Tag Archives: rolnictwo

Polskę zawdzięczamy nie tylko tym, którzy dla niej ginęli, ale i tym, którzy dla niej pracowali

Jeśli o Izraelu mówi się start-up nation, to o Błażeju Stolarskim można powiedzieć start-up man. Oczywiście na miarę możliwości człowieka, który do szkoły poszedł w wieku 30 lat, wiek temu.

Czy cła mogą zniszczyć edukację? – przykład Francji

Istnieje istotny związek między cłami a długofalową niedolą gospodarczą całych narodów i krajów. Dowodzą tego ekonomiści z Francji na przykładzie ceł na zboża. Dwoje naukowców francuskich twierdzi, że wprowadzenie ponad 100 lat temu ceł na importowane zboże zahamowało we Francji na długie lata proces formowania tego, co nazywamy dziś „kapitałem ludzkim.

Polscy rolnicy dyskryminowani przez … polski rząd

Od Międzynarodowej Koalicji dla Ochrony Polskiej Wsi - ICPPC otrzymaliśmy poniższy komunikat. Publikujemy go w całości: "Trwają konsultacje rządowego projektu ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu ułatwienia sprzedaży żywności przez rolników, która ma wejść w życie DOPIERO 1 STYCZNIA 2017. Tymczasem propozycja ustawy "o sprzedaży żywności przez rolników" napisana przez rolników-praktyków leży już kilka miesięcy w sejmowej "zamrażarce".

Rekompensaty z UE dla polskich rolników – komu się należą?

Rosyjskie embargo na polskie jabłka eksportowane dotychczas masowo na wschód spowodowało, że wielu sadowników w Polsce liczy straty i nie ma jak sprzedać zebranych owoców. Minister Rolnictwa, Marek Sawicki przekonuje, że mogą oni starać się o rekompensaty z UE. Te jednak nie zostały jeszcze wypłacone.

Mania równości

Najczęściej spotykane w polityce manie to: mania wielkości („to ja panu pozwalam pracować”) oraz mania prześladowcza („za zadymy na warszawskim Marszu Niepodległości 2013 r. odpowiada Jarosław Kaczyński”). Dzięki przyłączeniu Polski do UE dotarła do nas jeszcze jedna mania – mania równości.
Objawia się ona również w sferze gospodarczej poprzez realizację oficjalnych celów UE, czyli „ujednolicenia struktury gospodarczej krajów członkowskich, wyrównania gospodarczego regionów”. Paradoksalnie tak się jakoś składa, że naturalnym warunkiem równowagi gospodarczej jest właśnie nierównowaga. W rezultacie mamy regiony przemysłowe, rolnicze, z dominującą gospodarką leśną itd. Wszystko zależy od dwu elementów – możliwości i opłacalności. Mówiąc wprost – założenie punktu skupu tranu w centrum Doliny Śmierci jest jak najbardziej możliwe, ale nikt tego nie robi ze względu na nieopłacalność przedsięwzięcia. No, ale tu wkrada się jednak powszechna wśród biurokratów mania wielkości – oni zawsze wiedzą lepiej. I równają na potęgę, bez oglądania się na skutki, nucąc pod nosem parafrazę piosenki Wojciecha Młynarskiego „przyjdzie urząd i wyr..., przyjdzie urząd i wyrówna!”. Ot, choćby ostatnio wzięli się za palący problem chaosu w segmencie spłukiwania kibla. Wróćmy jednak do gospodarki, a właściwie – rolnictwa. Tu w pełni objawia się szkodliwy charakter ulegania manii równości. Z jednej strony – dopłaty, czyli tzw. fundusze strukturalne. Redystrybucja i interwencjonizm w czystej postaci, by żyło się lepiej i wszędzie było tak samo. No to logicznie – po co rolnikowi dopłaty? Ano po to, żeby się rozwijać, produkować więcej i lepiej. I tu wkracza druga widzialna ręka biurokracji – kwoty produkcyjne, wprowadzone jako remedium na groźbę nadprodukcji będącej wynikiem  „stosowanych przez UE w produkcji rolnej subwencji, dopłat oraz ulg”. Następstwem tej kwadratury koła jest m.in. kara 4 mln 112 tys. euro nałożona na polskich podatników, którzy nie nauczyli krów czytać i przestrzegać światłych zaleceń UE. Nota bene jest to jednakowoż jaskrawe zaprzeczenie teorii, że UE to takie ZSRS – bis: w sowietach za przekroczenie norm dawali nagrody, UE nakłada kary. Swoją drogą warto się zastanowić, że kryzys nadprodukcji, czyli przewaga podaży nad popytem, najwyraźniej nie dotyczy biurokratów, którzy co i rusz regulują, wydają dyrektywy, wprowadzają normy, przepisy, podejmują uchwały itd. A przydałoby się. Podobnie jak trzeźwe rozważenie, czy faktycznie te unijne dotacje przyczyniają się do rozwoju, czy też raczej do zwoju gospodarki. Dostępne dotychczas opracowania dotyczące skutków wykorzystania unijnych dotacji, takie jak tzw. Raport Hausnera, czy opinia Konfederacji Lewiatan – jedyne jak dotąd obliczenia – wskazują jednoznacznie, że owe fundusze unijne, których politycy pragną jak kania dżdżownic rujnują Polskę i polskie społeczeństwo. No, ale na manię równości nikt jeszcze nie wynalazł skutecznego lekarstwa. I nikt nad takowym nie pracuje. Michał Nawrocki Fot.: MN

Po co nam Ministerstwo Rolnictwa?

