Tag Archives: rynek

7 najważniejszych powodów, dla których warto inwestować na rynku Forex

Inwestowanie na międzynarodowym rynku handlu walutami, jakim jest właśnie Forex, cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem wśród coraz szerszego grona inwestorów. Fakt ten nie powinien nikogo dziwić, bowiem Forex to całkiem sporo korzyści. Jeśli interesuje cię możliwość osiągania zysku zarówno dzięki spadkom, jak i wzrostom kursów walutowych, cenisz sobie wygodę i poszukujesz alternatywy dla inwestowania w akcje, sprawdź, co może dać ci handel walutami na Forexie. Poniżej przedstawiamy 7 podstawowych powodów, dla których z pewnością warto inwestować w waluty w wymiarze międzynarodowym.

W obronie Ubera

Kilka lat temu poruszaliśmy sprawę deregulacji zawodów licencjonowanych a ściślej mówiąc wpływu uwolnieniu zawodu taksówkarza na stawki i taryfy kształtujące się na uwolnionym rynku przewoźniczym.

Badania rynku w biznesie – opinie o PBR Media

Badania rynku to proces polegający na ocenie rentowności sprzedaży nowego towaru lub usług. Należy do jednego z mechanizmów marketingowych, które wspierają gospodarkę wolnorynkową. Nawiązanie bezpośredniego kontaktu z konsumentem pozwala na sprawdzenie poziomu faktycznego zainteresowania produktem. Badania rynku mogą być prowadzone przez same przedsiębiorstwo lub zlecone innej firmie specjalizującej się w tej dziedzinie. Badani zazwyczaj otrzymują próbki produktów lub stosowne wynagrodzenie.

Michael Novak – intelektualny obrońca kapitalizmu – zmarł 17 lutego 2017 roku

17 lutego 2017 roku zmarł Michael Novak, amerykański politolog, ekonomista i teolog. Był jednym z tzw. neokonserwatystów (niegdyś członkowie Partii Demokratycznej), którzy wywarli znaczący wpływ na politykę USA za rządów Ronalda Reagana. Propagował wolny rynek i starał się wykazywać, że nie kłóci się on z nauczaniem chrześcijańskim.

Socjalizm zabija w człowieku wolę walki

Na łamach ostatniego numeru dwumiesięcznika "Polonia Christiana" ukazał się wywiad z doktorem Lechem Haydukiewiczem, demografem zajmującym się zagadnieniami rozwoju kulturowego i demograficznego oraz migracjami.

W Afryce Chiny zdetronizowały USA

Pekin już dawno przestał postrzegać Afrykę wyłącznie jako źródło bogactw naturalnych, a współpraca wykracza poza handel i inwestycje. Świadczą o tym chociażby kwietniowe konsultacje z Unią Afrykańską na temat ochrony praw człowieka czy rozpoczęcie budowy chińskiej bazy wojskowej w Dżibuti.

Wolny handel sprawcą bogactwa narodów

"Maksymą każdej rozważnej głowy rodziny jest nie wytwarzanie w domu tego, czego wytworzenie będzie kosztować więcej niż kupienie" - Adam Smith

Jednostka i rynek

Często mówi się metaforycznie o automatycznych, anonimowych siłach uruchamiających "mechanizm" rynku. Kiedy używa się takich przenośni, łatwo można zapomnieć, że jedynymi czynnikami kierującymi rynkiem i decydującymi o cenach są działania ludzi. Nie ma tu automatyzmu, są wyłącznie ludzie świadomie i celowo realizujący określone zamiary. Nie istnieją tajemnicze mechanizmy; jestem ja i ty, Bill i Joe oraz cała reszta. I każdy z nas jest zarówno producentem, jak i konsumentem.

Kto zawodzi bardziej: rynek czy państwo?

Pokusa interwencjonizmu państwowego jest silniejsza od zdrowego rozsądku. Nikt nie powiedział, że rynek jest czymś doskonałym i w każdej sytuacji niezawodnym, a jedynie, że jest najbardziej efektywnym środowiskiem dla rozwoju dobrobytu.

G. Braun: O poważne inwestycje trudno, gdy brak normalnego rynku

Na stronie Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy ukazał się wywiad z reżyserem Grzegorzem Braunem. Publikujemy go w całości, dziękując KSD za zgodę na jego przedruk.

