Tag Archives: redystrybucja

Prawdziwa twarz Mateusza Morawieckiego… Kto może stać za odgrzebaniem afery taśmowej?

W związku z aferą taśmową, którą - jak widać - ktoś fajnie sobie rozgrywa (nie wyłączając obcych służb), nasuwają mi się pewna refleksje... Trochę może chaotyczne, bo "na gorąco", ale się podzielę.

Tworzyć czy rozdawać?

Tradycyjnie w pierwszy tydzień po Wielkanocy odbyło się spotkanie „Emaus” w Nysie. Po raz kolejny nie udało mi się pojechać. Nie byłem również nigdy na „Nazarecie” w Pieniężnie. Wiele lat spędziłem poza Polską Prowincją i jakoś wcześniej umknęło mi, że są to spotkania w ramach formacji permanentnej dla wszystkich chętnych w ślubach wieczystych.

Konsument i naprawa świata

Lewica uważa, że całe zło i nierówności tego świata da się naprawić opodatkowaniem. Ten błąd poznawczy wiąże się z patrzeniem wyłącznie na jedną stronę medalu, jakim są wypchane po brzegi portfele ludzi bogatych. Potem powstaje paradoks, że wraz ze wzrostem redystrybucji dochodów, nierówności wcale nie znikają, czasem wzrastają.

Katastrofalna lufa z historii

W 2010 r. rząd Donalda Tuska w ramach zrzutki na pomoc dla „powodzian” wszystkim, a więc poszkodowanym przez powódź także, „tymczasowo” podniósł stawkę podatku VAT, z maksymalną granicą 23%.

Siłowe rozdawnictwo czyli jak nie pomagać ubogim

W relacji państwo – obywatel siła leży zawsze po stronie państwa. To ono dzięki niej może chronić lub represjonować swoich obywateli, pobierać podatki od pokornych i niepokornych oraz egzekwować prawo, które zostało przez nie uchwalone.

Mania równości

Najczęściej spotykane w polityce manie to: mania wielkości („to ja panu pozwalam pracować”) oraz mania prześladowcza („za zadymy na warszawskim Marszu Niepodległości 2013 r. odpowiada Jarosław Kaczyński”). Dzięki przyłączeniu Polski do UE dotarła do nas jeszcze jedna mania – mania równości.
Objawia się ona również w sferze gospodarczej poprzez realizację oficjalnych celów UE, czyli „ujednolicenia struktury gospodarczej krajów członkowskich, wyrównania gospodarczego regionów”. Paradoksalnie tak się jakoś składa, że naturalnym warunkiem równowagi gospodarczej jest właśnie nierównowaga. W rezultacie mamy regiony przemysłowe, rolnicze, z dominującą gospodarką leśną itd. Wszystko zależy od dwu elementów – możliwości i opłacalności. Mówiąc wprost – założenie punktu skupu tranu w centrum Doliny Śmierci jest jak najbardziej możliwe, ale nikt tego nie robi ze względu na nieopłacalność przedsięwzięcia. No, ale tu wkrada się jednak powszechna wśród biurokratów mania wielkości – oni zawsze wiedzą lepiej. I równają na potęgę, bez oglądania się na skutki, nucąc pod nosem parafrazę piosenki Wojciecha Młynarskiego „przyjdzie urząd i wyr..., przyjdzie urząd i wyrówna!”. Ot, choćby ostatnio wzięli się za palący problem chaosu w segmencie spłukiwania kibla. Wróćmy jednak do gospodarki, a właściwie – rolnictwa. Tu w pełni objawia się szkodliwy charakter ulegania manii równości. Z jednej strony – dopłaty, czyli tzw. fundusze strukturalne. Redystrybucja i interwencjonizm w czystej postaci, by żyło się lepiej i wszędzie było tak samo. No to logicznie – po co rolnikowi dopłaty? Ano po to, żeby się rozwijać, produkować więcej i lepiej. I tu wkracza druga widzialna ręka biurokracji – kwoty produkcyjne, wprowadzone jako remedium na groźbę nadprodukcji będącej wynikiem  „stosowanych przez UE w produkcji rolnej subwencji, dopłat oraz ulg”. Następstwem tej kwadratury koła jest m.in. kara 4 mln 112 tys. euro nałożona na polskich podatników, którzy nie nauczyli krów czytać i przestrzegać światłych zaleceń UE. Nota bene jest to jednakowoż jaskrawe zaprzeczenie teorii, że UE to takie ZSRS – bis: w sowietach za przekroczenie norm dawali nagrody, UE nakłada kary. Swoją drogą warto się zastanowić, że kryzys nadprodukcji, czyli przewaga podaży nad popytem, najwyraźniej nie dotyczy biurokratów, którzy co i rusz regulują, wydają dyrektywy, wprowadzają normy, przepisy, podejmują uchwały itd. A przydałoby się. Podobnie jak trzeźwe rozważenie, czy faktycznie te unijne dotacje przyczyniają się do rozwoju, czy też raczej do zwoju gospodarki. Dostępne dotychczas opracowania dotyczące skutków wykorzystania unijnych dotacji, takie jak tzw. Raport Hausnera, czy opinia Konfederacji Lewiatan – jedyne jak dotąd obliczenia – wskazują jednoznacznie, że owe fundusze unijne, których politycy pragną jak kania dżdżownic rujnują Polskę i polskie społeczeństwo. No, ale na manię równości nikt jeszcze nie wynalazł skutecznego lekarstwa. I nikt nad takowym nie pracuje. Michał Nawrocki Fot.: MN

