zrobiłyby to lepiej, dokładniej i na czas. Nie jest nam potrzebna żadna spółka, która jak twierdzi NIK marnuje nasze pieniądze. Jak tam nasza forma? Euro 2012 to nie tylko sprawy organizacyjne. To przede wszystkim walka europejskich reprezentacji narodowych o tytuł mistrza starego kontynentu. Czy Polska ma szansę daleko zajść w tych mistrzostwach? Patrząc na nasze dotychczasowe dokonania na mundialu w 2002 i 2006 roku, a także na Euro 2008 można mieć wątpliwości, czy uda nam się chociaż wyjść z fazy grupowej. Jak przedstawia się sytuacja w polskiej piłce nożnej? Jeśli chodzi o naszą reprezentację, to nie wygrała ona żadnego meczu od 3 marca, a spotkania z Hiszpanią i Kamerunem okazały się totalną klęską. Nasze polskie kluby piłkarskie też kompromitują się w Europie. Po raz kolejny nie ma polskiej drużyny w Lidze Mistrzów, a do Ligi Europejskiej z trudem dostał się jedynie Lech Poznań. Można się zapytać, dlaczego ciągle przegrywamy, dlaczego mimo wielu sponsorów ciągle nie ma efektów w postaci wygranych meczów? Najprościej jest powiedzieć, że przegrywamy mecze, ponieważ jesteśmy słabsi od przeciwników. Myślę jednak, że przyczyna tkwi w czym innym. Nie jest przecież dla nikogo tajemnicą, że korupcja w naszej piłce nożnej to norma, nawet po zatrzymaniu słynnego „Fryzjera”. Jeśli piłkarze wiedzą o tym, że mecze z góry są ustawione, to nie starają się nawet walczyć o zwycięstwo. Przestają być zawodnikami, a stają się aktorami. Zgodnie ze scenariuszem strzelają bramki, ale w ten sposób nie rozwijają się. I kiedy przychodzi rozegrać ważny mecz, którego nie można już kupić, zaczynają się problemy. Nasza piłka nożna ma się źle nie tylko ze względu na korupcję, ale z powodu zbyt dużych wynagrodzeń piłkarzy. Zarabiając zbyt dużo za słabe efekty piłkarskie zawodnicy dochodzą do wniosku, że tak ma być. A przecież pieniądze w sporcie nie grają i nie powinny grać najważniejszej roli. Czasami biedniejszy zawodnik może ograć tego bogatszego. To samo tyczy się drużyn piłkarskich. Najważniejsze jest przecież zaangażowanie, wola walki, chęć pokonania przeciwnika. Tylko czy nasi piłkarze w to wierzą? Jeśli nie zwalczy się korupcji, jeśli nie zmieni się sposobu myślenia, że sukcesu sportowego nie kupuje się za pieniądze, to możemy być niemal pewni, że na Mistrzostwach Europy w 2012 roku dojdzie do kolejnej kompromitacji polskiej piłki nożnej. Mamy przed sobą jeszcze 2 lata, które należy jak najlepiej wykorzystać. Relacje polsko – ukraińskie Kiedy 18 kwietnia 2007 roku UEFA ogłosiła, że Polska i Ukraina zorganizują Euro 2012, stało się jasne, że między tymi dwoma krajami musi dojść do większej współpracy. Przy okazji Mistrzostw Europy można było wyjaśnić ze sobą różne spory. Czy nam się udało? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszystko jest w porządku. Między nami nie ma większych sporów, ale pozostaje jednak pewien niedosyt. W 2004 roku władze Rzeczpospolitej poparły tzw. „pomarańczową rewolucję” na Ukrainie. Okazało się jednak, że ten wielki ruch Wiktora Juszczenki i Julii Tymoszenko był inspirowany przez zwolenników byłej Ukraińskiej Powstańczej Armii. Na czele tej organizacji w 1943 roku stał Stefan Bandera. Wtedy to UPA rozpoczęła eksterminację polskiej ludności na terenie okupowanego województwa wołyńskiego. Przez wiele lat na tamtych terenach mieszkali nie tylko Polacy, Ukraińcy, ale i inne narodowości. Żyli oni w pokoju, aż do momentu, kiedy za zgodą Niemców Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i UPA postanowiły wytępić ludność polską z Wołynia. W brutalny sposób „Banderowcy” mordowali Polaków, palili polskie wsie. Ta bezlitosna rzeź nie ominęła mojej rodziny. Zorganizowane zbrodnie trwały do lutego 1944 i spowodowały na Wołyniu według szacunków historyków śmierć do 50 – 60 tys. Polaków. Na Ukrainie do dnia dzisiejszego są ludzie, którzy wychwalają OUN i UPA. Rok temu został zorganizowany rajd młodzieży ukraińskiej śladami Stefana Bandery. Miał on nawet w planach przechodzić przez tereny Polski. Tego typu imprezy świadczą o tym, że wielu Ukraińców do dnia dzisiejszego nie widzą niczego złego w Ukraińskiej Powstańczej Armii. Wręcz przeciwnie, ci ludzie wychwalają tę zbrodniczą organizację, mimo że ona sama mordowała także ich rodaków, którzy zdecydowali się wówczas na pomoc Polakom. Mistrzostwa Europy w 2012 roku to dobra okazja do wyjaśnienia kwestii ludobójstwa na Wołyniu. Niestety jak na razie wychodzi na to, że nasza władza nie zamierza zajmować się tym problemem. Całe szczęście, że prezydentem Ukrainy został Wiktor Janukowycz, który odebrał Stefanowi Banderze tytuł bohatera wspomnianego kraju. Mimo to problem pozostał. Miejmy tylko nadzieję, że nikomu na Ukrainie nie przyjdzie do głowy, by jeden ze stadionów piłkarskich na Euro 2012 nosił imię Stefana Bandery, bowiem wówczas zamiast wspólnego świętowania Polaków i Ukraińców mogłoby dojść do wielu niepotrzebnych spięć. Mistrzostwa Europy w 2012 roku to wielkie przedsięwzięcie. Niestety na razie Polska źle przygotowuje się do tej imprezy. Są podstawy do tego by podejrzewać, że nie zdążymy zbudować wielu strategicznych obiektów na czas. Co gorsza do tego niepewnego biznesu zostali wciągnięci wszyscy obywatele, którzy muszą dopłacać do budowy dróg, stadionów. Na Euro 2012 z pewnością stracimy, co niekorzystnie wpłynie na naszą gospodarkę. Patrząc na grę naszych piłkarzy można podejrzewać, że znów nie wyjdziemy z fazy grupowej, chyba że „Fryzjer” w jakiś sposób zadziała i trafimy na słabe zespoły. Co do sprawy rzezi na Wołyniu należy mieć tylko nadzieję, że obecne Ukraińskie władze nie będą gloryfikować zbrodniarzy wojennych, którzy zwalczali Polaków. Czas pokaże, jakie będą te Mistrzostwa Europy. Może jednak niepotrzebnie to wszystko przeżywamy. Mówi się przecież, że w 2012 roku będzie koniec świat. Jeśli to prawda, to ciekawi mnie jak będzie wyglądała ta wielka apokalipsa oraz czy Polska i Ukraina będą miały coś z nią wspólnego? Mateusz Teska

Tekst o Lechu

Ostatnie wydarzenia w Polsce są naprawdę emocjonujące. Nie mam tu jednak na myśli zdarzeń o charakterze politycznym. Nie zamierzam bowiem rozpatrywać sprawy tragicznej śmierci prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, ani zajmować się agenturalną przeszłością tzw. bohatera narodowego Lecha Wałęsy. Bo w rzeczywistości dziś zwykli Polacy bardziej niż polityką, przejmują się sportem. Dlatego chciałbym zastanowić się nad fenomenem polskiej piłki nożnej, a przede wszystkim nad klubem, który zdobył mistrzostwo tego kraju. Mam oczywiście na myśli Lech Poznań. Rodowód Lecha sięga dziejów organizacji, która nie była bezpośrednio związana ze sportem: Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. W końcu w 1920 roku młodzi postanowili wystąpić z mało aktywnej organizacji i utworzyć własną drużynę futbolową. Zarejestrowanie klubu przypadło prawdopodobnie na niedzielę 19 marca 1922 roku. Z tą datą wiążą się oficjalne narodziny Lecha. Klub ten dotychczas pięć razy  zdobywał Mistrzostwo Polski. I tak oto 15 maja 2010 roku po 17 latach „Kolejorz” znów wywalczył sobie ten zaszczytny tytuł. Dla Poznania to wielkie święto. I nie ma w tym nic dziwnego. Ale tam, gdzie jedni się cieszą, inni się smucą. Jest to rzecz normalna. Zapewne fani Wisły Kraków, Legii Warszawa i innych klubów piłkarskich liczyli na lepsze wyniki swoich drużyn. Tak to już bywa w sporcie, że jedni wygrywają, a inni przegrywają. Jest jednak coś, co sprawia, że mimo porażek te kluby sportowe nie upadają. Tym czymś są oczywiście kibice. To oni tak naprawdę są przyczyną, dla której warto grać. To oni bardzo często podnoszą swoich piłkarzy na duchu, zagrzewają ich do walki w trudnych chwilach. Kibice Lecha Poznań nie zostawili tego klubu, kiedy w 2000 roku opuścił ekstraklasę. Mimo wielu niepowodzeń oni zawsze byli przy nim. Dotyczy to oczywiście wszystkich klubów sportowych, gdyż kibice zawsze będą uważali swoją ulubioną drużynę za najlepszą na świecie, niezależnie od tego, jak sobie będzie radzić w danych rozgrywkach. Tymczasem media prezentują zupełnie inny obraz polskiego kibica. Pokazują go jako tego, który przychodzi na mecz pod wpływem alkoholu lub narkotyków, demoluje stadiony itp. Jednak jak wiadomo fani Lecha Poznań są wyjątkiem. Stadion na ulicy Bułgarskiej szczyci się