Tag Archives: samorząd

Stefan Oleszczuk: Mamy 2500 samorządów i prawie w każdym układ zamknięty

8 kwietnia 2017 roku odbyła się w Warszawie gala wręczenia nagród w VI edycji konkursu Magister PAFERE na najlepszą pracę magisterską w dziedzinie ekonomii. Wśród gości specjalnych gali znalazł się m.in. Stefan Oleszczuk - były burmistrz Kamienia Pomorskiego.

Stefan Oleszczuk: Wygrała antyrynkowa wizja samorządu

Stefan Oleszczuk, b. burmistrz Kamienia Pomorskiego, będzie jutro (8 IV) specjalnym gościem podczas gali wręczania nagród konkursu Magister PAFERE. Będzie mówił m.in. o tym, czy można być wolnorynkowcem w dzisiejszym samorządzie. Przypominamy wywiad Stefana Oleszczuka poświęcony właśnie sprawom samorządowym, jakiego udzielił naszemu portalowi w 2010 roku.

Wskaż swoich kandydatów w wyborach samorządowych!

Drodzy Czytelnicy! Macie okazję podzielić się z całym światem swoimi typami w tegorocznych wyborach samorządowych. Nasz portal daje Wam tę możliwość. Skorzystajcie z opcji "Dodaj komentarz" i zareklamujcie swojego kandydata w wyborach do rad, do sejmików, na burmistrzów i prezydentów miast.

Suweren na folwarku

W słusznym oburzeniu wywołanym publikacją taśm „WPROST” politycy jak i dziennikarze niczym dyabeł święconej wody unikają sedna sprawy. To, że urzędnicy państwowi traktują Polskę i instytucje publiczne jak prywatny folwark tylko w części wynika z przymiotów ich osobowości.

Dorota Połedniok, b. radna PO ze Śląska: Platformo, bujaj się!

Dorota Połedniok - prawniczka, śląska randa, do niedawna z PO. Kobieta, która jako pierwsza odważyła się powiedzieć, że źle się dzieje w Platformie Obywatelskiej i za to spotkał ją ostracyzm w partii, a potem wyrzucenie.
Ile obywatelskości jest dziś w PO? Jak Dorota Połedniok ocenia okres pobytu w PO, jak ocenia funkcjonowanie partii dziś, jak ocenia Donalda TUSKA jako naczelnego wodza? Czy Platforma to partia obywatelska czy partia władzy? Różnie o niej mówiono, wysyłano anonimy, grożono, zastraszano! Dorota Połedniok nie dała się przestraszyć i ciągle działa. Jaka czeka przyszłość śląską radną, jakie ma ambicje, cele marzenia? - do obejrzenia wywiadu z Dorotą Połedniok zaprasza Marcin Rola.

