Tag Archives: Ron Paul

Franciszek versus Trump

Kilka dni temu podczas swojej ostatniej wizyty w Meksyku Papież Franciszek stwierdził, że Donald Trump, pretendent na urząd prezydenta USA, „nie jest chrześcijaninem”, skoro chce wybudować mur wzdłuż granicy amerykańsko-meksykańskiej. D. Trump natychmiast odpowiedział, że kwestionowanie czyjeś wiary w ustach religijnego przywódcy jest rzeczą haniebną.

Mitt Romney mógł wygrać wybory prezydenckie?

Z danych z prawyborów w Partii Republikańskiej oraz właściwych wyborów prezydenckich w poszczególnych stanach USA wynika, że istniała możliwość wygrania wyborów przez kandydata prawicy. Co więcej sam Mitt Romney mógł to przewidzieć, a jego sztab niemal na pewno dysponował odpowiednimi danymi i analizami.
Otóż w prawyborach bardzo dobre wyniki uzyskiwał Ron Paul - średnio około dwa razy lepsze niż w czasie prawyborów w 2008 roku. Choć nie był on skłonny poprzeć Mitta Romneya, to zrobił to jego syn i senator z Kentucky Rand Paul - to mogło wystarczyć gdyby nie zwalczanie wszelkimi metodami zwolenników Rona Paula przez aparat partii republikańskiej na etapie prawyborów w poszczególnych stanach, a nawet na przedwyborczej konwencji ogólnokrajowej Republikanów. Te praktyki to nie tylko wykorzystywanie różnych kruczków prawnych, ale łamanie statutu partii w wielu stanach, utajnianie liczenia głosów, wzywanie policji czy nawet brak liczenia delegatów Rona Paula na konwencji ogólnokrajowej. Na skutek tych działań w kilku stanach szefowie partii podali się do dymisji i kierowanie partią przejęli zwolennicy Rona Paula - tak było na przykład w stanach Iowa, Newada czy Alaska. Te sukcesy mogły niepokoić główny nurt partii, ale było to krótkowzroczne i zdenerwowało bardzo wielu wyborców. Jak się okazało w kilku kluczowych stanach głosujących na Rona Paula było więcej niż wynosiła różnica między Obamą i Romneyem lub była to zbliżona liczba głosów. I tak na Florydzie Romney przegrał 74,309 głosami, a Ron Paul uzyskał aż 117,461 głosów. W New Hampshire różnica na korzyść Obamy wyniosła około 40 tysięcy głosów podczas gdy Ron Paul uzyskał 56,872 głosów. W Ohio Obama miał 166,214 głosów więcej niż Romney, a na kongresmena Paula głosowało 113,256 wyborców. W Virginii przewaga Obamy wyniosła 149,298 głosów, a Ron Paul pozyskał 107,451 głosów. I wreszcie w Iowa Obama uzyskał 91,927 głosów więcej niż Romney, a Ron Paul w innej formie prawyborów zwanej caucuses zdobył 26,036 głosów. To wygląda na dużą różnicę, ale łącznie na wszystkich kandydatów głosowało jedynie ponad 121 tysięcy wyborców, gdy we właściwych wyborach na samego przegranego Romneya głosowało około sześć razy więcej wyborców bo ponad 730 tysięcy. Zatem przy zastosowaniu tej drugiej metody głosujących na każdego z Republikanów byłoby kilka razy więcej. W tych stanach wygrany kandydat otrzymywał odpowiednio 29, 4, 18, 13 i 6 głosów elektorskich czyli łącznie 70 głosów. W wyborach Obama zdobył 332 głosy elektorów, a Romney 206 - zatem wygrywając w tych pięciu stanach Romney uzyskałby 276 głosów, a Obama zaledwie 262. Nawet bez New Hampshire Romney wygrałby 272 do 266, a wygrywając w czterech stanach bez Iowa kandydat Republikanów zwyciężyłby 270 do 268. Oczywiście jakaś część z wyborców Rona Paula zapewne zagłosowała na Mitta Romneya, ale większość to byli wyborcy niezależni, liczni byli także rozczarowani Demokraci, którzy po takim potraktowaniu przez Republikanów zagłosowali na złość Romneyowi na Obamę. W dodatku mogli oni namówić innych wahających się wyborców do nie głosowania na Romneya lub oddania głosu na Obamę. Biorąc to pod uwagę jest możliwość, że także w kilku innych stanach Romney miałby szansę wygrać dzięki znaczącej pomocy w kampanii tysięcy zaangażowanych zwolenników Rona Paula. Zatem pełny bilans krótkowzroczności establishmentu Republikanów jest niemożliwy do oszacowania, ale prawdopodobne, że przegrali oni wygrane wybory. Filip Stankiewicz Wybrane źródła: http://www.washingtontimes.com/news/2012/nov/15/ron-paul-revolution-gops-last-best-hope http://jaretglenn.wordpress.com/2012/07/31/how-the-republican-party-stole-the-nomination-from-ron-paul http://en.wikipedia.org/wiki/United_States_presidential_election,_2012 http://en.wikipedia.org/wiki/Iowa_Republican_caucuses,_2012

Bernanke, daj nam więcej kasy!

"Czas najwyższy, by w FED przeprowadzić audyt" - takie stanowisko wyraził Mitt Romney aspirujący do fotela prezydenta USA. Znając wcześniejsze opinie Romneya oraz jego stanowisko w sprawach światopoglądowych, bliższe lewicy niż prawicy, trudno ocenić czy ta wypowiedź jest szczera czy to tylko zagrywka polityczna. Zdecydowanym zwolennikiem przeprowadzenia kontroli w FED jest kongresmen Ron Paul i być może Romney'owi chodzi tylko o to, by osłabić pozycję republikańskiego kontrkandydata. Z inicjatywy Rona Paula w lipcu br. w Kongresie przyjęto ustawę, która daje możliwość nadzoru nad FED. Dalsze procedowanie nad ustawą utknęło, za sprawą Demokratów, w Senacie.
FED istnieje już niemal 100 lat i nie po raz pierwszy pojawiają się wątpliwości czy środki jakimi się posługuje istotnie służą gospodarce, bądź walce z kryzysem czy też głównie wspieraniu wybranych instytucji finansowych. W ubiegłym roku ujawniona została informacja, że w latach 2007 - 2010 Rezerwa Federalna wpompowała w te instytucje około 16 bilionów dolarów. Na liście beneficjentów znalazły się m.in. takie banki jak Goldman Sachs, City Bank, J.P. Morgan, Morgan Stanley, Deutsche Bank, Barclays PLC i wiele innych. W piątek szef FED, Ben Bernanke zapowiedział, że Rezerwa Federalna gotowa jest do podjęcia dalszych kroków "na rzecz pobudzenia gospodarki". O tym, że oznacza to tylko jedno - tani pieniądz - świadczy fakt, iż po tej wypowiedzi amerykańska giełda odpaliła w górę. Czyżby był to sygnał wszelkiej maści grandziarzy z Wall Street i wyraźne oświadczenie: "tego właśnie oczekujemy Ben"? "Daj nam więcej kasy, trochę się jeszcze pobawimy, Ben"... Nieważne, że za parę miesięcy, gdy euforia się skończy, z amerykańskiej gospodarki znów zaczną napływać niepokojące dane... Paweł Sztąberek

Sukces Rona Paula w stanie Maine

Zauważyłem, że media w Polsce relacjonując prawybory w USA mijają się z prawdą - być może jest to przypadek, dlatego przesyłam poniższe informacje, które wiele wyjaśniają. Polecam zwłaszcza filmik z telewizji NBC.
Wyniki prawyborów Republikanów w stanie Maine: Romney 39% Paul 36% Santorum 18% Gingrich 6%. W 2008 roku Romney uzyskał ponad 51%, a Paul 18% - zatem Romney stracił około 12%, a Paul zyskał około 18%. Ciekawe czy w polskich i polskojęzycznych mediach o tym powiedzą? http://edition.cnn.com/election/2012/primaries/state/me A oto jak Ron Paul może wygrać prawybory Republikanów. Przy okazji - nasze media dezinformują na temat tego jak kandydaci na prezydenta pozyskują delegatów, którzy będą wybierać kandydata Republikanów na prezydenta USA. Dla przykładu po wygranej Ricka Santoruma kilka dni temu TVP podała, że zdobył on wszystkich delegatów z tych stanów, co jest oczywiście nieprawdą i pod kilkoma względami niezgodną z rzeczywistością - po pierwsze podział delegatów w tych stanach nie jest taki jak np. na Florydzie, że zwycięzca bierze wszystko, a po drugie ci delegaci będą dopiero wybierani i nie muszą kierować się wynikami tych prawyborów. http://video.msnbc.msn.com/msnbc-tv/46355154/#46349475 Filip Stankiewicz