Ostatnio we wszelkiej maści mediach jest niezwykle głośno o działalności Ministerstwa Rolnictwa. Całe rzesze ekspertów wspinają się na wyżyny swojej elokwencji aby skomentować różnego rodzaju nieprawidłowości w owym ministerstwie występujące. Mnie jednak nie interesuje odpowiedź na pytanie: Jak działa Ministerstwo Rolnictwa? Interesuje mnie bowiem odpowiedź na  pytanie dużo bardziej zasadnicze a mianowicie: Po co działa Ministerstwo Rolnictwa?
No właśnie: Po co? Na pierwszy rzut oka pytanie to może wydawać się głupie, ale czy na pewno?  Na początek powiedzmy  po co istnieje w ogóle rolnictwo i po co rolnicy uprawiają ziemię. Otóż rolnictwo istnieje dlatego, że istnieje zapotrzebowanie konsumentów na wytwarzane przez rolników towary. Gdyby rolnik wkładał swoją prace w uprawę ziemi i nic by za to nie dostawał to jasne jest, że tego typu pracy by zaprzestał. Praca taka  byłaby bowiem stosunkiem wysoko nieekwiwalentnym  i trudno byłoby znaleźć człowieka, który poświęcałby swój czas na tego typu czynność. Tak więc rolnik uczestniczy w procesie produkcji spodziewając się zysku i sprzedaje swój plon innemu podmiotowi zainteresowanemu produkcją danego dobra (do wytworzenia, którego plon rolnika jest mu potrzebny). Podmiot kupujący od rolnika jego plony przetwarza je w dobro konsumpcyjne i sprzedaje je konsumentom. Oczywiście jest to tylko prosta przykładowa sytuacja bowiem proces produkcji może być rozciągnięty na wiele ogniw tzn. podmiot kupujący plon od rolnika może być tylko  producentem pośrednim, który nie wytwarza bezpośrednio dobra konsumpcyjnego, tylko sprzedaje swój produkt następnej firmie i tak dalej, aż w końcu dany produkt trafi do konsumentów. Tak więc niezwykle ważny jest tu finalny produkt konsumpcyjny, na który ludzie wytwarzają popyt. Jeżeli potencjalni konsumenci nie są zainteresowani danym produktem to po prostu go nie kupują. Wtedy wszystkie podmioty uczestniczące w  produkcji tego dobra muszą jej zaprzestać i  rozpocząć produkcje innego dobra, na które występuje popyt konsumentów. Podsumowując rolnik uczestniczy w produkcji jakiegoś dobra, na które występuje zapotrzebowanie rynku. Ale czy Ministerstwo Rolnictwa uczestniczy w produkcji tego dobra? Nie. Czy Ministerstwo Rolnictwa wytwarza na nie popyt? Nie. (tzn. pracujący w MR urzędniczy mogą być potencjalnymi konsumentami, ale praca w ministerstwie nie jest tu decydującym czynnikiem). Czy działalność MR sprawia, że ludzie jedzą chleb, używają mąki etc? Nie. Tak więc nie znajduje żadnego racjonalnego powodu, który byłby uzasadnieniem istnienia i działalności MR. Oczywiście można by przytoczyć argument, że urzędnicy MR starają się w Brukseli o dopłaty dla rolników. Na  tego typu  argument uzasadniający istnienie resortu rolnictwa można odpowiedzieć na dwa sposoby. Po pierwsze, jeżeli istnieje zapotrzebowanie rynku na produkt rolnika i uzyskuje on zysk to dlaczego ma on otrzymywać  jeszcze dodatkową dopłatę do swojej działalności? Jeżeli na produkt rolnika nie ma popytu i rynek go nie potrzebuje to należy po prostu zaprzestać go produkować, ponieważ dotowanie produkcji  zbędnych towarów kłóci się ze zdrowym rozsądkiem. Jest to pierwsza odpowiedź odnosząca się do problemu dopłat czyli tzw. defektu systemu socjalistycznego (szczerze powiedziawszy jest to kolejny ciekawy temat na artykuł).  Ale nawet jeśli już żyjemy w systemie socjalistycznym i dopłaty unijne są niezbędnym elementem wspomnianego wyżej systemu, to nadal w żaden sposób nie uzasadnia to istnienia osobnego resortu, który miałby się owymi dopłatami zajmować. Równie dobrze o dopłaty w Unii mogłoby walczyć kilku urzędników Ministerstwa Spraw Zagranicznych zajmujących się stricte dopłatami do rolnictwa. Doszliśmy do wniosku, że nie można w racjonalny sposób wytłumaczyć istnienia Ministerstwa Rolnictwa. Ale Ministerstwo Rolnictwa nie jest tylko  instytucją nieprzydatną czy neutralną. Świadczy o tym fakt, iż ministerstwo to prowadzi niezwykle aktywną działalność  na drodze ingerencji w rynek poprzez różnego rodzaju zarządzenia i urzędnicze decyzje, które są z góry narzucane rolnikom. Mają one zawsze opłakany skutek i powodują spadek produktywności polskiego rolnictwa.  Resort rolnictwa jest więc pewnego rodzaju balastem, szkodliwym i nieprzydatnym. Jeżeli resort rolnictwa jest pewnego rodzaju balastem nie tylko, że niepotrzebnym ale wręcz szkodliwym, to po raz kolejny pojawia się pytanie: Dlaczego istnieje? Odpowiedź na to pytanie uzyskaliśmy przy okazji ostatniej afery związanej z tym resortem. Czy bowiem wyobrażacie sobie działalność PSL-u bez istnienia Ministerstwa Rolnictwa? Od dawna politycy tej partii obiecują przed wyborami czego to oni rolnikom nie załatwią. Zazwyczaj załatwiają im oczywiście  tylko ogrom dziwacznych urzędniczych decyzji, no i oczywiście miejsca pracy dla znajomych i rodzin.  Ale widocznie dla wielu wyborców tej partii to wystarcza bowiem cały czas nieprzerwanie dostaje się ona do sejmu. Na koniec musimy jeszcze powiedzieć, że urzędnicy pracujący w ministerstwie pobierają za swoją zbędną działalność duże pieniądze, za które jak zwykle zapłacą podatnicy, w tym również rolnicy. Damian Kubiak

