Tag Archives: Polonia Christiana

Jak pokonać marksizm?

"Ile w nas bolszewika?" - to temat przewodni najnowszego numeru dwumiesięcznika "Polonia Christiana" (maj-czerwiec 2017). Wśród autorów magazynu znajduje się założyciel i pierwszy prezes Fundacji PAFERE Jan Michał Małek.

Narodowy – nie państwowy!

Wypadki, do jakich doszło w Narodowym Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie skłaniają nie tylko do oburzenia i stanowczego protestu, ale także do refleksji nad samą ideą „teatru narodowego” i państwowego mecenatu nad sztuką.

Czas Apokalipsy 1914–1918

Pierwsza wojna światowa nazwana została Wielką Wojną, jednak jej wielkość nie polegała na globalnym wymiarze – już wcześniej zdarzały się przecież konflikty, które z Europy rozprzestrzeniły się na inne kontynenty, dość wspomnieć wojnę siedmioletnią (1756–1763), toczoną również w Ameryce Północnej. „La Grande Guerre” zasłużyła na swoje miano z całkiem innych powodów, przede wszystkim dla straszliwych, niewyobrażalnych dotąd ofiar ludzkich.

Teatr to nie komercyjne show

Informacja o tych wydarzeniach obiegła i zelektryzowała całą Polskę. Połowa listopada ubiegłego roku, Teatr Stary w Krakowie. Podczas przedstawienia „Do Damaszku”, grupa widzów, oburzona obscenicznymi scenami, krzyczy „Hańba!” i opuszcza widownię. Reżyser spektaklu, Jan Klata, żegna zniesmaczonych widzów słowami „Wynoście się!”.

Polonia Christiana: Teatr promuje dewiacje

Jeśli pojawia się w teatrze temat rodziny, to zawsze jest to rodzina patologiczna, w której relacje między jej członkami są (…) toksyczne. Żadnych pozytywnych wzorców. Jeśli na scenie widzimy postać uosabiającą wiarę katolicką, to okazuje się, że jest to hipokryta – na zewnątrz świętoszkowaty, w rzeczywistości okazuje się figurą bardzo negatywną, wręcz obrzydliwą.

Nie chcą być „homo”

Z doktorem Josephem Nicolosim, amerykańskim psychoterapeutą z Narodowego Stowarzyszenia ds. Badań i Terapii Homoseksualizmu, specjalizującym się w skutecznej terapii reparatywnej męskiego homoseksualizmu, rozmawia Bogna Białecka.
Czy istnieją homoseksualiści, którzy postrzegają swe homoseksualne skłonności jako wynaturzenie, uważając, że ludzkość w założeniu miała być heteroseksualna? – Owszem, istnieją i jest ich niemało. Niestety jednak panuje wokół nich zmowa milczenia, a najbardziej wpływowe na świecie organizacje, mianowicie: Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne (American Psychological Association) i Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne (American Psychiatric Association) odwracają się do nich plecami. Dlaczego? – Bo dziś w kwestiach związanych z homoseksualizmem w imieniu owych stowarzyszeń przemawiają wyłącznie aktywiści gejowscy. W ten sposób wypromowano mit, jakoby ludzie mieli rodzić się homoseksualistami. Z tego zaś wyrósł kolejny mit, iż mając skłonności homoseksualne, można być jedynie gejem, bo w przeciwnym razie człowiek dopuszcza się zdrady swej „prawdziwej natury”. Co więcej, Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne oraz Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne odrzuciły stare jak świat przekonanie, że dzieci w równej mierze potrzebują matki i ojca, a ponadto rozprzestrzeniły jeszcze trzeci mit, jakoby homoseksualizm od heteroseksualizmu odróżniała wyłącznie płeć partnera. Wszystkie te koncepcje to nic innego jak mity. Nasze stowarzyszenie, czyli Narodowe Stowarzyszenie ds. Badań i Terapii Homoseksualizmu (National Association for Research and Therapy of Homosexuality) naukowo to udowadnia, we wszystkich swych pracach dokładając wszelkich starań o zachowanie naukowej dokładności, z szacunkiem traktując przy tym poglądy osób niezgadzających się z nami. Twierdzi Pan zatem, że homoseksualizmowi można zapobiegać bądź też korygować skłonność ku niemu? – Tak, wyznaję pogląd, iż homoseksualizmowi można zapobiegać, gdyż jest on zaburzeniem rozwojowym. Dostrzegam mocne dowody na potwierdzenie klasycznego stanowiska psychodynamicznego, zgodnie z którym zachowania homoseksualne zakorzenione są w braku identyfikacji płciowej i wykazują skłonność do możliwości naprawienia owego deficytu. Doświadczenia kliniczne pokazują, że kiedy ukryte potrzeby emocjonalne oraz deficyty identyfikacyjne zostaną zdiagnozowane, homoseksualne fantazje i zachowania zaczynają zanikać i u wielu ludzi następuje wówczas przebudzenie reakcji heteroseksualnych. Skąd więc, Państwa zdaniem, biorą się skłonności homoseksualne? – Uważamy, iż homoseksualizm jest skutkiem dziecięcej traumy. Zachowania homoseksualne stanowią próbę naprawienia ran odniesionych we wczesnym dzieciństwie, zwłaszcza popsutych relacji z ojcem. Identyfikując, a następnie poddając leczeniu owe zranienia pacjent odczuwa coraz mniejszą potrzebę angażowania się w związki z własną płcią. Rany emocjonalne leczy się zarówno poprzez relację, w jaką pacjent wchodzi z terapeutą, jak i poprzez nauczenie pacjenta, w jaki sposób tworzyć intymne, nieseksualne relacje z innymi ludźmi. Dlatego właśnie uważamy, że najlepsze efekty przynosi terapia pacjenta-mężczyzny prowadzona przez terapeutę-mężczyznę, która uczy pacjenta tworzyć więź męskiej przyjaźni. Niektórzy jednak sądzą, że homoseksualiści nie akceptują własnej orientacji z powodu przyswojonej „homofobii”. - To dosyć dziwne oskarżenie, zważywszy na fakt, iż homoseksualizm jest obecnie na świecie akceptowany powszechniej niż kiedykolwiek w dziejach. A mimo to „gejowski” styl życia kryje wiele nieszczęść, zwłaszcza dla mężczyzn. Wydawany przez nas „Journal of Human Sexuality” wyszczególnia liczne dowody patologii związanych z gejowskim stylem życia, nawet w środowiskach tak dalece go popierających, jak w Danii czy Holandii. Ludzie, którzy się do nas zgłaszają, sami muszą pragnąć zmiany własnej orientacji seksualnej, w przeciwnym razie szybko terapię porzucą. Próbując pokonać własne skłonności homoseksualne, nasi pacjenci działają przeciw kulturze afirmującej takie zachowania. Badania jednak wykazują niezbicie, iż ostateczna przyczyna podejmowania przez nich decyzji o wszczęciu terapii nie ma nic wspólnego z rzekomą społeczną „homofobią”, ale wynika z ich dotychczasowego sposobu życia, nieprzynoszącego oczekiwanej satysfakcji (chodzi tu o dogłębne przekonanie, że ich zachowania nie zgadzają się z ich płciowością). Kultura popularna stoi dziś na stanowisku: gej jest okej – jeśli więc nie jesteś w stanie cieszyć się swoim homoseksualizmem, to znaczy, że coś z tobą nie w porządku. Tymczasem zgłaszający się do nas mężczyźni mają świadomość, że homoseksualizm jest pogwałceniem ich najgłębszej tożsamości. Co by się stało, gdyby w imię politycznej poprawności zabroniono używania w stosunku do homoseksualizmu terapii reparatywnej, stawiając wyłącznie na terapie afirmatywne? – Gdyby zabroniono stosowania terapii reparatywnej, ludzie musieliby próbować pokonywać swe skłonności do osób tej samej płci na własną rękę. Nie zapominajmy, że wiele osób uporało się z własną skłonnością homoseksualną samodzielnie, bez żadnej terapii. Wiadomo, że wielu nastolatków ma skłonności homoseksualne, ale z nich wyrasta. Jednak zabronienie prawa do realizacji osobistych celów homoseksualistom cierpiącym z powodu swych skłonności i pragnących zmiany, byłoby tragiczne. Bo w istocie czy można komukolwiek pomóc zachowując jedynie neutralność? Psychologowie postrzegający heteroseksualność jako normę niezwykle powściągliwie zabierają dziś głos w tej materii. – Skontaktował się kiedyś ze mną pewien chrześcijański psycholog, który chciał porozmawiać o terapii reorientacyjnej dla homoseksualistów. Mając nadzieję znaleźć politycznie poprawny, „bezpieczny” kompromis wobec stanowiska Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego, dokładał wszelkich starań, by w kwestii homoseksualizmu unikać zarówno wartościowania, jak i jednoznacznej odpowiedzi. Uważał, że dobrym rozwiązaniem będzie po prostu program modyfikacji zachowań. Opierając się na dwudziestopięcioletnim doświadczeniu w pracy na tym polu, powiedziałem mu wprost, że uważam jego podejście za naiwne i absolutnie nie do zastosowania. Zgłaszający się do nas mężczyźni nie przychodzą jedynie po to, by zmienić swe niepożądane zachowania. Pragną oni zmienić sposób odczuwania samych siebie: chcą stać się w pełni heteroseksualni, a nie tylko zachowywać się jak heteroseksualiści. Chcą czuć się swobodnie w kontaktach z mężczyznami, a wobec kobiet zachowywać męską odrębność. Krótko mówiąc, pragną oni spełnić swój utajony potencjał heteroseksualny. Proponowany przez nas model rozwoju musi pacjentowi dogłębnie odpowiadać. W przeciwnym wypadku opuści on nasz gabinet i – całkiem zresztą słusznie – zacznie poszukiwać innych metod terapii. Dlatego wyjaśniamy mu, że nasze podejście różni się od stanowiska Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego, które stawia homoseksualizm na równi z heteroseksualizmem. Ponadto, w trakcie terapii zachęcamy pacjenta do nieustannego precyzowania własnej tożsamości. A czy w ogóle istnieje coś takiego jak „tożsamość gejowska”? – Jako esencjalista – aby użyć języka filozofii – nie zaś społeczny konstruktywista, jestem przekonany, że identyfikacja płciowa i orientacja seksualna są zakorzenione w rzeczywistości biologicznej. To nasze ciało mówi nam, kim jesteśmy. Nie możemy „skonstruować” – zmontować lub rozmontować – innej rzeczywistości, w której tożsamość płciowa i seksualna nie byłyby ściśle powiązane z biologią. Filozofia oparta na prawie naturalnym twierdzi, że pogląd taki wywodzi się ze wspólnego dla całego rodzaju ludzkiego naturalnego, instynktownego przekonania. To właśnie tłumaczy, dlaczego tak wielu ludzi – nawet zupełnie niereligijnych – wyczuwa, że „tożsamość gejowska” jest tworem fałszywym. Znany psychiatra Robert Spitzer – człowiek odpowiedzialny za usunięcie homoseksualizmu z listy dysfunkcji psychicznych, a w konsekwencji za uznanie go za normę – jest zdeklarowanym ateistą. Tenże właśnie Robert Spitzer ostatnio stwierdził, że z homoseksualizmem coś jest nie tak, po czym dodał, że gdyby jego własny syn miał problemy ze skłonnością do osób tej samej płci, doradziłby mu poddać się terapii nakierowanej na przemianę. W istocie, ogromna większość naszych pacjentów zgłasza się do nas, odkrywszy, że pociąg do tej samej płci nijak nie daje się w ich życiu zastosować. Do pragnienia przemiany skłania ich dogłębne przekonanie, iż tak naprawdę w głębi duszy są heteroseksualistami. Dlatego poszukują terapeuty, który by dostrzegł ten ich wewnętrzny potencjał. Dziękuję za rozmowę. Rozmawiała Bogna Białecka

Tragedia Koptów, aplauz Zachodu

Z Maciejem Grabysą i Michałem Królem, autorami filmu dokumentalnego zatytułowanego "Być Koptem", rozmawia publicysta magazynu "Polonia Christiana", Krystian Kratiuk.
Odwiedzają Panowie kraje, przez które przeszła tak zwana „arabska wiosna”. W europejskich mediach panuje przekonanie, że dzięki „demokratyzacji” północnej Afryki zapanowała tam wolność. Jak to w istocie wygląda? – Właściwie od początku rewolucji w Egipcie panuje olbrzymi niepokój; po obaleniu Mubaraka zapanowała wielka euforia – przeciwko reżimowi protestowali ramię w ramię muzułmanie i Koptowie, którzy w Egipcie tworzą niemal dziesięcioprocentową mniejszość. Jednak po wyborze na prezydenta Egiptu Mursiego, reprezentującego Bractwo Muzułmańskie, marzenia o prawdziwej demokratyzacji kraju szybko prysły. Mursi wraz z popierającymi go ekstremistami religijnymi, armią i służbami bezpieczeństwa dążył do stworzenia państwa wyznaniowego opartego na prawie szariatu – ta tendencja pozwoliła na zaostrzenie kursu wobec mniejszości koptyjskiej, która stała się kozłem ofiarnym obarczanym winą za niepowodzenia o charakterze ekonomicznym i politycznym, jakie spadły na Egipt. Wielu imamów, popierających idee Bractwa Muzułmańskiego, i salafitów nawoływało do usunięcia społeczności koptyjskiej z Egiptu. Doszło do niespotykanych wcześniej prześladowań chrześcijan: pogromów, zastraszeń, ataków na modlących się w kościołach oraz porwań koptyjskich dziewcząt. Co na to Zachód? – Wszystko to działo się przy milczącej aprobacie świata zachodniego, który wciąż bezkrytycznie wierzył w procesy demokratyczne zachodzące jakoby w państwie rządzonym przez Mursiego. Wreszcie zdesperowani Koptowie postanowili zaprotestować. Tak doszło do słynnego pogromu chrześcijan na Maspero w Kairze, gdzie armia egipska na rozkaz prezydenta strzelała do egipskich chrześcijan i rozjeżdżała ich czołgami. To był przełom, punkt krytyczny, po którym autorytet władzy Mursiego zaczął słabnąć, i który jednocześnie doprowadził do wielomilionowych protestów, jakie obserwowaliśmy w Egipcie w czerwcu i lipcu bieżącego roku. W wyniku tych protestów Mursi został obalony i zastąpiony przez rząd, w którym swój udział mają mieć także Koptowie. Jednak sytuacja wewnątrz kraju wcale się nie uspokoiła – rozwścieczone utratą władzy Bractwo Muzułmańskie protestuje w obronie swojego prezydenta. Ciągle dochodzi do krwawych rozruchów, również do pogromów Koptów, na których spada rzekoma wina za współudział w spisku przeciwko obalonemu prezydentowi. Z jednej więc strony pojawiła się nadzieja, ale z drugiej dochodzi do niesłychanej eskalacji konfliktu – Egipt wrze, zdaje się być na krawędzi wojny domowej. Wydaje się, że tak zwana „arabska wiosna” przechodzi kryzys – obalono wprawdzie reżimy, ale wolność pociąga za sobą całą masę problemów, na rozwiązanie których potrzeba czasu i chęci opartej na wzajemnym poszanowaniu praw, przede wszystkim praw mniejszości. Czy społeczeństwa arabskie rzeczywiście chcą przyjąć zasady zachodniej demokracji? – Wydaje się to wątpliwe – spontaniczne ruchy społeczne zostają przechwycone przez tendencje islamistyczne ukierunkowane na stworzenie państw wyznaniowych opartych na prawie szariatu. Dzieje się tak obecnie w Syrii, z pogranicza której właśnie wróciliśmy – realizowaliśmy tam film dokumentalny o sytuacji chrześcijan syryjskich. Siły opozycyjne związane z Wolną Armią Syrii zostały przechwycone przez dżihadystów powiązanych z Al Kaidą, których celem nie jest demokratyczna Syria, ale podobnie jak w Egipcie stworzenie państwa wyznaniowego. Świat zachodni milczy w tej kwestii, wydaje się kompletnie zdezorientowany obrotem spraw w Syrii. Czy przypadkiem nie wspiera teraz terrorystów spod znaku Al Kaidy, z którymi równocześnie oficjalnie walczy? Czy nie doszło do takiego paradoksu? Politycy zachodni, zwłaszcza związani z prezydentem Obamą, muszą odpowiedzieć na to pytanie, zanim Syria całkowicie się wykrwawi w szaleństwie wojny domowej, która już pochłonęła prawie sto tysięcy ofiar. W filmie "Być Koptem" zawarto niezwykle ważne świadectwa – na przykład, rzeczywisty stosunek przywódców duchowych islamu do chrześcijan. Stek bzdur i haniebnych kłamstw, wymierzonych w egipskich chrześcijan, woła o pomstę do nieba. Czy Koptowie mają jakąkolwiek szansę na zdementowanie oskarżeń, na przykład, o adorację męskich narządów płciowych? Czy istnieją w Egipcie organizacje lub instytucje pomagające chrześcijanom? Wiemy, że niedawno Egipska Inicjatywa Praw Człowieka zarzuciła tamtejszej policji bierność wobec wzmożonych aktów antychrześcijańskiej agresji. To jednak na niewiele się zdało, sytuacja się nie zmienia… – To, co pokazaliśmy w filmie – myślimy o wypowiedziach imamów – i tak zostało mocno okrojone, aby nie epatować i nie przerazić polskiego widza. W internetowej Memri TV znaleźć można dziesiątki wystąpień imamów z całego świata arabskiego nawołujących wprost do przemocy wobec chrześcijan, ośmieszających naszą religię, oskarżających nas o magię, namawiających do przemocy wobec chrześcijańskich kobiet. Podkreślamy, że to wystąpienia w mediach. Proszę sobie zatem wyobrazić, co może być mówione w meczetach, na dalekiej egipskiej prowincji, na przykład, gdzieś w okolicach Asyut, gdzie dochodzi do olbrzymiej ilości pogromów. To po takich właśnie przemówieniach podczas piątkowych muzułmańskich modłów rozwścieczony tłum może zaatakować kościół, zabić księdza, porwać niewinnych ludzi. Do tego typu zdarzeń ciągle dochodzi na egipskiej prowincji, w Górnym Egipcie, w okolicach Asyut, ale także w Kairze czy Aleksandrii. To jest codzienność, w której muszą żyć Koptowie. W Egipcie są oni obywatelami drugiej kategorii, mają ograniczone prawa i muszą siedzieć cicho, ba, mają olbrzymie problemy w egzekwowaniu prawa, nagminnie w stosunku do nich łamanego, gdyż egipskie sądy i policja trzymają stronę muzułmanów. Dochodzi do tego olbrzymia korupcja, która paraliżuje wszelkie próby sprawiedliwego respektowania prawa. Wiemy, że istnieją pozarządowe organizacje zajmujące się pomocą prześladowanym Koptom, ale działają one pod olbrzymią presją i bardzo trudno jest im się przebić. Dla mniejszości koptyjskiej bardzo dużo robi koptyjski Kościół, a także olbrzymia koptyjska diaspora, która przypomina całemu demokratycznemu światu o istnieniu Koptów i ich dramacie. Czy przeciętny Egipcjanin, karmiony antykoptyjską propagandą, rzeczywiście nienawidzi swych wyznających Chrystusa sąsiadów? Czy takie nastroje są wyczuwalne na ulicy? – Trzeba pamiętać, że jest także wielu umiarkowanych muzułmanów, którzy na co dzień nie zieją nienawiścią do Koptów – to między innymi oni doprowadzili w ostatnim czasie do obalenia Mursiego – ale i tak bycie Koptem w Egipcie to swojego rodzaju wykluczenie społeczne, które skutkuje chociażby ograniczeniem w możliwości zdobycia zatrudnienia. Koptów zdradza imię zapisane w dowodzie osobistym i nawet przy najlepszych kompetencjach do pracy mogą zostać odrzuceni ze względu na wyznanie. To jawna dyskryminacja ekonomiczna. Ponadto za prezydentury Mursiego prześladowano także tych, którzy otwarcie nosili krzyżyk – mogli być za to zastraszeni, napadnięci, pobici. Dramatyczny los ciągle spotyka koptyjskie kobiety – łatwo rozpoznawalne ze względu na różnice w codziennym ubiorze – narażone na porwania i gwałty. To od lat wielki problem, ale także temat tabu. Porwania koptyjskich kobiet są na porządku dziennym, ale nikt o tym nie chce mówić. Policja i służby bezpieczeństwa umywają ręce, co więcej, zdają się często aprobować i popierać takie działania. Istnieją także olbrzymie problemy w zdobyciu pozwolenia na budowę i remonty świątyń koptyjskich – biurokracja egipska z sukcesem utrudnia takie starania. W egipskim pejzażu dominować mają meczety i wieże minaretów – to obowiązująca zasada. Jak Panowie tłumaczą sytuację w najważniejszych mediach i serwisach informacyjnych w Polsce? Dlaczego w sytuacji, gdy – mówiąc brutalnie – „śmierć się w telewizji sprzedaje”, nie słyszymy wiadomości o zabijanych Koptach i ich palonych kościołach? Dlaczego redaktorzy programów informacyjnych w katolickim kraju potrafią zainteresować się bijatyką pijanych nastolatek, a nie donoszą o dziejących się codziennie dramatach chrześcijan? – Prześladowanie chrześcijan to wielki temat, który ze względu na obowiązującą poprawność polityczną wydaje się być celowo pomijany w mainstreamowych mediach. To, co w tej chwili dzieje się w stosunku do chrześcijan na całym świecie, nie tylko w krajach muzułmańskich, można nazwać chrześcijanofobią – media nie chcą o tym mówić, media chcą ten temat zepchnąć jak najdalej. To wielki wstyd i hańba dla Zachodu, który w tej chwili więcej uwagi poświęca rzekomej dyskryminacji mniejszości homoseksualnych niż rzeczywiście zabijanym i prześladowanym chrześcijanom. Ktoś porównał milczenie wobec prześladowań chrześcijan do milczenia amerykańskich Żydów podczas II wojny światowej wobec dramatu, jaki w tym czasie dotykał ich europejskich braci. Politycy rządzący dzisiaj Unią Europejską to pokolenie roku 1968 – pokolenie, którego intelektualnym fundamentem jest myśl lewicowa wykluczająca chrześcijaństwo z dyskursu publicznego. Politycy ci więcej uwagi poświęcają wspieraniu obyczajowej i kulturowej rewolucji w świecie arabskim niż rzeczywistym dramatom mordowanych chrześcijan. Powtarzamy – to wielki wstyd, ale także i dramat Europy – odejście od chrześcijańskich korzeni na rzecz ideologii multikulturalizmu. Jak każda utopia i ta ideologia wydaje się wężem zjadającym własny ogon – spójrzmy na postępującą islamizację Europy Zachodniej. Jeszcze trochę, a Europejczycy przestaną być tam większością i będą musieli zmierzyć się z islamem, który wyklucza demokratyczny dyskurs i genderową rewolucję. Mówiąc wprost: zachodnie demokracje wyhodowały potwora na własnej piersi, ślepo wierząc w asymilację muzułmanów. Nic takiego się nie stało – islamizacja Europy postępuje i wydaje się karą za odejście od chrześcijańskich korzeni i wartości. Odpowiadając wprost na pytanie: polityka redakcyjna stacji telewizyjnych i innych mediów odzwierciedla poprawność polityczną narzuconą przez obowiązujący dyskurs, w którym nie ma miejsca na dramat prześladowanych chrześcijan, a także na wiele innych tematów dotyczących chociażby aborcji czy prawdy w kwestii katastrofy smoleńskiej. Niechęć do mówienia o losie chrześcijan na Zachodzie wynika również z obawy przed drażnieniem europejskich muzułmanów, których reakcje na to mogą okazać się bardzo gwałtowne, a co za tym idzie: niekorzystne dla stabilności państw europejskich, w których wyznawcy Allacha stanowią – jak w Wielkiej Brytanii, Francji, Belgii czy Niemczech – znaczącą mniejszość. Właśnie wrócili Panowie z Syrii, skąd również docierają coraz bardziej niepokojące informacje dotyczące chrześcijan, którzy znaleźli się niejako w pułapce między walczącymi ze sobą muzułmanami. W internecie krążyło niedawno nagranie, na którym chrześcijaninowi obcinano głowę. Co Panowie zobaczyli w Syrii? – Syria przeżywa teraz wielki dramat; wojna domowa trwająca od 2011 roku pochłonęła już sto tysięcy ofiar. Dodać do tego należy liczoną w milionach masę uciekinierów, którzy zaludnili ostatnio okoliczne państwa: Liban, Jordanię, Turcję. Są wśród nich również syryjscy chrześcijanie, którzy przed wojną stanowili w Syrii niemal dziesięcioprocentową mniejszość. Ich los, podobnie jak Koptów, jest bardzo dramatyczny – syryjscy chrześcijanie znaleźli się w pułapce wojny, w samym środku pomiędzy walczącymi stronami. Choć na początku byli oni zwolennikami rewolucji, za którą miały iść demokratyczne przemiany wymierzone w znienawidzony reżim Assada, teraz uciekają z Syrii głównie przed islamistycznymi oddziałami i dzihadystami, którzy przejęli kontrolę nad Wolną Armią Syrii i siłami rebelianckimi. Trzeba bowiem powiedzieć jasno, że w ostatnim czasie doszło do niesłychanej islamizacji syryjskiej opozycji. Do Syrii napłynęła masa wojowników powiązanych z Al Kaidą, sponsorowanych przez Katar i Arabię Saudyjską. To całkowicie zmieniło wymiar tej wojny. Wydaje się, że dziś celem Wolnej Armii Syrii jest państwo wyznaniowe oparte na prawie szariatu. Świadczy o tym niesłychana eskalacja przemocy wobec syryjskich chrześcijan, których wypędza się z kraju, stosuje się wobec nich przemoc, nakłada muzułmańskie podatki i poddaje olbrzymiej presji. Chrześcijańscy uchodźcy z Syrii mówią także o zabójstwach i porwaniach księży. Trzeba tu przypomnieć o bestialskim mordzie dokonanym przez islamistów na franciszkaninie, ojcu Francois Murad, czy porwaniu dwóch biskupów, których los do dzisiaj pozostaje nieznany. Wszystkie te akty przemocy wobec hierarchii kościelnej mają chrześcijanom dać do zrozumienia, że nie są w Syrii mile widziani i że najlepiej zrobią, opuszczając ten kraj. Dochodzi więc do olbrzymiego exodusu chrześcijan, który można porównać do sytuacji w Iraku, skąd przed islamskim terrorem musiał uciec milion chrześcijan. Będzie więc kolejny film o prześladowaniu wyznawców Chrystusa? – Tak, drugi odcinek serii zatytułowany Prześladowani, zapomniani chcemy poświęcić losowi syryjskich chrześcijan – chcemy poruszyć sumienia polityków europejskich, którzy powinni zrozumieć, że tylko zaprzestanie wysyłania broni do Syrii może spowodować zaprzestanie konfliktu i rozpoczęcie rozmów pokojowych. O to w tej chwili proszą chrześcijanie i biskupi, między innymi greckokatolicki biskup Daruish z Doliny Bekaa w Libanie, który w tej sprawie spotyka się z europejskimi politykami w Brukseli. Europa i Ameryka zaś, znowu wykazują zadziwiającą hipokryzję – wspierają opozycję, której celem nie jest demokratyczna Syria, ale państwo wyznaniowe oparte na prawie szariatu. To wielki paradoks i zarazem hańba wynikająca z kompletnego zapomnienia o losie syryjskich chrześcijan. O to także mają oni wielki żal i w wielu wywiadach mówią o tym wyraźnie i mocno – mówią o pozostawieniu ich przez Europę na pastwę losu. Pracują Panowie w bardzo niebezpiecznych rejonach, z misją uświadamiania widzów o zbrodniach przeciwko chrześcijanom. Musi więc paść pytanie o strach – nie boją się Panowie gniewu muzułmanów? – Nie zastanawiamy się nad tym. Naszym celem jest realizacja serialu dokumentalnego poświęconego prześladowaniom; poprzez ten serial chcemy dotrzeć do serc i świadomości polskiej, i nie tylko polskiej, widowni, po to, aby zmienić postrzeganie problemu prześladowania chrześcijan. Wierzymy, że nagłośnienie tego tematu wpłynie także na konkretne decyzje polityków, co bezpośrednio przełoży się na realną pomoc. Jeżdżąc w takie miejsca, spotykamy mnóstwo ludzi, którzy robią dużo dobrego dla tamtejszych chrześcijan. Jest to dla nas bardzo budujące, oni często z narażeniem własnego życia niosą pomoc naszym braciom. W Egipcie jest to ojciec Samaen – duchowy przywódca chrześcijan zamieszkujących dzielnicę śmieciarzy w kairskim Mokkattamie – daje im on nadzieję i silną wiarę, mimo prześladowań. W Libanie – na samej północy, przy granicy z Syrią spotkaliśmy ojca Eliana Nasrallaha, który dostarcza pomoc medyczną dla syryjskich uchodźców – prowadzi szpital, gdzie zatrudnia lekarzy. Do prowadzenia tej działalności potrzebuje on jednak wsparcia, dlatego zwracamy się o pomoc dla księdza Eliana. Trzeba też wspomnieć o księdzu Adamie Parszywce z Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego w Krakowie, bez którego pomocy i zaangażowania nie powstałby żaden z filmów – to właśnie ksiądz Adam zdecydował, że trzeba temat prześladowań podnieść i stał się inicjatorem i producentem serii filmów. Chcemy, aby nasze filmy dotarły do jak najszerszej widowni. Myślimy także o pokazie naszych filmów w Parlamencie Europejskim w Brukseli. Wierzymy głęboko, że oprócz TVP Kraków, Radia Wnet i magazynu „Polonia Christiana”, także inne media, szczególnie telewizje, zainteresują się tematem i odważą na ogólnopolską prezentację naszych filmów. Filmy są gotowe i czekają na emisję. Dziękuję za rozmowę. Rozmawiał Krystian Kratiuk Foto.: wp.pl

Krzyżacy mistyczni

Krzyżaka chwalić – marne zajęcie. Czyżby? Chyba lepiej właśnie doceniać wroga i aż za dobrze wiedzieć, z kim się ma do czynienia. A może trzeba w nim zobaczyć współbrata w wierze? I czasem… sojusznika? Bo przecież, wbrew pozorom, nasi przodkowie nieraz patrzyli na Krzyżaków jak na chrześcijańskich sojuszników. I podobnie Krzyżacy na nas. Spróbujmy zatem…
Jadąc do stolicy, brat zakonny z daleka już dostrzegał blask złotej sukni, okrytej mozaikowymi płytkami. Odbijało się w nich wschodzące słońce – niczym Chrystus, który co dzień wita Matkę, spoczywając na Jej ramieniu jako Dziecię. Ona zaś dzięki słońcu lśniła tak, jakby wyrzeźbiono ją z kruszcu i szlachetnych kamieni; jakby naprawdę okrywała Ją złota suknia z ciemnoczerwonym płaszczem o błękitnej podszewce i z białą chustą na pięknych, rozpuszczonych włosach. Taka była największa w średniowiecznej Europie statua Najświętszej Maryi Panny wypełniająca wschodnie, zamurowane okno kaplicy zamkowej w Malborku. Niestety, przepadła bezpowrotnie w roku 1945. Wokół figury biegł napis: Maria gute uns in diner hute, kędy indziej zapisywany po łacinie: Salva nos Domina, czyli Zbaw nas, o Pani. A przecie Maryja panowała nad tym miejscem nie tylko za sprawą figury. Niemiecka nazwa Malborka, w spolszczeniu gubiąca znaczenie, to Marienburg, czyli zamek Maryi. Była tu u siebie. Ale jedźmy dalej śladami zakonnego brata. O ile pierwsza scena jego wędrówki przeminęła, druga trwa. Pamiętać ją muszą choćby wielbiciele Pana Samochodzika i templariuszy. Z krużganku Zamku Wysokiego brat wstępował do kaplicy przez Złotą Bramę, czyli gotycki portal o obficie rzeźbionej i malowanej archiwolcie. Nie wszystko tu chyba rozumiał. Nie miał wyższych święceń. Jego narzędziami pracy były miecz i tarcza, nie zaś modlitewnik i pióro. Nie miał też wielkich liturgicznych obowiązków. Te wypełniali niezbyt liczni krzyżaccy księża, do rządów w Zakonie niedopuszczani. A przecież brat chadzał do kaplicy i rozumiał, że z archiwolty Złotej Bramy Panny Mądre i Panny Głupie upominają go: Grzeszniku, bądź roztropny! Nawróć się! I że skłębione pośród kolumn demony to szatan, który jak lew ryczący, krąży szukając, kogo by pożreć (1 P 5, 8). Na szczęście wchodzącego brały zaraz pomiędzy siebie postaci świętych Apostołów, wspierające wspaniałe sklepienie kaplicy. Apostolskie Kolegium szczególnie patronowało rycerzom Maryi Panny, przez wieki stojąc na straży ich państwa. Do czasu, oczywiście. Kiedy z kolei brat nasz przystępuje ku ołtarzowi, ukorzony przed mensą, ponad którą rozłożyły się złote skrzydła ruchomych malowideł, widzi i kontempluje śmierć, zmartwychwstanie i tryumf Syna oraz Matki. Tak w każdym razie było na zamku grudziądzkim, a zapewne i kędy indziej. Wreszcie przystępuje do Najświętszego Sakramentu i widzi otwierane przed nim sakrarium. Za nim lub nad nim – malowaną postać Męża Boleści, który z miłości ku ludziom, pośród cierpienia, dobrowolnie oddaje Ciało i Krew. Brat przyjmuje Jego Ciało. A przed bitwą rozmyśla cicho przy figurze tegoż Pana cierpiącego w Ogrójcu. Spogląda w Jego Oblicze równie spokojne i słodkie, co bolesne i pełne miłosierdzia. Potem – rozważa przerażającą dosłowność konania tegoż Pana rozpiętego na Krzyżu. Jeśli jednak modlił się w katedrze w Kwidzynie, pocieszał go w tych ciężkich chwilach głos błogosławionej pustelnicy Doroty, zamurowanej na własną prośbę w celi przy prezbiterium. Kiedy zaś los szczególnie dał się braciom we znaki, najpotężniejsi z nich mogli jeszcze po wyjściu z kaplicy uklęknąć we własnej komnacie przed niewielką, drewnianą figurą Maryi, która otwierała ramiona i stawała się Matką Miłosierdzia. Pod Jej płaszczem, u stóp Boga Ojca, Syna i Ducha, chronili się komturowie i wielcy mistrzowie. Z nadzieją spoglądali na samych siebie, wymalowanych pod płaszczem Patronki. A wtedy… ale nie uprzedzajmy wypadków. Na razie chciałem tylko pokazać i powiedzieć, że przeciętny brat żyjący w krzyżackim zamku naprawdę myślał o Chrystusie i Jego Matce. Że musiał widzieć i zachowywać w sercu Ich wzniosłe obrazy, które wiodły go do Boskich idei. Że mógł i powinien przyjmować z powagą Ciało i Krew Pańską. A ponadto – że wszystko to było naprawdę bardzo piękne: kościoły, rzeźby, malowidła. Najwyższej klasy w Europie. Miecz Nawrócenia i Wieża Dawidowa A zaczęło się przecież (no i skończyło) inaczej. W tym dziwnym kraju ceglane zamki wyrosły pośród dzikich pól i puszcz wydartych poganom. Historia jest skomplikowana i bywa, że śmieje się nam w nos. My, Polacy, wiemy zwykle tyle, że Zakon zawłaszczył Prusy, nawracał siłą i nas niszczył. Tymczasem z początku był naszym sprzymierzeńcem, walczył także o spokój polskiego pogranicza, pustoszonego przez Prusów. I zawsze czcił księcia Konrada Mazowieckiego, swego dobrodzieja, który zaprosił go, wiedząc, że bracia są rycerzami doświadczonymi we władaniu bronią i od lat swojej młodości zaprawionymi w walkach. Kiedy zaś pogańscy Litwini wdarli się w głąb Ziemi Sandomierskiej paląc i mordując, kronikarz krzyżacki Piotr z Dusburga z podziwem pisał o Leszku Czarnym, który niczym Gedeon stanął do walki i uwolnił jeńców chrześcijańskich, a następnie wrogom wiary zadał dotkliwą klęskę (tu i dalej cytuję przekład Sławomira Wyszomirskiego). Działo się to wszystko w epoce „żelaznej”. Piotr z Dusburga poprzedził opowieść o tych czasach wstępem, w którym tłumaczy, że szlachetnym sposobem odnoszenia zwycięstw jest cierpienie. Zwycięża ten, kto cierpi; jeśli pragniesz zwyciężać, naucz się cierpieć. W litanii loretańskiej Matka Boża to Wieża Dawidowa, na której – wedle słów Pisma Świętego – zawieszono wszystką broń walczących. Piotr wyciąga stąd wniosek, że strażnicy głowy Jezusa Chrystusa powinni posiadać broń, którą tępiąc wrogów broniliby wieży wiary. Na krzyżacką duchowość winny były składać się: walka duchowa i walka mieczem. Dlatego zaraz potem Piotr szczegółowo rozwodzi się nad mistycznym znaczeniem rycerskiej tarczy i miecza, włóczni i puklerza, hełmu i kolczugi, łuku i strzał, które broniły ceglanych zamków krzyżackich przed poganami. Rzeź i cuda I wreszcie przechodzi do opisów straszliwych rzezi, trwogi i okrucieństw, jakie dały początek zakonnemu państwu. Wedle legendy Krzyżacy zbudowali swój pierwszy zamek na wielkim dębie koło przyszłego miasta Toruń. Obsadziło go zaledwie siedmiu pobożnych rycerzy. Kolejne grody, a potem zamki stawiano wśród nieustannych bojów przez lat kilkadziesiąt. Nic dziwnego, że gdy w roku 1260 doszło do wielkiego powstania Prusów, Zakon przeszedł głęboki kryzys. Brakowało chętnych do walki. Krzyżacy nie rodzili się przecież na kamieniu: wstępowali do Zakonu w Turyngii, Frankonii lub Saksonii i stamtąd dopiero wędrowali do Prus. Dodajmy, że nigdy nie było ich zbyt wielu. W podstawowej jednostce administracyjnej – komturstwie – liczono ich zwykle, prócz komtura, dwunastu, ale czasem zaledwie kilku. Reszta – to pachołkowie, miejscowi rycerze służebni (tak zwani servientes) lub najemni czy też goście - krzyżowcy. Owi dość nieliczni bracia zakonni ginęli, bywało, niczym muchy: co roku kilkunastu lub kilkudziesięciu. Któż przychodził na miejsce poległych? Z dokumentów dowiadujemy się, że przyjmowano rycerzy, którzy w swojej ojczyźnie dokonali morderstwa czy podpalenia, a walka za wiarę miała być dla nich oczyszczającą pokutą. Wedle słów Gerarda Labudy, rycerze owi nie nakładali sobie zapewne zbyt wielkich hamulców w walce z Prusami. Kronika Piotra z Dusburga, pisana – pamiętajmy! – z perspektywy następnych pokoleń, podaje nam wciąż jeszcze pamiętane, zatrważające obrazy. Kronikarz, sam przecież zdeklarowany Krzyżak, przesuwa przed naszymi oczami całą galerię takich rycerzy‑zbójów, którzy podstęp i zdradę podnieśli w walce z Prusami do rzędu reguły. Prusowie odpłacali Krzyżakom tą samą bronią. Nic dziwnego, że w obliczu śmiertelnego zagrożenia państwa Krzyżacy stosowali taktykę „spalonej ziemi”. Czy było to usprawiedliwione? Bóg już osądził. Tenże kronikarz opisuje wszakże liczne wizje i cuda, jakie wspomogły podówczas upadający Zakon. Wierzono w nie powszechnie – także i w nieprzychylnej później Krzyżakom Polsce. Bo słuszność walki z poganami nie podlegała dyskusji. A jednak Piotr pisze, iż pewien zakonny rycerz bał się, że nie będzie mógł zbawić swojej duszy w zakonie domu niemieckiego. Chciał więc z niego wystąpić. Wtedy ujrzał we śnie świętych Dominika, Franciszka i Augustyna – którzy odmówili mu przyjęcia do swoich zakonów. Obok za to pojawiła się Matka Boża z wieloma braćmi domu niemieckiego (czyli w towarzystwie zbawionych Krzyżaków) i unosząc w górę płaszcze każdego z braci pokazała mu rany i ślady uderzeń, od których polegli z ręki niewiernych w obronie wiary, i rzekła: „Czyż wydaje ci się, że ci oto bracia twoi nie wycierpieli niczego w imię Jezusa Chrystusa?” I kiedy to powiedziała, widzenie znikło. Brat obudził się, przestał myśleć o wystąpieniu, a niedługo potem poległ z ręki pogan. Jeśli kronikarz pisze prawdę – o zbawieniu tego brata i ja nie wątpię. Ale… no właśnie… Czas złoty Minęło niemal sto lat. We wschodnim oknie malborskiej kaplicy widniał już gigantyczny posąg Matki Bożej, o którym słyszeliśmy na początku. Już stały zamki, tętniły życiem ludne miasta, napełnione głównie germańskim żywiołem. Za miejskimi murami urosły ratusze, klasztory i katedry. Władza Zakonu okrzepła. I oto wielki mistrz Luder z Brunszwiku i krzyżacki brat – rycerz Heryk von Hessler – rymują po niemiecku Księgę Machabeuszy i Apokalipsę. Na świetnych, barwnych miniaturach niemieckim rymom towarzyszą armie Goga i Magoga. Wojownikom szatana krzyżacki malarz dorobił „litewskie” hełmy. Naprzeciwko ukazał zakutych w stal rycerzy spod znaku Krzyża. Krzyżaków po prostu. I krzyżackiego księdza, który chrzci niewiernych – i anioła, który ścina ich króla. Prusy są teraz spokojniejsze i dostatnie, ale polityka Zakonu – nadal bezwzględna. Także wobec chrześcijańskich sąsiadów. W tym samym mniej więcej czasie Władysław Łokietek doprowadzony do rozpaczy utratą Gdańska i Pomorza sprzymierza się z pogańskimi Litwinami, żeby spustoszyć Prusy. Cóż za pociecha? Kiedy indziej Litwini łupią Polskę. Bo dopóki nie przyjmą naszej wiary, będą wrogami zarówno Boga, jak i Polski i Krzyżaków. Litauer Niemniej marzenia krzyżackie płyną ku innej, wymyślonej przyszłości, która nigdy się nie ziści. Opiewa je poemat Litauer (Litwin), najlepsza chyba ilustracja tych mrzonek. Spłynęła spod pióra niejakiego Szondocha, o którym bliżej nic nie wiadomo. Szondoch opowiada rymem, jak pewien litewski król zachodzi w głowę, dlaczego wciąż z Krzyżakami przegrywa? I posyła do Torunia swego szpiega, zaufanego rycerza. Ten widzi, jak gotujący się do wojny bracia idą na Mszę Świętą. Nie rozumie chrześcijańskiej liturgii, nie zna chrześcijańskiej wiary, ale – co za dziw – dostępuje niezwykłego widzenia! Zamiast opłatka dostrzega zbrojnego męża, którego kapłan łamie na trzy części i rozdaje braciom. Szpieg powraca i opowiada swoją wizję królowi, po czym obaj incognito przybywają do Torunia – i teraz… Nieochrzczonym to się stało, Że widzieli ludzkie ciało, Bo się Bóg w osobie stawił I w naturze ludzkiej zjawił, Jako mąż na kształt olbrzyma. Nie krył się przed ich oczyma, Jak przede mną, marnym pyłem (Czymże ja to zawiniłem?)… [tu i dalej przeł. JK] Pod wpływem owej wizji król Litwinów powiada: Już mnie nie zdumiewa wcale, Że mnie pokonują stale, Bowiem, gdy któremu snadnie Pokonanym być wypadnie I rozcięty mieczem runie, Wnet się drugi zeń wysunie… I oto otrzymuje on łaskę wiary w Chrystusa. Zawiera z Wielkim Mistrzem przymierze i chrzci swój lud. Pewno, że ta baśń pozostała fikcją. Jej urodę przecięła Bogurodzica, adresowana do tej samej Maryi, która patronowała Zakonowi. Dlaczego więc Zakon przegrał? Jan Długosz nie miał wątpliwości. I my nie musimy jej żywić. Było bohaterstwo, ale i okrucieństwo; pobożność, ale i zimne wyrachowanie. Potem pycha. I koniec. Nie znaczy to, że mamy gardzić krzyżacka mistyką. Wydała, jak sądzę, przynajmniej tylu świętych, ile wzruszających dzieł sztuki chrześcijańskiej. Jacek Kowalski Jacek Kowalski – historyk, poeta i pieśniarz. Adiunkt na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Miłośnik kultury staropolskiej.

PCh24.pl – Prawa Strona Internetu

Miło nam poinformować, że z dniem 20 marca 2012 roku ruszył nowy portal internetowy PCh24.pl - Polonia Christiana. Wydawcą tego przedsięwzięcia jest Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. ks. Piotra Skargi.
"Prawa Strona Internetu" to hasło wiodące nowego portalu, na którym znajdą się na bieżąco aktualizowane  informacje polityczne, społeczne, religijne oraz gospodarcze. Dział gospodarczy PCh24.pl redagowany jest przy współpracy z Fundacją PAFERE. Gorąco zachęcamy zatem do regularnej lektury "Prawej Strony Internetu".
To, że nowy portal zaistniał w sieci w pierwszym dniu astronomicznej wiosny będzie - miejmy nadzieję - symbolem odrodzenia nie tylko otaczającej nas przyrody, ale także początkiem odrodzenia umysłów Polaków. Odwiedź PCh24.pl...  

Celowość czy przypadek czyli salonikowy miszmasz

Nie wiem, jak wygląda to w krajach zachodnich, ale u nas, w Polsce, przybiera często dziwaczne oblicze. O co chodzi? O układ rozplanowania gazet i czasopism w salonikach prasowych. Nie wiem też czy w każdym mieście jest podobnie czy różnie, i czy układ jest wynikiem świadomej polityki właścicieli sieci, np. RUCH, Kolporter, Inmedio itp., czy też stanowi efekt radosnej twórczości dzierżawców danych punktów bądź sprzedawców.
Często zdarzało mi się widywać porozkładane blisko siebie poważne czasopisma społeczno-polityczne z - raczej frywolną - twórczością wydawniczą. Ale to, co zobaczyłem niedawno w jednym z saloników prasowych w Piotrkowie Trybunalskim wprawiło mnie w zdumienie. "Polonia Christiana", poważne, szanujące się, katolickie czasopismo wydawane przez Stowarzyszenie im. ks. Piotra Skargi, obok ostrej pornografii. Celowość czy przypadek? Zjawisko sfotografowałem i dzielę się nim z Czytelnikami naszego portalu (kliknijcie żeby powiększyć). Może ktoś w swojej okolicy zauważył coś podobnego i sfotografował? polonia_kiosk PSz Foto. PSz

W Klubie ”Polonia Christiana” o sytuacji w USA

Redakcja pisma „Polonia Christiana” serdecznie zaprasza na spotkanie inaugurujące działalność Klubu „Polonia Christiana”, które odbędzie w Warszawie 3.02.2009 (wtorek)  o godz.18.00, w lokalu przy ul. Pięknej 16b (Klub Pietrzaka). Temat spotkania brzmi: Barack Hussein Obama – „Mesjasz czy biblijna bestia (44 prezydent USA)”. Zaproszeni goście poruszą następujące tematy: Paweł Toboła Pertkiewicz – „USA w czasie wyborów - okiem bezpośredniego obserwatora” Lech Jęczmyk – „Dokąd zaprowadzi Świat Barack Obama” Spotkanie poprowadzi redaktor naczelny „Polonia Christiana” – Sławomir Skiba. Paweł Toboła Pertkiewicz, wydawca i publicysta prawicowy, komentator ekonomiczny,wiceprezes Polsko-Amerykańskiej Fundacji Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego PAFERE wyróżnionej niedawno prestiżową nagrodą Templeton Freedom Award przyznawaną niezależnym organizacjom pozarządowym. Lech Jęczmyk, eseista, publicysta, redaktor i tłumacz m.in. Philipa K. Dicka, Josepha Hellera, Kurta Vonneguta. Jest znawcą literatury science fiction. Był redaktorem w wydawnictwie „ Iskry” i „Czytelnik”. Publikował m.in. w „Fantastyce” (gdzie w latach 1990 - 1992 pełnił funkcję redaktora naczelnego) i „Frondzie”. W 2007 roku, z okazji 25-lecia pisma Fantastyka, Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego uhonorował Lecha Jęczmyka srebrnym medalem "Gloria Artis"