Tag Archives: służba zdrowia

Uzdrowienie służby zdrowia

Patrząc na pracę pewnej młodej lekarki, wpadłam na genialnie prosty sposób uzdrowienia służby zdrowia. Otóż ta młoda lekarka przyjmując chorych,  ani razu nie spojrzała nawet na pacjenta, bo i po co? Wszystko czego potrzebowała, miała przecież na ekranie komputera. Przepisała lekarstwa wcześniej stosowane, nie pytając o ich skuteczność. Wiadomo przecież, że to najważniejsze, na obniżenie cholesterolu jest nieodzowne.

Bezpłatna służba zdrowia

Po czyjej stronie jest lekarz? Pacjent chciałby wierzyć, że po jego. Bywa tak, jeśli swój zawód traktuje jak misję. Jeśli natomiast, jak chciał poprzedni rząd, jest pracownikiem instytucji, dla której wynik ekonomiczny jest najważniejszy, to zdrowie pacjenta będzie uzależnione od  ekonomii.

Eksperyment na pacjentach

„Socjalizm jest to ustrój, w którym bohatersko rozwiązuje się problemy nieznane w żadnym innym ustroju”. Każdy, kto zetknął się z państwową służbą zdrowia, nie zaprzeczy, że ta słynna sentencja Stefana Kisielewskiego idealnie pasuje do państwowego systemu ochrony zdrowia w III RP.

Szwajcarzy nie chcą państwowej służby zdrowia

U nas raczej nie do pomyślenia! Tymczasem Szwajcarzy wiedzą, co jest dla nich dobre. Tym razem chodzi o służbę zdrowia. W niedawnym referendum aż 62 procent mieszkańców tego kraju opowiedziało się przeciwko wprowadzeniu państwowej służby zdrowia.

Liberalizm, OC i szlachetne zdrowie

O rozwoju rynku ubezpieczeń zdrowotnych w Polsce oraz relacji sektora publicznego z niepublicznym napisano wiele. Temat właściwie stał się nudny i ciężkostrawny. Proponuję zatem odświeżyć nieco dyskusję i spojrzeć na system ochrony zdrowia okiem liberałki, która zawsze broni i popiera zasadę: mniej protekcjonizmu – więcej wolności w każdej dziedzinie życia.