Segregacja i śmiecio-socjalizm

Minęły już prawie dwa miesiące odkąd obowiązuje ustawa śmieciowa. Śmieciowa nie tylko z powodu przedmiotu regulacji, ale przede wszystkim z uwagi na jej jakość. Jakość mierzoną skutkami dla obywateli.
Prawie ćwierć wieku temu Joanna Szczepkowska ogłosiła w telewizji, że w dniu 4 czerwca 1989r. skończył się w Polsce komunizm. Z dzisiejszej perspektywy wiemy, że było to zdanie wygłoszone na wyrost. Może i skończyła się pewna epoka autorytarnych rządów w ramach etatystycznego systemu redystrybucji, ale wolny rynek działał w Polsce może ze dwa lata, a potem sukcesywnie, zwłaszcza po 1997r., był zastępowany nowym socjalizmem. Ten nowy socjalizm jest tak wszechogarniający, że jego system prawny reguluje także odbiór śmieci. Cóż, jaki system, taki i przedmiot zainteresowań. Proszę Państwa, w dniu 1 lipca 2013r. rozpoczęła się w Polsce epoka śmiecio-socjalizmu. Nie to, żeby dotychczasowy socjalizm był jakoś szczególnie udany, ale regulacja ustawy śmieciowej dość jednoznacznie pokazuje, skąd biorą się korzenie tej ideologii. Ustawodawca stwierdził, że dotychczasowe rozwiązania w tym zakresie – rozwiązania w dużej mierze rynkowe – nie sprawdzają się, bo nie zapewniają jakiegoś ideolo w rodzaju segregacji odpadów. Jest to czysta ideologia, bo w Internecie pełno jest obrazków śmieciarek, które zgarniają do jednego kontenera wszystkie śmieci tak starannie posegregowane przez obywateli. Co i tak nie ma znaczenia, bo współczesne sortownie i przetwórnie odpadów zapewniają niemal automatyczną segregację. Sztuka dla sztuki – jak to w socjalizmie bywa. Ale zdaniem Prezydenta – nota bene to nasz Prezydent zasługuje na pokojowego Nobla, drugiego tak łagodnego i spolegliwego polityka nie widziano od czasów Neville'a Chamberlaina – zdaniem Prezydenta ustawa działa świetnie, bo teraz wszyscy segregują odpady. Fakt, że jest to segregacja praktycznie wyłącznie na papierze, nie mąci dobrego humoru Prezydenta – w końcu nie można pozwolić, aby jakieś nieuporządkowane fakty brukały tak piękną ideę. Do końca czerwca 2013r. funkcjonował w Polsce rynek odbioru odpadów. Funkcjonował to znaczy, że zbierano śmieci i odbywało się to bez większych problemów. Walały się śmieci po ulicach miast? Były problemy ze zbieraniem śmieci od mieszkańców? Śmieciarze strajkowali? Cała zmiana polegała zatem na zlikwidowaniu rynku w celu zastąpienia go monopolem gminy, czyli faktycznie monopolem firmy wybranej przez gminę. I dość szybko pojawi się problem. Większość samorządów wybrała w przetargach firmy, kierując się ceną. To fajnie, tyle że założenia systemu są takie, że śmieci mają trafiać przede wszystkim do przetwórni, a nie na wysypisko. Ale tam najtańsze firmy nie jeżdżą. Wcześniej czy później trzeba będzie sięgnąć po tych droższych odbiorców. Ostatecznie zatem wygrają nie ci najlepsi, tylko najlepiej przygotowani kapitałowo – głównie firmy niemieckie. Zwłaszcza że stawka za wywóz śmieci nie zależy od ilości odpadów, jak podpowiadałaby logika, ale od przelicznika gminy. A to wszystko w imię ideologii, która zakłada, że jakkolwiek do tej pory śmieciami mógł zajmować się rynek, to konieczność zmuszenia ludzi do segregacji odpadów jest fajnym pretekstem, aby tematem śmieci zajęło się szeroko rozumiane państwo. Oczywiście – zajęło się jedynie teoretycznie, bo w praktyce wszystkie ciężary związane nie tylko z segregowaniem odpadów, ale też należytym przygotowaniem ich dla śmieciarzy, spadają na obywateli. Od tej pory to obywatel będzie musiał wiedzieć, które śmieci należą do jakiej kategorii segregacyjnej, a co więcej – większość śmieci trzeba będzie oddać do zbiórki w stanie czystym. Gdyby nie fakt, że śmieciarka i tak zabierze wszystko razem, można by zadać pytanie, czy nie prościej by było, gdyby każdy z nas otworzył małą przetwórnię odpadów. Tymczasem przeregulowanie kwestii odbioru śmieci spowodowało, że w części gmin niektórych śmieci (zwłaszcza biodegradowalnych) nie ma kto odebrać. Cóż, wzrasta dzięki temu świadomość ekologiczna – teraz każdy może zaobserwować, czym jest gnicie i jak przebiega. Idealna rozwiązanie dla szkół – lekcje biologii w praktyce. Podobno już powstaje czarny rynek kodów klasyfikujących śmieci oraz powstają wirtualne sortownie, które sortowniami są tylko z nazwy. Na efekt nie trzeba będzie długo czekać – wkrótce poziom odbioru i przetwórstwa odpadów znacząco spadnie, a za to ceny wzrosną. Jak to bywa w socjalizmie. Takim nowoczesnym socjalizmie – pro-eko-smart-zrównoważonym. Czyli śmieciowym, mówiąc po ludzku. Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