Wielka koalicja Rona Paula

Jesteśmy u progu prawyborów w Partii Republikańskiej. Poszczególni kandydaci prowadzą ostrą kampanię wyborczą w stanach, których ludność będzie głosowała jako pierwsza. Wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że wymiar propagandowy początkowych sukcesów może wynieść ich do nominacji republikańskiej. Każdy z kandydatów ma pewną grupę docelową, której stara się przypodobać, mając nadzieję, że to właśnie ona stanie się trzonem sukcesu. W przypadku Rona Paula sytuacja wygląda jednak nieco inaczej.
Można z pewnością jasno sprecyzować co najmniej jedną grupę ideową, która jest bazą dla teksańskiego kongresmena. To wyborcy libertariańscy, którzy mają dość duopolu Republikanów i Demokratów. Dowodem na ten stan rzeczy są sondaże, które pokazują, że Paul ma sporą przewagę nad wszystkimi swoimi konkurentami, wśród osób określających się jako "niezależni". W tej grupie wygrywa też zdecydowanie z Barackiem Obamą. To, co przyciąga libertarian, to z pewnością konsekwentna stałość poglądów w promowaniu idei państwa minimum, swobód obywatelskich, a także silne postawy antywojenne i antyinterwencjonistyczne. Nie bez znaczenia jest również fakt, że w przeszłości Paul był aktywnym działaczem, uznawanej za trzecią siłę (choć znajdującą się poza Kongresem), Partii Libertariańskiej. W 1988 roku startował z jej ramienia w wyborach prezydenckich, jednak, co zrozumiałe, bez znaczącego sukcesu. Libertarianie z chęcią poprą Paula także dlatego, że tylko on ma w obecnej chwili realne szanse na przeforsowanie wielu promowanych przez nich idei. Wyborcy ci to grupa bardzo cierpliwa, jednak głód sukcesu zaczyna im powoli doskwierać. Zwłaszcza, że są świadkami degeneracji, jakiej poddawany jest ich dumny kraj. Przy całym moim szacunku do libertarian, nie jest to jednak obecnie grupa, na której można budować solidne poparcie. Trendy pokazują, że w przyszłości to się będzie prawdopodobnie zmieniało. Niezależni będą rośli w siłę (choć rzecz jasna to nie są wyłącznie libertarianie), a ich oddziaływanie na scenę polityczną stanie się coraz silniejsze. Na chwilę obecną jednak są oni ciągle zbyt nieliczni, żeby mogli stanowić główny fundament sukcesu wyborczego. Fenomen Rona Paula polega na tym, że jest w stanie pod swoim sztandarem zjednoczyć niemal całe społeczeństwo amerykańskie. Emanacją tego jest wielka koalicja, do której każdego dnia (w rzeczywistości, a nie wirtualnie poprzez Facebooka), dołączają nowe osoby. W obecnej chwili liczy już ona 29 grup społecznych i dodatkową grupę wyborców dotychczas głosujących na Partię Demokratyczną. Żaden inny kandydat czy to republikański, czy demokratyczny nie jest w stanie trafić do tak szerokiego spektrum społecznego. Porozumienie, jakie proponuje teksański kongresmen jest pewnym powiewem świeżości dla mocno spolaryzowanego i skłóconego ze sobą społeczeństwa amerykańskiego. Warto przyjrzeć się, czym Ron Paul trafia do ludzi, wydawałoby się, żyjących w zupełnie różnych światach. Ważną grupą wyborców amerykańskich są zawsze weterani. Tamtejsze społeczeństwo traktuje ich z najwyższym szacunkiem. Są bohaterami, którzy narażają swoje życie dla pewnych wyższych wartości. Stali się oni istotną grupą docelową dla przesłania, które głosi Paul. Zbiórki pieniędzy na kampanię wyborczą pokazują, że zarówno weterani, jak i osoby pozostające w aktywnej służbie wojskowej, wspierają najchętniej właśnie jego. Teksański kongresmen to kandydat, który na przestrzeni dziewięciu miesięcy (styczeń - wrzesień 2011) otrzymał 70% wszystkich wpłat, jakich dokonali żołnierze na kampanie wyborcze Republikanów w tegorocznych prawyborach. Dodatkowo, to właśnie przedstawiciele wojska amerykańskiego zajmują czołowe miejsca na liście największych jednorazowych wpłat na kampanię Paula. Co tak przyciąga służby mundurowe do tej kandydatury? Paradoksalnie istotne znaczenie mają tutaj postawy antywojenne. Wśród żołnierzy amerykańskich panuje już bardzo duże zmęczenie ciągłymi interwencjami zbrojnymi. Pomimo końca zimnej wojny, doktryna polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych nie uległa znaczącemu przekształceniu. Nakłady na zbrojenia są najwyższe w historii, pomimo braku tak potężnych wrogów, jak w przeszłości ZSRR. Oczywiście, jeśli ktoś podejmuje się zawodu żołnierza, musi być przygotowany na to, że zostanie wezwany do walki. Gorzej jednak, gdy władze nie są w stanie wystarczająco racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego musi stanąć do tej walki i dlaczego walka jest prowadzona bez oficjalnego wypowiedzenia wojny przez Kongres. Tym bardziej, że zbyt duża aktywność międzynarodowa prowadzi w rzeczywistości do osłabienia potencjału obronnego na swoim własnym terytorium. Żołnierze doskonale zdają sobie z tego sprawę. Chcą głosować za kimś, kto będzie wzmacniał potencjał obronny ich kraju, a nie go osłabiał. Nie da się ich przekupić wysokimi nakładami na zbrojenia. Innym powodem, dla którego Ron Paul cieszy się poparciem tej grupy, jest z pewnością jego przeszłość. W latach 1963-1965 służył jako chirurg w Siłach Powietrznych Stanów Zjednoczonych. W czasie kolejnych trzech lat zaś służył w Powietrznej Gwardii Narodowej. Osoba Rona Paula jest atrakcyjna dla innych grup wyborców. Są to osoby prowadzące własne, małe, często rodzinne firmy. To bardzo ważny fundament gospodarki każdego kraju. W czasie trwającego kryzysu gospodarczego ucierpieli wszyscy. Zarówno duże korporacje, jak i małe przedsiębiorstwa. Jest jednak zasadnicza różnica. Wielkie korporacje i instytucje finansowe otrzymały od rządu amerykańskiego olbrzymie dofinansowanie zgodnie z zasadą, że są "zbyt duże, żeby upaść". Mali przedsiębiorcy zostali zaś pozostawieni sami sobie. Wielu z nich zbankrutowało i nie zdołało stanąć ponownie na nogi. To klasyczny przykład, kiedy to państwo zaczyna tworzyć monopole na bazie nieuczciwej konkurencji. W warunkach wolnego rynku monopole praktycznie nie mają szans powstać, jeśli nie pomoże przy tym państwo. Ron Paul zawsze sprzeciwiał się federalnym dofinansowaniom dla korporacji, dzięki czemu wszyscy przedsiębiorcy mieliby równe szanse. Naturalnie bardzo istotne są obniżki podatków, które proponuje teksański kongresmen oraz likwidacja wielu duszących przedsiębiorczość przepisów. Podatnicy stanowią prawie całe społeczeństwo amerykańskie. Ron Paul podczas całej swojej kariery politycznej ani razu nie zagłosował za podniesieniem podatków. Nie poparł też nigdy niezrównoważonego budżetu (deficyt budżetowy jest pewną formą opodatkowania dla przyszłych pokoleń). Zdecydowane stanowisko w tych sprawach pozwoliło mu uzyskać tytuł "najlepszego przyjaciela podatników", przyznawany przez Narodową Unię Podatników. W docelowej wizji Paula, rząd federalny powinien nakładać na obywateli opodatkowanie