Znałem robotnika, był niepiśmienny…

…nie poznał nawet, co to A, B i C. Lecz słuchał, co mówił Lenin – i teraz wszystko już wie! Przypomniała mi się ta perełka poezji zaangażowanej, bo parę tygodni temu miałem okazję wypowiadać się w Polskim Radiu 24 na temat rajów podatkowych. Przy okazji poruszaliśmy też inne zagadnienia, m.in. bezrobocie, biedę, korupcję i inne dobrodziejstwa socjalizmu.
Pod koniec wystąpienia dodałem, że współczesnemu robotnikowi żyje się teraz znacznie gorzej niż robotnikowi w XIX wieku. Wówczas niepiśmienny robotnik pracujący w fabryce utrzymywał z pensji siebie, żonę zajmującą się domem oraz kilkoro-kilkanaścioro dzieci, z których co najmniej troje-czworo dożywało dorosłości i miało własne dzieci. Czy robotnik w XXI wieku może z jednej pensji utrzymać tyle osób? Nie, nie może. Współczesnemu specjaliście, a co dopiero mówić o robotniku, trudno byłoby utrzymać siebie i choćby jedno dziecko tylko z jednej pensji. Na to, aby mieć kilkoro dzieci i niepracującego zarobkowo partnera, stać obecnie wyłącznie wąską grupę dobrze zarabiających osób. No dobrze, a co z umieralnością niemowląt w XIX wieku, ogólną jakością życia, ciasnotą mieszkań robotników, wspólnymi sraczami na podwórku, dramatem osób kalekich, brakiem bezpieczeństwa i higieny pracy i innymi nieszczęściami? Wszystkie minusy życia w XIX wieku są prawdziwe i niepodważalne. Dodałbym jeszcze fatalną opiekę dentystyczną, czarną ospę i brak żelazek elektrycznych. I nie jest to pełna lista niedogodności. Z pewnością poziom życia kogoś, kto miał wypadek przy pracy, a nie był ubezpieczony, był nie do pozazdroszczenia. Jego bliskich również – zamiast ojca rodziny, który do tej pory ich utrzymywał, mieli teraz kalekę, który sam wymagał pomocy. Już chyba najłatwiej było sobie poradzić z sytuacją śmierci kobiety. Zaś najlepsza polisa emerytalna, czyli dzieci, mogła zginąć na wojnie – chłopcy na froncie, a dziewczynki po przesunięciu linii frontu. Nowoczesne ubezpieczenia zdrowotne pojawiły się dopiero w drugiej połowie XIX wieku – właśnie jako reakcja na rosnące problemy industrializacji, a także w odpowiedzi na częściowo związany z industrializacją rozwój medycyny i potanienie usług medycznych. Różnica pomiędzy wiekiem XIX a poprzednimi stuleciami była pod względem demograficznym różnicą ilościową. Nigdy wcześniej cywilizacja nie znała tak dużych skupisk ludności, dlatego dość szybko okazało się, że dotychczasowe rozwiązania nie przystają do nowej sytuacji i nowych problemów. Chciałbym, aby to było jasne – powstanie i rozwój ubezpieczeń, zwłaszcza zdrowotnych, to w dużej mierze zasługa tego krwiożerczego kapitalizmu przemysłowego i potrzeb, które ten kapitalizm wytworzył, m.in. ochrony zdrowia dostępnej masowo (w pewnym sensie masowo, tj. uwzględniając dobrowolność umów). Natomiast za prowadzenie wojen kapitalizmu proszę nie winić – to zawsze była, jest i będzie zabawka najbardziej zbrodniczej instytucji świata, czyli rządów państwowych. Żadna prywatna organizacja przestępcza ani nawet najbardziej maniakalny lider grupy oszołomów nie wysłali na tamten świat tylu ludzi, ilu wysłały rządy realizujące politykę pokoju światowego, przestrzeni życiowej czy obrony jedynie słusznej prawdy. Czytając większość publikacji na temat XIX wieku, można najczęściej