Ustawa o nasiennictwie chyłkiem wprowadzi GMO w Polsce

Z naszej poczty: Witam Państwa, W związku z poniższymi informacjami apeluję do Państwa o jak największe nagłośnienie tej sprawy, aby nasze zdrowie nie było zagrożone z powodu decyzji skorumpowanych lub podatnych na lobbing rządzących.
  Koalicja "Polska wolna od GMO" alarmuje: ustawa, którą jutro zajmie się Sejm, nie zabezpiecza przed żywnością modyfikowaną. Koalicja "Polska wolna od GMO" zorganizowała dziś przed Sejmem pikietę, w której apelowała o wprowadzenie zmian w prezydenckim projekcie ustawy o nasiennictwie - nad którym jutro prace rozpocznie parlament. Zdaniem koalicji - zapisy zawarte w ustawie de facto pozwalają na wprowadzenie nasion genetycznie modyfikowanych na tzw. "własny użytek". A problem polega na tym, że GMO raz wprowadzonego do ekosystemu nie da się już zatrzymać. Pyłki roślin przenoszone są bowiem wiatrem na duże odległości. Z kolei obecność GMO w ekosystemie uniemożliwia prowadzenie upraw ekologicznych a nawet tylko tradycyjnych. Prawa do nieograniczonego obrotu nasionami tradycyjnymi, lokalnymi, które są dorobkiem pokoleń rolników i są ich wspólnym dobrem bowiem projekt ustawy o nasiennictwie (druk nr 176) spowoduje poważne ograniczenia dostępu do tradycyjnych/regionalnych nasion. Tradycyjni rolnicy przez setki lat selekcjonowali swoje nasiona, wymieniali z innymi rolnikami dla pozyskiwania różnorodności odmian i oczekiwanych cech. To nie może zostać zaprzepaszczone. Wśród uczestników pikiety byli także przedstawiciele pszczelarzy. Oni z kolei zapowiedzieli swój protest na 15 marca. Protestują oni nie tylko przeciwko GMO, ale także przeciwko chemii zawierającej neonikotynoidy: "Chrońmy pszczoły" jest ogólnopolską akcją pszczelarzy, miłośników pszczół i natury. Domagamy się całkowitego zaprzestania stosowania w rolnictwie środków chemicznych zawierających szkodliwe dla pszczół Neonikotynoidy, które są jedną z przyczyn masowego zamierania kolonii pszczelich (CCD). http://wpolityce.pl/wydarzenia/23942-koalicja-polska-wolna-od-gmo-alarmuje-ustawa-ktora-jutro-zajmie-sie-sejm-nie-zabezpiecza-przed-zywnoscia-modyfikowana Serdecznie Pozdrawiam Filip Stankiewicz