Zekonomizować masy

Krytykowanie kapitalizmu, który rzekomo z samej istoty opiera się na chciwości i idącej z nią w parze niemoralności, stało się najbardziej lotną odmianą populizmu. Lwia część społeczeństwa nie rozumie jednak co tak naprawdę konstytuuje będący jego podstawą „wolny rynek”. Mimo to, wini go za wszelkie ekonomiczne klęski, obecny kryzys oraz „niskie” zarobki. I jest to paradygmat naprawdę bardzo szkodliwy.
Z czego to wynika? Dlaczego Polacy tak często lżą kapitalizm? Źródło takich zachowań leży u podłoża kultury, która kształtowała się w nas – jako narodzie - przez cały okres trwania PRL-u. Wciąż uważamy, że „wszyscy mamy równe żołądki”, a wolny rynek w połączeniu z napędzającą się dzięki niemu globalizacją tworzy coraz większe wyrwy w dochodach, i nie potrafimy tego zaakceptować. Oczywiście patrząc z perspektywy ludzi, dla których kapitalizm „się nie sprawdził”, bo nie udało im się najzwyczajniej wzbogacić. Czy to z powodu pecha, czy z braku umiejętności. Z drugiej strony, to właśnie wywiedzione z Oświecenia idee wolności gospodarczej dały upust naszej „bizantyjskiej kulturze”. Rzesze Polaków, wbrew Michael’owi Moore’owi, uważają kapitalizm za prawdziwe love story i trudno im się dziwić. Właśnie dzięki niemu mogli efektywniej spożytkować swoją nieprzeciętną wiedzę i zdolności. Mówiąc krótko, osiągnąć sukces, za który zostali sowicie wynagrodzeni. „Sprawiedliwość społeczna” Jak ujął to w możliwie najbardziej przekonujący sposób odnosząc się do największych umysłów w historii ludzkości Milton Friedman: - Ich osiągnięcia były pochodną geniuszu osobowości lub twardych i niekonwencjonalnych poglądów kwitnących w klimacie społecznym akceptującym różnorodność i nietuzinkowość. Nie pochodną wykorzystywania słabszych, którzy w darwinistycznym wyścigu znajdowali się na z góry przegranych pozycjach, a dokładnie odwrotnie – czyniąc to w ich interesie. Antycypując przyszłą podaż, której emanacją są zawsze przyszłe, czekające na zaspokojenie ludzkie potrzeby i zachcianki. Kłopot w tym, że aby spojrzeć na to z tej strony – a nie z perspektywy tych, którzy na kapitalizm patrzą jak na sumę zysków i strat, a w ludziach zarabiających ponadprzeciętnie widzą wyzyskiwaczy i oszustów – trzeba by opuścić pewien wykreowany przez socjalistyczną inżynierię społeczną paradygmat „sprawiedliwości społecznej”. Swego rodzaju egocentryczny sposób myślenia, ukazujący „kapitalistę” jako tego znienawidzonego prywaciarza żerującego na masach pracujących. Prawda jest jednak taka, że to właśnie ta jednostka, a nie masy pracujące tworzą wartość dodaną dla całego społeczeństwa. To dzięki takim osobom – odnosząc się do analizy Roberta Gordona – nasza cywilizacja doznała trzech wielkich rewolucji, które odpowiadały niemal za cały rozwój zachodniej cywilizacji (rewolucji technologicznej 1750 roku związanej z maszynami tkackimi oraz transportem oceanicznym, rewolucji przemysłowej przełomu XIX i XX w. oraz rewolucji technologicznej, której początek datowany jest na rok 1960). Na kursach podstaw ekonomii naucza się, że środkami produkcji są: ziemia, kapitał i praca. Zgoda. Tym jednak, co „robi różnicę”, daje ogółowi pewien awantaż na przyszłość i przyczynia się do rozwoju cywilizacji, a co za tym idzie szybkiego wzrostu gospodarczego, jest kapitał ludzki. A mówiąc ściślej, to co wypływa z ludzkiego umysłu i serca, oraz zmienia materię wokół niego, omijając przy tym zastane szablony, tworząc nowe, lepsze szablony, które będą wykorzystywane przez ludzi do czasu kolejnego bardziej wydajnego pomysłu. Natomiast co do wyzyskiwania pracowników i wspomnianego marksistowskiego paradygmatu: już Joseph Schumpeter starał się wskazać, że kapitaliści to nie „łowcy kapitału, ile zakładnicy kapitału”, tj. żeby zdobyć kapitał, muszą najpierw pewien kapitał zainwestować. Muszą zasiać, żeby zebrać. Dawać, żeby zabrać… Polacy jednak wciąż nie chcą przyjąć tego do wiadomości. Antyteza chciwości Co gorsza, nie nauczyli się myśleć długofalowo i z rozmachem, co dla tworzenia „wartości dodanej” stanowi swoiste conditio sine qua non. Perspektywicznego myślenia najlepiej uczy zaś wolny rynek, którego w Polsce po prostu zabrakło. Dwadzieścia lat nie wystarczyło, by zaaklimatyzować się w nowej skomplikowanej rzeczywistości. O tym wszystkim w wywiadzie udzielonym niegdyś "Forbesowi" szalenie ciekawie opowiada prof. Jacek Kochanowicz, kierownik Katedry Historii Gospodarczej UW. "W Polsce nie było dwóch typów instytucji, które zmodernizowały najpierw Europę, a potem Amerykę, tj. kapitalizmu i państwa. [...] W XIX wieku szlachta uważała kupczyków za gorszy gatunek ludzi. Niechętni mu byli romantycy. Po II wojnie światowej większość była za socjalizmem demokratycznym i socjalistyczną gospodarką rynkową. Nawet Solidarność była tylko za rynkiem, ale nie za prywatną własnością". Słowem NSZZ walczyły o „socjalizm z ludzką twarzą”. "Międzywojenny [natomiast] okazał się za krótki, żeby nowoczesnego państwa porządnie się nauczyć". To dlatego Polacy nie inwestują, nie mają bladego pojęcia o rynkach i możliwościach pomnażania kapitału, co między innymi miało swój wpływ na sprawę Amber Gold. Wracając jednak do myśli przewodniej, kapitalizm - przede wszystkim (z góry przepraszam za niebywały wręcz truizm) - nie jest dla leni. Pracowitość to jego synergia i podstawowy fundament. Oczywiście możemy sobie mniemać, że jesteśmy wyjątkowi i coś po prostu nam „się należy”. Wolny rynek nie toleruje jednak wywiedzionych z socjalizmu roszczeniowych postaw. Jak pisał Adam Smith – to zresztą najbardziej znany cytat z mistrza - stopa życiowa zależy od "umiejętności, sprawności i znawstwa, z jakim swą pracę zazwyczaj wykonywa". By stawać w rynkowe szranki trzeba się nieustannie doskonalić. I właśnie Schumpeterowska twórcza destrukcja jest najważniejszym przesłaniem kapitalizmu. To bowiem innowacyjność pcha świat naprzód. Dzięki niej ludzie są w stanie nawzajem zaspokajać swoje potrzeby. Na tym też polega moralna podstawa ustroju opartego ma wolnej konkurencji i prawie własności i nie ma w tym nic niegodziwego. To antyteza chciwości! (Mówiąc nawiasem koncepcja „niewidzialnej ręki” nie odnosiła się w swym założeniu do, jak się powszechnie sądzi, samorzutnego mechanizmu sterującego rynkiem. Stanowiła – mówiąc językiem współczesnym - koncepcję społecznej odpowiedzialności biznesu). Awangarda postępu Dzięki wolnemu rynkowi co rusz powstają bardziej skomplikowane wynalazki, które napędzają wzrost gospodarczy. Konkurencja jest zaś wyłącznie katalizatorem tego prorozwojowego procesu. Jak wskazuje Alan Greenspan "problem w tym, że dynamika stojąca za kapitalizmem (…) ściera się z ludzkim pragnieniem stabilizacji i pewności". Rzecz prosta, im większy poziom konkurencji, tym większy stres dla uczestników rynku. Im większa rywalizacja, tym większy postęp technologiczny, coraz bardziej efektywna eksploracja przeróżnych nisz, a co za tym idzie częstsza zmiana technologii i urządzeń, do których obsługi potrzeba coraz lepiej wykwalifikowanych pracowników, którzy oczywiście, ze względu na nienadążającą podaż, są odpowiednio coraz lepiej opłacani. A w rezultacie – coraz powszechniej występujące poczucie niesprawiedliwej dystrybucji dóbr. Pole do popisu mają tutaj wszelkiej maści socjaliści i reprezentowane przez nich stronnictwa, które mimo że tytułują się mianem nowoczesnych lub „modernizacyjnych”, dawno wypadły z awangardy postępu, zapominając że dziś ich grupa docelowego elektoratu, czyli wielkoprzemysłowi robotnicy, dzięki wolnemu rynkowi korzystają z imponującej siatki bezpieczeństwa w postaci bardzo wysokich odpraw czy prawa do akcji prywatyzowanych przedsiębiorstw. Innymi środowiskami, będącymi w dużo gorszej kondycji, dajmy na to takimi jak taksówkarze czy pracownicy dyskontów, lewica z kolei po prostu omieszkała się zainteresować, pozostawiając ich związkom zawodowym, a więc produktom… kapitalizmu właśnie. Czyżby ludziom, którzy po całych dniach dyskutują o problemach klasy robotniczej a nie potrafią odróżnić młotka od hebla, zabrakło altruizmu? Pozostawmy to do oceny każdemu czytelnikowi z osobna. Ekonomizacja mas My zaś poprzestańmy na dość banalnej konkluzji. W polskiej debacie publicznej  szeroko rozumiana ekonomia zajęła ostatnio poczesne miejsce. I bardzo dobrze. Problem w tym, że jeśli nie wyjdziemy z roszczeniowego paradygmatu „sprawiedliwości społecznej”, chwytliwe, odmieniane przez wszystkie możliwe przypadki słowa polityków o wtórnym podziale dóbr dalej będą budziły pozytywne reakcje wśród większości wyborców. Jedynym sposobem na opuszczenie tego destrukcyjnego sposobu myślenia jest zaś ekonomizacja mas - coś na kształt idei „polityzacji mas” - którą osiągnąć można wyłącznie dzięki pracy u podstaw, „organicznikowstwie” niezależnych ekonomistów polegającym na zwiększaniu społecznej wiedzy na temat ekonomii i jej podstawowych praw. Tylko na jej skutek, za jakiś czas, głównym tematem debat gospodarczych w Polsce może być już nie redystrybucja dochodów a przywilejów...  Michał Wołangiewicz Foto.: PSz/Prokapitalizm.pl Tekst ukazał się pierwotnie w oficjalnym magazynie Uniwersytetu Wrocławskiego „Uniwersal.info”