spotkać jedną wersję historii – że dopiero rozwój związków zawodowych, planowania społecznego, prawa pacy i ubezpieczeń socjalnych oraz wprowadzenie podatku dochodowego (też końcówka XIX wieku) pozwoliło utorować drogę rozwiązaniom podnoszącym standard życia i bezpieczeństwo robotników. Jakby powiedział niejeden marksista – ograniczenie wszechwładzy burżuazyjnego aparatu ucisku otworzyło masom drogę do bezpiecznego i godnego życia bez wyzysku klasy robotniczej. Innymi słowy – gdyby nie związki zawodowe i myśl marksistowska, zwulgaryzowana i sprowadzona do czystego bełkotu przez Lenina, bylibyśmy wciąż gnębieni przez tłuste kapitalistyczne świnie. Śmiem jednak twierdzić, że właśnie te wszystkie zdobycze były gwoździem do trumny XIX-wiecznego rozwoju i przyczyną obecnej nędzy. Powód – nawiązując do Marksa i Lenina oraz wierszyka we wstępie – jest dość prosty. Największy błąd Marksa polegał na tym, że nie zrozumiał tego, co pisał Adam Smith na temat wymiany handlowej. Według Smitha dobrowolność wymiany opiera się na tym, że każdy wymienia produkt, bo ten, który posiada, ma mniejszą wartość niż ten, który otrzymuje w zamian. Tylko pod tym warunkiem transakcja jest opłacalna dla obu stron. Tymczasem Marks skupił się na "ekwiwalentności towaru", tym samym całkowicie pozbawiając produkt wartości wymiennej, a ograniczając się wyłącznie do jego wartości użytkowej. Skoro zatem praca robotnika ma wyłącznie wartość użytkową, robotnik zawsze będzie podmiotem słabszym, który wymaga instytucjonalnej ochrony. Ten błąd powtarza do dziś całe lewacko-związkowe środowisko, które tak samo jak Marks kompletnie nie rozumie istoty najważniejszego aspektu gospodarczego, czyli wolnej wymiany handlowej. Z tego błędu wynika też niezrozumienie podstawowego mechanizmu – że owa ochrona robotników (rzeczywista czy iluzoryczna) zawsze kosztuje. Ochronę miejsc pracy finansują bezpośrednio pracodawcy, a pośrednio – bezrobotni. To dlatego każde hasło "chrońmy miejsca pracy" w rzeczywistości oznacza "zwiększajmy obszar biedy i bezrobocia". Wolność została skojarzona przez lewicę jako przeciwstawienie dobrobytu, a niewolnictwo (zwane też socjalizmem) jest gloryfikowane jako największy dar. Wskutek dobrodziejstw owego daru wprowadzanego sukcesywnie od stu kilkudziesięciu lat mamy dzisiaj raj na ziemi. W efekcie w tym raju tylko nielicznych bogatych stać na to, na co było stać niepiśmiennego robotnika w XIX wieku. Zatem dzisiejsza bieda jest ceną, jaką płacimy za bliżej nieokreślony postęp i wątpliwe zdobycze socjalne. Sto pięćdziesiąt lat temu jako prosty robotnik w fabryce mógłbym utrzymać niepracującą żonę i kilkoro dzieci. Dzisiaj – jako czynnego zawodowo prawnika – nie stać mnie na taki luksus. Obecny dobrobyt uczynił mnie nędzarzem w porównaniu choćby do majstra w XIX-wiecznej fabryce, nie mówiąc już o osobach ze sfer przedsiębiorczości czy burżuazji. Nie powinno to dziwić, skoro żyjemy w systemie niewolniczym. Niewolnik, zarówno ten w czasach rzymskich, jak i w świecie nowożytnym, również miał ograniczone pole rozwoju. Z jedną różnicą – pan mógł niewolnika wyzwolić. Dzisiaj widoków na to raczej nie ma. Czy mimo to jest szansa na zastąpienie obecnego dobrobytu XIX-wiecznym wyzyskiem? Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