Roman Kluska: Demokracja totalitarna

"Nasz Dziennik" z 2 lipca 2011 roku publikuje ciekawy wywiad z przedsiębiorcą Romanem Kluską. Założyciel "Optimusa" mówi w nim m.in . o tym kiedy w III RP istniał wolny rynek i czym jest dzisiejszy system gospodarczy. Najbardziej szkodzący przedsiębiorczości w Polsce czynnik to - zdaniem Kluski - przeregulowanie państwa przez złe prawo: "To ono właśnie rodzi korupcję, zwiększa koszty państwa, a przez to potęguje ubożenie obywateli. Dziesiątki tysięcy przepisów wzajemnie sprzecznych, wymagających w dodatku od obywateli spełnienia różnych warunków tworzą właśnie taką sytuację. Tylko na takich przepisach mogą żerować patologiczne struktury, a gospodarka staje się coraz bardziej od nich uzależniona. Złe prawo niszczy też sumienie, bo często karze za czynienie dobra. Wystarczy tu podać przykład przedsiębiorców, przeciwko którym stosowano wysokie sankcje karne za przekazanie niesprzedanego pieczywa ubogim". Roman Kluska mówi także o swojej roli za rządów PiS-u. Wspomina tzw. pakiet Kluski: "...nic z nich nie zostało wprowadzone. Były to raczej próby zawracania kijem Wisły niż rzeczywiste działania. Laureat Nagrody Nobla Milton Friedman napisał, że w żadnym kraju na świecie nie da się wprowadzić istotnych zmian odbiurokratyzowania gospodarki, jeśli nie zrobi się tego podczas pierwszych 100 dni funkcjonowania nowego rządu. Potem każdą władzę tak wciąga machina biurokratyczna, że nie jest w stanie przeprowadzić żadnej faktycznej reformy". Zanany przedsiębiorca odnosi się również do pytań o firmę, którą zakładał, do Optimusa: "Gdyby firma cały czas funkcjonowała w warunkach z początku lat 90., gdy w Polsce działał system rynkowy, to Optimus byłby prawdziwą potęgą. Ale firma, która chce działać uczciwie, w warunkach spętanej biurokracją gospodarki nie radzi sobie dobrze. Dlatego przed Optimusem nie było świetlanej przyszłości w coraz bardziej biurokratyzującej się gospodarce." I dalej: "...zniknięcie [Optimusa - przyp. red] będzie pewnym symbolem naszych czasów, bo z każdym rokiem w Polsce trudniej jest prowadzić działalność gospodarczą. Największe sukcesy Optimusa, gdy mogliśmy rywalizować niemal z każdą firmą na świecie, gdy zawieraliśmy na równych prawach (50/50 proc.) joint venture z koncernem Lockheed Martin, jedną z najważniejszych firm na świecie, to czasy niemal książkowego, wolnego rynku w Polsce. Ale niestety ten system szybko się skończył. Państwo zaczęło drobiazgowo regulować kolejne dziedziny życia i gospodarki. Sukces zaczął stawać się zależny nie od solidnej pracy, ale od relacji z władzą, która udziela zezwoleń, koncesji, itp. Tymczasem, jak wskazał już Ojciec Święty Jan Paweł II, jeśli państwo chce wszystko uregulować, tak jak to robi w ciągu ostatnich 20 lat, wchodząc niemal w rolę Pana Boga, to niedługo pod piękną nazwą "demokracja" powstanie nowy totalitaryzm". Na pytanie o drążące współczesne państwa opiekuńcze choroby, Roman Kluska odpowiada: "Ogromne zadłużenie i całkowita niewydolność to właśnie cechy tak pomyślanego ustroju, który pod chwytliwym hasłem państwa opiekuńczego usiłuje zajmować się wszystkim, a nie radzi sobie z niczym. Ale są w Europie kraje, które zrywają z taką polityką: m.in. Wielka Brytania i Węgry. To one mają szansę być w przyszłości przykładami zdrowej gospodarki. Inne idą w kierunku Grecji i Hiszpanii". Roman Kluska tłumaczy również dlaczego dobrze jest być w Polsce rolnikiem: "...rolnicy są dzisiaj ostatnimi w miarę wolnymi ludźmi. Tylko rolnik nie może być obecnie zniszczony przez urząd skarbowy, tak jak każdy inny przedsiębiorca. I tylko rolnik ma w miarę logiczny system opodatkowania, tzn. podatek rolny, który uniemożliwia ingerencję urzędników skarbowych. Dlatego dziś chce się wprowadzić podatek dochodowy także dla tej grupy ludzi. Wcale nie chodzi o to, że rolnicy płacą niskie podatki. Gdyby tak było, wystarczyłoby podnieść podatek rolny. Chodzi o to, żeby także rolników wciągnąć do aparatu podatkowego zniewolenia urzędniczego. Bowiem kwestia płacenia podatku dochodowego w dużej mierze zależy od widzimisię urzędników". Czytaj cały wywiad z Romanem Kluską...

