Tag Archives: PKB

Korzyści ograniczonego budżetu UE

Propozycja wyraźnego ograniczenia strumienia unijnych pieniędzy płynących do Polski w latach 2021-2027 wzbudziła zaniepokojenie ekonomistów, dziennikarzy i polityków. W nowej perspektywie finansowej wyraźnie mają stracić na znaczeniu polityka spójności i wspólna polityka rolna — dwa obszary, z których Polska do tej pory czerpała najwięcej unijnych pieniędzy. Według nowej propozycji roczne transfery z tytuły tych polityk do Polski miałyby spaść z ok. 4,2% PKB w obecnej perspektywie do 2,5% PKB w latach 2021-2027[1].

Ukraina: 25 niewykorzystanych lat

W obchodzącej 25 rocznicę niepodległości Ukrainie trwa rozliczanie ćwierćwiecza. Niestety, nasz wschodni sąsiad roztrwonił większą część potencjału i w efekcie potencjalnie jedno z najbogatszych państw Europy jest dziś jej najbardziej chorym człowiekiem.

PKB demokracji nie potrzebuje, ale…

Interes narodu jest ważniejszy niż prawo – twierdzą niektórzy politycy. Co jednak jest w interesie narodu? Koniec końców – rozwój gospodarczy i wzrost dobrobytu. Pytanie tylko, jakie prawo i jaki ustrój sprzyja bogaceniu się? 

Czy minister Szałamacha przegra zakład?

Podczas ostatniego posiedzenia Sejmu minister finansów Paweł Szałamacha przyjął zakład, że rząd zrealizuje w 100% zaplanowane na 2016 rok dochody państwa. Zebranie przez rząd ponad 310 miliardów złotych, kluczowe dla realizacji zobowiązań z kampanii, wydaje się jednak mało realne. Zbyt optymistyczne szacunki dotyczące wzrostu przychodów podatkowych, wskaźnika inflacji, wzrostu gospodarczego czy akcji kredytowej mogą sprawić, że minister Szałamacha przegra 10 tysięcy złotych, a wielkość deficytu przekroczy zakładane 3% PKB.

Raport o inflacji w Polsce

Główny Urząd Statystyczny opublikował dwie główne informacje, na podstawie których można krytycznie spojrzeć na kondycję polskiej gospodarki. Oba wskaźniki – Produkt Krajowy Brutto oraz stopa inflacji, lekko zawiodły i odbiegły nieznacznie od prognoz analityków. Osiągnęły one odpowiednio 3% rdr oraz 1,3% rdr. Drugi ze współczynników – inflacja, powoli zaczyna jednak spędzać sen z powiek członków Rady Polityki Pieniężnej, ponieważ z jej spadkiem mamy do czynienia kolejny raz z rzędu.

Dobrobyt według sprawdzonego wzorca

Donald Tusk, nowy szef Rady Unii Europejskiej, zapowiedział, że zastosuje w całej Europie sprawdzony w Polsce model dobrobytu – dyscyplinę fiskalną i wzrost gospodarczy. W polskich realiach oznaczało to wzrost w ciągu 7 lat długu publicznego o ponad 85% do prawie 1 biliona złotych.

Zastosować właściwy wzór

Premier Tusk na Forum Ekonomicznym w Krynicy ogłosił początek końca kryzysu, który Polska odparła niczym bolszewików w 1920 r. Ogłosił to, gdy na „zielonej wyspie” trzeba nowelizować budżet, bo manko w kasie wynosi jakieś 30 mld zł, a żeby go skutecznie znowelizować – trzeba zawiesić konstytucyjny próg ostrożnościowy.
Jednakże co tam okoliczności coraz bardziej otaczającej nas rzeczywistości – grunt, to optymizm. Wprawdzie parafrazując znane powiedzenie optymista, to też pesymista, tylko niedoinformowany, ale tu w sukurs premierowi Tuskowi przychodzi poważna instytucja – GUS, który podał, że polska gospodarka przyspiesza. I to pomimo tego, że spadły dwa tak istotne (według obowiązujących jedynie słusznych doktryn ekonomicznych) dla PKB wskaźniki: konsumpcja i inwestycje. W tym drugim przypadku – inwestycji – coś jednak może być na rzeczy. W końcu zgodnie z twierdzeniem Miltona Friedmana to mniej pieniędzy wyrzuconych w błoto. No a skoro mówimy o spadku konsumpcji, to może warto zwrócić uwagę na wzrost liczby złożonych wniosków o upadłość. Firmy nie mają pieniędzy na zapłacenie należności, niekiedy wręcz bankrutują, więc i ci, którym są winni też wcześniej czy później poniosą straty. Tak jak podatki, tak i straty są przerzucalne, gdyż gospodarka to naczynia połączone. A upadające przedsiębiorstwa, to wzrost bezrobocia i spadek wpływów podatkowych. To spadek inwestycji i konsumpcji, czyli dalsze upadające przedsiębiorstwa, wzrost bezrobocia i spadek wpływów podatkowych. I tak dalej, aż do skutku. W Krynicy premier Tusk wysyłał pesymistów na drzewo. Rok temu, gdy pesymiści twierdzili, że ustawa budżetowa jest nierealna – również. Dlatego, zarażony optymizmem premiera w swym pesymizmie sugeruję, aby odtąd przyspieszenie polskiej gospodarki obliczać według wzoru na swobodne spadanie. Powinien być właściwy. Michał Nawrocki Fot.: internet  

Donald optymista! A gdzie psychiatra?

