Tag Archives: PIP

„Solidarność” w roli ZOMO-wca? Na marginesie ustawy o zakazie handlu

Choć ustawa ograniczająca handel w niedzielę na dobre jeszcze nie weszła w życie, już widać, że wkrótce będzie wymagała nowelizacji. Szybkie uchwalanie ustaw oraz ich równie szybkie nowelizacje, stały się chyba ulubionym sportem rządzących.

Wolność gospodarcza – Chiny vs. UE

Pytam się Ciebie wolny najmito, polski studencie, bezrobotny Polaku, rodzino ledwo wiążąca koniec z końcem, emigrancie z UK i innych: kto Wam wmówił te bajki, w jakim filmie Wy żyjecie? Wolność gospodarcza, prawa człowieka, kapitalizm? Chyba żartujecie, że jeszcze w to wierzycie. Nie ma w UE (w tym i w Polsce) nic z tych wyżej wymienionych wartości.
Wolność? Możecie sobie pogadać przy piwku pod trzepakiem, ewentualnie sprayem na ścianie pod przykryciem nocy napisać, że „Donald to ch.. stary” lub  ”SLD=KGB” ale na tym koniec. Koniec Waszej wolności i koniec Was. Aha, i za te piwko pod trzepakiem jest mandacik – żebyście o tym nie zapominali. A w Chinach? Zobacz foto poniżej. Student w domu gotuje ziemniaki i tnie je na kawałki. Jedzie do centrum i tam na ulicy pośród bogatych domów handlowych, pośród innych jemu podobnych rozkłada swój kram. Sprzedaje pieczone ziemniaki. Nie płaci za plac, za ZUS, za KRUS i za srus. Sprzedaje porcję za 5 zł. Jego sąsiad wyciska zdrowe soki z owoców, nieźle na tym zarabia i w d… ma PIH, PIP, US, SM i ITD. Nikt się nie czepia. Dalej baba wypieka wypieki. Naleśniki z jajkiem, mięsem, wegańskie i wegetariańskie. Olewa policję, dilerów i maklerów. A ja pośród nich wyszedłszy z pobliskich domów handlowych popijam piwko, odlewam się i olewam UE. Prawo człowieka to godnie żyć, samodzielnie. Prawo niewolnika to być na utrzymaniu pana, płacić na rzecz pana daniny i wykonywać na jego rzecz różne prace. [caption id="attachment_23116" align="alignnone" width="450"] fot. Adam Machaj / Uliczne stoisko z pieczonymi ziemniakami w Kantonie.[/caption] Soki zdrowe wyciskane i niech nikt mi nie mówi, że te chemiczne z certyfikatami banksterów są zdrowsze niż te od „brudnego dziada” z ulicy. Problem tylko w tym, że ten „brudny dziad” nie płaci żadnych podatków, żadnych licencji i żadnych badań nie zrobił. Nikt prócz sadownika owoców na nim nie zarobił, dla urzędników z UE to bardzo nie zdrowa sytuacja więc według nich pewnie i te soki są niezdrowe. Ja wypiłem kilkanaście butelek i czuję się świetnie, ziemniaki i naleśniki również próbowałem. Nic mi nie zaszkodziło, zarobił „dziad” a ja tanio zjadłem, żadnego VAT-u, żadnych paragonów. Wracając do hotelu myślałem o Was. Wolnych obywatelach Unii Europejskiej. Do hotelu wracałem oczywiście nielegalną taxi (przewóz osób bez licencji i kas fiskalnych). By żyło się lepiej…, zapraszam do Chin. I żeby oddać prawdę Mc Donaldy, wysokiej klasy restauracje oraz licencjonowane taxi też są. Kolorowe trutki do picia o smaku różnych owoców również ale wybór należy do Ciebie. Normy higieniczne (oraz inne) w UE wyśrubowane są po to aby tzw. „mali” nie mieli szans w starciu z dużymi korporacjami. Urzędnik zawsze znajdzie powód aby ukarać lub odmówić pozwolenia. Oczywiście nie dotyczy to dużych korporacji bo one mają prawników oraz dość wysoki budżet aby takie sprawy załatwić pod stołem. Poza tym duże korporacje stać na porządne lokale ale co z tego jak to nie polskie, nie Polak zarabia, nie Ty, nie ja. Klient sam widzi i sam decyduje. Gospodarka rynkowa powinna się sama regulować poprzez zależność podaży i popytu a nie poprzez koncesje i licencje. Jeszcze raz powtórzę: człowiek żyje dniem codziennym, musi utrzymać rodzinę i mieć na bieżące życie – to jest podstawa, to jest prawo człowieka. Prawo do gadania co ślina na język przyniesie to jest sprawa trzeciorzędna. Wolisz móc dużo gadać czy móc dużo zarabiać? Adam Machaj Foto.: Adam Machaj Adam Machaj, Polak na stałe mieszkający w Chinach, autor bloga Raport z Państwa Środka. Na więcej informacji z Chin z pierwszej ręki zapraszamy tutaj

Kto dba o bezpieczny seks?