tym, że w czasie meczów panuje tam wspaniała atmosfera, bez chuligańskich wybryków. Oczywiście nie wierzę w to, że tylko w Poznaniu jest taka kultura. Z czego więc wynika to, że na jednym stadionie jest niesamowita atmosfera, a na innym aż strach przychodzić? Problem może polegać na tym, że władze państwowe i klubowe nie traktują kibiców jak ludzi, ale jak (przepraszam za sformułowanie) bydło. W Anglii, gdzie na stadionach można spożywać alkohol, w Polsce wydaje się to nie do pomyślenia. Mam jednak wrażenie, że tam właśnie władze państwowe i władze klubów potraktowali kibiców jako wolnych ludzi, którzy przyszli na stadion po to, by kibicować swojej drużynie, a nie po to, by doprowadzić do burdy. W podobny sposób zrobiły to władze „Kolejorza”. I dzięki temu wiele polskich klubów zazdrości dziś Poznaniowi. Są jednak ludzie, którzy nie rozumieją takiej filozofii myślenia o kibicach i wolą uznawać ich za potencjalnych wrogów. Za takich uważają ich polskie władze. Podobnie myślą też niektórzy właściciele klubów sportowych, czego przykładem może być Grupa ITI. To oni za sprawą swojej tuby propagandowej w postaci stacji TVN próbują przedstawić kibiców Legii Warszawa jako tych, którzy doprowadzają do burd stadionowych. 2 lata temu polska policja zatrzymała prawie 700 kibiców wspomnianego klubu tylko dlatego, że u jednej osoby znaleźli śmiertelne narzędzie zbrodni w postaci widelca. To pokazuje, w jaki sposób ci właściciele traktują swoich kibiców, którzy jak wspomniałem są ze swoją drużyną na dobre i na złe. Walcząc z fanami, walczy się z całym klubem sportowym. Być może Grupie ITI zależy na zniszczeniu Legii Warszawa. I szczerze mówiąc jako kibic Lecha Poznań współczuję fanom Legii, że mają takich właścicieli, którzy niszczą w ten sposób klub z bogatą tradycją. Tymczasem znane koncerny medialne, takie jak TVN, czy Gazeta Wyborcza zdecydowały się zaatakować kibiców poznańskiego Lecha. We wspomnianej gazecie na kilka dni przed ważnym meczem z warszawską Legią, zaczęły ukazywać się artykuły, z których wynikało, że spokój na stadionie przy Bułgarskiej to rezultat układu, jaki klub zawarł z "Wiarą Lecha", którą rządził Mirosław O. - zatrzymany przez Centralne Biuro Śledcze. Władze poznańskiego klubu, jak pisze "GW", miały oddać stadion kibicom w zamian za spokój podczas meczów. Na obiekcie więc sprzedawano m.in. narkotyki. Tego typu ataki na Lech spotkały się z natychmiastową ripostą ze strony ich kibiców. W czasie meczu z Legią (wygranego przez poznaniaków) fani „Kolejorza” wystawili transparent z napisem: „Nie oglądam TVN, Nie czytam GW”. Podobno w trakcie transmisji telewizyjnej Canal+ ani razu nie pokazał kibiców, a tym samym wspomnianego transparentu. W późniejszych relacjach z tego meczu żadna chyba telewizja nie powiedziała o tym ciekawym incydencie. O czym to wszystko może świadczyć? Z pewnością taka postawa kibiców Lecha świadczy o tym, że nie pozwolą oni na to, by jakaś telewizja, jakaś gazeta obrażała klub i ich samych. Nie dotyczy to oczywiście tylko „Kolejorza”. Jest to naturalna reakcja kibiców, którzy zawsze będą bronić swój zespół. Dzięki temu ma się pewność, że taki klub sportowy „żyje”. Kiedyś kandydat na prezydenta RP Janusz Korwin – Mikke powiedział, że kibice, to taka grupa społeczna, której jeszcze cokolwiek się chce w tym kraju. Gdyby doszło do wojny, to oni pierwsi chwyciliby za broń, ponieważ oni mają swoje własne przekonania, ideały. Dlatego paradoksalnie, jeśli ktoś próbuje zwalczać tę grupę społeczną, to jednocześnie próbuje zniszczyć najbardziej aktywną część tego narodu. Kiedy następnym razem usłyszymy gdzieś o skandalicznym zachowaniu kiboli, którzy zostali uznani np. za antysemitów, to spróbujmy ich zrozumieć. Może oni po prostu chcą nam coś przekazać w taki charakterystyczny sposób. Oczywiście nie należy pochwalać wandalizmu. Warto jednak pamiętać, że ci kibice, kibole są niezbędnym składnikiem polskiego społeczeństwa, z którego nie warto rezygnować. Dlatego nie oceniajmy pochopnie fanów danej drużyny, nazywając ich kibolami, tym bardziej, że w Poznaniu sformułowania „kibic” i „kibol” oznaczają to samo. Mateusz Teska