Strategia dziada proszalnego

W czwartek 31 stycznia Trybunał Konstytucyjny orzekł, że tzw. "janosikowe", czyli dopłata przez bogatsze gminy na rzecz subwencji ogólnej dla gmin biedniejszych, jest zgodne z Konstytucją i nie narusza zasad samorządności.
Wyrok doczekał się licznych komentarzy, ale odnoszę wrażenie, że żaden z nich nie dotyka istoty problemu. A jest co dotykać :) Aby nie marnować czasu i słów, poniżej w dużym skrócie opis, czym jest tzw. "janosikowe": Gminy osiągające dochód w wysokości półtorakrotnie przekraczający średni dochód gmin w Polsce ponoszą opłatę, z której towarzysz minister od banknotów wypłaca subwencję gminom, które mają określony w ustawie odpowiednio niski dochód. Tyle zasada, teraz będą szczegóły. Przede wszystkim gminy nie mają dochodu, a jedynie udział w podatkach. Dwa – praktycznie poziom zamożności gmin, jako że liczony jest w odniesieniu do budżetów rocznych, odnosi się do danych archiwalnych, które niekoniecznie muszą aktualne w chwili poboru opłaty. Trzy – opłata jest bezzwrotna, przymusowa, płatna rządowi i niepowiązana ze świadczeniem wzajemnym. Spełnia zatem cechy podatku i tak trzeba ją nazywać. Subwencja jest bezzwrotna i dawana według uznania (to akurat towarzysze sędziowie z TK zakwestionowali) – wystarczy wystawić łapę. Potocznie na taki datek mówi się "jałmużna". Zatem jeszcze raz powrócę do zasady, tłumacząc ją jeszcze bardziej na polski: Rząd nakłada re-podatek na wpływy z podatków w gminach dobrze zarządzanych, żeby według uznania wypłacić z tego jałmużnę gminom źle zarządzanym, pobierając prowizję w postaci kosztów utrzymania tego systemu, płatną na rzecz urzędników podległych towarzyszowi ministrowi od znikania forsy. To wciąż nie jest istota rzeczy. Zatem zasada "janosikowego" jeszcze raz i jeszcze bardziej po polsku: Rząd zabiera pieniądze tym obywatelom, którzy pracują i pracują wydajnie, żeby część pieniędzy dać tym obywatelom, którzy nie pracują albo pracują nieefektywnie. Urzędnicy, który wprawiają w ruch tę aparaturę, dostają za to udział w haraczu. To nie jest wynagrodzenie, bo wynagrodzenie należy się za pracę, a nie za wykonywanie niepotrzebnych działań, których sens wynika wyłącznie z ideologii narzuconej ustawą. Można jeszcze prościej. Ostatnia odsłona "janosikowego", tym razem bezpośrednio nawiązująca do góralszczyzny: Dajcie, panocku, pieniążki, bo przypierdolę ciupaską, hej! Właśnie to usankcjonował TK jako zgodne z Konstytucją. W sumie nie wiadomo, kogo tu bardziej winić – zmurszałych sędziów z TK, w większości wychowanych na marksizmie-leninizmie, czy samą Konstytucję realizującą zasady, za które towarzysz Che Guevara oddał życie. Cudze życie, rzecz jasna, bo nie swoje – jak zresztą każdy komunista. Skutek rozstrzygnięcia Trybunału i samej działania ustawy jest trojaki. Po pierwsze karze się gminy, które potrafią tworzyć warunki do inwestowania, za zaradność. Po drugie w zamian nagradza się gminy, które nie potrafią albo nie chcą tworzyć takich warunków, za bezradność lub lenistwo. W efekcie ustawa przesuwa środek ciężkości wydawania pieniędzy z inwestycji na konsumpcję, czyli premiuje wydawanie pieniędzy kosztem oszczędzania (bo kapitał inwestycyjny to skumulowane oszczędności). Trzeci skutek, równie groźny, to antagonizowanie samorządów. Zamiast skupić się na potrzebach obywateli, samorządy zajmują się walką między sobą o pieniądze. Tak rodzi się zawiść – nieodłączna siostra biedy, korupcji i bezrobocia, sztandarowych produktów polskiego i międzynarodowego socjalizmu. Wygrała strategia dziada proszalnego – koncepcja państwa, w którym gloryfikuje się łapę wyciągniętą po jałmużnę, a pogardza się pracą. Trybunał Konstytucyjny może pogratulować sobie znaczącego udziału w tej destrukcji polskiej gospodarki i samorządności. Ciekawe tylko, jak TK odniósłby się do ustawy, która sędziom tegoż Trybunału zabierałaby, poza podatkami, ekstra 20% wynagrodzenia, żeby je rozdać paniom bibliotekarkom w gminach wiejskich. Przypuszczam, że wówczas towarzysze sędziowie mieliby pewne wątpliwości. Solidaryzm (inna nazwa socjalizmu) jest piękną ideą – tym piękniejszą, w im większym stopniu finansowaną z cudzych pieniędzy. A co by było, gdyby któregoś roku Warszawa, Kraków albo inne duże miasto, odmówiły zapłaty haraczu? Przeciętnego Kowalskiego za niepłacenie podatków może zatrzymać NKWD (ukrywające się pod nazwą urzędu skarbowego, policji itp.), a co aparat władzy radzieckiej zrobi miastu? Rozstrzela radę miejską, posadzi prezydenta na krzesło elektryczne czy zagazuje wszystkich mieszkańców? Może warto spróbować nie zapłacić, bo może tak naprawdę towarzysz premier i towarzysz minister od zabierania szmalu mogą was w dupę pocałować? Bo pamiętajcie – was wybrali obywatele bezpośrednio! To nie towarzysz przewodniczący partii dał wam miejsce na liście. To my, obywatele gminy, was wybraliśmy. I to naszymi pieniędzmi zarządzacie. Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