Głucha złota rybka

Niczym grom z jasnego nieba na mieszkańców zielonej jak szczaw wyspy, oczekujących  niecierpliwie aż mirabelki dojrzeją, spadła informacja – ziściły się wyborcze opowieści Donalda Tuska o Unii Europejskiej i 300 milionach. Ba, do jej ziszczenia przyczynił się nie kto inny, lecz sam komisarz UE ds. budżetu, Janusz Lewandowski, który swego czasu występował w stosownym spocie reklamowym.
Co prawda i tym razem wyszło jak zawsze – jest UE, jest 300 „baniek”, tylko kierunek się nie zgadza. To nie Polska dostanie kasę, tylko będzie musiała ją wpłacić. Cóż, wygląda na to, że złota rybka, która spełnia życzenia premiera jest przygłucha. Doprawdy, logika konieczności dorzucenia się do unijnego budżetu zwala z nóg. Janusz Lewandowski oznajmił, że w budżecie unijnym brakuje pieniędzy na rok 2013, więc Polska musi dopłacić, żeby UE miała na dopłaty zwane funduszami. Także dla Polski. A minister finansów Jacek Vincent Rostowski przekonuje, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, bo Polska i tak jest „beneficjentem netto” i „polskie podmioty zyskują dużo więcej niż będziemy wpłacali". Hm, dziewięć lat polskiego członkostwa w UE minęło, a jakoś bilansu zysków i strat, tego, co wpłaciliśmy, co dostaliśmy, a przede wszystkim – ile kosztowało Polskę wprowadzanie unijnych dyrektyw  nie widać. A właściwie – jeden taki dokument powstał – Fundacja Gospodarki i Administracji Publicznej opublikowała „Kurs na innowacje. Jak wyprowadzić Polskę z rozwojowego dryfu?”, znany lepiej pod nazwą Raportu Hausnera. Jest on ogólnie dostępny w internecie. Nic dziwnego, że politycy i przywiązane do władzy media pomijają ten dokument milczeniem – po co babcię denerwować mówiąc, że z tych unijnych funduszy to więcej problemów niż pożytku? Że polska gospodarka dzięki unijnej redystrybucji zwija się miast rozwijać i w końcu zostaniemy z kosztami i długami, których nie będzie jak spłacić? Tak czy owak skądś trzeba ściągnąć pieniądze na potrzeby UE. A tu w kasie coraz bardziej pusto – Polska w pierwszym kwartale wyrobiła 70% normy deficytu budżetowego. Czyli trzeba sięgnąć do kieszeni podatników, najlepiej pod pozorem walki z oszustami. Na tej podstawie powstają dwa projekty. Pierwszy zakłada wprowadzenie w ordynacji podatkowej przepisów o klauzuli obejścia prawa podatkowego. Dzięki temu fiskus będzie interpretować działania podatników, czy aby nie próbują oni obchodzić prawa by obniżyć podatki, a jeśli uzna, że tak – wlepi urzędowy domiar i urzędową karę. Ponieważ w 2012 r. skarbówka wydała 36,8 tysiąca indywidualnych interpretacji prawa podatkowego, więc ściągalność powinna być duża. Drugi projekt zakłada powstanie dwu instytucji, w tym Rady ds. Unikania Opodatkowania, której członkowie za 700 tysięcy pln rocznie będą wyszukiwać luki w prawie i jednocześnie pełnić rolę biegłych w postępowaniach podatkowych. W tym kontekście nie ma się co cieszyć z pomysłu, by to urzędy skarbowe rozliczały nasze podatki. Przedsiębiorcy dostaną dodatkowe obowiązki, ale jeśli ktoś liczy, że w ten sposób to skarbówka będzie ponosić odpowiedzialność za źle rozliczone PIT – y, to jest w błędzie. Jak zwykle po kieszeni dostaną podatnicy. Michał Nawrocki Fot.: internet / MN