Premier Donald Tusk nie traci dobrego samopoczucia. Podczas rozpoczętego właśnie Forum Ekonomicznego w Krynicy oświadczył, że Polsce nie grozi kryzys, a już w przyszłym roku odnotujemy wzrost gospodarczy na poziomie 3 procent. Zapowiedział jednocześnie uproszczenie systemu podatkowego.
Ulubionym chwytem rządzącej ekipy stało się przesuwanie pozytywnych zmian na kolejny kwartał. Tak jest i tym razem - w czwartym kwartale wzrost PKB ma przekroczyć 2 procent. Jak pamiętamy, wcześniej mowa była o drugim kwartale, potem o trzecim. Teraz na horyzoncie pojawił się czwarty kwartał. Premier podczas swojego wystąpienia w Krynicy mówił o sukcesach swojego rządu, m.in. o wzroście płac, eksportu itp. Niestety, nie wspomniał również o jeszcze jednym wzroście, mianowicie o wzroście zadłużenia, które zdaniem niektórych ekonomistów przekroczyło już 1 bln zł. To również "sukces" tej ekipy, choć nie można zapomnieć, że Polskę zadłużały po kolei wszystkie ekipy sprawujące po 1989 roku władzę. Narastający dług to m.in. jeden z kosztów członkostwa naszego kraju w Unii Europejskiej. I dopóki w niej będziemy, bądź dopóki nie zmieni się sposób funkcjonowania UE, wówczas nie ma co liczyć na poprawę sytuacji, niezależnie od tego, kto by rządził. Donald Tusk zwraca się do pesymistów: "Mam dla was złą wiadomość - w Polsce nie będzie recesji". To piękna deklaracja, a jednocześnie jak daleka od rzeczywistości. W Polsce być może nie ma jeszcze recesji, ale wszystko wskazuje na to, że będzie. Przynajmniej oficjalnie, bo życie w "szarej strefie" jakoś sobie będzie kwitnąć dalej, a nawet się rozwijać. Chyba tylko dzięki "szarej strefie" Polacy jeszcze jako tako funkcjonują i nie chce im się protestować, by zmienić władzę. Oczywiście, rząd Tuska może spowodować, że pojawią się pozory pewnego ożywienia. Zresztą już stara się to robić. Tak zwana walka z bezrobociem temu, między innymi, służy. Jednak podstawy tej walki zbudowane są na kradzieży. Państwo, drenując kieszenie jednych podatników, finansuje innych, tworząc - jak to się górnolotnie mówi - miejsca pracy. Te miejsca są jednak sztuczne, ponieważ ich powstanie nie jest odpowiedzią na potrzeby rynku, lecz na potrzeby politycznej propagandy. I nawet jeśli niektórzy ludzie, w danym momencie otrzymują pracę i odnoszą z tego jakieś korzyści, to wcześniej czy później te korzyści utracą. Podobnie jak ci, którzy w wyniku rządowej grabieży tracą miejsce pracy, ponieważ rynek przestał ich potrzebować, co oznacza, że zatrudniający ich dotąd przedsiębiorca nie był już w stanie utrzymać tylu pracowników co dotychczas. Premier Donald Tusk, by podtrzymać dobre wrażenie zapowiedział podczas Forum Ekonomicznego, że do 2016 roku doprowadzi do zmiany systemu podatkowego. "Bez poprawy warunków gospodarowania, w tym uproszczenia systemu podatkowego, nie wykorzystamy wszystkich rezerw" - powiedział Tusk. A ja, jakbym słyszał jakiegoś Gierka albo Jaruzelskiego, a nie kogoś, kto chełpił się kiedyś, że jest gospodarczym liberałem... Pan premier już chyba całkowicie utracił kontakt z rzeczywistością i nie zauważa nawet, że jest zabawny. Oczywiście, podatki w Polsce powinny być nie tylko niskie ale i proste. Jednak deklarowanie takich zmian na czas, kiedy być może pies z kulawą nogą nie będzie o premierze Tusku pamiętał, zakrawa na kpinę. To mniej więcej tak, jak z deklaracją sprzed kilku miesięcy premiera Wielkiej Brytanii, Davida Camerona, który ogłosił, że w 2015 roku rozpisze referendum dotyczące dalszego członkostwa jego kraju w Unii Europejskiej. W 2015, czyli wtedy, kiedy Cameron najprawdopodobniej nie będzie już premierem. Miraże Donalda Tuska mogą się skończyć nawet prędzej niż mu się wydaje. Sam zapowiedział 3 września 2013 r., że jeśli jego rząd utraci w obecnym parlamencie większość, będzie opowiadał się za przyspieszonymi wyborami. Czyżby perspektywa Polski, mającej już w najbliższym czasie płynąć mlekiem i miodem, była tak mało kusząca, że już mu się odechciewa rządzić? Paweł Sztąberek Foto.: Jan Bodakowski