Janusz Wojciechowski: W rolnictwie rynek nie działa

"Bez dotacji rolnictwo w Europie przestałoby istnieć". Taki pogląd przedstawił w dniu 18 marca 2011 roku, podczas zorganizowanego przez piotrkowski Klub "Gazety Polskiej" spotkania z mieszkańcami Wolborza, europoseł PiS, Janusz Wojciechowski. Parlamentarzysta odpowiadał m.in. na pytanie z sali dotyczące zasadności dopłat dla rolnictwa, ze wskazaniem na przykład Nowej Zelandii, gdzie przed laty powstało silne i konkurencyjne rolnictwo, mimo braku rządowych dotacji. Poniżej zamieszczamy odpowiedź Janusza Wojciechowskiego na to pytanie. Odpowiedź wybitnie antyrynkową i chyba - niestety - reprezentatywną dla sposobu myślenia większości PiS-owskiego establishmentu. Pobierz plik... (MP3, 1,7 MB) Nagranie: Prokapitalizm.pl Foto. http://januszwojciechowski.blog.onet.pl/ Od redakcji: Panu europosłowi Wojciechowskiemu dedykujemy artykuł Lawrence W. Reeda "Nowozelandzka rewolucja", w którym opisane są reformy jakie rozpoczęto w Nowej Zelandii w latach 80-tych.

Nowozelandzka „rewolucja”