o łącznej wartości nie przekraczającej 10% ich dochodu. Takie państwo finansowałoby tylko nieliczne sfery, pozostawiając pole działań poszczególnym stanom i szeroko rozumianemu sektorowi prywatnemu (od pojedynczych osób, poprzez organizacje charytatywne, po małe i duże firmy). Najbardziej zainteresowaną podgrupą wśród podatników jest klasa średnia. Wszelkie obciążenia finansowe nakładane przez państwo, zwykle najmocniej dotykają właśnie ich. To oni najbardziej dostrzegają niepohamowany marsz ich własnego kraju ku katastrofie i dlatego zwracają swoje nadzieje w tym kierunku. Dominującą grupą wyborców w USA są osoby wierzące. Stany Zjednoczone to jednak kraj bardzo zróżnicowany wyznaniowo. Przesłanie teksańskiego kongresmena jest na tyle uniwersalne, że zbliża do siebie wyznawców różnych odłamów chrześcijaństwa. Oparcie mogą znaleźć w nim także przedstawiciele judaizmu, czy nawet mormoni. Religijność jest ciągle bardzo ważnym elementem tamtejszego społeczeństwa i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to w najbliższym czasie zmienić. Ron Paul przyciąga do siebie takich wyborców kilkoma cechami. Przede wszystkim uwagę zwraca jego publiczne wyznanie wiary. Wierzy, że prawa naturalne i wolna wola pochodzą od Boga. Jest praktykującym baptystą i zaakceptował Jezusa jako swojego Zbawiciela. Deklaruje, że na co dzień kieruje się Jego nauczaniem. Ma to odwzorowanie w surowych zasadach moralnych. Jest nieprzekupny, lobbyści szerokim łukiem omijają jego biuro. Przez kilkadziesiąt lat był wierny tym samym pryncypiom. Nie nagina dla potrzeb populistycznych swoich poglądów. Zawsze mówi szczerze to, co myśli, nawet jeśli nie spotka się to z przychylnością odbiorców. Niewielu jest na świecie polityków, którzy są do tego zdolni. Warto podkreślić, że pomimo tego, Paul traktuje swoją wiarę jako coś osobistego. Rzadko mówi o tym publicznie i nie atakuje ateistów. Prywatnie stara się ich przekonywać na drodze dyskusji i argumentacji, a nie siły. Dla wierzących bardzo ważna jest także kwestia poświęcenia teksańskiego kongresmena sprawom rodzinnym. Paul od prawie 54 lat jest żonaty z tą samą kobietą. Wspólnie wychowali piątkę dzieci. Przedkłada wartości rodzinne nad wszystkie inne. Wyrazem tego jest m.in. chęć oddania spraw edukacji dzieci w ręce ich rodziców poprzez likwidację Departamentu Edukacji i obowiązku szkolnego. Z punktu widzenia katolików i wielu wyznawców protestantyzmu, istotna jest silna postawa antyaborcyjna republikańskiego kandydata na prezydenta. Wszyscy zaś powinni docenić kwestię obrony wolności religijnej. Jeżeli bronimy wolności religijnej naszego sąsiada, to bronimy także naszej własnej wolności religijnej. W ten sposób da się uniknąć aktów przemocy. Ron Paul potrafi swoją osobą zjednoczyć ludzi z zupełnie różnych pokoleń. 76-letni kandydat na prezydenta jest w stanie trafić zarówno do emerytów, jak i osób młodych. Ci pierwsi docenią konserwatywne wartości, jakimi kieruje się w czasie swojego życia, doświadczenie życiowe, rozsądek, opanowanie. Młodym wyborcom z kolei przypadnie do gustu przesłanie wolności, obrona swobód obywatelskich, troska o przyszłość, w której będą żyli, a także wprowadzenie wolnego wyboru w kwestii tego, czy chcą przystąpić do programu świadczeń socjalnych, czy też wypisać się z niego, biorąc odpowiedzialność za siebie, swoje życie i swoje pieniądze. Należy jednocześnie podkreślić, że w swoim programie wyborczym Paul nie postuluje natychmiastowej likwidacji świadczeń dla osób starszych. Chce utrzymać zobowiązania, które państwo amerykańskie już podjęło. Propozycje republikańskiego kandydata są swoistym złotym środkiem pomiędzy wymaganiami osób starszych i młodszych. Tego typu rozwiązanie z pewnością złagodzi zbliżający się i nieuchronny konflikt międzypokoleniowy, wynikający z konstrukcji całego systemu. Prawo do posiadania broni jest bardzo ważnym elementem amerykańskiej tradycji. Druga poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych głosi, że "Dobrze zorganizowana milicja jest niezbędna dla bezpieczeństwa wolnego państwa, prawo obywateli do posiadania i noszenia broni nie może być naruszone."  Ron Paul jest konserwatystą konstytucyjnym. Opowiada się za ścisłym i literalnym przestrzeganiem ustawy zasadniczej. Sprzeciwia się aktywizmowi sędziowskiemu. Wynika z tego także zdecydowana obrona drugiej poprawki do Konstytucji. Teksański kongresmen stoi twardo przy stanowisku, że prawo do posiadania broni przez Amerykanów w celach obronnych nie może być ograniczane. Przyciągnęło to uwagę wszystkich posiadaczy broni, na których z dużą regularnością przypuszczane są ataki, głównie przez przedstawicieli lewej strony sceny politycznej, ale także niektórych organizacji międzynarodowych jak np. ONZ. Broń w opiniach wielu amerykańskich obywateli jest ostatnią rzeczą, która może ich obronić przed rozrastającym się i coraz głębiej ingerującym w ich życie rządem. To według nich prawo zabezpieczające wszystkie pozostałe prawa. Ron Paul jest dla tych ludzi płaszczem ochronnym. Wśród elektoratu teksańskiego kongresmena są lekarze (Ron Paul pracował jako ginekolog i odebrał 4 tys. porodów), ekonomiści (Paul jest znaczącą postacią w amerykańskim Ludwig von Mises Institute, a także bodajże pierwszym, który przewidział zbliżający się kryzys gospodarczy), farmerzy (na terenach wiejskich Paul ma wyższe poparcie niż w miastach), blogerzy (wśród internautów zawsze nokautuje wszystkich rywali) i przedstawiciele wielu, wielu innych grup społecznych. Skąd jednak znaczące poparcie wśród wyborców Partii Demokratycznej? Antywojenne postawy kandydata republikańskiego przyciągnęły uwagę pacyfistów z lewej strony sceny politycznej. Rozczarowani polityką Baracka Obamy, postanowili poszukać kogoś, kto jest bardziej wierny swoim poglądom. Silne poparcie dla swobód obywatelskich, w tym zniesienie prohibicji narkotykowej, także mają duży wpływ na decyzje wyborców demokratycznych. Umiejętność jednoczenia wszystkich pod hasłem wolności, poszanowanie dla aksjomatu o nieagresji oraz konserwatywne wartości przejawiające się w codziennym działaniu, są cechami bezcennymi na burzliwe czasy, do których zbliżamy się z każdym dniem. Mogą one stać się fundamentem dialogu, jaki wcześniej czy później politycy będą musieli przeprowadzić ze społeczeństwem. Sytuacja gospodarcza wymaga bowiem znaczących przekształceń w funkcjonowaniu państwa amerykańskiego. Niezbędne są olbrzymie cięcia wydatków i ktoś będzie musiał wytłumaczyć zdenerwowanym obywatelom, dlaczego trzeba je przeprowadzić. Któż może dokonać tego lepiej niż ten, który potrafi zbliżyć do siebie osoby z zupełnie różnych biegunów? Łukasz Stefaniak Przetłumaczoną na język polski książkę Rona Paula "Wolność pod ostrzałem" zamówić można na stronie księgarni Multibook.pl...

Republikanie debatują o Ameryce

Miesiąc dzieli nas od pierwszych prawyborów prezydenckich Partii Republikańskiej w Stanach Zjednoczonych. Niewątpliwie tematem dominującym w walce o nominację prezydencką będzie gospodarka, która, według Republikanów, stanie się również najważniejszym tematem dla konserwatywnych wyborców w przyszłorocznym wyścigu o Biały Dom. Warto jednak zwrócić uwagę na pomysły i koncepcje obecnych kandydatów ubiegających się o nominację GOP na temat polityki zagranicznej.
Potencjalna wygrana kandydata Republikanów będzie oznaczała odejście w wielu obszarach od obecnej linii międzynarodowej Baracka Obamy na rzecz bardziej "twardej" polityki. Obecnie o nominację GOP ubiega się siedmiu kandydatów: Mitt Romney, były gubernator stanu Massachusetts, Rick Perry, gubernator Teksasu, Ron Paul, teksański kongresman, Rick Santorum, senator z Pensylwanii, Michele Bachmann, kongresmanka z Minnesoty, Newt Gingrich, były przewodniczący Izby Reprezentantów, Jon Huntsman, były gubernator stanu Utah i były ambasador w Chinach. Niedawno, po oskarżeniach o molestowanie seksualne, z wyścigu o nominację wycofał się znany amerykański biznesmen i szef sieci restauracji "Godfather´s Pizza" Herman Cain. Dotychczas odbyła się cała seria debat kandydatów, podczas których poruszano kwestie gospodarki, imigracji, zadłużenia, bezpieczeństwa narodowego i polityki zagranicznej. 22 listopada odbyła się debata sponsorowana przez dwa prestiżowe waszyngtońskie think tanki: Heritage Foundation i American Enterprise Institute, poświęcona w całości kwestiom polityki zagranicznej. Również debata 12 października sponsorowana przez telewizję ABC oscylowała wokół polityki zagranicznej. Warto więc zwrócić uwagę na najważniejsze zagadnienia podnoszone podczas debat i nie tylko. Nuklearny Iran i terroryzm islamski Dominującym tematem wszystkich dotychczasowych debat w sferze polityki zagranicznej jest terroryzm i związana z nim problematyka tzw. państw zbójeckich, w szczególności Iranu. Jeśli mielibyśmy dokonać klasyfikacji poglądów na kwestię irańską wszystkich kandydatów, możemy stwierdzić, że z wyjątkiem Rona Paula wszyscy są zdeterminowani do tego, aby powstrzymać wszelkimi sposobami nuklearne ambicje Teheranu. Można tu zauważyć, choć żaden kandydat oficjalnie nie odwołuje się do tego nurtu, neokonserwatywne pojmowanie stosunków międzynarodowych. Zwolennicy twardego rozprawienia się z Iranem, tacy jak: Gingrich, Romney czy Santorum, powołują się na ostatni raport Międzynarodowej Agencji Atomowej (IAEA), w którym znajdują się informacje rzekomo potwierdzające irańskie plany budowy bomby nuklearnej. Interes i bezpieczeństwo Izraela również są podnoszone jako koronny argument za twardym i zdecydowanym podejściem do polityki Teheranu. Gingrich uważa nawet, że Stany Zjednoczone winny prowadzić tajne operacje mające na celu zabicie głównych architektów irańskiego programu atomowego. Proponuje się zwiększanie międzynarodowych sankcji wobec Iranu i niewykluczanie militarnej interwencji. Ron Paul - zwolennik bardziej realistycznej polityki zagranicznej, w której pojęcie interesu narodowego jest nadrzędnym celem polityki zagranicznej (często błędnie nazywanej izolacjonizmem), uważa, że atak na Iran nie leży w interesie Stanów Zjednoczonych, gdyż nie ma jednoznacznego potwierdzenia tez zawartych w raporcie IAEA, a przy prowadzeniu dwóch operacji wojskowych w Afganistanie i Iraku (z których Paul również chce wycofać amerykańskie wojska), atak na Iran poważnie osłabiłby Amerykę i byłby zaczynem kolejnych ataków terrorystycznych. Różnice pojawiają się również na tle walki z sunnicką Al-Kaidą. Narracja większości kandydatów dotycząca wydarzeń z 11 września 2001 r. i motywacji działalności szeroko pojętej Al-Kaidy wydaje się zbyt powierzchowna. Twierdzą oni, że organizacja Osamy bin Ladena zaatakowała Amerykę ze względu na jej atrybuty wolności, demokracji i liberalnej kultury. Jedynie Ron Paul odwołujący się m.in. do tzw. koncepcji blowback (koncepcja opracowana przez CIA polegająca na asymetrycznej reakcji na amerykańskie zaangażowanie w świecie) uważa, że to amerykańska polityka zagraniczna na Bliskim Wschodzie i bezwarunkowe poparcie dla Izraela są prawdziwym powodem wzrostu międzynarodowego islamskiego terroryzmu spod znaku Al-Kaidy. Spór o strategię w Afganistanie Poza kwestią Iranu kandydaci często pytani są o Afganistan i o dalszą strategię militarną oraz polityczną w tym kraju. Możemy wyróżnić tutaj trzy podejścia. Koncepcja "stay the course", czyli kontynuacji dotychczasowej walki z talibami i innymi partyzantami islamskimi, jak tzw. sieć Hakanniego (Michelle Bachmann); koncepcja "get out later", czyli jak najszybszego przekazania Afgańczykom odpowiedzialności za aparat wewnętrznego bezpieczeństwa i ostatecznego wycofania wojsk amerykańskich (Gingrich, Romney, Perry); koncepcja "bring the knife", czyli rozpoczęcia już teraz wycofywania amerykańskich wojsk z Afganistanu po dekadzie obecności i intensywnych walk oraz porzucenia działań na rzecz inżynierii społecznej (nation-building), rozumianej jako próby implementacji liberalnej demokracji z wszystkimi jej konsekwencjami w kraju o kompletnie odmiennej kulturze politycznej i społecznej (Huntsman, Paul). Jak ujarzmić chińskiego smoka? Kwestia chińska, zwłaszcza w kontekście niedawnej wizyty Baracka Obamy w Azji, jest szczególnie istotna dla Republikanów. O ile dwugłos realistów, czyli Paula i Huntsmana, proponuje pragmatyczne i roztropne podejście do Chin, które uwzględnia chińskie znaczenie w regionie, ale również znaczenie gospodarczych relacji między USA i ChRL bez jakiejkolwiek eskalacji napięć w stosunkach dwustronnych, o tyle podejście reszty kandydatów jest bardziej zdecydowane. Romney uzasadnia swoje twarde stanowisko tym, że Chińczycy systematycznie kradną amerykańską technologię, dyskryminują amerykańskie korporacje, manipulują własną walutą. Uważa, że wojna gospodarcza z Chinami jest czymś, czego należy unikać, ale jednocześnie nie zadowala go obecny stan relacji na linii Pekin - Waszyngton. Według Bachmanna i Perry´ego z kolei, przy obecnym poziomie zadłużenia amerykańskiego u Chińczyków należy z większą powagą traktować znaczenie Państwa Środka. Winę, według Republikanów, za obecny brak zdecydowanej obrony amerykańskich interesów w obliczu wzrastającej potęgi Chin ponosi Barack Obama i jego nieudolna polityka azjatycka. Zadziwiający brak refleksji europejskiej Nie sposób poruszyć na tych łamach wszystkich zagadnień podnoszonych podczas debat, które oprócz tematów wyżej wspomnianych odnoszą się również do Pakistanu, Syrii, sytuacji w Libii czy też nowej wizji relacji z Ameryką Południową. Dla polskiego czytelnika zapewne interesujące będą te wątki dyskusji, które traktują o Europie i relacjach transatlantyckich. Zaskoczeniem jest jednak fakt, że podczas debat niemal nieobecna była tematyka europejska. Nawet tak istotna kwestia, jak stosunek Republikanów do tzw. resetu relacji z Rosją, nie znalazła odpowiedniego rezonansu w przedwyborczych debatach. Jedynym kandydatem, który wyłożył w sposób programowy swoją wizję polityki zagranicznej (również w kontekście europejskim), jest Mitt Romney, uważany powszechnie za faworyta republikańskiej walki o nominację prezydencką. Jego program w formie "Białej Księgi" nosi tytuł "An American Century: A strategy to secure America´s enduring interests and ideals". Program jest rozwinięciem ogólnych tez zawartych w książce Romneya, "No Apology. The case for American Greatness". W swoim programie Romney zaznacza dwa obszary, istotne z punktu widzenia Polski, na które warto zwrócić uwagę. Po pierwsze, postuluje powrót do budowy elementów amerykańskiej obrony antyrakietowej na terenie Polski, zachowując jednocześnie prawo do całkowitej kontroli systemu przez Amerykanów. Stwierdza, że jako prezydent będzie gotowy do współpracy z Rosją w tym obszarze, bez jakichkolwiek kompromisów odnoszących się do ogólnej efektywności systemu. "Stany Zjednoczone nie powinny nigdy pozwolić na rosyjskie weto w kwestiach bezpieczeństwa naszego, jak również naszych sojuszników" - stwierdza "Biała Księga". Drugim zagadnieniem istotnym z punktu widzenia interesów Rzeczypospolitej są ogólne stosunki USA - Rosja. Romney uważa, że "reset" od początku był koncepcją dwuznaczną, nakierowaną raczej na doraźny sukces niż na długofalową strategię. Krytykuje postanowienia zawarte w nowej umowie START na temat redukcji strategicznego arsenału nuklearnego Rosji i Stanów Zjednoczonych. Romney chce jednocześnie wymusić na Rosjanach ograniczenie ekspansjonistycznej polityki zagranicznej, jak również zachęcić ich do większej wewnętrznej liberalizacji i demokratyzacji. Jest to echo podejścia neokonserwatywnego, które dominowało w doktrynie zagranicznej prezydenta George´a W. Busha i które ma nowy rezonans w doktrynie zagranicznej kandydata Romneya. Nie dziwi więc, że wstęp do "Białej Księgi" napisał Eliot Cohen, jeden z najbardziej prominentnych amerykańskich neokonserwatystów. Romney postuluje również w kontekście stosunków z Rosją pomoc dla państw Europy Wschodniej w uniezależnieniu się od rosyjskich dostaw gazu. Opowiada się za amerykańską pomocą dla budowy rurociągu Nabucco jako silnego elementu oddalającego amerykańskich sojuszników w regionie od wpływów Moskwy. Należy podkreślić, że Polska w planie faworyta Republikanów zyskuje znów na regionalnym i międzynarodowym znaczeniu. Warto obserwować, co się będzie działo w następnych kilku tygodniach w Stanach Zjednoczonych. Zwycięzca republikańskiej nominacji na prezydenta ostatecznie będzie musiał przedstawić koherentny program nowej amerykańskiej polityki zagranicznej. Choć nie ulega wątpliwości, że temat gospodarki i recesji będzie tematem numer jeden kampanii prezydenckiej, nie oznacza to jednak, że polityka zagraniczna będzie specjalnie marginalizowana. Jedyne, co może niektórych zaskoczyć, to inne niż dotychczas rozłożenie akcentów, czyli poświęcanie większej uwagi np. kwestiom Bliskiego Wschodu niż Sojuszowi Atlantyckiemu. W prawyborach będzie więc widoczne wyraźne starcie polityki antyinterwencjonizmu i softpower (Paul, Huntsman) z polityką zdecydowanego zaangażowania i czynienia z amerykańskiej wyjątkowości probierza nowej doktryny zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Michał Krupa Artykuł ukazał się w "Naszym Dzienniku" z 19 grudnia 2011 r.