W Szwecji obniżają podatki

Czy w dobie kryzysu można obniżać podatki? Okazuje się, że tak. Podczas gdy większość państw w podwyżkach podatków widzi ratunek dla własnych gospodarek Szwecja planuje je obniżyć. Ta decyzja, zdaniem rządu, zmniejszy wprawdzie wpływy do budżetu ale będzie zachętą dla inwestorów. Jak podaje portal Forsal.pl, Centroprawicowy rząd Fredrika Reinfeldta już po raz drugi obniża podatek CIT. Takie działania muszą budzić zdumienie wśród pozostałych państw europejskich, które myślą raczej o tym, co mogłyby jeszcze opodatkować. Tymczasem szwedzki minister finansów Anders Borg tłumaczył na niedawnej konferencji prasowej, podczas której przedstawiono projekt budżetu na 2013 rok, że gospodarka kraju ma się świetnie i rozwija się dynamicznie. Ponieważ finanse państwa są w bardzo dobrej kondycji i Szwecja może sobie pozwolić na „inwestowanie w przyszłość”. Podjęte kroki to reakcja na kryzys w strefie euro, którego skutki dały się odczuć w gospodarce. Wynika to stąd, że aż 70% eksportu trafia właśnie do krajów unii walutowej.
Podatek CIT zostanie obniżony z 26,5 do 22% i uplasuje się poniżej średniej unijnej i zdecydowanie niżej niż w takich państwach jak Niemcy czy Francja, gdzie wynosi on ponad 30%. To sprawi, że do budżetu trafi 16 mld. koron mniej, ale władze liczą, że dzięki temu wzrośnie liczba inwestycji. Być może CIT będzie w przyszłości jeszcze niższy, gdyż według Andersa Borga ten podatek niszczy gospodarkę jak żaden inny, zapowiada więc, że nie będzie to ostatnie słowo w tej sprawie. W związku z obniżką podatku w przyszłym roku deficyt wyniesie 0,6% PKB zamiast 0,3%. Dwa lata później ma się już jednak pojawić nadwyżka w wysokości 0,3%. Według rządowych prognoz w tym roku wzrost gospodarczy wyniesie 1,6% PKB, w przyszłym – 2,7% a w 2014 – 3,7%. To więcej niż prognozowała Komisja Europejska, według której tegoroczny wzrost szwedzkiej gospodarki wyniesie 0,3% a przyszłoroczny – 2,1%. W strefie euro wskaźniki w 2012 wyniosą natomiast -0,3% a w 2013 zaledwie 1%. Obniżka CIT to nie jedyny ukłon w stronę obywateli. Parę lat wcześniej obniżono najwyższą stawkę podatkową dla osób fizycznych do 55% a w 2007 roku zlikwidowano podatek od bogactwa dla osób posiadających majątek powyżej 1,5 mln. koron. Wprawdzie podatki nadal należą do jednych z najwyższych na świecie, ale to pokazuje, że władza doskonale rozumie, że obniżanie podatków to nie katastrofa dla budżetu ale świetny bodziec pobudzający gospodarkę. ISz

Nie pobudzajmy gospodarki!