Samorządy chcą zarobić na kablach telekomunikacyjnych

Radosna twórczość naszych prawodawców nie zna granic. Według prawa budowlanego sieć kabli telekomunikacyjnych traktowana jest jak osobna budowla, co starają się wykorzystać co bardziej przedsiębiorczy samorządowcy. Naczelny Sąd Administracyjny rozpatruje właśnie spór między firmą ze Stargardu Szczecińskiego, a tamtejszymi władzami lokalnymi, dotyczący definicji budowli w kontekście podatku od nieruchomości. Co ciekawe firma w kwietniu tego roku już wygrała przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym w Szczecinie. Mimo to samorządowcy walczą dalej. Niestety według prawa ich roszczenia są uzasadnione. To bowiem właśnie prawo budowlane mówi, że sieć telekomunikacyjną należy traktować jak oddzielną budowlę. Brak natomiast doprecyzowania czy należy tak traktować sieć kabli znajdującą się wewnątrz budynku (czy może istnieć odrębna budowla wewnątrz innej budowli?). Wojewódzkie Sądy Administracyjne w Krakowie oraz w Opolu przychyliły się do stanowiska podatnika. Zdaniem sędziów sieć techniczna wewnątrz budynków powinna zostać wyłączona spod tego przepisu prawa, co za tym idzie nie powinna być opodatkowana. Przedsiębiorcy mają też na swoje poparcie pismo z 31 stycznia 2007 roku skierowane przez Ministerstwo Finansów do dyrektora Departamentu Podatków i Opłat Lokalnych, gdzie wyraźnie jest napisane, że sieć techniczna przestaje być budowlą w momencie przyłączenia jej do budynku i podatkowi od nieruchomości już nie podlega. Według Łukasza Kuryło – Gołosia zajmującego się podatkami od nieruchomości w firmie Deloitte, traktowanie przez organy podatkowe kabli telekomunikacyjnych jako odrębnego budynku, podlegającego podatkowi od nieruchomości, jest absurdem i wypacza intencje ustawodawcy. Ekspert powołuje się przy tym na ubiegłoroczny wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie wyrobisk górniczych, który wskazuje, że podatkowi od nieruchomości podlegają tylko obiekty wyraźnie zdefiniowane w prawie budowlanym. Zdaniem przedstawiciela firmy Deloitte, mimo że w ustawie o podatkach i opłatach lokalnych brak jasnych wytycznych dotyczących tego rodzaju przypadków, wszelkie wątpliwości powinny być interpretowane na korzyść podatnika. A my się śmiejemy, że Unia Europejska zalicza marchew do owoców, albo ślimaki nazywa rybami lądowymi. Jak widać absurdy zawsze pojawiają się tam, gdzie prawodawstwo jest zbyt przerośnięte, zbyt skomplikowane i co gorsza niczemu i nikomu nie służące. I. Sz.