Plan odnowienia Ameryki Rona Paula

Społeczeństwo w Stanach Zjednoczonych powoli przygotowuje się do kolejnej prezydenckiej kampanii wyborczej. Przed właściwym starciem o najważniejszy fotel w kraju, odbędą się jak zawsze prawybory. Kandydatem Partii Demokratycznej będzie z pewnością Barack Obama. Uwaga wszystkich skupia się zatem na starciu wewnątrz Partii Republikańskiej. Trudno pozbyć się wrażenia, że Stany Zjednoczone stoją przed jednymi z najważniejszych wyborów od czasów Wielkiego Kryzysu w latach 30. ubiegłego wieku.

Ron Paul – kolejne zwycięstwa w badaniach popularności

Ron Paul wygrał dwie rejestrowane sondy popularności wykonane przez the National Federation of Republican Assemblies Presidential Straw Poll. Paul wygrał oba (zarówno to, ograniczone tylko do mieszkańców stanu Iowa, jak i dla uczestników spoza stanu) głosowania. Badania popularności odbyły się w sobotę, 29 października, na konwencji republikanów w Des Moines.
Wśród mieszkańców stanu Iowa Paul zdobył 82% głosów. Na drugim miejscu ulokował się Herman Cain z 14.7%, Rick Santorum – 1%, Newt Gingrich – 0.9%, Michele Bachmann – 0.5%, Rick Perry – 0.5%, Gary Johnson – 0.2%, – Mitt Romney and Jon Huntsman 0%. W sondzie wzięło udział 430 zarejestrowanych uczestników konwencji. 26 % głosujących spoza stanu oddało głos na Rona Paula won 26%, 25% na Caina, Perry i Santorum otrzymali 16%, Gingrich – 11%, Bachmann – 6%, Romney – 1%, a Huntsman and Johnson – 0%. W drugiej sondzie wzięło udział 101 osób. Mimo, że Ron Paul wygrał obie batalie, the NFRA wciąż jeszcze nie potwierdziła poparcia dla żadnego kandydata. Delegaci konwencji podejmą decyzję o poparciu prawdopodobnie w późnych godzinach nocnych. Tł. Jerzy Mędoń, freeamericatoday.pl