Rząd polski jest wybitnym fachowcem od gospodarki. Wie, czego gospodarce potrzeba, co w niej ważne, a co mniej istotne. Zna każdy mechanizm i ma wszystko wyliczone – ile czego przybędzie, a ile ubędzie. Wartość PKB zna do czwartego miejsca po przecinku. Tylko pozazdrościć. Jak rząd to robi? Spośród członków polskiego rządu żadna osoba nie może pochwalić się jakimkolwiek wymiernym sukcesem w biznesie. Zresztą, co tam mówić o sukcesach – jedynie minister środowiska skalał się prawdziwą pracą. Kilkanaście lat temu był bowiem przez rok zatrudniony w bliżej nieokreślonej kancelarii prawnej. Ten facet musi znać biznes wręcz od podszewki! Poza tym pani minister od szkół kiedyś była nauczycielką, a minister spraw zagranicznych – reporterem. Takie to grono fachowców.
Dobre samopoczucie i niezachwiana wiara w jedynie słuszny ustrój – jak widać, to wystarczy, aby zapewnić dobrobyt 38 milionom Polaków. Dzięki olbrzymiej wiedzy zgromadzonej przez rząd i dzięki temu, że politycy zajmujący się gospodarką to wybitni ludzie biznesu światowego formatu, rząd ma nie tylko moralne prawo, ale i niezbędne narzędzia intelektualne do zajmowania się gospodarką. Dlatego inicjuje, pobudza, wspiera, rozwija, kształtuje itd., a gospodarka mknie do przodu niczym bolid Formuły 1. To dzięki zaangażowaniu tej ekipy oraz jej poprzedników dorobiliśmy się prawie 400 zawodów, których wykonywanie wymaga licencji, koncesji, zezwolenia itp., krótko mówiąc – państwowego glejtu. Na przykład – aby zrobić interes na doprowadzeniu do transakcji pomiędzy facetem, który ma mieszkanie do sprzedania, a facetką, która mieszkanie chce kupić, trzeba mieć albo wyższe studia w zakresie obrotu nieruchomościami lub prawa, albo zdać egzamin obejmujący m.in. podstawy prawne w zakresie sprzedaży i wynajmu nieruchomości. Dlaczego w takim razie gość handlujący burakami nie musi mieć dyplomu z botaniki albo fizjologii roślin? A jak pomyli buraka z kalafiorem? O k....a, strach pomyśleć. Generalnie sprawa jest prosta. Każdy homo sapiens, którego IQ przewyższa 80 pkt, jest w stanie zrozumieć pewne zależności. Na przykład – gdy cieknie kran, wzywam hydraulika, facet usuwa problem, a ja mu płacę. Inne zagadnienie – boli mnie głowa, kupuję środek przeciwbólowy w aptece, zażywam, ból mija. I tak to można ciągnąć przez tysiąc i więcej stron. Logika zawarta w tych zależnościach jest prosta jak budowa łopaty – codziennie zatrudniamy dziesiątki osób, które rozwiązują nasze problemy. Jedyne kryteria oceny to skuteczność i cena. Fakt, czy hydraulik zrobił doktorat z mechaniki cieczy, czy wręcz przeciwnie – jest kompletnym analfabetą, nikogo nie interesuje, bo i po co? Facet jest od naprawiania cieknących kranów i za to dostaje szmal. Jeśli nie umie naprawić kranu, żaden dyplom nie pomoże mu zarobić. W dużym skrócie tak właśnie działa gospodarka. Dopóki ludzie chcą coś kupić (towar albo usługę), pojawi się ktoś, kto im to sprzeda. I niemal natychmiast pojawi się ktoś inny, kto zaproponuje to samo taniej albo efektywniej albo po prostu ładniej opakowane. Gospodarka to w sumie prosty mechanizm, który składa się z milionów prostych transakcji i bardzo prostych decyzji – "kupić" albo "nie kupić". Jeśli nie mam potrzeby korzystania z nauki języka angielskiego, to żaden rządowy pobudzacz mnie do tego nie skłoni – ani odpisem od podatku, ani kampanią telewizyjną, ani jedynie słusznym stwierdzeniem, że lepiej znać angielski niż go nie znać. Tymczasem rządowi fachowcy dzień i noc zastanawiają się, jak pobudzić gospodarkę. Jak sprawić, aby pan Stefan, który prowadzi spożywczaka na wsi, chciał zatrudnić syna sąsiada? Pomimo że pan Stefan od 20 lat wysyła rządowi ten sam komunikat – że koszt legalnego zatrudnienia jest zbyt wysoki – rząd wciąż nie jest w stanie tej wiedzy przyswoić. Tęgie rządowe głowy zawsze dochodzą do tego samego wniosku – Stefan gówno wie o gospodarce, bo on tylko sprzedaje chleb, herbatę i lizaki. Co taki burak może wiedzieć o wzroście PKB, deficycie budżetu, wskaźnikach makro i aprecjacji złotego? Rzeczywiście – Stefan pewnie niewiele albo zgoła nic nie wie na ten temat. Ale wie coś, na co nasi wybitni rządowi fachowcy do dzisiaj nie wpadli – że "sklep musi się, panie, kalkulować". Tak po prostu – ludziska nie kupią od Stefana kartofli po 20zł za kilo, tylko po to, aby Stefan miał za co zatrudnić syna sąsiada, bo klientów Stefana to nie interesuje. To problem Stefana, czy i ile zarabia. Tak samo Stefana nie interesuje, czy syn sąsiada ma za co żyć – nie dlatego że Stefan to podła kapitalistyczna świnia, ale dlatego że Stefan ma własną gębę do nakarmienia. Owszem, Stefan może i chciałby wziąć syna sąsiada do roboty, ale przy minimalnej pensji (która w wielu regionach Polski jest wcale niezłym groszem) nie dość, że Stefan musi zarobić 1800zł na pracownika, to z tej kwoty 700zł musi odpalić na haracz dla rządowych specjalistów od gospodarki. I to się, panie, po prostu nie kalkuluje. Pobudzanie gospodarki przez rząd ma zawsze tę samą postać. Najpierw ten sam rząd robi wszystko, żeby było dużo ograniczeń w prowadzeniu działalności i żeby zysk z tej działalności był obciążony jak najwyższym podatkiem, a potem dziwi się, dlaczego ludzie zamykają firmy, zatrudniają na czarno albo nie płacą podatków. I recepta rządowa jest zawsze ta sama – uruchomienie programu typu "zatrudnij pracownika, a my mu zabierzemy co miesiąc 50zł mniej niż zwykle, ale tylko przez pierwszy rok". To jakby oprych, co grabi ludzi na ulicy, wprowadził promocję w rodzaju "jak szybko oddasz portfel i telefon, to wpierdol będzie mniej bolesny". Super! Żal nie skorzystać. Takie pobudzanie gospodarki ma zazwyczaj jeden skutek – parodystyczny. Niestety, jest to efekt niezamierzony, a i ostatnio naród jest jakby mniej skory do śmiechu. Przykra prawda jest też taka, że im bardziej rząd "pobudza" gospodarkę, tym bardziej się ona zwija. I zapewne stadium końcowe tej radosnej działalności będzie obejmować stworzenie spec-urzędu ds. pobudzania gospodarki. Spec-urząd opracuje analizę, z której będzie wynikało, że jednym z czynników tłamszenia gospodarki jest m.in. powołanie tegoż urzędu… Ta analiza oczywiście nigdy nie ujrzy światła dziennego – w przeciwieństwie do kolejnej podwyżki podatków, która tę utajnioną analizę sfinansuje. Tak właśnie wygląda pobudzanie gospodarki przez rząd. Ale czy mimo to rząd może coś dla gospodarki zrobić? Ależ tak! Odwalić się – najlepiej raz na zawsze. Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