Państwo a monopol

Państwo nie lubi konkurencji. To oczywiste, bo w końcu każdy chciałby być monopolistą w dziedzinie, w której działa. Dlatego państwo (socjalistyczne) samo staje się monopolistą, decydując o wszystkim i wszędzie, od tego jaki chleb jemy począwszy, poprzez kolory zabawek, imiona bohaterów bajek, kształt banana, aż po to jakie książki czytamy i jak myślimy. Bo przecież myśleć musimy jak (socjalistyczny) monopolista sobie życzy...
Ale istnieje także drugie podejście. Państwo nie lubi konkurencji - dlatego nie angażuje się w kwestie, gdzie wolny rynek dobrze radzi sobie sam. Handel, przemysł, służba zdrowia, rolnictwo itd. Państwo jest jedynie monopolistą w ustalaniu (minimalnego) prawa, które ma chronić interesy obywateli. A w interesie obywateli leży szeroko pojęta wolność, w tym wolność do decydowania o tym jak myślimy, co czytamy, jak się ubieramy, co jemy, jakiej muzyki słuchamy, jakie filmy lubimy... ale i wolność do tego by być głupim, by być leniwym i biednym. Po prostu Wolność przez duże "W". Jedynym obowiązkiem państwa jest bronić tego interesu, tej wolności. Musi więc rozbijać grupy przestępcze, łapać terrorystów, chronić swych granic (czyli wolności obywateli), ale i przeciwdziałać monopolistom, którzy z wolnego rynku tworzą swój własny "wewnętrzny" rynek. Państwo nie może narzucać norm produkcyjnych, ustalać cen minimalnych, ograniczać swobody obywateli i podmiotów rynkowych, bo wówczas państwo zniekształca rynek wedle własnego życzenia, tak jak czyni to szkodliwy monopolista. Ogranicza więc w ten sposób wolność człowieka. Państwo nie jest więzieniem. Państwo jest ojczyzną, która daje obywatelom pełną możliwość rozwijania się, realizowania swoich pomysłów, ale też popełniania błędów, upadania nawet na samo dno. Bo jeśli państwo podkłada nam poduszkę przed upadkiem, znaczy to, że jest monopolistą na nasze szczęście i przykrości. I znaczy to, że najpierw musiało skądś wziąć pieniądze na ową poduszkę. Pewnie z naszej kieszeni... umniejszając nasze szczęście z zarobionych pieniędzy w trakcie naszego dobrobytu... Oleg Siewierny