Dywersyjne subwencje

Na podstawie obserwacji działań polityków i ekonomistów zakładam, że nie oglądają oni serialu „Dr House”. W przeciwnym razie wiedzieliby, że objawy to jedno, ale ważniejsza w leczeniu chorób jest ich etiologia. Taki wniosek nasuwa się przy obserwacji porażek kolejnych bailoutów trawionej kryzysem Grecji. Dzięki temu zresztą możliwe jest prowadzenie lewackiej propagandy w stylu „na Wall Street zbankrutował kapitalizm a w Grecji zbankrutował neoliberalny spisek”, co poniekąd może wyjaśniać konsekwentne ignorowanie kwestii źródeł greckiego kryzysu.
Zmowę milczenia tudzież potok bredni przełamał minister greckiej gospodarki, Michalis Chrisochoidis, tak mówiąc o roli unijnych subwencji w gospodarczym upadku Hellady: „Niewłaściwie wykorzystane subwencje UE przyczyniły się do obecnego kryzysu gospodarczego w Grecji […] Wszystko szło na konsumpcję. Rezultat był taki, że ci, którzy coś produkowali, zamykali swoje zakłady i zakładali firmy importowe, bo na tym dało się zarobić […] Przez dwa dziesięciolecia zniszczyliśmy naszą bazę produkcyjną, nasz przemysł i tym samym możliwości eksportowe”. Pan Chrisochoidis nie powiedział jednak najważniejszego. Unijne subwencje są przyznawane na konkretne cele i szczegółowo rozliczane. Nieważne, czy są to cele gospodarcze, czy społeczne. To brukselscy urzędnicy decydują ile i na co funduszy przeznaczone zostanie w ramach subwencji. Wniosek z tego, że to unijna biurokracja jest odpowiedzialna za zniszczenie greckiej gospodarki. Szczerze wątpię, czy obrońcy urzędniczej eurodyktatury znają twierdzenie Miltona Friedmana, że najgłupiej wydawane są cudze pieniądze na cudze potrzeby. A przecież do tego sprowadzają się tak zachwalane subwencje, będące faktycznie najzwyklejszą pod słońcem redystrybucją. Przypadek Grecji potwierdza  zarazem twierdzenia o szkodliwości redystrybucji oraz nadmiaru urzędniczej kontroli i wszelkich form ingerencji w gospodarkę. Pojawia się jednak pytanie, na ile dewastacja greckiej gospodarki była „wypadkiem przy pracy”, a na ile działaniem celowym? Jeżeli bowiem dzięki subwencjom import stał się bardziej opłacalny niż produkcja, chociaż do cen towarów importowanych trzeba doliczyć koszty transportu, oznacza to, że mamy do czynienia z eliminacją lokalnej konkurencji. Czyli czystym zyskiem eksporterów. Warto zapamiętać słowa greckiego ministra, gdyż od lat jesteśmy karmieni propagandą, jak to unijne fundusze rozwijają polską gospodarkę i w ogóle, że Polska jest liderem w pozyskiwaniu unijnych funduszy. Tyle, że pod względem dochodów dziwnym trafem Polacy plasują się w gronie europejskie biedoty. Michał Nawrocki

Krótka seria pytań i odpowiedzi na temat pieniądza, bankowości i „Wielkiej Recesji“

Pytanie: Dlaczego państwa i ich klienci w sektorze bankowym domagają się kontroli nad podażą pieniądza? Odpowiedź: Ponieważ umożliwia im to: 1. Uprawianie inflacyjnej redystrybucji (pozaustawowego opodatkowywania) siły nabywczej pieniądza w swoim kierunku. 2. Monetyzowanie (inflacyjne spłacanie) swoich długów. 3. Tworzenie kredytu ex nihilo i branie od niego procentu. 4. Wdmuchiwanie podatników w wyższe stawki podatkowe poprzez zwiększanie ich nominalnych (ale nie realnych) dochodów.
P: Jakie są efekty uboczne przeprowadzania powyższych procesów? O: 1. Zaburzanie rachunku ekonomicznego (uniemożliwianie porównywania przychodów i kosztów związanych z podejmowaniem jakiejkolwiek decyzji gospodarczej). 2. Zniechęcanie do oszczędzania (a tym samym do zdrowego inwestowania, gdzie oszczędności stanowią źródło zrównoważonego kredytu biznesowego). 3. Permanentna erozja realnych dochodów. 4. Zniekształcanie występującej w danej gospodarce struktury kapitałowej,czego następstwem są cykle koniunkturalne P: Czy powyższe punkty wyjaśniają pojawienie się obecnej „Wielkiej Recesji”? O: Tak. P: Co powinno się zrobić, żeby jak najszybciej się z niej wydostać? O: 1. Należy umożliwić rynkowemu systemowi zysków i strat doprowadzenie do bankructwa niewypłacalnych banków i zrestrukturyzowania ich długów poprzez wystawienie na aukcję ich aktywów lub przekształcenie ich w fundusze powiernicze. 2. To samo tyczy się niewypłacalnych rządów. 3. Żadne nowe pieniądze nie powinny być drukowane ani tworzone w formie wirtualnych wpisów księgowych, aby nie przedłużać szkodliwych procesów opisanych w kontekście dwóch poprzednich pytań. 4. Długi publiczne i deficyty budżetowe powinny zostać zmniejszone. 5. Nie powinno się podejmować żadnych „inwestycji rządowych“, gdyż wszelkie tego rodzaju przedsięwzięcia są w najlepszym razie grami o sumie zerowej, nie ograniczonymi rachunkiem zysków i strat, i z konieczności drenującymi siły witalne już i tak osłabionej prywatnej przedsiębiorczości. 6. Powinno się pozwolić na spadek cen i płac do poziomu poprzedzającego okres sztucznej koniunktury (albo nawet niżej), tak aby zaczęły one odzwierciedlać recesyjną rzadkość dóbr, umożliwiały dokonywanie rzetelnego rachunku ekonomicznego i pozwoliły sile roboczej błędnie zatrudnionej w okresie iluzorycznego boomu na bycie ponownie wchłoniętą przez rynek pracy. 7. Powinno się zachęcać ludzi do gromadzenia oszczędności, aby umożliwić skutecznym, ale wolnym od powiązań politycznych przedsiębiorcom dostęp do kredytu niezbędnego by dokonać realokacji błędnie zainwestowanego kapitału w kierunku zastosowań zgodnych z preferencjami konsumentów (zwłaszcza preferencjami czasowymi). P: Co powinno się zrobić, żeby nie dopuścić do pojawiania się podobnych recesji w przyszłości? O: 1. Ustawodawstwo o legalnych środkach płatniczych powinno zostać zniesione. 2. Banki centralne powinny zostać zlikwidowane. 3. Podatki od obrotu metalami szlachetnymi powinny zostać zniesione, tak aby metale te mogły odzyskać swoją rolę stabilnych środków płatniczych. 4. Powinna zostać dopuszczona konkurencyjna emisja walut. 5. Rządowe subwencje dla bankrutujących przedsiębiorstw prywatnych powinny być zakazane. P: Czy powyższe rozwiązania były kiedykolwiek sprawdzone i okazały się skuteczne? O: Tak, stanowiły one normę w czasie najbardziej zdrowych gospodarczo okresów w historii ludzkości. Spektakularne gospodarcze spowolnienia XX i początku XXI wieku, włączając Wielką Depresję, stagflację lat 70-tych, „bańkę dot-comową” i obecną Wielką Recesję, są rezultatem odchodzenia od nich na przestrzeni ostatnich 100 lat. Jakub Bożydar Wiśniewski