"Teraz kiedy ustawodawcy i dobroczyńcy nałożyli na społeczeństwo już tak wiele tak nieefektywnych systemów, wreszcie mogą skończyć, gdzie powinni byli zacząć: niechaj odrzucą wszelkie systemy i spróbują wolności..." Frederic Bastiat, 1850 Dla wytworzenia dóbr materialnych oraz osiągnięcia osobistego spełnienia wolność ekonomiczna jest niezastąpiona. Wpływa ona na te wszystkie zjawiska niezwykle pozytywnie. Żaden z krajów nie udowodnił tego w bardziej przekonywujący sposób aniżeli malutka, lecz przepiękna Nowa Zelandia. Historia dramatycznej, trwającej 12 lat, transformacji tego wyspiarskiego kraju powinna zostać wykrzyczana wniebogłosy. Usytuowana na południowym Pacyfiku, w połowie drogi pomiędzy równikiem a biegunem południowym - Nowa Zelandia jest krajem wielkości 2/3 stanu Kalifornia. 3,5-milionowa ludność zamieszkuje dwie główne wyspy i cały szereg rozproszonych po Oceanie malutkich wysepek. Nowozelandczycy znani jako Kiwi - są dumni ze swego długiego dziedzictwa jako kolonii brytyjskiej, która uzyskała pełną autonomię w 1931 roku. W 1950 roku Nowa Zelandia plasowała się na liście jako jeden z najbogatszych krajów świata - z relatywnie wolną gospodarką oraz silną protekcją przedsiębiorczości i własności. Wtedy to, pod rosnącym wpływem idei państwa opiekuńczego, które kwitły w Brytanii, Stanach i większej części zachodniego świata - Nowa Zelandia wzięła ostry zakręt w lewo. Kolejne 20 lat przyniosło "Kiwi" socjalizm - żniwo wielkiego rządu i ekonomicznego niepokoju. Nowozelandczycy poczuli się ofiarami wygórowanych ceł, masowych rolnych dotacji, olbrzymiego długu publicznego, chronicznych deficytów budżetowych, rosnącej inflacji, 66-cio procentowego podatku dochodowego oraz rozbudowanego państwa opiekuńczego. W tamtych latach rząd centralny był zaangażowany w praktycznie każdy aspekt życia ekonomicznego. Zmonopolizował on kolej, telekomunikację i biznes elektryczny. Jedyną rzeczą, która kwitła w latach 1975-83 było bezrobocie, podatki i wydatki rządu. W obliczu niekończącej się listy programów państwowych, niespełniających swojego zadania i zaglądającej w oczy ruiny ekonomicznej, w 1984 roku nowozelandzcy politycy zaangażowali się w coś, co Organizacja Ekonomicznej Kooperacji nazwała "najobszerniejszym programem liberalizacji ekonomicznej, kiedykolwiek przedsięwziętym w rozwiniętym kraju". Wszelkie dotacje rolnicze zostały wstrzymane w ciągu dwóch lat. Cła zostały obcięte o 2/3 prawie natychmiastowo i w miarę upływu czasu były ciągle zmniejszane. Dziś, przeciętna nowozelandzka stopa ceł wynosi 3,2 procent - co w rzeczywistości oznacza jednostronny wolny handel. W gruncie rzeczy, ponad 90 procent wszystkich importowanych towarów wkracza do kraju kompletnie wolnych od jakiegokolwiek kontyngentu, cła czy innych restrykcji. Podatki zostały gwałtownie obcięte. Górna granica wynosi obecnie 33 procent, czyli połowę tego co było w czasie, gdy motłoch wielkiego rządu znajdował się u władzy. Przeciętny podatek dochodowy wynosi obecnie 21,5 procent. W ogóle natomiast nie istnieje podatek od majątku i podatek obrotowy. Od 1984 roku rząd nowozelandzki zaangażował swoje wysiłki w masową prywatyzację sprzedając 22 państwowe przedsiębiorstwa. Największym sukcesem okazała się sprzedaż Telecom NZ. Przed prywatyzacją firma ta chełpiła się zatrudnieniem 26 500 pracowników, z których większość nie wykonywała żadnej pracy. Wyszczuplona, zmodernizowana i w prywatnych rękach firma ta zatrudnia obecnie 9 300 pracowników i po raz pierwszy współzawodniczy z takimi firmami jak MCI i Bell South (telefony komórkowe). Kraj nie doświadczył jakiegoś koszmaru związanego z transformacją branży komunikacyjnej; przyszedł raczej z przestarzałej technologii do 97-mio procentowego systemu cyfrowego - zajmującego drugie miejsce w świecie według the World Competitiveness Report. Telecom NZ nie jest już tworem wysysającym ze skarbu państwa, wręcz przeciwnie - Telecom NZ płaci podatki. W 1984 roku siła robocza w sektorze publicznym sięgała 88 000 zatrudnionych. W 1996 roku, po najbardziej radykalnej redukcji rządu liczba ta spadła poniżej 36 000 (59-cio procentowa redukcja). Gdy Ministerstwo Transportu było w posiadaniu i zarządzało wszystkim, począwszy od portów do krajowych linii lotniczych, zatrudniało 4 500 pracowników. Dziś cały jego personel zajmuje odpowiednik dwóch pięter typowego biurowca. Regulacje rządowe zostały również usunięte z krajowego systemu bankowego. Dziś, nawet zagraniczne banki są mile widziane. Amerykanie, którzy przyzwyczaili się do tego, że rząd gwarantuje im depozyt bankowy mogą poczuć się zszokowani na wieść, że w Nowej Zelandii rząd centralny nie narzuca żadnego ubezpieczenia depozytowego. W zamian za to banki zapewniają publiczne ujawnienie ich stanu finansowego oraz ubezpieczenie na otwartym rynku. Założenie nowego interesu w Nowej Zelandii jest bardzo łatwe, a to za sprawą niewielu konsekwentnie stosowanych regulacji. Regulacje środowiskowe, tak jak i regulacje bezpieczeństwa są czasami uciążliwe, ale są one kompensowane przez niskie podatki i przyjazny interesom klimat gospodarczy. Szczególnie uderzające jest to, co Nowozelandczycy zrobili, aby zmienić politykę pracy. William Eggers z Reason Foundation określa to jako "najbardziej agresywne i daleko idące deregulacje rynku pracy w świecie". Obowiązkowa przynależność związkowa została zniesiona, tak jak i monopole związkowe nad rynkami pracy. Pozbawieni szczególnych przywilejów, które kiedyś pozwalały im na szantaż ekonomiczny, dziś związkowcy posiadają taki sam status, jak każda inna prywatna, ochotnicza organizacja. Kilka miesięcy temu ambasador Nowej Zelandii w USA powiedział zebranym na The Heritage Foundation w Waszyngtonie, że wszystkie te dramatyczne zmiany przyniosły ekonomiczne korzyści. Budżet narodowy jest zrównoważony, inflacja jest nieszkodliwa, rozwój ekonomiczny postępuje naprzód od 4 do 6 procent rocznie. Eggers zawiadamia, że po prywatyzacji portów i kolei, koszty przewozu towarów spadły aż o 50 procent. Pomogło to zrekompensować utratę dotacji dla rolników, którzy obecnie są jednymi z najbardziej konkurencyjnych w świecie. Ostatnie wybory przyniosły znowu zmiany w rządzie, ale większość obserwatorów wierzy w to, że polityczny consensus wolnorynkowych rozwiązań został zbyt głęboko zakorzeniony, by mógł zostać łatwo odwrócony. W rzeczy samej jedyna partia, która otwarcie występowała przeciwko temu, co Nowozelandczycy nazywają "rewolucją" zebrała nędzne 12 procent głosów. Leży tu głęboka nauka: wielki rząd wysysa życie z gospodarki. Wolna przedsiębiorczość jest w stanie naprawić tę szkodę. Politycy na całym świecie mogą się wiele nauczyć z przykładu Nowej Zelandii. Lawrence W. Reed tłum. Agnieszka Łaska (artykuł pochodzi z drugiej połowy lat 90-tych XX wieku. Pierwsze polskie tłumaczenie ukazało się na Stronie Prokapitalistycznej w 2001 roku) (Tekst publikujemy za zgodą The Foundation for Economic Education) Inne artykuły Lawrence’a W. Reeda na stronie “ProKapitalizm”: Czy istnieje niekorzystny bilans handlowy? W obronie wolności List Otwarty do etatystów na całym świecie “Bogactwo i dochody rozłożone są zbyt nierówno”