Z życia pomorskich przedsiębiorców

Z naszej poczty... Publikujemy list jaki otrzymaliśmy od prezesa Pomorskiej Izby Przemysłowo-Handlowej, Jerzego Kowalskiego. Opisane w liście zjawiska to chyba problem nie tylko prywatnych przedsiębiorców z Pomorza. Może warto, aby i inni podzielili się na naszym forum swoimi doświadczeniami. *  *  * "Ponownie został zablokowany serwer Pomorskiej Izby Przemysłowo-Handlowej. Nie pozwolono nam złożyć przedsiębiorcom życzeń noworocznych i chwilę musiała potrwać naprawa. Kolesie gangsterów z REPUBLIKI BANANOWEJ próbują uniemożliwić funkcjonowanie niezależnego kanału informacyjnego organizacji samorządu gospodarczego. Od wielu lat zadajemy pytanie: Czy musimy uzyskać koncesję gen. Kiszczaka na prowadzenie działalności organizacji samorządu gospodarczego? Ostatnio pytaliśmy Piotra Ołowskiego, który jako Wojewoda z ramienia PIS rozdawał „orły biznesu” ... bohaterom różnych raportów, teraz w przygotowaniu pytania do Wojewody Pomorskiego z Platformy Obywatelskiej Zaborowskiego w sprawie gdańskich gangsterów samorządowych, a o tym w następnej korespondencji. Gangsterzy przytulają się do każdej rządzącej .... no i co na to wszelkie służby opłacane z naszych podatków?! A normalnym przedsiębiorcom jakoś tak coraz ciężej i otoczenie biznesu coraz bardziej wrogie. 23 % VAT - jaki to użyteczny idiota wymyślił? Z poważaniem Prezes PIPH Jerzy Kowalski www.piph.pl -------------------------------------------------------------------------------- powtórzenie fragmentu info i aktualne Życzenia Noworoczne + fragment INFO 29 gru 2010 + INFO z 14 luty 2011 Do przyjaciół PIPH Na ten Nowy Rok życzymy przedsiębiorcom i przedsiębiorczym naszym przyjaciołom przyjaznego otoczenia dla biznesu , w tym obniżenia podatków i likwidacji innych zbędnych danin . Aby w 2011 roku przestała istnieć REPUBLIKA BANANOWA w centrum Europy , aby 2000 000 Polaków tułających się po świecie za chlebem mogło wrócić do POLSKI , aby za dewastację państwa i długi zapłacili Ci którzy nadużyli zaufania przedsiębiorców i obywateli . Z Wyrazami Wielkiego Szacunku za Zarząd Pomorskiej Izby Przemysłowo-Handlowej Jerzy Kowalski www.piph.pl -------------------------------------------------------------------------------- Do funkcjonariuszy publicznych wspierających REPUBLIKĘ BANANOWĄ Gangsterom politycznym , gangsterom samorządowym i innym wspierającym REPUBLIKĘ BANANOWĄ gangsterom używających szyldu funkcjonariuszy publicznych życzymy opamiętania się i liczymy na naprawienie szkód. Dla opornych w rozumieniu języka ojczystego jak i polskiej racji stanu życzymy w wariancie optymistycznym art 231 KK , 296 KK ...i Trybunału Stanu lub rozwiązania GRECKIE ........... czego nikomu nie życzę nawet gangsterom."

Debata PROKAPA: Sport i pieniądze

Korzystając z okazji wyborów samorządowych, jako uważny w swoim mniemaniu kibic sportowy ze szczególną uwagą nasłuchiwałem, czy którykolwiek z kandydatów do rządzenia w magistratach ma jakieś ciekawe rozwiązania. Okazało się, że tematyka i zagadnienia związane z tą dziedziną życia pozostają odsuwane w głęboki cień. Przynajmniej w większości wypadków. W czasach i mrokach ciemnych, czyli sprzed 21 lat problemu z tym nie było, ponieważ prosperujące jeszcze wtedy zakłady finansowały codzienną, bieżącą działalność klubów sportowych z pieniędzy państwowych, z pieniędzy, które sobie wypracowywały. Realia dnia dzisiejszego są takie, że kluby sztucznie wówczas utrzymywane przy życiu, dziś w starciu z gospodarką rynkową po prostu usychają, żeby nie powiedzieć czegoś więcej. Opuszczona infrastruktura tychże podmiotów, ich stopień zaniedbania raczej odpycha niż przyciąga potencjalnych inwestorów w wyłożenie pewnych nieokreślonych nakładów finansowych. Przykładów wymieniać nie trzeba, gdyż każdy się z nimi zetknął. W związku z tym, że były wybory, to chciałbym poznać punkt widzenia czytelników "prokapa" w sprawie dofinansowania owych podmiotów użytku publicznego- czytaj klubów sportowych. Osobiście uważam, że miasta, gminy powinny zachęcać prywatnych "sponsorów' do ewentualnego wsparcia powszechnie nazywaną metodą wędki. Wędka ta powinna stanowić fachową modernizację podupadłych obiektów i udowodnienia, że obiekty te będą "żywe". Tak, tak wiem, że jest to forma ingerencji państwa, jednak trudno oczekiwać aby "prywatny kapitał" był zdolny do milionowych wydatków, a o takich trzeba mówić przy budowie nowoczesnych stadionów, hal itp. Kolejnym etapem byłoby oddanie w wieloletnią dzierżawę tychże obiektów wszystkim tym, którzy chcieliby i byliby zainteresowani tego rodzaju inwestycją. Korzyści takiej działalności wydają się być dobre i sprawiedliwe dla każdej ze stron. Zapraszam do przedstawienia swoich uwag i własnego punktu widzenia, ponieważ to istotny problem. Norbert Gałązka