Próby wciąż trwają

Chociaż za każdym razem eksperyment z budową państwa socjalistycznego kończy się zapaścią gospodarczą i katastrofą finansową, to jak w starym kawale, w którym radio Erewań odpowiadało na pytanie, czy dwóch mężczyzn może spłodzić dziecko – próby wciąż trwają mimo ciągłych niepowodzeń. Uprzejmie można to wytłumaczyć tylko w jeden sposób – lewacy uwierzyli we własną propagandę, w myśl której idea jest słuszna, tylko czynnik ludzki zawiódł. Takie podejście rzecz jasna prowadzi do ogromnych spustoszeń w mózgu, o czym można przekonać się dowodnie obserwując kolejne protesty w bankrutującej Grecji. W rezultacie polityka gospodarcza wciąż zdominowana jest przez myślenie w kategoriach interwencjonizmu, protekcjonizmu i redystrybucji. Widać to chociażby w ostatnim pomyśle Komisji Europejskiej, określanym jako wolnorynkowy, wręcz rewolucyjny, którego realizacja (o ile dojdzie do skutku) oznaczać będzie „odejście w końcu od socjalnego modelu gospodarczego” (sic!). Niestety, wśród propozycji KE brak postulatów likwidacji opartego na redystrybucji protekcjonizmu (tzw. fundusze strukturalne) czy absurdalnych limitów produkcyjnych.  Trudno też uznać za wolnorynkowe podtrzymywanie obowiązku ubezpieczeń emerytalnych w obecnym kształcie, ze szczególnym uwzględnieniem roli OFE. Z wiadomych przyczyn odrzucane są propozycje ograniczenia roli państwa do roli regulatora rynku, a podtrzymywana jest jego pozycja w charakterze jego głównego (i uprzywilejowanego) uczestnika, choć rzeczywistość pokazuje, iż państwo jako instytucja nie będąc w stanie wywiązać się z ciążących na nim obowiązków (np. budowa nowoczesnej sieci dróg), z uporem godnym lepszej sprawy ładuje się w coraz to nowe zobowiązania finansowe, którym również nie jest w stanie podołać. Efekt jest łatwy do przewidzenia – ogólna niewydolność systemu. Paradoksalnie właśnie to jest przesłanką do pomysłów typu ogłoszonego przez Kołodko G. „Planu dla Polski”, postulujących: obniżenie wydatków budżetu, podniesienie podatków i wprowadzenie nowych, sprawiedliwy podział (sic!) oraz „większa ingerencja państwa”; potrzebne są „specjalne działania wykraczające poza tradycyjne ramy, zawodzą bowiem zwykłe mechanizmy demokracji”, gdyż „mechanizmy rynkowe nie są w stanie ich [tj. problemów polskiej gospodarki – dopisek MN] rozwiązać”. A jak mechanizmy rynkowe mają działać, skoro o gospodarce decyduje demokratyczne kupowanie głosów i w konsekwencji to „biurokracja i skomplikowane procedury” rozwijają demokratyczne państwo prawa urzeczywistniające zasady sprawiedliwości społecznej? Skutki tego stanu rzeczy szczegółowo opisał Raport ZPP MiŚ, w którym autorzy, wskazując między innymi na nadmierne obciążenia fiskalne piszą: „decyzja rządu o podwyższeniu podatku VAT w sposób oczywisty wpłynie na zmniejszenie konsumpcji w społeczeństwie, a tym samym obniży popyt wewnętrzny, co może doprowadzić do spowolnienia gospodarczego oraz zmusić przedsiębiorców do ograniczenia produkcji oraz zwolnień pracowników”. I dalej „eksperci OECD poświęcili też dużo uwagi na konieczność zmniejszenia roli państwa w gospodarce i ograniczenia wszechobecnej biurokratyzacji. Polska znajduje się wśród krajów, w których państwo odgrywa znaczącą rolę w gospodarce” [podkreślenia – MN]. Dzięki temu obecna Polska może liczyć na awans cywilizacyjny jedynie w przypadku, gdy Szwedzi wybudują na Podlasiu fabrykę. Oczywiście budowa socjalistycznej gospodarki wymaga wypracowania procedur zamykających usta krytykom. Stąd kolejne próby cenzurowania internetu, co ciekawe anonimowe, nowelizacje ustaw o stanie wojennym i stanie wyjątkowym (generał Jaruzelski W. dopomógł w redagowaniu?) wprowadzające niebezpieczne niejasne kryteria, czy wszelkiego rodzaju „walka z chamstwem w sieci”, choć do walki z chamstwem w polityce jakoś nikt się nie pali. Z drugiej strony postępuje kacykostwo życia politycznego, o czym świadczy chociażby sprawa pociągu specjalnej troski kategorii lux, wiozącego działaczy Polskiej Zjednoczonej Platformy Obywatelskiej z Krakowa do Gdańska na zjazd jedynie słusznej matki – partii. (Swoją drogą – co racja, to racja: po obiecanych autostradach i drogach ekspresowych jeździ się znacznie gorzej niż po wybudowanych). Na zakończenie warto wrócić do przytoczonego na wstępie lewackiego sloganu o słusznej idei i zawodzącym czynniku ludzkim. Widać tu karygodną niekonsekwencję – skoro to socjaliści budują socjalizm, to logiczne jest, że to właśnie oni zawodzą. Zatem nie da się zbudować socjalizmu z socjalistami (vide Hiszpania), więc może zacząć od eliminacji zawodzącego elementu? Michał Nawrocki PS. Czyż to nie zastanawiające – Konstytucja RP zakazuje głoszenia haseł i programów nazistowskich i komunistycznych, a nie zakazuje głoszenia socjalizmu, chociaż nazistowską III Rzeszę utworzyła partia narodowo – socjalistyczna, zaś komunizm przez siedem dekad budowano w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Skutki obu eksperymentów są doskonale znane – ludobójstwo na niespotykaną w dziejach skalę.