Gangrena w świadomości

Dlaczego tak trudno przekonać ludzi do wolnego rynku? Alarm! Ratuj się kto żyw i kto choć trochę wierzy w przebrzydły kapitalizm, w którym wszyscy kierują się chęcią zysku i skoczą sobie do gardeł, albo jak powiedział Pierwszy Przywódca Proletariatu (PPP), sprzedadzą sznur, na którym się ich powiesi. To nie jest degrengolada społeczna, albo coś innego z terminologii psychologicznej. To raczej gangrena, która infekuje coraz większe obszary ciała. To trucizna, która doprowadza do chorób psychicznych, majaków, paranoi. Wyzyskiwana klasa robotnicza co prawda sama nie pogardzi dodatkowym groszem. Niektórzy grają w lotto, inni marzą o podwyżce. Oczywiście to nie czyni ich chętnymi zysku. Woli raczej stawiać się w roli ofiary, jako kompleksu poddańczego, który płynie w krwi  i genach feudalnych. Zresztą, technicznie byłoby niemożliwe utworzenie z proletariatu warstwy wyzyskującej – to jest statystycznie nie do wykonania. Siłą rzeczy więc szara masa patrzy tylko na siebie, znajduje identyfikację w roli poszkodowanego i zyskuje tym samym przychylną opinię rozmaitych kurtyzan tworzących opinię publiczną, od pisarzy do dziennikarzy. Wiadomo, że ofiara, czy to wyzyskiwany robotnik, biedny emeryt, zniewolona kobieta czy gnębiony homoseksualista, zdobędą  sympatię większości (Nawiasem mówiąc, jak większość jest przeciwko gnębieniu, to kto ich tak naprawdę gnębi? Znowu jakaś niezidentyfikowana siła). Miałem jednak rozwinąć wątek gangreny. Rozmawiałem z Niemcem, typowy socjaldemokrata, wierzący w redystrybucję dóbr oraz inne cuda wianki i kochanki. Mówił mi, że bogatemu można zabrać milion euro, bo to dla niego nie zrobi różnicy, najwyżej będzie swój statek (jacht) do tyłu, a zresztą, po co komu jachty? Musiałem przegryźć wargi, by nie wypalić „aksamitny bolszewizm”, określenie, którym nazywam tego typu myślenie. Bastiat uczył jednak, by z sofizmatami rozprawiać się mimo wszystko, niezależnie od ideologicznego zabarwienia. Otóż, moi drodzy socjaldemokraci, socjaliści, komuniści itp. Itd. Milioner nie kupuje samego statku. To jest wytwór dopiero wyższego rzędu. Żeby zbudować ten jacht, ktoś musiał go najpierw zaprojektować. Miesiące spędzone nad kartkami papieru technicznego, bądź też programu obróbki 3D, zrobionego przez firmę zatrudniającą 5 osób. Potem prefabrykaty – blachy, żagle i maszty lub silniki i systemy elektroniczne, w zależności o jakim jachcie mówimy. W jednym i drugim już profituje klasa średnia, zanim w ogóle jacht trafi na linię produkcyjną. Blachy musi ktoś pospawać, nawet śrubki, wkręty trzeba dostarczyć, żagiel trzeba uszyć, ktoś musi dostarczyć wymiarów, płótna, nici i igły lub maszyny. Ten statek lub jacht trzeba złożyć później, zamontować podzespoły, na koniec oblatać. Potem ten niezidentyfikowany milioner musi wykupić ubezpieczenie na tak drogą rzecz, zadokować gdzieś swój nabytek, płacić za paliwo, serwis, konserwację, za opłatę tytułem prawa do żeglugi. Nie będę nawet próbował liczyć, ile osób profituje dzięki temu, że „jakiś-tam-milioner” ma kaprys chcąc kupić sobie statek. Wielu wyzyskiwanych robotników z pewnością, bo stal muszą przygotować hutnicy przy wsparciu górników i elektryków. Co prawda, pieniądze redystrybuowane nie giną od razu. Tylko, że całkowicie zostaje zachwiana racjonalność obiegu pieniądza. Naturalny ład znakomicie lokuje kapitał tam, gdzie jest zapotrzebowanie na usługę i dobre jej wykonanie. Tymczasem urząd socjalny jeden z drugim dadzą pijaczkowi pieniądze z tytułu zasiłku, które racjonalne wydane nie będą. To zresztą najlżejszy przykład. Najcięższym przykładem jest np. jez. Aralskie. Niestety, wyjaśnienie stało się za długie dla mojego rozmówcy. I chyba zbyt skomplikowane. W odbiorze zdecydowanie lepszy jest wrzask demonstracji w stylu :„Żądamy płacy minimalnej! Żądamy godziwej płacy! Zasiłki dla każdego biednego!. Gdy naszła mnie ta myśl, mój rozmówca zaczął prawić elaborat na temat menedżerów, kierowników i dyrektorów, którzy przyznają sobie we własnym gronie wysokie pensje i  premie. Szybką kontrą odpowiedziałem, że prywatny kapitalista zasłużył sobie na to swoim dobrym pomysłem na biznes i że ten problem występuje tylko