Amerykanie zaczynają wyciągać wnioski

Stopniowo, krok po kroku społeczeństwo amerykańskie zaczyna wyciągać wnioski z kłopotów, w jakie wpędziły ich kraj poszczególne administracje. Daje się to niewątpliwie odczuć po rosnącej popularności jednego z kandydatów do prezydentury w przyszłym roku - Rona Paula. Kongresmen z Teksasu w wielkim sondażu przeprowadzonym 13 sierpnia w stanie Iowa przegrał o niecały jeden procent z Michelle Bachmann, która to zresztą jest ściśle związana z ruchem Tea Party. Nastroje Amerykanów mają też przełożenie na wyniki sondaży w konkretnych kwestiach.
Wyniki badań opinii społecznej przeprowadzone przez Washington Post, pokazują radykalne załamanie się wiary w to, że gospodarkę da się naprawiać poprzez odgórne regulacje. Po ostatnim załamaniu na rynkach finansowych, 73% ankietowanych nie jest przekonana, że problem może rozwiązać waszyngtońska administracja centralna. Zaufanie do takich metod deklaruje jedynie 26%. Jeszcze w marcu 2010 roku proporcje były inne. Przekonanie w skuteczność rozwiązywania problemów gospodarczych przez rząd centralny deklarowało wtedy 47% badanych. Przeciwnego zdania było 52% respondentów. To pokazuje, że coraz bardziej upada mit o skuteczności interwencjonizmu gospodarczego państwa. Można też tutaj zaobserwować różnicę pomiędzy społeczeństwem polskim i amerykańskim. U nas rząd centralny wciąż traktowany jest jako "zbawiciel", mogący w cudowny sposób rozwiązać problem bezrobocia, kryzysu gospodarczego i biedy. Żeby postawić taką diagnozę nie są potrzebne badania opinii społecznej. Wystarczy spojrzeć na kampanię wyborczą, gdzie partie licytują się na pomysły zwiększenia wydatków budżetowych. Dominuje wciąż u nas przekonanie, że właściwą drogą jest jeden, scentralizowany planista gospodarczy w postaci państwa, niż miliony zdecentralizowanych planistów w postaci przedsiębiorców. Inny sondaż pokazuje, że w społeczeństwie amerykańskim jest bardzo dużo zwolenników poprawki konstytucyjnej, wprowadzającej nakaz tworzenia zrównoważonego budżetu federalnego. Przychylne takiemu rozwiązaniu jest 74% respondentów. Sprzeciwia się mu 24% przebadanych. Warto zauważyć też, że 60% ankietowanych twierdzi, że taka poprawka jest wręcz niezbędna, aby utrzymać w ryzach budżet państwa. Istotne jest także to, że rozwiązanie popiera to większość zwolenników obu największych partii, jak też większość osób określających się jako "niezależni". Co ciekawe takie nastroje utrzymują się od naprawdę wielu lat, co można zobaczyć na wykresie załączonym do sondażu. Czy politycy amerykańscy odpowiedzą na żądania społeczeństwa? Szanse są większe niż jeszcze kilka lat temu, natomiast szanse wprowadzenia takich zapisów w polskiej Konstytucji, są aktualnie równe zeru. Inicjatywa Stowarzyszenia KoLiber zatytułowana "Polska Bez Długu", ma wciąż zwolenników jak na lekarstwo. Popiera ją tylko jeden polityk znajdujący się aktualnie w parlamencie. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że nasza Konstytucja posiada limit długu wynoszący 60% PKB. Kreatywną księgowość można stosować tylko do pewnego momentu. Przy utrzymaniu obecnej polityki, bardzo szybko dobijemy do limitu zadłużenia, a wtedy pojawi się przymus zrównoważenia budżetu. Szkoda, że wymuszą to bezosobowe przepisy prawne, a nie społeczeństwo i szkoda, że zakończy się to wstrząsającym wzrostem podatków, co nakręci spiralę prowadzącą do kolejnych wstrząsów gospodarczych, nie zaś masowym cięciem wydatków budżetowych. Pod koniec maja przeprowadzono w USA także sondaż na temat emerytur. Respondentów zapytano, czy popierają obniżenie podatków socjalnych (nie ukrywając ich pod nazwą "ubezpieczenia społeczne") i umożliwienie w ten sposób samodzielnego oszczędzania na swoją emeryturę. Wyniki może nie są zaskakujące, ale warto przyjrzeć się im bliżej. Silne lub umiarkowane poparcie wyraziło łącznie 41% ankietowanych. Zdecydowany lub umiarkowany sprzeciw zgłosiło 45% osób biorących udział w ankiecie. Stosunkowo duży odsetek (10%) nie miał w tej kwestii zdania. Jest tutaj więc dosyć duży podział wśród Amerykanów. Zgodnie z przewidywaniami, najwięcej zwolenników samodzielnego oszczędzania można znaleźć wśród osób młodych. W przedziale wiekowym 18-19 zdobyli oni zdecydowaną przewagę nad przeciwnikami (52% do 31%). Przeciwnicy zaś wygrywają znacząco wśród osób zbliżających się do wieku emerytalnego, bądź już w nim będących (58% w dwóch najstarszych grupach wiekowych). W przypadku podziału na ideologie, zwolennicy samodzielnego oszczędzania na emeryturę dominują wśród osób określających się jako konserwatyści (czyli nasi rodzimi konserwatywni liberałowie, a także klasyczni liberałowie) i libertarianie (czyli osoby opowiadające się za rozszerzoną wersją klasycznego liberalizmu). Stanowią oni odpowiednio 50% i 57% przebadanych. W przypadku osób określających się jako libertarianie mocno dziwi, że aż 31% z nich jest przeciwnikami samodzielnego oszczędzania. Może to jednak wynikać z tego, że niektórzy respondenci pomylili z libertarian z amerykańskimi liberałami (czyli naszymi socjaldemokratami). Przeciwnicy dominują bowiem zdecydowanie wśród tamtejszych socjaldemokratów i progresywistów (czyli niemalże naszych socjalistów), gdzie stanowią oni odpowiednio 52% i 58%. W podziale na partie polityczne, zwolennicy "emerytury we własnym zakresie" stanowią 64% zwolenników Tea Party i 50% zwolenników tej części Partii Republikańskiej, która nie jest powiązana z ruchem "herbacianym". Przeciwnicy wśród nich to odpowiednio 29% i 33%. Pomimo tego, że w ogólnym rozrachunku zwolenników oszczędzania samodzielnego jest nieco mniej niż przeciwników, to stanowią oni olbrzymi elektorat, o głosy którego można i trzeba walczyć. Nie jest to tak wielkie dziwactwo, jak u nas, gdzie osoby domagające się likwidacji ZUS są traktowane w kategoriach oszołomów nie tylko przez media, ale także znaczącą część społeczeństwa. Nastroje wolnorynkowe będą z pewnością podlegać wzmocnieniu w Stanach Zjednoczonych. Klęska obecnej polityki gospodarczej nie pozostawia zbyt wielkiego pola manewru. Olbrzymia część tamtejszego społeczeństwa ma gdzieś głęboko w sobie ukryte dawne tradycje, które politycy wolnorynkowi będą chcieli z pewnością wydobyć. Choć na obecną chwilę nastroje te jeszcze nie dominują, to już możemy pozazdrościć Amerykanom ruchu pokroju Tea Party, który aktualnie w Polsce nie ma większej racji bytu. Podobnie zresztą, jak powyższe sondaże. Może któryś z ośrodków badania opinii społecznej pokusiłby się o ich wykonanie, zamiast realizować kolejny, nudny, nic nie wnoszący, sondaż poparcia dla partii politycznych? Łukasz Stefaniak