Wolnościowcy poza samorządem

Słabość ruchu wolnościowego w Polsce widać najlepiej w czasie wyborów samorządowych. Po doświadczeniach kilku lat rządów centralnych i wielu władz lokalnych trudno uważać bowiem za ruch wolnościowy Platformę Obywatelską Rzeczypospolitej Polskiej. Pozostają więc inni, słabiuteńcy. Co prawda jeszcze w styczniu 2001 roku panowie Korwin-Mikke, Samborski, Waszak, Michalkiewicz i Wojtera wydali oświadczenie informujące, że Unia Polityki Realnej z satysfakcją przyjmuje oświadczenie pp. Andrzeja Olechowskiego, Macieja Płażyńskiego i Donalda Tuska w sprawie utworzenia bloku konserwatywno-liberalnego, że witamy z radością tę inicjatywę jako krok we właściwym kierunku. Deklarujemy w tym względzie lojalną, daleko posuniętą, współpracę, a Rada Główna upoważnia Prezydium do zawarcia sojuszu z nowo powstającą formacją. Dziś, w roku 2010, mimo odtrąbienia „sukcesu” przez niektóre ruchy wolnościowe, w losowaniu ogólnopolskiej listy do sejmików wojewódzkich uczestniczyło pięć formacji. PPP, SLD, PSL, PiS i PO. Z czego widać, że po stronie zwiększania obszaru wolności jest pustka. Brak ogólnopolskiej listy dobrze oddaje stan organizacyjny zwolenników wolności. Nie dziwi też fakt, że tylko oparta o związek zawodowy, skrajnie lewicowa PPP jest wyjątkiem od reguły, że w skali kraju liczą się partie na które podatnicy łożą miliony. Czasami tę regułę udaje się przełamać, ale rzadko. Bez kasy jak i bez pracy – nie ma kołaczy. Widać to dobrze na… filmach. Krótki film z konwencji 2010 i 2007 a także występ studyjny 2006 dobrze pokazują co można zrobić z pieniędzmi, a co bez nich i jak się jest przy okazji traktowanym. 2010 http://tiny.pl/hwcgb 2007 http://tiny.pl/hqk66 2006 http://tiny.pl/hwcgv Zapewne mając tę świadomość kandydat części wolnościowców w stolicy ogłasza konwencję czcionką nr 10. Wychwala wolność i życzy źle koalicjantom swoich struktur czyli „bandzie czworga” czcionką 13,5, a numer konta podaje czcionką 24. Bez pieniędzy bowiem można nadmuchać kilkadziesiąt balonów za kilkanaście złotych i powiesić kilka bannerów na grubej folii. Niestety aktywność najgorętszych zwolenników przejawia się głównie w tzw. pyskowaniu w internecie na koszt rodziców płacących za prąd. Oczywiście pieniądze to nie wszystko. Jest też propaganda. Wolnościowcy też znają jej kulisy. Stąd zaklęcia o piętnastu procentach poparcia, stad powoływanie się na jednorazowe wyskoki sondaży czy internetowe cuda powodowane zjadaniem „ciasteczek” lub stosownym programem internetowym, stad wreszcie tradycyjne zawyżanie liczby uczestników spotkań. Ostatnie doczekało się na stronach wspierającego kampanię tygodnika liczby 500. Rzut oka na film wskazuje salę z kilkunastoma rzędami po kilkanaście krzeseł. Widocznie 300 osób stało za drzwiami. Ale zwiększanie frekwencji o sto procent to podstawowe zaklęcie. Nie brak też narzekań na złe media, które nie przyszły i nie pokazały światełka w tunelu godzącego w dominację kandydatki partii rządzącej i przygaszonego przez rozłam w partii opozycyjnej. Tymczasem dwie doby po tym wydarzeniu trudno się doszukać w internecie – głównym obozie zwolenników kandydata – szerszych relacji z wydarzenia. Nie ma co pokazywać i o czym napisać? Ciekawe, czy nikt nie przeczytał długiego tekstu pana Dobromira Sośnierza http://tiny.pl/hwctt traktującego o konwencji z samodzielnego startu UPR do PE, z numerem 1 na liście partii, w roku 2009? Tymczasem sporo wskazywało na próbę wykorzystania postaci sześćdziesięcioośmioletniego pana JKM, do odbicia się od dna. Wynik prezydencki choć w liczbie oddanych głosów gorszy od tego z roku 1995, a procentowo poniżej progu dzielenia się pieniędzmi podatników, dawał wielu nadzieję. W ścisłym sztabie znalazł się UPR-owiec siedzący po drugiej strony barykady w roku 2005 i deklarujący wiosną b.r. na stronie ks. Isakowicza-Zaleskiego przejście po dwudziestu latach upeerowania do PiS. Kolejnym jest dyrektor biura UPR za rządów wykluczonego w burzliwych okolicznościach z UPR prezesa Wojtery. W drugą już (po „Libertas”) kampanię polityczną włączył się bezpośrednio wydawca i redaktor naczelny tygodnika „Najwyższy CZAS!”