Coraz mniejsze oszczędności

Kolejny sukces rządu. Pierwszy raz od 12 lat stopa dobrowolnych oszczędności spadła poniżej zera! Nie mamy co oszczędzać, bo coraz więcej zabiera nam rząd i samorządy. Jak mawiał Jerzy Urban (dla młodzieży: rzecznik prasowy generała Jaruzelskiego i główny propagator stanu wojennego) „rząd się sam wyżywi”. Samorząd zresztą też. Właśnie samorządowcy z Warszawy odebrali ponad 12 mln zł. nagród. Proszę się nie oburzać – nagrody są „regulaminowe” nie ma więc tu żadnego kumoterstwa. A poza tym sukcesy przy budowie metra, obwodnicy oraz sprawnie przeprowadzane remonty głównych ciągów komunikacyjnych należy odpowiednio wynagrodzić.
Tylko z czego? Ano właśnie z podatków. Wraca więc, na przykład,   podatek od psów. Po raz pierwszy wprowadzono go na początku XIX wieku w Królestwie Prus. Był to podatek od luksusu. Opierał się na założeniu, że jak ktoś ma pieniądze na jedzenie dla psa, to ma i na podatek. Co prawda ludzie mieli też koty i kanarki, które też musieli karmić. Ale psa łatwiej było wykryć, bo się pojawiał w „obejściu”. Później pojawiło się też ekonomiczne uzasadnienie. Po psach trzeba sprzątać. Robią to służby miejskie, więc właściciele psów powinni płacić z tego powodu podatek celowy. Kilka lat temu podatek ten został zlikwidowany, ale za to właściciele psów mają po nich sprzątać sami. Teraz podatek się przywraca, ale obowiązku sprzątania nie likwiduje. Podatku tego nie muszą płacić rolnicy. To jest ich kolejny „przywilej” podatkowy. Nie muszą bowiem płacić też podatku dochodowego. Ja też bym chciał zostać rolnikiem. Naprawdę! Nie życzę im bowiem, żeby musieli płacić te podatki, jak inni. Innym życzę, żeby nie musieli – jak rolnicy. Jak ktoś ma lepiej, a ktoś gorzej, to dlaczego w imię sprawiedliwości społecznej mamy pogarszać położenie tych, którzy mają lepiej? Może postarajmy się polepszyć położenie tych, którzy mają gorzej? Jak będziemy płacić niższe podatki – będziemy mogli więcej oszczędzać. Gospodarka to koło związków przyczynowo-skutkowych. Kapitał, który ma być wykorzystywany na inwestycje „nie rośnie na drzewach”. Bierze się z oszczędności. A oszczędności są możliwe dopiero wówczas, gdy pojawiają się nadwyżki. Kapitał powstał na skutek zwiększenia innowacyjności pracy, dzięki czemu możliwe było wytworzenie nadwyżek. Aby zaspakajać potrzeby konsumpcyjne ludzie muszą dokonywać wyborów co do podaży swojej własnej pracy. Oczywiście wybory te zależą z jednej strony od dostępu do miejsc pracy na danym rynku i stawek płacowych, a z drugiej strony od własnych umiejętności tworzących bazę alternatywnych wyborów – co możemy robić, u kogo pracować i czy nie możemy zacząć pracować „u siebie”. Stawki płacowe są uwarunkowane relacją podaży i popytu na dane umiejętności oraz równowagą opłacalności – czyli równowagą między tym, by czegoś nie robić (odpoczynek) a robić. Każdy wybiera pomiędzy przyjemnością nie pracowania a przykrością nie posiadania dochodu oraz stawkami wynagrodzenia za dany rodzaj pracy oferowanymi na danym rynku, widzianymi przez pryzmat dóbr, które zamierza nabyć w zamian za wynagrodzenie. Ta perspektywa nabywania dóbr i usług zawiera też opcje oszczędzania, czyli odkładania konsumpcji w czasie. Można użyć bieżące dochody do finansowania przyszłych wydatków (oszczędzania) lub przyszłe dochody do sfinansowania bieżących wydatków (kredyty). Z indywidualnego punktu widzenia oszczędności to część dochodów nie przeznaczanych w danej chwili na konsumpcję lecz gromadzonych na przyszłość. Można powiedzieć, że oszczędności to niezrealizowane wydatki na istniejące dobra lub usługi. Ze społecznego punktu widzenia to źródło finansowania inwestycji. Przeciwieństwem oszczędzania jest konsumpcja. Problem tkwi w określeniu poziomu tak zwanej konsumpcji autonomicznej, stanowiącej pewne minimum. Poziom ten jest określany przez każdego indywidualnie, na podstawie subiektywnych ocen. Stopa oszczędności w danej gospodarce jest zatem składową oszczędności jednostek i zależał od ogromnej liczby subiektywnych ocen. Współcześnie następuje powiększenie konsumpcji autonomicznej. Dzieje się tak za sprawą agresywnego marketingu przekonującego o konieczności posiadania coraz to nowych dóbr, prezentowanych jako niezbędne do życia. W efekcie zmniejsza się stopa oszczędności. Tymczasem oszczędności służą inwestycjom – tworzą więc kapitał (budynki, maszyny), który umożliwia osiąganie zysków w przyszłości, które będzie można przeznaczyć na późniejszą konsumpcję i... na przyszłe oszczędności. Odsetek dochodów przeznaczanych na oszczędności nazywa się stopą oszczędności. Dzięki kontraktom zagranicznym i napływowi kapitału finansowego oszczędności krajowe nie muszą być równe inwestycjom krajowym. Niektórzy dostrzegają taką samą siłę sprawczą w budżecie państwa, twierdząc, że dzięki wydatkom rządowym finansowanym kredytami, można zwiększyć poziom inwestycji bez zwiększania poziomu oszczędności. Niestety kredyty trzeba kiedyś spłacić, co zmniejszy przyszły poziom oszczędności a więc i przyszły poziom inwestycji. W latach trzydziestych XX wieku Roy F. Harrod i Evsey D. Domar udowadniali, że wzrost gospodarczy zależy od produktywności inwestycji i poziomu oszczędności. Im wyższa stopa oszczędności, tym większe inwestycje – ergo tym szybszy wzrost gospodarczy. Robert Solow w 1956 roku sformułował model wzrostu gospodarczego, w którym oszczędnościom także przypisał ważną rolę, ale już nie tak ważną jak Harrod i Domar. Zwiększenie stopy oszczędności podnosi poziom inwestycji. Inwestycje tworzą kapitał, toteż zwiększenie stopy oszczędności przyczynia się do zwiększenia ilości kapitału. W efekcie mamy wzrost gospodarczy. Jednak im więcej jest kapitału, tym mniejsza jest jego produktywność.  Z czasem więc tempo wzrostu gospodarczego maleje, aż w końcu wraca do tego samego poziomu na jakim było zanim stopa oszczędności wzrosła. Można z tego wnosić, że w długim okresie intensywniejsze oszczędzanie nie przekłada się na szybszy wzrost gospodarczy. Ale nawet jak po pewnym czasie tempo wzrostu wróci do pierwotnej wartości, to jednak PKB jest już wówczas na wyższym poziomie niż byłby, gdyby nie szybszy wzrost wywołany przez większe wcześniejsze oszczędności. Późniejsze badania Gregory Mankiwa, Davida Romera i Davida Weila wykazały, że wpływ oszczędności na wzrost gospodarczy nie musi wygasać zgodnie z modelem Solowa, jeśli uwzględnimy inwestycje nie tylko w kapitał rzeczowy, ale także w kapitał ludzki, który, w odróżnieniu od rzeczowego, przynosi korzyści nie tylko tym, którzy w niego zainwestowali, ale wszystkim, którzy go wykorzystują. Wykształcony pracownik może zmienić pracę albo założyć własną firmę, wykorzystując wiedzę zdobytą u poprzedniego pracodawcy. Oiko Nomos – bohater artykułu Edmunda Phelpsa z 1961 roku nawiązującego do modelu Solowa o królestwie Solovia – zdobył nagrodę za wyznaczenie najlepszej dla królestwa stopy oszczędzania, czyli Złotej Reguły Wzrostu. Wyznacza ona optymalny punkt między dwiema skrajnościami. Z jednej strony gdybyśmy nie oszczędzali w ogóle, wszystkie dochody przeznaczając na bieżącą konsumpcję, to nasi potomni nie dysponowali by  i kiedy nagromadzony wcześniej kapitał się wyczerpuje przyszłe pokolenia nie mają czym go zastąpić. W drugim przypadku gdybyśmy konsumowali tylko tyle, żeby utrzymać się przy życiu, przyszłe pokolenia miałyby nadmiar kapitału kosztem naszych poświęceń. Złota Reguła Wzrostu wyznacza taki poziom oszczędności, by współcześni i ich potomkowie mogli osiągnąć ten sam poziom konsumpcji. Nie uwzględniając wzrostu bogactwa wynikającego z postępu technicznego, a tylko ten z akumulacji kapitału, stanie się tak gdy udział oszczędności w dochodach będzie równy udziałowi kapitału w PKB. Jeśli zyski są mniejsze od inwestycji, to poziom oszczędności jest za wysoki i gospodarka znajduje się w stanie dynamicznej nieefektywności. Jeśli zyski są większe od inwestycji, to poziom oszczędności jest za niski i gospodarka jest dynamicznie efektywna. Oszczędzając więcej można zwiększyć PKB, a w przyszłości także konsumpcję. Według John Keynesa ludzie charakteryzują się pewną stałą skłonnością do konsumpcji. Różnicę pomiędzy dochodami a wydatkami koniecznymi do utrzymania poziomu życia oszczędzają.  