Agenci tej instytucji mogą przyjść o każdej porze dnia i nocy. Nie zatrzyma ich żadna przepustka, żadna ochrona, regulamin czy bramka. Nie można ich zatrzymać ani poddać rewizji. Jeśli zażądają dokumentów, to wszystkich. Jeśli powiedzą, że chcą wejść tam, gdzie przechowuje się tajemnice, trzeba będzie ich wpuścić. Każdy, do kogo się zwrócą, musi udzielić im wyjaśnień. Mogą rozkazywać, żądać, nakazywać. A odmowa jest przestępstwem zagrożonym do trzech lat pozbawienia wolności.
O kim mowa? Czy to NKWD? Gestapo? UB? Nie – to PIPa, czyli Państwowa Inspekcja Pracy. W socjalistycznym państwie rząd szczególną troską otacza pracę i ludzi pracy, podczas gdy w kapitalizmie państwo chroni wyzyskiwaczy. To prawda stara jak historia ruchu robotniczego. Nie zamierzam polemizować z utrwalonym poglądem myśli postępowej części ludzkości, więc nie zwrócę uwagi na to, że skoro w socjalizmie nie ma już wyzyskiwaczy, to i nie za bardzo jest przed kim chronić ludzi pracy. Jest to argument oparty o logikę, a więc bezbronny i całkowicie pozbawiony szans w starciu z jedynie słuszną ideologią socjalistyczną. Tak czy owak ustrój Polski oparty jest na zasadzie ingerencji rządu w stosunki pomiędzy pracownikami i pracodawcami. Powodem istnienia inspekcji pracy jest nie tylko kompletna niewydolność wymiaru sprawiedliwości, ale głębokie przekonanie, że "państwo wie lepiej". Co prawda jeśli facet ma ogródek do skopania i zatrudnia w tym celu ogrodnika, to logika podpowiada, że to on i ogrodnik najlepiej wiedzą, na jakich warunkach uzgodnić ten interes, jaka cena za tę robotę opłaca się obu stronom, ile to zajmie czasu itd. Tyle że logika to instrument skompromitowany w państwie socjalistycznym, więc to nie tędy droga. Czy zatem w socjalizmie facet od ogródka i ogrodnik to półgłówki, którzy nie potrafią zliczyć do dziesięciu i ustalić, czym grzebać w ziemi, żeby robota miała ręce i nogi? Nie, to nie to. Choć co prawda tylko rząd wie, jakie są normy spulchniania gleby, wskaźniki wydajności walenia motyką w ziemię i warunki nasłonecznienia ogródka, to dopuszcza się, że dwóch dorosłych facetów jest w stanie zrobić tak prosty biznes jak skopanie ogródka. Tym, co spędza sen z powiek rządowym specjalistom od wszystkiego, jest możliwość, że właściciel ogródka bezecnie wykorzysta ogrodnika. I nie chodzi o seks – na razie rząd nie reguluje jeszcze długości trwania gry wstępnej ani minimalnej ilości ruchów podczas penetracji. Chodzi o coś daleko poważniejszego – o to, że właściciel może naruszyć prawa ogrodnika. Jakie to mogą być prawa? Skostniałe narzędzie imperialistycznej burżuazji potocznie zwane logiką sugeruje, że właścicielowi ogródka zależy na dobrze zrobionej pracy, a ogrodnikowi na uczciwej zapłacie. Tak jednak było do czasów Rewolucji Październikowej, kiedy to masy pracujące obaliły logikę i porządek. Od tej pory z każdym rokiem na znaczeniu zyskują szkolenia w zakresie bezpiecznych i higienicznych warunków pracy, reguły niedyskryminacji, fundusz wczasowy, rola związków zawodowych, odprawy, płaca minimalna itp. Na straży większości tych zdobyczy socjalizmu stoi PIPa. Teoretycznie stoi, bo obecnie działa praktycznie wyłącznie w reakcji na skargę pracownika, któremu dzieje się krzywda. Ale za to jak już się PIPa zjawi, przed pracodawcą otworzy się zupełnie nowy świat – świat postępowań mandatowych PIPy. Za co można dostać PIPowy mandat? Za brak przeszkolenia siebie i pracownika. Należy bowiem samemu