Politycy i mainstreamowi ekonomiści stracili wiarygodność

Informacje z giełdy zwykle poprzedzają dane z gospodarki. W ostatnich dniach jesteśmy świadkami znaczącego załamania się kursów akcji i nerwowych ruchów na rynkach walutowych. Decyzja agencji ratingowej S&P o odebraniu najwyższego poziomu wiarygodności kredytowej USA, była nie do uniknięcia. Musiała nastąpić, jeśli agencja chciała zachować przynajmniej bazową wiarygodność. Wielu niedopuszczanych do mediów obserwatorów podkreśla, że błędem było nie to, że do obniżenia ratingu doszło, a to, że doszło do niego tak późno. W dodatku nadal jest on zawyżony. Ostatnie porozumienie w sprawie podniesienia limitu zadłużenia USA pogłębia problem, a nie go rozwiązuje. Nie podjęto decyzji o żadnych poważnych cięciach budżetowych. Postanowiono za to nadal zadłużać dzieci i wnuki zwykłych Amerykanów. Mimo wszystko obniżenie ratingu jest kubłem zimnej wody na rozgrzane do czerwoności głowy polityków, których wiarygodność zbliża się do "poziomu śmieciowego".
Politycy próbują zaklinać rzeczywistość. Twierdzą, że sytuacja nie jest tak zła, jakby się mogło wydawać. Taka postawa nie może dziwić. Wszak gra idzie o stołki, których mogą zostać pozbawieni. Wczorajszy uspokajający apel prezydenta USA Baracka Obamy niewiele pomógł. Wręcz pogłębił i tak już olbrzymie spadki na amerykańskiej giełdzie. Inwestorzy zaczęli dostrzegać, że sytuacja gospodarcza nie jest tak różowa, jak było to do tej pory malowane. Wydarzenia te pokazują, że skończył się limit zaufania do polityków nieustannie fałszujących prawdziwy stan gospodarki. Nie tak dawno temu słyszeliśmy, że kryzys się zakończył, że nic nam już nie grozi, że wkroczyliśmy na powolną, ale stabilną ścieżkę wzrostu gospodarczego. Powoli zaczynamy sobie uświadamiać, że były to zwykłe kłamstwa obliczone wyłącznie na najbliższe wybory. Dopiero jednak przyszłość pokaże, jak wielkie były to mrzonki. Politycy nie są sami. Wtórują im mainstreamowi ekonomiści, których baza teoretyczna została skrojona w latach 30. XX wieku na potrzeby tychże polityków. Wielu z nich już w 2009 roku zakrzyknęło, że recesja dobiegła końca. Trafność ich prognoz jest dużo mniejsza niż trafność uzyskiwana w wyniku rzutu monetą. W mediach polskich ostatnio bryluje pan Ryszard Petru, który chyba stawia tezy na zasadzie "entliczek pentliczek". W lipcu mieliśmy kojące wręcz przewidywania, że kurs franka szwajcarskiego będzie się osłabiał. Dzisiaj widzimy, jaka jest rzeczywistość. Ale na tym nie koniec. 5 sierpnia we wpisie na swoim blogu pan Ryszard Petru napisał: "(...)Wciąż za absurdalne uważam prognozy przewidujące obniżenie ratingu USA. Jest to największa, najbardziej elastyczna i najbardziej prężna gospodarka na świecie(...)". Już dzień później agencja S&P ogłosiła obniżenie ratingu. Wiara w te przewidywania, to jak gra w ruletkę. Uda się, albo się nie uda, przy czym zwykle się nie udaje. Pora powiedzieć wprost Panowie! Ponieśliście porażkę! Najczęstszą próbą polepszenia swojej wiarygodności, stosowaną przez skompromitowane elity polityczne i tuzów keynesistowskich jest to, że nikt nie mógł przewidzieć i nie przewidział nadciągającego kryzysu, że był to szok, coś nagłego. Jest to kolejne kłamstwo pogłębiające jedynie kompromitację tych osób. Są politycy i ekonomiści, którzy trafnie przewidzieli to, co się będzie działo. Jest odnoga ekonomii, która zawsze stawiała sobie za cel dążenie do sprawiedliwości i prawdy. Wydała na świat takich ekonomistów jak Peter Schiff i polityków pokroju Rona Paula. Pierwszy narażając się na śmieszność i całkowitą marginalizację, próbował w 2006 roku ostrzec o nadciągającym załamaniu gospodarczym, które ostatecznie nastąpiło w 2007 roku. Kto się ostatecznie skompromitował mogliśmy, możemy i będziemy mogli nadal obserwować. O bańce na rynku nieruchomości Ron Paul ostrzegał już na cztery lata przed wybuchem kryzysu. Na posiedzeniu Komisji Bankowej 10 września 2003 roku powiedział: "(...)specjalne przywileje nadane Fannie i Freddie zniekształciły rynek nieruchomości, umożliwiając przyciąganie kapitału, którego nie mogłyby przyciągnąć w warunkach wolnorynkowych. Jak każde sztucznie stworzone bańki, boom cen nieruchomości nie może trwać wiecznie. Kiedy ceny nieruchomości spadną, właściciele domów doświadczą trudności z powodu załamania się wartości ich kapitału. Ponadto posiadacze kredytów hipotecznych także poniosą stratę. Te straty będą większe niż mogłyby być, gdyby polityka rządowa aktywnie nie zachęcała do przeinwestowania w rynek nieruchomości". Jak widzimy, kryzys dało się przewidzieć. Wystarczyło tylko słuchać odpowiednich osób. W Polsce niestety problem jest tym większy, że do debaty publicznej nie dopuszcza się nawet osób z Centrum im. Adama Smitha, o Instytucie Misesa nawet nie wspominając, bo jest jeszcze mniej wygodny dla establishmentu. Co nas czeka w przyszłości? Scenariusz nie będzie znacząco odbiegał od tego, co opisałem kilka miesięcy temu. Rządzący mają tylko jedną receptę na krach finansów publicznych kolejnych krajów. Kolejna dawka trujących, dodrukowanych z powietrza pieniędzy. Zapewne każdy będąc już małym dzieckiem słyszał, co spowoduje takie beztroskie zachowanie. Teraz wystarczy sobie to przypomnieć, bo politycy oszaleli kompletnie i postawili całą gospodarkę do góry nogami. Zgodnie z przewidywaniami Instytutu Misesa już wkrótce FED ruszy z trzecią turą "luzowania ilościowego". Sytuacja gospodarcza nie pozostawia złudzeń, że może być inaczej. Już teraz Ben Bernanke w niektórych kręgach doczekał się miana największego fałszerza pieniędzy na świecie. Efektem jego działań może być załamanie się dolara. Obserwując kursy walutowe, warto patrzeć na stosunek ceny złota do danej waluty. To jest tak naprawdę wyznacznik tego, jak bardzo dana waluta osłabia się. Wartość dolara w stosunku do złota w ostatnim czasie była rekordowo niska. Wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że zbliża się trzecia tura dodruku dolara. W stosunku euro do dolara nie widać takich zjawisk, bo obie waluty są w bardzo poważnych tarapatach. Ostatnio usłyszeliśmy, że EBC także przygotowuje się do podobnych co FED działań w strefie euro, żeby skupować obligacje europejskich bankrutów. To nic innego, jak dodruk euro z powietrza. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja franka szwajcarskiego. Zarówno dolar jak i euro znacząco się w stosunku do niego osłabiają. Podobnie ma się sprawa w stosunku do innych zaufanych walut. Niszczenie dolara i euro przez bankierów centralnych trwa w najlepsze. Duża część inwestorów jest tego świadoma. Kryzys walutowy nadciąga. Może nadejść nagle lub stopniowo. Akompaniamentem będzie bez wątpienia recesja gospodarcza, której przedsmak obserwujemy właśnie na giełdach oraz dalszy kryzys finansów publicznych wynikający z załamania się wzrostu gospodarczego. Obecny model gospodarczy bankrutuje. Nie sprawdził się. Establishmentowi politycy śmieją się społeczeństwu prosto w twarz, oszukując je przy każdej nadarzającej się okazji. Ekonomiści głównego nurtu kompromitują się jeden po drugim w swoich absurdalnych przewidywaniach. Powoli wyczerpują się wszelkie alternatywy. Pozostaje austriacka szkoła ekonomii, która zna recepty na problemy trawiące świat. Prawdą jest, że recepty te są bardzo niewygodne dla polityków, ale też wymagają wyrozumiałości ze strony społeczeństwa. Problemem Polaków jest to, że nieustannie są proszeni o wyrozumiałość przez zwykłych tchórzy, czego efektem jest brak znaczącej poprawy. XXI wiek będzie przełomem. Wielu z żyjących współcześnie z pewnością dożyje czasów, w których ujrzymy upadek walut papierowych i zastąpienie ich prawdziwym pieniądzem (a przynajmniej papierkami mającymi pokrycie w prawdziwych dobrach materialnych). Upadek fiducjarnych banknotów ekonomiści "austriaccy" prognozowali już w latach 70. XX wieku. Nastąpi też załamanie modelu państwa opiekuńczego. Alternatywą jest tylko totalitaryzm. W USA już widać siłę, która stara się przynajmniej skierować dyskurs w kierunku wolnorynkowym (choć droga naznaczona jest wieloma porażkami i problemami z lojalnością). W Polsce (ale i w niemal całej Europie!) takiej znaczącej siły niestety nie mamy. Politycy zamiast zająć się prawdziwymi problemami, przejmują funkcje celebrytów. To nie może się dobrze skończyć. Łukasz Stefaniak

Ron Paul na prezydenta?