Kiedy zarabiają więcej, konsumują nieznacznie więcej, za to ich oszczędności rosną szybciej niż dochód. Stopa oszczędności jest więc tym wyższa, im wyższe są dochody. W praktyce okazało się, że Keynes nie miał racji (nie tylko pod tym względem). Ale dlatego, że realizowana w praktyce jego własna teoria interwencjonizmu państwowego przyczyniła się do zmiany ludzkich skłonności. Zgodnie z teorią cyklu życia Franco Modiglianiego jednostki i gospodarstwa domowe dążą do jednakowego poziomu konsumpcji w ciągu całego życia. Hipoteza cyklu życia stanowi alternatywę zarówno dla hipotezy dochodu absolutnego Keynesa, według której wydatki konsumpcyjne zależą od bieżącego dochodu rozporządzalnego, a oszczędzają tylko jednostki o wysokich dochodach, jak i dla hipotezy dochodu permanentnego Miltona Friedmana, według której dochód permanentny to średni dochód, jaki ludzie spodziewają się osiągnąć w długim okresie. Zdaniem Modiglianiego młodzi ludzie, którzy zarabiają niewiele, a potrzeby mają większe, zaciągają kredyty (na dom, czy samochód) i wydają tym samym więcej, niż zarabiają. Ich oszczędności są ujemne. W średnim wieku osiągają najwyższe dochody, spłacają kredyty z młodości i jeszcze oszczędzają na starość. Ich oszczędności są dodatnie. Kiedy się zestarzeją, żyją z kapitału zgromadzonego w młodości a spłaconego w wieku średnim i z oszczędności wówczas zgromadzonych. Ich oszczędności znowu są ujemne. Działania rządów ten cykl zakłócają. Realizacja teorii Keynesa spowodowała, że uznaliśmy, iż musimy coraz więcej wydawać, bo to „ożywia” gospodarkę i że nie musimy więcej oszczędzać, bo „w razie czego” pomoże nam rząd – przecież jesteśmy „ubezpieczeni”. Dlatego badania Simona Kuznetsa wykazały, że konsumpcja rośnie niemal całkowicie proporcjonalnie do dochodu. W krótkim okresie stopa oszczędności ma bezpośredni wpływ na stopę wzrostu PKB, a w długim okresie wpływa na poziom PKB, który przy takiej samej stopie wzrostu rośnie od wyższego poziomu. A kiedy PKB rośnie dochody ludzi młodych i w średnim wieku są wyższe niż obecnie ludzie starsi zarabiali w czasach swojej aktywności. Tym samym oszczędności młodszych są większe niż konsumpcja emerytów. Jednakże gdy młodzież spodziewa się dalszego szybkiego wzrostu gospodarczego w przyszłości, zaciąga więcej kredytów – ergo ma większe ujemne oszczędności. Modigliani przyjął jednak kilka uproszczeń i nie wziął pod uwagę, kilku faktów. Celem oszczędzania nie musi być tylko odkładanie na starość – zgodnie z cyklem życia. Niektórzy nie oszczędzają w ogóle. Z kolei emeryci nie zawsze konsumują wszystkie oszczędności, a często nawet dalej oszczędzają – zostawiając spadek potomnym. Motywem oszczędzania może być chęć zabezpieczenia się na wypadek nagłej utraty dochodów (bezrobocie) lub nagłym wzrostem wydatków (w chorobie). Ludzie posiadający majątek oszczędzają mniej niż ci, którzy majątku nie posiadają, gdyż w razie potrzeby mogą spieniężyć jego część lub zaciągnąć kredyt pod jego zastaw (to tak zwany efekt majątkowy). Działa też tak zwana ekwiwalencja ricardiańska, którą opisał Robert Barro. Zgodnie z teorią racjonalnych oczekiwań, wzrost deficytu budżetowego musi spowodować wzrost podatków w przyszłości. Racjonalnie myślący ludzie – a zwłaszcza przedsiębiorcy –  konsumują mniej, a oszczędzają więcej przewidując, że rząd będzie musiał w przyszłości podwyższyć im podatki. Niestety przedsiębiorcy stanowią mniejszość członków społeczeństwa. Podobnie jak ludzie myślący racjonalnie. Jednak jest jeszcze coś takiego jak przezorność. Większość ludzi jest przezornych i w miarę możliwości oszczędza na wypadek „niepewnego jutra”, bo – jak pisze Jose Pinera – „naturalne prawo przeżycia i odpowiedzialności nakazuje ludziom – a nawet wielu gatunkom zwierzęcym – oszczędzać w okresach obfitości, aby przetrwać okresy niedostatku.” Badania w Stanach Zjednoczonych, w Japonii i w Holandii pokazują że najważniejszą przyczyną oszczędzania jest niepewność, na przykład na wypadek choroby, utraty pracy lub innych nieoczekiwanych wydarzeń. „Fundamentalne znaczenie dla dobrostanu człowieka ma nie tylko – utrzymywana na satysfakcjonującym poziomie – bieżąca konsumpcja, ale także przekonanie, że dotychczasowe warunki bytu nie pogorszą się w przyszłości. Brak pewności jutra wywołuje silny stres, który negatywnie oddziałuje na psychikę i stan fizyczny człowieka. Chęć redukcji związanego z tym napięcia, odczuwanego jako przykrość, wymusza aktywność, której celem jest zdobycie pożądanych dóbr”. Państwo socjalne udaje, że tę niepewność zmienia na pewność. Prowadzi to do zmniejszenia oszczędności sektora prywatnego. Ograniczenie roli państwa skutkuje wzrostem oszczędności. Pod warunkiem wszelako, że osiągane dochody netto pozwalają oszczędzać. Robert Gwiazdowski Tekst pochodzi z bloga www.blog.gwiazdowski.pl . Przedruk za zgodą Autora