Politycy, więźniowie, służba zdrowia. Patologia kwitnie

Niedawno znajomy oznajmił mi, że reformę polskiej służby zdrowia należałoby zacząć od "eksterminacji konowałów". Nie zdążyłem go spytać czy aby skaleczył się w palec, a stwierdzono u niego marskość wątroby, czy też poszło o coś innego. Gdy emocje opadły obaj uznaliśmy, że problem tkwi jednak zupełnie gdzie indziej, a eksterminacja "konowałów" wszystkiego nie załatwi.
Póki co zatem, najwyższy personel "służby zdrowia" może spać spokojnie. Nie będziemy eksterminować. Jeśli coś należałoby poddać eksterminacji, to raczej nasz półświatek polityczno-biurokratyczny (piszę "półświatek", gdyż cała ta ferajna niewiele różni się od pospolitych bandytów, mafiozów i innych tego typu...). To on stworzył system, w którym zanim człowiek dostanie się do specjalisty to pięć razy może zdążyć umrzeć. System jest wyjątkowo perfidny ponieważ utrzymuje całą zbiurokratyzowaną państwową służbę zdrowia, a jednocześnie zmusza ludzi do korzystania z usług prywatnych praktyk. A zmusza w ten sposób, że niejeden pacjent, zanim doczeka się wizyty u specjalisty, będzie musiał odwiedzić tegoż samego specjalistę w jego gabinecie prywatnym, po której to wizycie wyjdzie z portfelem o 100 zł lżejszym. I wszystko byłoby pięknie i jak najbardziej OK, gdyby rzeczony pacjent jeszcze tego samego dnia mógł udać się do siedziby NFZ z wnioskiem o zwrot tych 100 zł. Niestety tak nie jest, dlatego ta forma prywatyzacji służby zdrowia, jaką stopniowo fundują nam nasi rządzący mafiozi, to perfidna kradzież, którą trudno popierać nawet zwolennikom wolnego rynku. Ale do meritum... Otóż jest w III RP - jak się okazuje - grupa obywateli, która nie musi czekać na wizytę u specjalisty pół roku albo i nierzadko dłużej. Nie, nie chodzi o polityczne "elyty", które mają wszystko na zawołanie. Ta grupa to ... więźniowie. Otóż Najwyższa Izba Kontroli przygotowała raport na temat dostępności opieki zdrowotnej w zakładach karnych. I co czytamy w jednym z fragmentów tego raportu? Okazuje się, że "(...) na specjalistyczne porady lekarskie udzielane w więziennych podmiotach leczniczych osadzeni oczekiwali przeważnie do 14 dni". Więzień to też człowiek. To nie ulega wątpliwości. Może, w wielu przypadkach, jest to nawet człowiek, który wymaga nie tylko oddania mu tego, co mu się należy, ale także pomocy. Czy jednak przywileje jakimi cieszą się w dzisiejszych czasach przeróżne "marginesy" życia społecznego nie idą zbyt daleko? Więzienie to - jak pamiętam z socjologii - instytucja totalna, zamknięta. Obowiązują w niej specyficzne reguły, zarówno personel jak i "pensjonariusze" poddawać się muszą określonym rygorom narzucanym odgórnie przez Lewiatana. Ale więzienie to też miejsce, gdzie skazańcy odbywają karę, gdzie mają odpokutować za przestępstwa popełnione poza jego murami. Więzień powinien odczuwać dotkliwość kary, nie żeby w ogóle odcinać go od wszystkiego, co przynależy ludziom na wolności, jednak by dostarczać mu tego we właściwych, odpowiadających poczuciu sprawiedliwości, proporcjach. Jednak dziś wszystko postawione jest na głowie. I czy - w związku z tym - od władzy, która ze sprawiedliwością ma niewiele wspólnego, można wymagać SPRAWIEDLIWOŚCI? Pamiętam przed laty, pan Stanisław Michalkiewicz tak komentował fakt zniesienia kary śmierci w III RP: "Szubienicznicy znieśli karę śmierci"... Czyż w tej sytuacji nie jest podobnie? Czy polityczne "elyty", mając świadomość tego, że wcześniej czy później same mogą stać się pensjonariuszami zakładów karnych, nie myślą już teraz o swojej przyszłości? Cwane bestie! Paweł Sztąberek Foto.: astrojawil.pl/arch_ptryb.htm

Unia chce podwyżki VAT-u na wyroby medyczne z 8 na 23%

Czyli leczenie będzie jeszcze droższe, a bezrobotni, bezdomni i biedni ludzie będą mieli jeszcze gorszy dostęp do opieki medycznej. Już teraz niewinne polskie dzieci umierają z powodu „oszczędności” procedur ratowania życia.
Nie ma wprawdzie zalegalizowanej eutanazji, ale też nie ma wystarczającej ilości karetek pogotowia i starsi ludzie umierają albo z powodu tego, że karetka nie zdąży, albo z powodu braku karetki do przewiezienia kobiety po operacji, gdy nagle zawiedzie jej serce. Pieniądz nie może rządzić Ministerstwem Zdrowia, a globalistyczno-totalitarna ideologia Komisji Europejskiej nie może być drogowskazem do zagłady Narodu Polskiego. Szpitale publiczne są już teraz zadłużone i dochodzi do okresowego ograniczania przyjęć pacjentów, co w praktyce oznacza, że zdarza się, iż chorych potrzebujących natychmiastowej pomocy lekarskiej wozi się od szpitala do szpitala szukając miejsca na ratunek. Lekarzy obciąża się coraz to nowymi obowiązkami biurokratycznymi i grozi karami finansowymi za np.: wypisywanie recept refundowanych nieubezpieczonym nędzarzom, a równocześnie sfery rządowe korzystają z nieskrępowanego niczym dostępu do najlepszych specjalistów. Nie szczędzi się pieniędzy na pomoc medyczną dla Afganistanu, a teraz planuje się następne wydatki dla afrykańskiego Mali, natomiast w tym samym czasie nie ma pieniędzy na leczenie Polaków! Serwilizm rządu koalicji PO-PSL wobec bezdusznych biurokratów w Brukseli zagraża już obecnie bezpieczeństwu zdrowotnemu większości Polaków. Jeżeli Donald Tusk i jego ferajna zgodzą się na podwyżkę VAT na produkty medyczne, to leczenie będzie droższe o co najmniej 15 %, co oznacza, że umieralność wśród Polaków oczekujących na  specjalistyczną  pomoc medyczną wzrośnie znacznie powyżej 15%!!! Rajmund Pollak