. Czy to przyniesie efekt? Warszawski wynik powyżej pięciu procent byłby oszałamiającym sukcesem wolnościowców. Dotychczasowe wyniki warszawskie kandydata z ostatniej dekady to 3,18 z czerwca, 2,27 z roku 2006 i 2,02 w roku 1995, roku startu Platformy Janusza Korwin-Mikke. Kandydaci RW JKM do rady miasta w Warszawie i w innych miastach nie mają szans na wejście z uwagi na realny próg wyborczy w okolicach dziesięciu procent. Są też dwaj kandydaci tego ruchu, w Krakowie i Radomiu, których śladów kampanii w sieci trudno szukać. I tu wynik powyżej pięciu procent byłby świętem, choć pan JKM miał w Krakowie ponad 4,5 procent w pierwszej turze, w czerwcu. Osobnym tematem są sejmiki, choć i tu słabość ruchu wolnościowego widoczna jest jak na dłoni. I tu nie należy mieć żadnych złudzeń co do wyniku. Zresztą pomiędzy wierszami wypowiadanych słów można usłyszeć, że nie o wyniki tu chodzi, a o test struktur na wybory 2011, tradycyjną autopromocję pomijając. Cząstkowe wyniki testu wykazały wg kandydata na prezydenta Warszawy brak doświadczenia Koordynatorów i mało sprężyste kierownictwo – ale również brak chęci do brania udziału w wyborach samorządowych na szczeblu sejmików, oraz to, że nauka na przyszłe wybory - jest. Jak znalazł. - twierdzi optymistycznie pan JKM. Drugi odłam ruchu wolnościowego złożony z części dawnej UPR głównie spoza Krakowa i Warszawy i części Śląska też spróbował przedstawić nam swoją ofertę personalną. Podobnie jak RW JKM otarli się o przydział ogólnopolskiego numeru listy wyborczej do sejmików. W Warszawie popierają kandydata Prawicy Rzeczypospolitej. Poza próbą podtrzymania zdolności organizacyjnych nie widać tam większej aktywności wyborczej. Brak pieniędzy i lokomotyw wyborczych daje się i tu we znaki. Jedyną ciekawostką jest być może start byłego (w dokumentach rejestrowych aktualnego) prezesa Bolesława Witczaka, który zdaje się być dla tej części UPR swoistym deja vu; próbowali nie być zakładnikami JKM, stali się zakładnikami BW. Jeśli ktoś zakładał, że wolnościowo zorientowani wyborcy porzucą nadzieje związane z PO RP i przerzucą je gwałtownie na neoPJKM czyli Ruch Wyborców Janusza Korwin-Mikke czy UPR ten zapewne i tym razem się rozczaruje. Montowane tratwy w postaci Ruchu Janusza Palikota i Polskiej Partii Internetowej mogą być przedstawiane jako solidniejsze alternatywy dla PO RP. Inna sprawa, że realna siła tradycyjnego ruchu wolnościowego mierzona zaangażowaniem wpływowych osób, możliwościami finansowymi i medialnymi jest tak mała, że z braku cudu ruch ten dryfuje głównie na i wokół tratwy JKM. Odpowiedź na pytanie „dlaczego?” jest kluczem do sukcesu i obiektem rozważań wielu. Niewiele jak dotąd z tego wynika. O wiele ważniejszym od równie popularnego pytania „kto po JKM?” jest też pytanie o najefektywniejsze wpływanie na opinię publiczną, w kierunku akceptacji systemu wolnorynkowego jako systemu najbardziej sprzyjającego moralnemu i gospodarczemu rozwojowi społeczeństwa – na co zwracał uwagę pod koniec października w Krakowie pan Jan Michał Małek. Całość: http://tiny.pl/hwc7x Najbliższe wybory potwierdzą, że wpływ ten – z którego zrodzić się może poparcie dla kandydatów wolnościowych – jest ciągle śladowy, a jego powiększanie jest kluczem do otwarcia politycznych drzwi dla strażników i orędowników większego zakresu wolności -najlepszego sposobu gospodarowania. Twardo stojący na ziemi realiści mają więc przed sobą ciągle dwie ścieżki. Normalna czyli cudowne, nieoczekiwane zwycięstwo wyborcze jakiego wielu upatruje już w listopadzie, albo droga nadzwyczajna, czyli mrówcza vel pszczela praca. Z uwagi na nieocenioną potęgę matki-nadziei ścieżka pierwsza ma ciągle wielu zwolenników. I kto wie, kto wie… może… W wariancie „B” liczą oni nawet na armię lub służby specjalne nawrócone na wolnorynkowość. Wojciech Popiela