"Do tygodnia" - oświadczył Ron Paul, odpowiadając na pytanie, kiedy zgłosi swą osobę do wyścigu o mianowanie przez Partię Republikańską na kandydata na prezydenta w wyborach 2012. W trakcie podróży po kraju z okazji spotkań ze sztabami regionalnymi oraz zwolennikami jego kandydowania, w ramach przygotowań do wyborów prezydenckich 2012 w stanie Iowa, podczas otwarcia regionalnego biura wyborczego, kongresmen Ron Paul skomentował atmosferę przed-przedwyborczą, stan gotowości organizacyjnej na tle bieżącej sytuacji politycznej w USA. Podkreślił konieczność poczynienia starań, by wszystko dopiąć przed oficjalnym zgłoszeniem do wyborów. Zwrócił uwagę na znaczną determinację swoich wyborców, oczekiwanie zmian, dużą świadomość powagi obecnego kryzysu państwa w porównaniu do sytuacji podczas poprzedniej kampanii z 2008. Należy przypomnieć, że w trakcie debaty wewnątrz-republikańskiej w Południowej Karolinie sprzed tygodnia  jego sztabowi udało się zebrać kwotę ponad 1 miliona dolarów, o czym nawet nie śmieli marzyć jego kontrkandydaci. Ponadto z badań opinii publicznej stacji CNN w trakcie tej debaty jasno wynikało, że jest kandydatem, który ma największe szanse pokonać Obamę w tych wyborach, co wprawiło w konsternację i zakłopotanie oraz zostało określone jako "szok" przez komentatorów mediów korporacyjnych. Jerzy Mędoń FreeAmericaToday.pl

Debata przedwyborcza Republikanów

W Greenville (Karolina Południowa) odbyła się panelowa debata Partii Republikańskiej, jedna z cyklu konfrontacji przedprawyborczych wewnątrz Wielkiej Starej Partii (GOP). W cieniu medialnych wydarzeń "Patriot Games" Baraka Obamy (czyli realnej wojny "o demokrację" w Libii, "wojny z terroryzmem" w Afganistanie, Iraku i Pakistanie, jak również "wirtualnych" potyczek o swój certyfikat urodzeniowy czy też "zabijanie Bin Ladena") na południu Stanów USA w Karolinie Południowej odbyła się znacząca dla republikanów i z uwagą obserwowana przez media debata panelowa kandydatów na kandydatów do fotela prezydenckiego z ramienia Partii Republikańskiej. W debacie zmierzyli się: kongresmen Ron Paul z Teksasu, były gubernator Nowego Meksyku Gary Johnson, były KC Banku Rezerw Federalnych, biznesmen Herman Cain, były gubernator stanu Minnesota Tim Pawlenty oraz były senator Rick Santorum. Debacie towarzyszyło zainteresowanie mediów głównie pro-demokratycznej CNN Teda Turnera oraz pro-republikańskiej Fox News Ruperta Murdocha. Równocześnie opublikowano badania opinii publicznej przeprowadzone przez obie stacje telewizyjne. O ile badania Fox News skoncentrowały się na tematach i problemach politycznych, to CNN analizowała popularność poszczególnych polityków Partii Republikańskiej w konfrontacji z Barakiem Obamą, jedynym liczącym się kandydatem demokratów.

Badania CNN:

Lista poparcia dla poszczególnych kandydatów Partii Republikańskiej: - konserwatywny Mike Huckabee - 16% - Donald Tramp - 14% - były gubernator Massachussets Mitt Romney - 13% - była gubernator Alaski Sarra Palin - 11% - były House Speaker Newt Gingrich oraz kongresmen Ron Paul - 10% - pozostali - poniżej 5% każdy Lista szans kandydatów Partii Republikańskiej w starciu z Obamą (prognoza ile % głosów otrzymają mniej lub więcej od Obamy): Najkorzystniej wypadł Ron Paul - tylko 7% mniej od Obamy ( tj. 45 do 52) Mike Huckabee - 8% Mitt Romney - 11% Newt Gingrich - 17% Sarra Palin - 19% Donald Tramp - 22% W przebiegu debaty najwięcej emocji i zdecydowanie podwyższone napięcie towarzyszyło odpowiedziom Rona Paula i Garego Johnsona na pytania dziennikarza stacji Fox News. Przedstawiciel znanej z nieprzychylności dla Rona Paula stacji Ruperta Murdocha, Chris Wallace próbował konfrontować obu polityków z kontrowersyjnym tematem ewentualnej legalizacji narkotyków. Oboje znani ze swych wolnościowych poglądów i optujący za legalizacją narkotyków, a każdy na swój sposób, bronili słuszności i korzyści depenalizacji posiadania narkotyków. O ile Ron Paul swą pro-konstytucyjną argumentacją wzbudził żywą, emocjonalną reakcje publiki, to zimna, ekonomiczna kalkulacja Garego Johnsona oraz wymagająca zastanowienia, pozbawiona emocji analiza zysków i kosztów społecznych tzw. "wojny z narkotykami" spotkała się z milczącym przyjęciem. Opinia: Po raz kolejny doszło do polaryzacji poglądów w ramach Partii Republikańskiej, podobnych do podziałów w społeczeństwie amerykańskim. Można wyróżnić dwa stanowiska, klasycznie odbierane jako typowo republikańskie. Poglądy jednej części kandydatów (Cain, Santorum, Pawlenty), konserwatywne i neo-konserwatywne, pro-wojenne, pro-imperialne, nie kwestionujące roli Banku Rezerw Federalnych, nie sprzeciwiające się podwyższaniu progu długu budżetowego, pozwalające na walkę z tzw. kryzysem finansowym poprzez dotowanie banków (bailout), stanęły naprzeciw libartariańskim, pro-konstytucyjnym poglądom Rona Paula i Garego Johnsona, którzy domagali się zrównoważenia budżetu, ograniczenia długu publicznego, wycofania się z wojny, audytu Banku Rezerw Federalnych, uzdrowienia waluty poprzez związanie jej standardem kruszców. Polaryzacji poglądów towarzyszyła tradycyjnie stronnicza postawa stacji Fox News. Znana juz z wcześniejszych akcji medialnych przeciwko Ronowi Paulowi, by przypomnieć relację z konwencji CPAP sprzed miesiąca, kiedy to relacjonując reakcję zgromadzonej widowni (wiwaty i aplauz na stojąco) na ogłoszenie zwycięstwa w sondażu popularności, który to sondaż kongresmen z Teksasu wygrał zdecydowanie, pokazano relacje telewizyjną sprzed roku, gdy podobne jego zwycięstwo skwitowali buczeniem fani Mitta Romneya. Podobnie i teraz środowisko Fox News samozwańczo ogłosiło zwycięstwo "swego", związanego z bankami i biznesem Hermana Caina. Smaku spekulacji dodaje fakt, że Herman Cain został poparty między innymi przez postrzeganych jako sponsorów libertarian i zwolenników wolnego rynku i prawicy, braci Koch, właścicieli potężnego koncernu Koch Industries. Dlaczego znani z biznesowo-bankowo-giełdowo-rządowych powiązań swojego "Kochopolis" bracia Koch, sponsorzy Partii Libertariańskiej i Instytutu Katona, nie chcą poprzeć ewidentnie pro-rynkowego, libertarianina jakim jest Ron Paul, a popierają pro-wojennego, pro-bankowego, neo-konserwatystę Hermana Caina? Czy nie chodzi o to, że ten drugi jest przewidywalny, niepryncypialny i niekoniecznie przywiązany do swoich obietnic wyborczych? Wnioski i spekulacje: Jak zawsze zjawiska lokalne mogą być odbiciem tendencji ogólnych, ogólnokrajowych. Czy na forum ogólnoamerykańskim będziemy mieli podobne, stronniczo nieprzychylne Ronowi Paulowi przyjęcie "prawicowych" mediów? Czy sponsorzy wolności i libertarian, wolnorynkowi bracia Koch poprą innego, z pewnością mniej pro-rynkowego, ale przewidywalnego (czytaj - spolegliwego) kandydata? Czy chcący się "podpiąć" pod Partię Herbacianą politycy, tacy jak była gubernator Alaski Sarra Palin, były House Speaker Newt Gingrich, konserwatywny, zawsze odbierający przeciwnikom układu głosy chrześcijańskich republikanów Mike Huckabee, zdołają zamazać swoją historię lub też "zmienić" swoje uprzednie wizerunki polityczne, by grać rolę pro-wolnościowych patriotów? Czy pro-wolnościowa Partia Herbaciana da się znowu oszukać i podobnie jak przy wyborach do Kongresu, pozwoli sobie wmusić kandydata, który niekoniecznie będzie trwał przy wartościach, których wierności przed wyborami obiecywał dotrzymać?
Na podstawie artykułów na Prisonplanet.tv i Infowars.com