Trzy typy zniewolenia

Na przestrzeni wieków jesteśmy świadkami rozmaitych konfliktów pomiędzy ludźmi. Każdy konflikt wynika z działań, które podejmuje człowiek lub grupa ludzi o wspólnych celach. Na szczególną uwagę zasługuje zawsze konflikt pomiędzy osobami sprawującymi władzę, a tymi, którzy są rządzeni. Ten spór zwykle daje się sprowadzić do konfliktu pomiędzy władzą, a wolnością. Dzisiaj w toku procesów politycznych, autoryzowanych poprzez urnę wyborczą, wchodzimy na ścieżkę, której ostatecznym efektem może być stadium nałożenia olbrzymiego kagańca. Choć jesteśmy dopiero w stosunkowo wczesnym stadium tej błędnej drogi, należy w porę zdać sobie sprawę z kierunku, jaki obieramy i zawrócić. Jeżeli przyjrzymy się władzy i jej realnym działaniom, to odkryjemy bez trudu, że jej naturalną tendencją jest nieustanne poszerzenie zasięgu wpływu na różne aspekty życia społeczeństwa. Może się to odbywać w skutek dwóch typów działań podejmowanych przez rządzących. Pierwszy to celowe kroki czynione w celu osiągnięcia określonych profitów, takich jak władza czy pieniądze. Idea panowania nad każdą sferą życia doskonale urzeczywistniła się w socjalistycznych ustrojach totalitarnych. ZSRR, nazistowskie Niemcy, faszystowskie Włochy były uosobieniem koncepcji państwa celowo stworzonego do sterowania życiem obywateli w najszerszym możliwym zakresie. Drugi typ działań prowadzących do poszerzania zakresu władzy państwa, to działania osób wierzących w stworzenie idealnego świata. Sprowadza się do tego samego efektu, jak w przypadku pierwszego typu, jest jednak trudniej dostrzegalne przez zwykłych ludzi, ponieważ ostateczny efekt przykryty jest maską działań zmierzających do poprawy losu ogółu społeczeństwa. Rządzący, którzy kierują się drugą ścieżką, zwykle nie zdają sobie sprawy, jaki będzie finalny etap ich skądinąd niewinnych działań. To typowi utopiści, którzy wierzą, że możliwe jest wyeliminowanie wszelkiego zła na świecie i zapewnienie wszystkim dobrobytu. Przykładem takiej konstrukcji jest bez wątpienia współczesny model Unii Europejskiej. Należy zaznaczyć, że utopiści bardzo często są narzędziem w osiąganiu swoich celów przez pierwszą grupę. Dobrotliwe działania stanowią doskonałą fasadę dla bardziej wyrafinowanych celów. Stąd z punktu patrzenia przeciętnego człowieka, bardzo trudno jest wychwycić, czy za działaniami „dla dobra ogółu” kryje się coś więcej. Oba typy łączy z pewnością jedna rzecz. W obu przypadkach efektem jest zawsze dzieło sztuczne i docelowo skazane na porażkę. Zapobiec destrukcji, którą wywołuje na pewnym etapie naturalny rozrost aparatu państwowego, można powstrzymać jedynie ograniczając prawnie władzę do minimalnych rozmiarów i podtrzymując czujność wśród ludzi na próby dokonywania przez nią zakusów na coraz większą liczbę sfer życia. Wyróżniamy trzy typy zniewolenia, jakim może zostać poddana istota ludzka: materialne, mentalne (psychiczne) i fizyczne. Z pierwszym mamy do czynienia w sytuacji, kiedy ktoś odbiera nam owoce naszej pracy i przywłaszcza je sobie, po czym wydaje na jakiś cel. Pytanie, jakie można postawić, to czy każda forma takiego działania jest już zniewoleniem? Jest na pewno krokiem do takiego zniewolenia. O pełnym możemy mówić dopiero w sytuacji, gdy całością naszego majątku dysponuje ktoś inny, albo mówiąc inaczej, gdy zostajemy całkowicie pozbawieni własności prywatnej. Złodziej, który kradnie przechodniowi portfel z pieniędzmi, dokonuje zamachu na jego własność. Dodatkowo osłabia suwerenność finansową tej osoby. Zachwianie tej suwerenności jest początkiem zniewolenia. Nie chodzi tu wyłącznie o to, że ofiara być może nie będzie miała teraz z czego żyć i zostanie zmuszona poprosić kogoś o pomoc. Wyobraźmy sobie sytuację, że owy przebiegły złodziej postanawia zaszantażować okradzionego. Składa mu propozycję, że zwróci portfel, jeżeli ten zrobi jakąś upokarzającą rzecz. W ten sposób przynajmniej na chwilę ofiara może stać się niewolnikiem złodzieja. A co w sytuacji, gdy regularna kradzież zostałaby zalegalizowana przepisami prawnymi? W takim przypadku mamy do czynienia z typowym feudalizmem. Ci, którzy dysponują majątkiem innych są panami, a ci, którzy im podlegają to niewolnicy. Dla panów bardzo wygodne jest twierdzenie, że dbają w ten sposób o dobro swoich wasalów. Współcześnie z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w przypadku relacji pomiędzy władzą państwową, a obywatelami. Każdy zapewne zgodzi się, że cechą charakterystyczną socjalizmu jest państwowa redystrybucja kapitału prywatnego. Owa „państwowa redystrybucja” nie oznacza niczego innego, jak zabranie za pomocą aparatu przymusu pieniędzy z sektora prywatnego. Mówi się, że socjalizm skończył się wraz z upadkiem ZSRR. Jeżeli przyjrzymy się opodatkowaniu funkcjonującemu w dzisiejszej rzeczywistości, odkryjemy, że w przypadku wydania wszystkich zarobionych pieniędzy, łączna wysokość podatków może sięgnąć 80%. W praktyce najmniej zarabiający muszą oddać państwu zwykle około 70% swoich przychodów. Skąd te liczby? Uwzględniono w nich podatki socjalne (np. podatek emerytalny, podatek zdrowotny i inne; celowo należy mówić tu o podatkach, bo z ubezpieczeniem mają one niewiele wspólnego), podatek dochodowy oraz koszty codziennego życia. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, ile pieniędzy jest zabierane w wyniku podatków ukrytych w cenach produktów kupowanych na co dzień. Przykładowo, same podatki ukryte w cenie żywności to ok. 35%. W przypadku energii, którą zużywamy w domu, jest to zwykle ok. 45%. Fałszywe są twierdzenia, że ich koszt ponosi z większości producent i sprzedawca. W rzeczywistości niemal całe obciążenia przenoszone są na konsumenta końcowego. Redystrybucji podlega zatem 70-80% owoców pracy, a obciążenia stale rosną w formie najbardziej wymyślnych podatków. Dodatkowo stosuje się też bardziej perfidne metody, jak dodruk pieniędzy przez państwo, powodujący spadek wartości oszczędności zwykłych ludzi oraz wzrost cen na rynku, czy finansowanie bieżących potrzeb za środki przyszłych pokoleń (deficyt budżetowy). Co dostajemy w zamian? Niewiele: głodowe emerytury, wielomiesięczne kolejki do lekarzy specjalistów, dziurawe drogi, gorliwych urzędników dbających o „prawidłowy, jedyny słuszny” sposób wychowywania dzieci, czy wreszcie jałmużnę w postaci zasiłku, którego kwota nawet nie zbliża się do łącznej wielkości obciążeń podatkowych nałożonych na potrzebujących. Wniosek jest dosyć oczywisty. Jesteśmy świadkami zniewolenia materialnego, w którym wszyscy są chłopami pańszczyźnianymi pracującymi na rzecz panów. Drugi typ zniewolenia, to zniewolenie mentalne (psychiczne). Za czasów klasycznego feudalizmu, osoba znajdująca się najniżej całej drabiny zależności, była najbardziej ubezwłasnowolniona. Spośród wszystkich typów zniewolenia, nie dotyczyło jednak ich zwykle jedno – zniewolenie mentalne. Na chłopie pańszczyźnianym, z racji braku odpowiednich narzędzi manipulacyjnych i wiedzy, nie był zwykle wymuszany odgórnie pewien styl myślenia. Mógł wierzyć w co chciał, dumać nad czym chciał, był sobą. Wobec całego tego okropnego zniewolenia, był przynajmniej w miarę wolny mentalnie. Czy możliwe jest zrobienie kolejnego kroku i rozszerzenie zależności feudalnej także na tę płaszczyznę? Dzięki nowoczesnym technikom manipulacji i technologii jest to wykonalne. Z dużym powodzeniem udało się to zastosować już w nazistowskich Niemczech. Od tamtej pory postęp technologiczny znacząco poszedł do przodu. Zanim przejdziemy do dalszych rozważań, należy z całą stanowczością podkreślić, że postęp technologiczny jest czymś dobrym. Przyczynia się do poprawy warunków życia, ułatwia nasze funkcjonowanie, otwiera zamknięte dotychczas drzwi. Stwarza jednakże pewne zagrożenia, na czele których znajdują się zagrożenia dla wolności. Współczesne struktury państwa nie są na to przygotowane. W efekcie machiaweliczni politycy, korzystając z dróg otwieranych przez coraz bardziej nieograniczoną demokrację oraz media, posuwają się do daleko idących technik manipulacyjnych, w celu zdobycia władzy choćby na jedną kadencję. Dzisiaj nie liczy się to, czy kandydat posiada wiedzę i predyspozycje, teraz ważny jest wygląd, sposób przemawiania i umiejętność głoszenia pięknych kłamstw zamiast brzydkiej prawdy. Wyobraźmy sobie sytuację, w której za pomocą wehikułu czasu do naszej rzeczywistości trafił Thomas Jefferson. Zdecydował się wystartować w dzisiejszych wyborach prezydenckich. Jakie byłyby jego szanse? Zerowe. Przede wszystkim Jefferson znakomicie przelewał swoje myśli na papier, ale był fatalnym mówcą. Przyczyną jego nieprzyjemnego głosu była wada gardła. Już ten fakt całkowicie wyeliminowałby go, jeśli nie z całego życia publicznego, to na pewno z wyścigu o prezydenturę. Ponadto często cierpiał także na migreny, które sprawiały, że musiał ograniczać swoją aktywność. Nie byłby w stanie podołać dzisiejszej kampanii wyborczej. Skoro więc z takiego wyścigu odpadłby sam Jefferson, to skąd mamy pewność, że wielcy ludzie nie odpadają w trakcie dzisiejszych plebiscytów na rządzącego celebrytę? Techniki manipulacyjne, którym przyklaskują same media, powodują wykształcenie u ludzi odruchów podobnych do tych wykazywanych przez sławne pieski Iwana Pawłowa. Politycy reprezentujący w zasadzie jedną linię programową, podsycają między sobą sztuczny często konflikt, który pochłania umysły narodu. W efekcie "dzwoneczek" uruchomiony przez daną partię, powoduje wyuczony odruch u jej elektoratu, czego efektem jest oddanie „właściwego” głosu w wyborach. Mamy do czynienia z narzuceniem pewnych określonych schematów myślowych szerokim grupom społecznym. Jest to typowy przykład zniewolenia mentalnego. Przeciwwagą dla takiego stanu rzeczy mógłby być zdecentralizowany i sprywatyzowany system szkolnictwa, niestety rządzący stanowczo zabiegają o to, żeby do publicznych szkół (lub prywatnych z publicznym programem nauczania) siłą wysyłane były coraz młodsze dzieci. Zdominowanie szkolnictwa przez polityków było jednym z największych kroków ku ograniczeniu dysponowania swoimi własnymi myślami. Ostatnim typem zniewolenia, jest zniewolenie fizyczne. Mieliśmy z nim do czynienia wielokrotnie na przestrzeni dziejów ludzkości. Skrajnym przykładem są kraje starożytne, kiedy to pan mógł bezkarnie poniżać, katować, a nawet zabić swojego niewolnika. W feudalnej Europie mocno ograniczono zwłaszcza ten ostatni „przywilej”. Dzisiaj dopiero zaczynamy wchodzić na ścieżkę zniewolenia fizycznego. Już teraz technologia umożliwia zlokalizowanie nas w niemalże dowolnym punkcie na Ziemi. W Hiszpanii mamy już pierwsze eksperymenty z podskórnymi biochipami, które wszczepiane są chętnym. Czym się to różni od znakowania bydła? System rozwoju monitoringu pozwala śledzić każdy nasz krok. W USA coraz częściej dochodzi do przeszukań bez nakazu sądowego. Najbardziej znamienne jest jednak to, co dzieje się na lotniskach. Podróżni są dokładnie rewidowani niczym potencjalni przestępcy. Przeszukuje się także kilkuletnie dzieci. W Internecie można ujrzeć filmy przedstawiające sceny, jak służby lotniskowe dokładnie rewidują trzylatka, obmacując całe jego ciało. Mamy wreszcie skanery, które robią nagie zdjęcia, obdzierając człowieka z godności. Czy następnym krokiem będzie konieczność rozebrania się do naga przed wejściem do samolotu i ubranie się dopiero wewnątrz? Można to wszystko byłoby jeszcze jakoś zrozumieć, gdybyśmy mieli do czynienia z regularną wojną. Żyjemy jednak w czasach pokoju, a używane środki często przekraczają te wykorzystywane w sytuacji konfliktu zbrojnego na danym obszarze. Z pewnością jest to dopiero początek drogi. Utopiści będą chcieli pogłębiać ten stan. Z pewnością ich postawa jest wygodna dla tych, którzy pragną rzeczywistej władzy i zysków z nią związanych. Jak każda forma zniewolenia, ta również jest upokarzająca. Spośród tych trzech, jest jednak najbardziej widoczną i powierzchowną. Jeżeli ona nie budzi sprzeciwu, to tym bardziej nie obudzą sprzeciwu pozostałe dwie. Każdy powinien zadać sobie pytanie, czy nie przekraczamy pewnej granicy. Jeśli według niego nie, to powinien określić sobie taką granicę i strzec jej z całą stanowczością. Elementem, który zabezpiecza każdą istotę ludzką na tym świecie przed zniewoleniem, są prawa naturalne. Są to prawa wywodzące się z porządku naturalnego (z natury człowieczeństwa), które przysługują każdemu człowiekowi i pełnią zwierzchnią rolę wobec prawa stanowionego. Uznawać powinien je zarówno wierzący, jak i ateista. Różnice mogą polegać jedynie na źródle pochodzenia porządku naturalnego. Osoba wierząca powie, że jest nim Bóg. Niewierzący, że sama natura. Nie należy jednak mylić praw naturalnych z nabytymi dobrami. Prawa naturalne są tym, z czym człowiek rodzi się (prawo do życia, prawo do wolności, prawo do własności prywatnej, prawo do dążenia do szczęścia). Konkretne dobra takie, jak praca, opieka medyczna, mieszkanie, samochód czy wykształcenie szkolne nabywamy (lub są nam one przez kogoś darowane) dopiero w toku dalszego życia. Nie wolno tych dwóch rzeczy ze sobą mieszać. Jeżeli dochodzi do pomylenia, to automatycznie prawa naturalne zaczynają być łamane. Z punktu widzenia ludzi chcących ingerować w każdy aspekt życia społeczno-gospodarczego, prawa naturalne są czymś okropnym. Dlatego współcześnie rządzący są zwolennikami stanowiska, że wolność pochodzi od państwa, a nie od Boga. Takie założenie oznacza jednocześnie, że państwo może tę wolność zabrać. Uosobieniem idei praw naturalnych stała się Deklaracja Niepodległości Stanów Zjednoczonych, a następnie Konstytucja Stanów Zjednoczonych. Dokumenty te były efektem tyrańskiej polityki brytyjskiej Korony wobec kolonii. Działania władz angielskich gwałciły większość praw naturalnych. Na kolonistów nałożono olbrzymie opodatkowanie. Jednym z najbardziej wymyślnych była opłata stemplowa. Każdy dokument posiadany przez kolonistów (w tym książki czy obrazki) musiał posiadać stempel z wizerunkiem króla, za który trzeba było odprowadzić odpowiednią opłatę. W celu egzekwowania tego prawa, Wielka Brytania uchwaliła, że żołnierze mogą wtargnąć do domu dowolnego kolonisty i dokonać rewizji jego przedmiotów pod kątem obecności stempla. Nie trzeba mówić, że doprowadziło to do olbrzymich nadużyć. Ten fakt w połączeniu z zakazem bicia własnych pieniędzy przez kolonie, a co za tym idzie przymusem pożyczania funtów brytyjskich na procent od dosyć enigmatycznej instytucji, jaką był Bank Anglii, doprowadziło do stworzenia Deklaracji Niepodległości, a później Konstytucji, które miały zagwarantować, że już nigdy żaden człowiek lub grupa ludzi nie będzie w stanie zniewolić innego człowieka lub grupy ludzi. Dzisiaj stając u progu nowej formy zależności feudalnej, obejmującej trzy zasadnicze formy zniewolenia, powinniśmy przypomnieć sobie o idei praw naturalnych i dostosować prawo stanowione do wymogów rzeczywistości spustoszonej przez wiarę w kolektywną ideologię marksistowską. Deklaracja Niepodległości Stanów Zjednoczonych głosi, że kiedy rząd narusza prawa naturalne, jest nie tylko prawem, ale wręcz obowiązkiem ludzi zmienić lub obalić go. To obowiązek nie tylko wobec siebie i innych ludzi żyjących współcześnie, ale przede wszystkim obowiązek wobec przyszłych pokoleń, które mogą bierności nie wybaczyć. Łukasz Stefaniak