Obligacje Breżniewa ciążą Rosji

Właściciele wyemitowanych przez Leonida Breżniewa w 1982 roku obligacji mają powód do radości. Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu nakazał państwu rosyjskiemu wypłatę rekompensaty Jurijowi Łobanowowi oraz Marii Andriejewej za papiery dłużne, które nabyli w tamtym właśnie okresie. Jak podaje forsal.pl, ten precedensowy wyrok otworzył furtkę wszystkim właścicielom obligacji, którzy jak dotąd bezskutecznie starali się o odzyskanie pieniędzy. Wyrok z pewnością jednak nie ucieszył rosyjskich władz, gdyż łączna wartość sowieckich papierów wartościowych jest równa niemalże połowie PKB kraju.
Zarówno Łobanow jak i Andriejewa, oboje bardzo już wiekowi, mogą się cieszyć z wygranej. Jak dotąd bowiem państwo rosyjskie nie skupiło większości obligacji z czasów Breżniewa i co więcej robi wszystko, aby przeciągnąć sprawę jak najdłużej. Dziś pierwszy z poszkodowanych będzie bogatszy o 37 150 euro lub równowartość 140 własnych pensji, natomiast pani Andriejewa dostanie 4300 euro, co stanowi dwukrotność zainwestowanej wówczas przez nią sumy. Niestety dla rosyjskich władz to zaledwie kropla w morzu długu, jaki państwo ma wobec właścicieli sowieckich obligacji. Wartość papierów dłużnych wynosi obecnie 25 bln rubli czyli ok 785 mld dolarów. To prawie tyle ile wynosi połowa PKB kraju. Jak na razie Putin chce przeciągnąć sprawę spłaty samych tylko odsetek do 2015 roku. A odsetki przecież cały czas rosną. Tymczasem w internecie kwitnie obrót breżniewowskimi obligacjami. Wiele osób liczy na łatwy zysk, zwłaszcza że mają na swoje poparcie sądowe wyroki. Według Borisa Kheyfetsa z Instytutu Ekonomicznego Rosyjskiej Akademii Nauk w Moskwie ten dług powinien zostać spłacony w latach 90 – tych. Obecnie realizacja zobowiązań mogłaby doprowadzić do natychmiastowego załamania gospodarki. Można powiedzieć, że Rosja na własne życzenie narobiła sobie takiego bałaganu. W przeciwieństwie do innych byłych republik sowieckich zobowiązała się do spłaty całego długu. W 1995 roku prezydent Borys Jelcyn podpisał ustawę, która ustalała ceny skupu obligacji na przypuszczalnym poziomie, jaki mógł obowiązywać w 1990 roku. Władimir Putin rozpoczął spłatę obligacji podczas pierwszej kadencji, kiedy to wzrosły ceny ropy i w budżecie było więcej pieniędzy. Dziś rośnie deficyt i władze nie są już tak skore do wypłaty zobowiązań. Rosyjski minister finansów w opublikowanej w ubiegły roku strategii zadłużenia tak skomentował spłatę zaległych roszczeń: „Jeśli to faktycznie będzie miało miejsce, państwo zostanie pozbawione możliwości pokrycia innych wydatków w długiej perspektywie czasu”. ISz