Realny program samorządowy w praktyce

W praktyce, jak to obecnie chętnie się mówi konserwatywno-liberalnej (czytaj PO+ SLD, ale i inni sprawiedliwi sobie nie żałują), wygląda to na przykład tak. Aby termin wypadł przed wyborami (lud ma pamięć krótką jak i wdzięczność) bierze się trzy istniejące place zabaw. Nie za duże, nie za małe i wymienia się istniejące zabawki na inne. Z grubsza trzy podwójne huśtawki w tym jedna z oparciem, piaskownica z daszkiem, dwie zjeżdżalnie, dwa bujaki, trochę liny w „pajęczynie” i siatce, parę ławek. Do tego zamiast podłoża ziemnego, piaszczystego czy płyt chodnikowych rozkłada się nierówno miękkie „płyty” tartanowe i kostkę brukową. Do tego na słupach ustawia się mnogość malutkich kamer aby było widać dokładnie każdą białoruską i inną nielegalną niańkę i w stosownym czasie udowodnić młodym, wykształconym z miasta, że mają dług wobec władzy. Na siatce ogrodzeniowej zawiesza  się co kilka metrów tablice z nazwą firmy ochroniarskiej, która będzie brała kasę. Na uroczystym otwarciu każdego placu, trwającym nieporównanie dłużej niż odsłonięcie tablicy na Krakowskim Przedmieściu, puszcza się w niebo a częściowo rozdaje balony z logo i nazwą Straży Miejskiej. Ciekawe, czy SM za pieniądze podatników pilnuje, a ochroniarze biorą kasę, też odbieraną podatnikom? W ten sposób ludzie są wdzięczni, że władza ciesząca się odwzajemnioną miłością wyborców o nich dba. Cóż, że za ich pieniądze wszak mogli kasę zabrać a nic nie dać, a tak - jest plac zabaw. Za ile? Trzy wspomniane miejsca to koszt 1,8 mln złotych. Interesujący, zważywszy, że oferta cennikowa dla każdego chętnego w cenach detalicznych za elementy „zabawowe” bez podłoża i zestawu do inwigilacji to ok. 100 tysięcy za jeden komplet z montażem. Godna marża – życzę każdemu. By żyło się lepiej. Komu trzeba. Wojciech Popiela