być przeszkolonym, żeby móc przeszkolić pracownika w celu zajęcia przez niego stanowiska pracy przy… komputerze. Bo człowiek, który potrafi w domu nie powiesić się przypadkowo na kablu od myszy, po przyjściu do biura staje się półgłówkiem, który już pierwszego dnia zwichnie sobie staw nadgarstka od walenia w klawiaturę. Za brak przeszkolenia pracownika w zakresie korzystania z kibla. Jeśli w tym przybytku stoi płyn do czyszczenia toalet, to nie można dopuścić pracownika do pracy bez instrukcji, aby tego płynu nie wypił. Inaczej ani chybi go wychleje i wypali sobie struny głosowe. Wizja faceta wchodzącego do sracza, żeby wziąć potężny łyk płynu do czyszczenia muszli, mogła przyjść do głowy tylko dwóm kategoriom szaleńców – twórcom niskobudżetowych splatter-horrorów oraz polskiemu ustawodawcy. Pozostałe zaburzenia dają się leczyć. Za niewydanie świadectwa pracy. To taki dokument – coś jak świadectwo homologacji telefonu komórkowego – dzięki któremu zakład pracy "przejmujący" pracownika jest w stanie samodzielnie obliczyć ilość przysługującego urlopu i dowiedzieć się, że to pracownikowi wypowiedziano umowę, a nie na odwrót. Wydanie świadectwa pracy w terminie jest równie kluczowym obowiązkiem jak zameldowanie się w miejscu pobytu. Po prostu bez rejestracji rzeczywistość nie istnieje. Za brak oświadczeń o niedyskryminacji. Nawet jeśli się ma jednego pracownika, trzeba takie oświadczenie wziąć. Co prawda mając jednego pracownika, po prostu nie ma wobec kogo go dyskryminować, ale obowiązek to obowiązek. Mamy równouprawnienie, równe traktowanie, zakaz mobbingu i co tam jeszcze, więc papier musi być. Nawet jeśli jest bez sensu. Za niewymiarową teczkę akt osobowych. Wzór opracowano w latach 40-tych i jest to dobry wzór (inaczej by go nie opracowano, prawda?). Teczka zawiera podział na różne ważne kwestie, ma odpowiednie wymiary i w ogóle jest fajna. Kto takiej nie ma, narusza obowiązki pracownicze. Mandat może wynosić nawet parę tysięcy złotych. I niech niezadowolony pracodawca nie narzeka, bo górna granica to trzydzieści tysięcy. Choć po zapowiedziach budżetu państwa na 2013r., w którym różnego rodzaju kary mają przynieść około 20 mld złotych wpływów, należy się raczej spodziewać propozycji mandatowych w górnych granicach. Ale nie ma co narzekać – NKWD czy Gestapo mogło zastrzelić kułaka czy wroga rasy. Jest zatem widoczny postęp. I do tego służy PIPa. Żeby o nas dbać, zgodnie z przekonaniem, że "państwo wie lepiej". W rozumieniu rządu obywatel to kretyn, który zaraz po przyjściu do roboty wychleje płyn do mycia kibli czy udławi się myszą komputerową. Fakt, że ten sam facio czy babeczka potrafią nie zabić się czy nie okaleczyć w domu, gdzie mają jeszcze do dyspozycji wrzątek, komplet noży czy maszynkę do golenia, jest mało przekonujący. Dom to dom, a robota to robota. W robocie człowiek durnieje i jeśli nie zatroszczy się o niego PIPa, to marnie skończy. To dlatego inspektorzy PIPy mają tak szerokie uprawnienia – żeby nic nie ukryło się ich czujnemu spojrzeniu i żeby żadna tajemnica nie chroniła wyzyskiwacza i burżuja. A wszystko w trosce o głupawych obywateli, którzy bez światłych wskazówek państwa nie potrafią zrobić niczego sensownego. Zgodnie z tytułem miało być o seksie. I było. Była i PIPa, i ustawowe pierd...nie. Pierd...nie, czyli seks. Ale za to bezpieczny. Jak wszystko w naszym nadwiślańskim raju na ziemi. Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl