Tag Archives: prawica

Janusz Korwin-Mikke: Unia Europejska uderza w podstawy cywilizacji europejskiej

Unia Europejska odrzuciła zasady, które zbudowały naszą cywilizację; Co się stało z europejską prawicą?; Jak socjaliści ogłupiają ludzi? – relacja ze spotkania z Januszem Korwin-Mikkem. Zapraszamy na nasz kanał na YouTube – PROKAP TV.

Oświecenie, liberalizm i pomieszanie z poplątaniem

Studiując uważnie tak zwaną „prawicową prasę” nie trudno oprzeć się wrażeniu, że pomimo rozlicznych dzielących poszczególne ugrupowania „prawicowe” różnic, jest kilka takich obszarów, w których przemawia ona jednym głosem. Najczęściej wówczas, gdy chodzi o „wspólnego wroga”. Takowy oczywiście istnieje, jednakże rzecz w tym, żeby go prawidłowo identyfikować.

Dawid Wildstein oświadczył mi, że jestem internetowym hejterem

Spotkał mnie zaszczyt niesłychany. Znany dziennikarz Dawid Wildstein poprosił nie o wywiad. Krótki, ale zawsze dla pana z telewizora, i do tego mnie jako mnie, a nie mnie jako anonimowego przechodnia.

Janusz Korwin-Mikke w TV Republika: „Sprawę Kiszczaka trzeba przedawnić”

Jeszcze kilkanaście dni temu podczas spotkania w Piotrkowie Trybunalskim Janusz Korwin-Mikke twierdził, że nie ogląda TV Republika a tymczasem wczoraj był już jej gościem. Zapraszamy do obejrzenia wywiadu z nim, podczas którego szef Kongresu Nowej Prawicy twierdzi, że najwyższy czas dać spokój Kiszczakowi i Jaruzelskiemu. Snuje też dość oryginalną hipotezę dotyczącą katastrofy smoleńskiej.

Wipler, Gowin, Korwin, Ruch Narodowy, czyli zamieszanie na prawicy

Na rok przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i samorządowymi, a na dwa przed elekcjami prezydenckimi i parlamentarnymi sytuacja na prawicy robi się coraz ciekawsza. Ilość bytów politycznych, które mają duże aspiracje, aby zdobyć poparcie prawicowych wyborców jest coraz większa, w dodatku ostatnie wydarzenia na scenie politycznej komplikują sytuację i czynią ją coraz bardziej interesującą.

Kolejna szansa komunistów

5 marca 1940 r. sowieckie politbiuro podjęło decyzję w następstwie której w lesie katyńskim i wielu innych miejscach rozległy się strzały. Ginęli Polacy, którzy w opinii władz sowieckich dochowując wierności złożonym przysięgom stali się wrogami ludu. Równo trzynaście lat później zszedł główny „zleceniodawca” tej i wielu innych zbrodni – Józef Stalin. Wiele wskazuje na to, że nie obeszło się bez pomocy osób trzecich.

Viktor Orban – opowieść o człowieku, który nie ma nic wspólnego z Kaczyńskim

W najnowszej książce Igora Janke „ Napastnik. Opowieść o Viktorze Orbánie” większość recenzentów zainteresowało się tym czy sukces Fideszu na Węgrzech uda się PiS powtórzyć w Polsce. Z bardzo sprawnie napisanej pracy Jankego wynika że nie. PiS nie robi nic z tego co pozwoliło Fideszowi na sukces.

Radek Sikorski: Zachód stracił wiarę we własne wartości

W cyklu „Z archiwum III RP” publikujemy wywiad z Radkiem Sikorskim, dzisiejszym ministrem spraw zagranicznych, jaki przeprowadziłem 22 kwietnia 1996 roku dla miesięcznika "Czas Piotrkowski". Wywiad przygotowany jest na ProkapTV i tekstowej.

Impotencja na kanapie, czyli rozważania na okoliczność śmierci CZŁOWIEKA

Dariusz Ratajczak nie żyje. Smutne to, zwłaszcza że już rozpoczęło się intensywne krążenie e-maili, w których czytamy, że zaszczuty przez Gazetę Wyborczą i sforę usłużnych anty-antysemitów, wyrzucony z pracy na Uniwersytecie Opolskim naukowiec stracił dom, rodzinę,  mieszkał w samochodzie i ostatnimi czasy pracował jako...stróż na parkingu.
Czytam te pełne oburzenia maile i pytam: A KTO MU POMÓGŁ?  Gdzie byli ci wszyscy KOMIWOJAŻEROWIE PATRIOTYZMU, którzy objeżdżają kraj, występując przed audytoriami złożonymi z setek ludzi kojących serca bogoojczyźnianymi frazesami? Aż się prosi, by zadać kilka pytań: 1. Doktora Ratajczaka wyrzucono z pracy. Kto to zrobił? Krasnoludki?  Nazwiska tych, którzy przyłożyli rękę do jego wyrzucenia są przecież znane. I co? Gdzie są pikiety pod ich domami? Gdzie ostracyzm środowiskowy? 2. W Kraju funkcjonuje wiele prywatnych szkół i wyższych uczelni. Pracują w nich ludzie, z których niejeden komiwojażeruje po Polsce, pięknie mówiąc o patriotyzmie, chrześcijaństwie, miłości bliźniego, potrzebie jedności i solidarności. Dlaczego zatem doktor Ratajczak nie znalazł pracy zgodnej z jego wykształceniem, zdolnościami i aspiracjami? 3. Jak to jest, że w czterdziestomilionowym kraju nie znalazło się miejsce pracy dla JEDNEGO człowieka? A Paweł Zyzak? A jeszcze kilku innych?  Naprawdę nie stać nas, by wyrzucanym z pracy za poglądy zapewnić godne warunki bytu, by mogli w spokoju pracować dla Ojczyzny?  Gdyby środowiska, uważające się za patriotyczne i narodowe zamiast toczyć niekończące się spory i jałowe dysputy zorganizowały odpowiedni fundusz i NATYCHMIAST zagospodarowywały w odpowiedni sposób ludzi zaszczuwanych, nie byłoby takich tragedii, jak tragedia doktora Ratajczaka. Wystarczyłaby symboliczna złotówka miesięczne, a doktor Ratajczak żyłby i wydawał książki. Ale cóż, jak się okazuje, w czterdziestomilionowym kraju, w 2010 roku niemożliwe było to, co możliwe było sto kilkadziesiąt lat temu w maleńkim Wielkim Księstwie Poznańskim, pod pruskim zaborem... Przykładów z przeszłości nie brakuje. Ot, choćby ten jeden: wyrzucony z pruskiego gimnazjum filolog klasyczny, doktor Hipolit Cegielski założył słynną później fabrykę maszyn i narzędzi rolniczych. Nie skończył jak doktor Ratajczak. Dlaczego? Ano dlatego, że wówczas istniało SPOŁECZEŃSTWO, które do tego nie dopuściło. Społeczeństwo, które potrafiło zadbać o to, by wykształcone i zdolne jednostki w odpowiedni sposób zagospodarować i wykorzystać ich talenty w służbie Ojczyźnie. Patriotyzm to nie górnolotne frazesy, lecz konkretne działania. Możemy byś pewni, że  jeśli tylko na to pozwolimy, przypadków wyrzucania z pracy i zaszczuwania będzie więcej. Niech zatem ci, którzy w owym wyrzucaniu i zaszczuwaniu uczestniczą, przekonają się, że ich nikczemne działania są bezskuteczne  a oni muszą się liczyć z tym, że porządni ludzie będą się od nich odsuwać jak od zadżumionych. Jeśli nic się w tym względzie nie zmieni, tak zwana „polska prawica (?)” nie ma co marzyć o normalnej Polsce. Pozostanie KANAPĄ IMPOTENTÓW, zagłuszających sumienia patriotycznymi frazesami. Jan Przybył (tekst powstał 2 lata temu i został wysłany do jednego z „prawicowych” czasopism, gdzie przepadł bez śladu)

Stanisław Michalkiewicz o szansach prawicy w Polsce

21 września 2012 roku Stanisław Michalkiewicz gościł w Piotrkowie Trybunalskim, w auli I Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Chrobrego. Tematyka spotkania była różnorodna, nie zabrakło m.in. wielu odniesień do aktualnej sytuacji w Polsce i na świecie. Będziemy Państwu sukcesywnie prezentować fragmenty zapisu wideo z tego spotkania. Dziś o szansach polskiej prawicy w najbliższej perspektywie czasowej. Czy Roman Giertych może być nadzieją polskiej prawicy? Wkrótce: kto jest największym złodziejem wszechczasów?

Wiara i prawicowość mają niewiele wspólnego… … W odpowiedzi prof. Wielomskiemu

Polemikę z Panem Profesorem Wielomskim miałem podjąć za jakiś czas, ale uznałem (niebagatelne znaczenie miał to doping naszego wspólnego znajomego: p. Artura Granackiego; „Prof. Wielomski rzucił Panu kolejną rękawicę. Sam jestem prawicowym ateistą, więc Panu kibicuję. Kiedy kontratak?„ tak, ze zdecydowałem się na natychmiastowy kontratak. Wprawdzie jestem agnostycznym liberałem, a nie prawicowym ateistą, ale jestem przekonany, że może istnieć i, ze istnieje prawica laicka i tak jest niemal w każdym normalnym kraju, prawica to nie ci co klęczą, tylko ci, co realizują odpowiednią politykę społeczną i ekonomiczną, identyfikowaną jako „prawicową”. To może się ze sobą pokrywać ale nie musi. Pan Profesor podchodzi do problemu zbyt filozoficznie, zbyt Heglowsko, wbrew faktom, za to zgodnie z ideą.
Nie chcę zaczynać od „hardziorów” jak mówi młodzież, ale niestety jestem do tego zmuszony. Pan Prof. obraził niewierzących i sceptyków zrównując ateizm i agnostycyzm z hedonizmem. Tych intelektualistów, których inspiruje doktryna chrześcijańska cechuje jakaś obsesja niedoskonałości ciała, wierzą oni głęboko w dualizm ciała i ducha, chociaż wiadomo już od dawna, ze to co rzekomo duchowe jest w rzeczywistości cielesne, a dokładniej mózgowo-neuronowe. Hedonizm to takie słowo-wytrych, lub straszak, my agnostycy wolimy określenie epikureizm, tzn. godne życie, zamiast bicia pokłonów urojonym bogom. Moim zdaniem, wszyscy ludzie są hedonistami, wierzący też, bo pieszczą swe dusze, tj. mózgi. Sprawia im to przyjemność, ze czują się lepsi od innych „zbłąkanych owieczek” i to jest rdzeń ich ideologii. Mają się za wtajemniczonych i to daje zapewne daje masońskie poczucie radości, i muszą też rekompensować czymś zahamowania psychologiczne spowodowane propagandą właściwego życia codziennego. Pan profesor Wielomski pisze, że gdyby był ateistą nie pisałby książek, i nie trwonił czasu na pracę naukową i karierę akademicką, dodaje też, że Jeżeli Boga nie ma, to jedynym sensem ludzkiego życia jest według Fryderyka Nietzsche - "samo życie". Oczywiście, ze celem życia jest życie doczesne, bo to jedyne co mamy, nie mamy bowiem dusz tylko ciała i mózgi, jednak celem życia nie jest po prostu życie, lecz dobre, godne życie. Wierzących sprawy świata tamtego czasem zachęcają do dobrego życia, lecz równie często, a może i częściej odciągają od spraw istotnych dla ogółu w kierunku religijnych rojeń. Jak pięknie napisał Sam Harris, przez religię ciągle dyskutujemy o jakichś względnie małych problemach typu prawa gejów do zawierania ślubów (oczywiście powinni móc je zawierać, bo chcą i po ludzku rzecz biorąc nic nikomu to nie zaszkodzi, wręcz przeciwnie), zamiast o sprawach ważnych np. przeludnieniu. Nie czytałem Kojève’a („…istotą rewolucyjnego myślenia, jego ukoronowaniem jest negacja Boga…), ale jako historyk wiem, że rewolucyjne myślenie narodziło się dużo przed masową negacją. Kim był Savonarola, wierzący do szaleństwa, kim byli adamici, albigensi, diggerzy, lewellerzy, anabaptyści, kim są amisze, mormoni, jeśli nie rewolucyjnymi religiantami? Czcząc boga ludzie czczą samych siebie właśnie niestety, religia to egocentryzm rozciągnięty do szczytów Himalajów, ludzie religijni wywyższają się ponad innych, są pyszni swą wiarą, czego dowodzi np. przekonanie wielu obywateli USA, ze Jezus przybędzie na ziemie jeszcze za ich życia, i oczywiście będzie chciał spotkać się z każdym z nich. Oczywiście, że można być ekonomicznym liberałem i antyklerykałem równocześnie, jest takich ludzi bardzo wielu włącznie ze mną i wieloma moimi znajomymi. To absurd, uważać inaczej. Liberalizm ekonomiczny przejawia się w czynach, a nie w filozofii, nawet socjalista Gerhard Schroeder wdrażając program Agenda 2010 był przez moment liberałem ekonomicznym, co kosztowało go fotel przewodniczącego. Absurdem jest też mówić, że w „świecie bez Boga jedyny sens mają hulanki i życie od imprezy do imprezy”. Tak samo można by powiedzieć, że w świecie z Bogiem i niebem i piekłam nic nie ma sensu poza samobiczowaniem się, życiem pustelnika i umartwianiem. A przecież prof. Wielomski, który jest wierzący, we włosiennicy nie chodzi, choć jak mówili holenderscy XVII-wieczni pastorzy – praedikanten: „życie doczesne jest niczym” - dit leven is gans niet. Pan Profesor pisze książki w tym życiu, bo ma nadzieję, na przyszłe? Książki pisze się z myślą o następnych pokoleniach i ich życiach doczesnych. Profesor Wielomski pisze:
„…Nie wiem czy Bóg istnieje. Oto sens wiary. Gdybym wiedział, że istnieje, to bym nie musiał już wierzyć. Tego zazdroszczę św. Pawłowi. Po wydarzeniu w drodze do Damaszku on już nie wierzył - on już wiedział, bowiem widział i słyszał na własne oczy i na własne uszy tak mocno, że aż oślepł…”.
Cóż, to, że pisze o tym stara księga nic jeszcze nie oznacza. Nie wiemy co widział Szaweł vel Paweł, zawsze w takich wypadkach przecieram oczy ze zdumienia, że jakiś Beduin sprzed 2000 lat może być jakimkolwiek wzorem dla wykształconego człowieka naszych czasów. Nikt nie wie czy bóg istnieje i każdy jest w tych sprawach agnostykiem, jak słusznie pisał Dawkins, równica polega na tym w jakim miejscu na skali 0-10 się znajdujemy. Kolejne słowa profesora Wielomskiego, są niestety zupełnie niepoważne i kpią z wiedzy historycznej dostępnej każdemu:
„… Bez Zasady Porządkującej nasza rzeczywistość nie ma sensu. Zrozumiała to znakomicie teologia jezuicka XVI wieku: świat jest uporządkowany, hierarchiczny, skrajnie racjonalny i zrozumiały pod jednym warunkiem, a mianowicie takim, że Objawienie opisane w Piśmie Świętym jest prawdziwe. Ten element musi zostać przyjęty na wiarę, ale dzięki temu świat doczesny staje się zrozumiały … Homo homini deus zakończyło się w gułagach leninowskiej rewolucji i stalinowskiego anty-porządku….”.
Tyle piękna teoria i marzenie, a oto historia jezuickiego Kościoła w pigułce. Najpierw co prawda chrześcijanie mieszkali w katakumbach (gdzie prawdopodobnie utrzymywali się także i z drobnych kradzieży, bo katakumby to było tradycyjne rzymskie schronienie rabusiów tropionych przez sebacarię), potem jednak cesarze stanęli po ich stronie (Julian Apostata to niestety tylko dwuletni epizod, i prawdopodobnie zabili go chrześcijanie) i zaczęli niszczyć prawdziwych Rzymian, najpierw miejskich (ze strachu lub oportunizmu wielu np. urzędników przechodziło na chrystianizm), potem wiejskich (paganus — „wieśniak"), mamy też kilkusetletnie walki sekt chrześcijańskich w samym Rzymie, czyli dziesiątki małych wojen domowych, po czym walki soborów z herezjami, potem Rzym się kończy, ale niewolnictwo zostaje, by zamienić w feudalizm (konserwa Chesterton twierdzi, że póki było nieco ziemi gromadzkiej, była wolność...), lub handel „zwierzętami" — bo za zwierzęta chrześcijanie z krajów kolonialnych uważali zwykle murzynów, inteligencję tworzyli z początku ludzie KrK i mnisi, którzy przechowali, ale też przekłamali, przesiali i odpowiednio do wymogów propagandy dozowali idee starożytnych, potem mamy krucjaty i tu wstrzymałbym się nawet z krytyką, bo była to bardziej kwestia polityki międzynarodowej niż samej tylko wiary, potem pierwsza udana herezja — luteranizm, i walka za pomocą armat tam, gdzie powinno się rozmawiać argumentami (rozumiem, że Państwo Kościelne sponsorowało walkę z Turkami, choć szkoda, że na siłę i nawet wtedy, kiedy ci zachowywali się jak trzeba) potem powstają liberałowie, którzy maja dość wojen religijnych i po raz pierwszy trzeba czegoś więcej niż odmienności poglądów, by kogoś móc zabić, potem mamy rewolucję 1789 roku, która niestety wielu przeraziła tak, że wrócili ku starym mitom uznając starca z demencją nieomylnym starcem z demencją, potem mamy bolszewizm, który walczył z religią (metodami topornymi i anty-intelektualnymi), ale sam też nią był i też nie przyjmował krytyki, i nazizm, którego kolebką były katolicka Bawaria, pomysłodawcą katolik z Austrii, a podłożem — chrześcijański antyjudaizm no i tak dochodzimy do epoki zakazów transfuzji krwi… Nigdy nikt i nic nie przeszkadzało Kościołowi traktować ludzi jak psy, bolszewicy nie byli ani lepsi ani gorsi, po prostu mieli większe możliwości techniczne. Ciekawy jest cytat z Renana, jaki przytacza prof. Wielomski: "Bądź piękny, oto moralność cała", Renanowi chodziło o moralność w świecie bez Boga. Koresponduje to z poglądami Nietzschego, który twierdził, że chrześcijaństwo był to bunt małych, głupich słabych, tchórzliwych i brzydkich przeciw panom antyku;, bezwzględnym, odważnym, silnym, mądrym i pięknym właśnie. Mówimy tu o pewnej konstrukcji psychologicznej ludzi XIX wieku, którzy wiedzieli już, że nie ma sensu wyznawać żadnej religii, bo to jest sprzeczne z tym co wiemy o świecie dzięki zdobyczom nauki, i poza tym ogłupia człowieka, ale jeszcze nie nauczyli się znajdować radości z tego stanu. Wydawało im się, że utrata Boga to coś złego. Niedawno teoretyk tzw. ‘nowego ateizmu” pisał, ze religianci mają problem jak traktować nowych ateistów cieszących się a nie martwiących swą niewiarą, bo nie pasują już od ich stereotypu zbłąkanych owieczek. Dawkins pisze:
„Być ateistą to żaden wstyd. Wprost przeciwnie: wyprostowana postawa, która pozwala spoglądać dalej, powinna być powodem do dumy - bo ateizm prawie zawsze świadczy o zdrowej niezależności umysłu... Wiele jest ludzi, którzy w głębi duszy wiedzą, że są ateistami, ale boją się do tego przyznać nawet własnej rodzinie, a niekiedy nawet samym sobie. Boją się po części dlatego, że samo słowo "ateista" starannie obudowano najgorszymi, najbardziej przerażającymi skojarzeniami... Jeżeli ludzie tak często nie dostrzegają ateistów, to dlatego, że wielu z nas nie ma odwagi się "ujawnić"... Być może potrzebna jest jakaś masa krytyczna, by uruchomić reakcję łańcuchową”.
W XIX wieku utrata wiary był jeszcze zbyt świeża i zbyt egzotyczna, tak samo jak rewolucyjne systemy naukowe bazujące na ewolucjonizmie Darwina czy odpowiedź Laplace'a na zarzut Napoleona, że w jego teoriach nie ma wzmianki o bogu. Laplace odpowiedział: "Ta hipoteza nie była mi potrzebna" ("Je n'ai pas besoin de cette hypothèse"), by ateiści stali jeszcze pewnie na swoich nogach. W przeciwieństwie do ludzie religijnych, ateiści mają zazwyczaj o wiele większą świadomość odpowiedzialności moralnej człowieka, i musieli przemyśleć pewne sprawy. Nieuczciwością jest stawianie starego i nowego ateizmu na tym samym poziomie. W XX wieku E.M. Forster już pisał, że każdy powinien zostać wychowany z dala od tych przesądów, które każą człowiekowi nienawidzić drugiego w imię boże. Pisze prof. Wielomski, że
„nie istnieje coś takiego jak "prawica laicka". Mogą istnieć pojedyncze osoby o prawicowych poglądach, które prywatnie nie wierzą w Boga, ale pod warunkiem, że - świadomie czy nieświadomie - uznają konieczny charakter porządku tak jak gdyby stworzył go Bóg…”.
Po pierwsze tak nie jest, ponieważ postawa konserwatywno-prawicowa jest i była normą także w innych cywilizacjach i kulturach, choćby w starożytnym Rzymie z jego wielobóstwem i w ateistyczno-panteistycznych Chinach. Konfucjusz to najczystsza prawica; hierarchia, porządek, dyscyplina, dlatego Chiny były taką inspiracją (ciekawie pisze o tym Paul Hazard) dla oświecenia prawego skrzydła (Voltaire) i dla fizjokratów. Konfucjanizm zaleca zawsze respektować zwyczaje i obyczaje społeczne, jest to najczystszy konserwatywny konformizm, który ładnie podsumował Anatole France: „…Porządnymi ludźmi nazywa się zazwyczaj tych ludzi, którzy postępują tak jak wszyscy inni…”. Nie zapominajmy też, że Nietzsche uważał patrycjuszy rzymskich jak Petroniusz za konserwatystów, podczas gdy chrześcijanie ówcześni byli skrajnym rewolucjonistami. Jeśli Charlesa Maurras i Leo Straussa uwali, ze ład konserwatywny to ład Jahwe, to można to chyba zrzucić na karb ich ograniczeń intelektualnych… Ostatni cytat prof. Wielomskiego jest niestety zupełnie niepoważny:
„…Lud bez Boga umie tylko domagać się "chleba i igrzysk", żądać socjalizmu, równości i walki z "obszarnikami i burżuazją". Demokracja nowoczesna to nic innego jak połączenie zasady suwerenności ludu z ateizmem. Jeśli ktoś wierzy, że połączy bezbożność ze świętym prawem własności prywatnej, to jest w błędzie…”.
Po pierwsze socjalizmu i socjału domagają się np. wierzący związkowcy, po drugie kapitaliści częściej niż przeciętni ludzie są niewierzący, po trzecie święta własność prywatna to koncepcja Locke’a, który był przecież antypapistą, po czwarte to, ze KrK we własnym interesie bronił własności prywatnej (nie zawsze zresztą) nie czyni z niej katolickiej zasady, i po piąte żądanie chleba i igrzysk ma się nijak do przestępstw przeciw własności prywatnej. Z własnością prywatną jest jak z moralnością istnieje bo sprawdziła się w procesie rozwoju historycznego. Komuniści, kanibale i niemoralni przegrywają z tymi co dbają o swoje, rozwijają koncepcję miłości bratniej i pamiętają zasadę Kanta: „postępuj tak, jakbyś chciał by twoje zachowanie stało się obowiązującym prawem”. Podporządkowanie doświadczenia historyczno-filozoficznego ludzkości judejskim bajom równa się traktowaniem ludzi jak bydło. W naszej cywilizacji to Kościół pierwszy tak ludzi traktował, gdy się z nim nie zgadzali i punktowali jego przewiny. Piotr Napierała

O Bogu dla prawicy

Alexandre Kojève, interpretując "Fenomenologię ducha" Hegla, zwrócił uwagę, że istotą rewolucyjnego myślenia, jego ukoronowaniem, jest negacja Boga. Istotą rewolucji jest zrozumienie, że Bóg to byt urojony, a wyemancypowany od Jego władzy człowiek jest istotą wolną, która może odrzucić świat zastany. Bóg bowiem - jakkolwiek jest bytem urojonym - stanowi głowę hierarchii społecznej i politycznej, jest królem królów i panem panów. Bez Niego świat tradycyjny traci swoją przyczynę i legitymizację. Jakkolwiek nie zgadzam się z heglowsko-rewolucyjną hipotezą, że Boga nie ma i czcząc Go "człowiek czci samego siebie", czyli własne wyobrażenie ludzkiej hierarchii, to trudno zaprzeczyć ważkości socjologicznego aspektu tego stwierdzenia.
Przypomniała mi się ta interpretacja Kojève'a, ponieważ dostrzegam, z dużym niepokojem, pewną "wymienność elektoratów" między środowiskiem Nowej Prawicy a Ruchu Palikota. Niestety, ale sporo znanych mi sympatyków i czytelników Janusza Korwin-Mikkego - widząc, że jego lista nie została zarejestrowana we wszystkich okręgach - oddała głos na Palikota. Uważali bowiem, że jest to podobna partia antysystemowa, antysocjalistyczna, liberalna i wolnorynkowa, różniąca się tylko kwestiami światopoglądowymi, które osoby te uznały za mało istotne. Jeśli wraz z prawami dla homosiów i antyklerykalną histerią, w ramach ogólnej liberalizacji, Palikot obniży VAT i dokona deregulacji gospodarki, to należy go poprzeć. I tak kilka znanych mi osób trafiło do przeciwnego mi obozu politycznego. To ludzie, którzy nie rozumieli roli religii dla myśli konserwatywno-liberalnej, traktując ją - niczym Karol Marks - jako "nadbudowę" nad ekonomiczną "bazą". Można przecież być ekonomicznym liberałem i antyklerykałem równocześnie. Niestety, nie można. Czy mówiąc konkretnie: można być przez chwilę, przez jedno pokolenie. Nie istnieje coś takiego jak "drugie pokolenie" bezreligijnych liberałów. Negacja Boga jest czymś więcej niż tylko osobistym problemem teologicznym i kwestią prywatnego bezsensu istnienia. Tak, świat bez Boga i życie bez Boga nie mają najmniejszego sensu. Niczym "abrakadabra" znikają wszystkie prawa i zasady konstytuujące cele i sens naszego istnienia. Gdybym był ateistą nie pisałbym książek, nie trwoniłbym czasu na moją pracę naukową i karierę akademicką. Jeżeli Boga nie ma, to jedynym sensem ludzkiego życia jest - powtórzę za Fryderykiem Nietzsche - "samo życie". Ale rozumiem to stwierdzenie w znaczeniu hedonistycznym. W świecie bez Boga jedyny sens mają hulanki i życie od imprezy do imprezy. Jeśli śmierć jest końcem wszystkiego i nie będziemy osądzeni za nasz ziemski czas, to po co zrobić cokolwiek dobrego i pożytecznego? Nie wiem czy Bóg istnieje. Oto sens wiary. Gdybym wiedział, że istnieje, to bym nie musiał już wierzyć. Tego zazdroszczę św. Pawłowi. Po wydarzeniu w drodze do Damaszku on już nie wierzył - on już wiedział, bowiem widział i słyszał na własne oczy i na własne uszy tak mocno, że aż oślepł. Trudno więc o nim powiedzieć, że był wierzący w potocznym rozumieniu tego słowa. Szaweł nie tyle uwierzył, co zobaczył - i stał się Pawłem. Przeciętny człowiek tego nie dostępuje, zresztą - jak uczy Litera biblijna - spotkanie z Bogiem "twarzą w twarz" zwykle kończy się śmiercią. Dlatego Mojżesz zakrywał oczy, aby nie zobaczyć Boga. Przeciętny śmiertelnik nigdy nie dostanie dowodu i nie doświadczy tego głosu i światła z drogi do Damaszku. Dlatego musi wierzyć, przyjmując wiarą to, co św. Paweł wiedział. Może też nie uwierzyć, ale wtedy traci jedyne stabilne źródło uporządkowania świata i jego sensu. "Bądź piękny, oto moralność cała" pisał Ernst Renan, który zagubił Boga. Oto istota problemu. Bez Zasady Porządkującej nasza rzeczywistość nie ma sensu. Zrozumiała to znakomicie teologia jezuicka XVI wieku: świat jest uporządkowany, hierarchiczny, skrajnie racjonalny i zrozumiały pod jednym warunkiem, a mianowicie takim, że Objawienie opisane w Piśmie Świętym jest prawdziwe. Ten element musi zostać przyjęty na wiarę, ale dzięki temu świat doczesny staje się zrozumiały i uporządkowany, racjonalny. Jego istotą jest celowość, porządek, hierarchia. U jezuickich teologów - Roberta Bellarmina i Francisco Suareza - pojawia się dokładnie ta sama myśl co, u wspomnianego na początku, Alexandre Kojève'a. Tyle tylko, że gdy tamci filozofowie myśl tę afirmowali, to on traktował ją jako początek negacji Boga, a tym samym negacji tradycyjnego porządku. Bellarmin, Suarez, Hegel i Kojève doskonale rozumieli, że świat bez swojego Stwórcy nie posiada sensu. I gdy dwaj pierwsi widzieli w tej myśli początek totalnej destrukcji rzeczywistości, to ci dwaj ostatni - początek "totalnej emancypacji". Ale to wyzwolenie nie udało się. Homo homini deus zakończyło się w gułagach leninowskiej rewolucji i stalinowskiego anty-porządku. Nie istnieje coś takiego jak "prawica laicka". Mogą istnieć pojedyncze osoby o prawicowych poglądach, które prywatnie nie wierzą w Boga, ale pod warunkiem, że - świadomie czy nieświadomie - uznają konieczny charakter porządku tak jak gdyby stworzył go Bóg. To przypadek Charlesa Maurrasa i Leo Straussa, którzy tenże porządek określali mianem prawa czy ładu natury. Wymaga to dużego wysiłku intelektualnego, do czego ogół nie jest zdolny. Lud bez Boga umie tylko domagać się "chleba i igrzysk", żądać socjalizmu, równości i walki z "obszarnikami i burżuazją". Demokracja nowoczesna to nic innego jak połączenie zasady suwerenności ludu z ateizmem. Jeśli ktoś wierzy, że połączy bezbożność ze świętym prawem własności prywatnej, to jest w błędzie. Jeśli publicznie odrzucamy Boga, to odrzucamy i wszelkie "święte" zasady porządku społecznego. Własność, hierarchia i porządek bez Stwórcy tracą charakter zasad uniwersalnych, stając się tylko pomysłami ludzkimi. Jeśli człowiek ustanowił własność, to może zmienić jej rozdzielenie lub znieść jako taką. Nie istnieją bezbożni liberałowie w drugim pokoleniu. Ich dzieci to socjaliści. Adam Wielomski Tekst ukazał się w tygodniku Najwyższy Czas! i na portalu konserwatyzm.pl. Publikujemy go za zgodą Autora.