w państwowych „firmach”. Nawet nie chce się przypominać słynnych słów śp. Stefana Kiesielowskiego. Wychodzi na to, że socjalizm, etatyzm, interwencjonizm i keynesizm walczą same ze sobą. No bo dajmy na to te związki zawodowe, wspierane przez czerwonych, a obok postawmy lewackie parole – płaca minimalna oraz walka z bezrobociem. Jak walczyć z bezrobociem, gdy sytuacja na rynku pracy jest do tego stopnia spaczona? Henry Nietzsche, były poseł CDU, skwitował krótko: „Związki zawodowe mają w nosie bezrobotnych, ponieważ bronią własnych miejsc pracy przez Neukommenden (ang. newcomers – przyp. autor)”. Tak samo płaca minimalna kasuje możliwość pracy młodym i imigrantom, którzy poprzez brak doświadczenia, rozeznania i wiedzy są w stanie konkurować zazwyczaj tylko poprzez niższą cenę usług. Taka karma. Usuwając lub granicząc ten czynnik wymienione przeze mnie ideologie znowu wpadają w sprzeczność. Żeby legalnie działać z firmą budowlaną w Niemczech, trzeba zapłacić rozmaitym urzędom i izbom do 300 €. Trzeba ubezpieczyć od wypadku siebie i swoich pracowników (całe szczęście można przyjąć ich do pracy za pomocą wytrychu i zatrudnić ich jako „podwykonawców”). Ubezpieczenie zdrowotne też obowiązkowo. No i warto mieć pieczątkę od doradcy podatkowego, bo inaczej urząd finansowy ciągle będzie miał jakieś obiekcje. Już na starcie ponosi się ciężkie koszta i marnuje cenny czas, siedząc po urzędach (inna sprawa, że w Niemczech nie trzeba się użerać i ogólnie jest miło). Wyobrażam sobie teraz świat, w którym to nie istnieje. Nagle jest prościej. Nagle mam własne pieniądze w kieszeni. Nagle mam czas na więcej pracy i/lub więcej czasu wolnego (nie muszę walczyć o 48- czy o 40-godzinny tydzień pracy). Nagle nie ściga mnie urząd finansowy i nie muszę płacić kar. Nagle zamiast brać kredyt , odkładam sumki i kupuję laptopa, pralkę czy dobrą gitarę za odłożone pieniądze. Może z samochodem byłoby ciężej – ale kto wie – czy dzięki zwolnieniu z przepisów, kontroli, inspekcji i innych ciężarów i wzmocnieniu konkurencji  poprzez nieblokowanie rynku samochody kosztowałyby tyle, co 5 komputerów? Nagle odkrywam, że mogę wybrać operatora wody, oczyszczalni, służby komunalnej, prądu i wskutek konkurencji oraz małych podatków mam jeszcze więcej pieniędzy w kieszeni. Nagle jadąc autobusem patrzę, a bilet autobusowy do centrum nie kosztuje 2 €, tylko 50 centów. Nagle odkrywam, że aby robić tanie stoły, nie muszę mieć papierka zaświadczającego, że jestem „zdolny do przybijania gwoździ”, że mogę wozić pasażerów na trasie Berlin-Szczecin bez wykupywania linii i ubezpieczeń, a benzyna jest na tyle tania, że i moi klienci płacą taniej. I może wreszcie za pieniądze podatników, zamiast na socjał, wreszcie wypłacono by GODZIWE pieniądze dla policjantów i żołnierzy, a młodym jurystom nie odmawiałoby się zawodu bez korporacyjnego obowiązku aplikacji? No i koronny argument: Że kapitalizm wywołuje wojny. Np. Kolumbia, gdzie obecnie przy medialnej ciszy rozgrywa się drugi Wietnam. W walce z przemysłem narkotykowym zrzuca się chemiczne substancje na pola uprawne, które rykoszetem zgładziły kolumbijskie rolnictwo. I że USA broni zbrojnie kolumbijskiego rządu, bo różne jankeskie firmy, np. Coca-Cola outsource’owały się do Kolumbii. Jak dla mnie, to idealny przykład faszystowskiego korporacjonizmu, ale jak wytłumaczyć, że nie zawiódł tu wolny rynek=kapitalizm, gdy pewne symbole i powiązania siedzą aż tak głęboko w ludzkiej świadomości? Aż ciężko wyobrazić sobie sprzężenia zwrotne, które działałyby na korzyść gospodarki, gdyby biurokracja i podatki nie ciążyły na gospodarce. Niestety, dzisiaj musimy słuchać o przebrzydłych kapitalistach, menedżerach, dyrektorach…. Mój znajomy cieszy się, że Polska będzie miała dużo większe dopłaty do rolnictwa, niż zakładano. Ponieważ mam krewki charakter, prawie wpadłem w furię. Krzycząc, zapytałem: „Czyli jak Niemiec nas okradał, to było źle, ale jak my Niemca okradniemy, to będzie cacy?! Dlaczego Niemiec nie mógłby sam kupić naszego produktu, jeśli będzie dobry i tani?! Dlaczego pieniądz nie mógłby uczciwie krążyć w Europie?!”. Rozmówca widział tylko kasę daną w łapę potomkom Jakuba Szeli. Kamil Kisiel