„Ekonomia społeczna”, czyli kolejna próba redefinicji pojęć

Coraz częściej, również w III RP, spotkać się możemy z określeniem „ekonomia społeczna”. Można by spytać, cóż to takiego jest? Ekonomia to ekonomia (a właściwie - gospodarka), rynek, ludzie, towar, wymiana, inwestycje, przedsiębiorstwa, zysk, strata, podaż, popyt... Tymczasem okazuje się, że nie.
Skoro operuje się pojęciem „ekonomia społeczna” oznacza to, że czymś ta „ekonomia” różnić się musi od ekonomii zwykłej. Ale zaraz rodzi się kolejne pytanie... Czy skoro jakąś ekonomię nazwano „społeczną” to ma to sugerować, że ta normalna ekonomia jest antyspołeczna? Czy przedsiębiorca inwestuje swoje pieniądze po to, by zaszkodzić społeczeństwu? Czy ludzie zatrudniają się do pracy ponieważ nienawidzą społeczeństwa? Czy wolna wymiana handlowa to jakiś wyraz antyspołecznych postaw uczestników tej wymiany? Czy gdy przedsiębiorczość na wolnym rynku dynamicznie się rozwija, ludzie osiągają zyski a narody powiększają swój dobrobyt, to czy to ma być jakiś przejaw antyspołecznej aberracji? Wreszcie, czy nawet gdy firmy bankrutują a ludzie tracą pracę, to czy to wszystko dzieje się specjalnie, po to tylko, by zaszkodzić społeczeństwu? Jeśli wczytamy się w definicję „ekonomii społecznej” zauważymy, że, w istocie, jej twórcy postrzegają ją jako przeciwstawienie ekonomii normalnej. „Ekonomia społeczna to tylko jeden ze sposobów określenia działalności gospodarczej, która łączy w sobie cele społeczne i ekonomiczne. Bywa ona określana również jako gospodarka społeczna, a także przedsiębiorczość społeczna. (...) Za przedsiębiorstwo społeczne uznaje się działalność o celach głównie społecznych, której zyski w założeniu są reinwestowane w te cele lub we wspólnotę, a nie w celu maksymalizacji zysku lub zwiększenia dochodu udziałowców czy też właścicieli” (ekonomiaspoleczna.pl). Nie trzeba się długo zastanawiać, żeby dostrzec zamysł autorów tej definicji, który polega na jednoznacznym wartościowaniu. Otóż „ekonomia społeczna” to coś, co ma być z założenia czymś lepszym, szlachetniejszym od ekonomii normalnej. Jeśli czyta się, bądź słucha o „ekonomii społecznej”, na każdym kroku podkreśla się, że w tej dziedzinie „najważniejszy jest człowiek”, że nie chodzi o „zysk”, lecz o osiąganie jakichś celów społecznych. W przedsiębiorstwie działającym w ramach „ekonomii społecznej” pracownik „ma się czuć dobrze”, ma stanowić „część wspólnoty”, ma wiedzieć, „że jest potrzebny”. Sugeruje to z góry, że przedsiębiorstwa działające w ramach ekonomii normalnej to jakieś skupiska wszelkiego zła, podłości i wszelkiego rodzaju wynaturzeń. Jednym słowem „ekonomia społeczna” to „nowa ekonomia”, lepsza niż ta dotychczasowa. Jest jeszcze jedna cecha, która wyróżnia „ekonomię społeczną” od tej normalnej. Otóż „ekonomia społeczna” funkcjonuje w oparciu o państwowe dotacje. Jest to zatem nic innego, jak kolejne wcielenie państwa opiekuńczego. „Spółdzielnie socjalne”, które również w III RP zaczynają się mnożyć, są po prostu efektem finansowego wsparcia ze strony rządu, który najpierw oskubać musi przedsiębiorstwa i podatników działających w ramach ekonomii normalnej, po to, by sfinansować projekt stworzony przez biurokratów w ramach „ekonomii społecznej”. W III RP gros dotacji na rozwój „ekonomii społecznej”, na zakładanie spółdzielni socjalnych pochodzi z funduszy unijnych i realizowany jest w ramach programu operacyjnego „Kapitał ludzki”. Ma to być forma pomocy ludziom – jak to się dziś modnie określa – społecznie wykluczonym. Jednak, jak to w przypadku unijnych programów bywa, obrastają one w wielką biurokrację. Powstają instytucje czy biura (niby prywatne) do wdrażania projektów, przeróżni koordynatorzy rodzą się jak grzyby po deszczu... Jednym słowem, zabawa za pieniądze podatników trwa w najlepsze. Przypadek „ekonomii społecznej” nie jest pierwszym, który obnaża świadomą strategię wszelkiej maści socjalistów zakładającą redefinicję tradycyjnych pojęć. Słyszeliśmy już o „prawdziwej wolności”, zamiast po prostu - o wolności; słyszeliśmy już o „sprawiedliwym handlu”, zamiast po prostu – o handlu; słyszeliśmy już o „sprawiedliwości społecznej”, zamiast po prostu – o sprawiedliwości... Teraz mamy „ekonomię społeczną”, zamiast po prostu – ekonomii... W tym ostatnim przypadku, nawet jeśli pewne przedsięwzięcia „ekonomii społecznej” mogą zaowocować w dłuższej perspektywie czymś pozytywnym, na przykład ostatecznym usamodzielnieniem się i oderwaniem od unijnego cycka (co jest jednak mało prawdopodobne), trzeba mieć świadomość, że cały projekt podszyty jest olbrzymią dawką lewicowej ideologii, która, choć nie odrzuca definitywnie wolnego rynku (z niego w końcu żyje), to jednak w całej swojej warstwie aksjologicznej sugeruje, że jest on zły, pełen wynaturzeń i patologii, podobnie jak cała normalna ekonomia. I dlatego „my”, „specjaliści od sprawiedliwości”, musimy go naprawiać, korygować, ulepszać, wreszcie – sterować nim... Oczywiście za pieniądze podatników. Paweł Sztąberek