Chora Opieka Zdrowotna

Zastanówmy się znów, gdzie znika nasza wypłata. Tym razem zajmiemy się nie emeryturą Pana Mietka, ale jego zdrowiem. Składka zdrowotna wynosi obecnie 9%. Dzięki temu mamy do dyspozycji placówki NFZ w całym kraju. Nie musimy płacić, jak u prywatnych lekarzy… Ale chwila, coś tu nie gra! Kolejki, strajki, łapówki, a kto był w szpitalu zna warunki tam panujące.
Przyjrzyjmy się, jak wygląda publiczna opieka zdrowotna od strony finansowej. Jak już wspomniałem, składka wynosi 9%. Pan Mietek nie wybiera się na studia i rozpoczyna pracę w wieku 18 lat. Pracodawca oferuje mu 1000zł miesięcznie brutto. Oznacza to, że składka zdrowotna wyniesie 90zł miesięcznie, czyli 1080zł rocznie. Pan Mietek jest zdrowym młodzieńcem, więc bywa u lekarza tylko 3 razy w roku, raz zdarzyło mu się złamać rękę, na wakacjach drzazga wpadła mu do oka. Kto miał takie „przygody” wie, jak wygląda załatwianie ich u lekarza NFZ. Gdyby Pan Mietek mógł sam zdecydować, co zrobi ze składką mógłby wybrać na przykład pakiet zdrowotny w prywatnej firmie medycznej, który kosztuje 650zł rocznie, a wizyta u specjalisty 10zł w ramach tego pakietu. Wizyta w 24 godziny, bez kolejek, ładne, nowe gabinety, szeroki zakres opieki medycznej włącznie z hospitalizacją. I to wszystko dużo taniej, niż w NFZ. W wieku 45 lat Pan Mietek pracuje już na lepszym stanowisku, zarabia 3000zł brutto, ale jego zdrowie jest w nieco gorszym już stanie. Bywa u lekarza raz w miesiącu, musi leczyć się u okulisty, ma problemy z plecami i prostatą. Jego składka zdrowotna wynosi 3240zł. Leczenie w publicznych placówkach dodatkowo psuje jego zdrowie psychiczne, bo musi czekać w kolejkach, chodzić od lekarza do lekarza, wciąż prosząc o skierowania i badania. I znów, gdyby oddano mu do dyspozycji jego pieniądze ze składek, mógłby wykupić pakiet medyczny za niecałe 2700zł obejmujący to samo, co pakiet, na który Pana Mietka było stać, gdy był młodszy. Dodatkowo obejmuje między innymi kilka wizyt domowych rocznie, konsultacje u psychologa, psychiatry, seksuologa i kilku innych specjalistów, pakiet szczepień, rehabilitacje, opiekę stomatologiczną i wiele innych udogodnień. Pan Mietek może też rozważyć pakiety rodzinne, dla dzieci, dla seniora. Wszystko to jest dalece bardziej opłacalne niż usługi NFZ. Zachęcam każdego z czytelników do przejrzenia ofert różnych pakietów medycznych oraz wyliczenia sobie, ile płaci za opiekę NFZ. Niestety jednak Pan Mietek i każdy z nas musi płacić przymusową składkę za darmową (sic!) opiekę zdrowotną. Z ciekawostek: „W 1918 r. Związek Sowiecki stał się pierwszym krajem, który obiecał powszechny dostęp do opieki medycznej od kołyski aż do grobu. Miało się to stać poprzez całkowite upaństwowienie medycyny. Prawo do zdrowia stało się konstytucyjnym prawem obywateli sowieckich.” – mises.org Grzegorz Przyjemski Foto.: humorpage.pl

Pod znakiem Hipokrytesa…

W poprzednim felietonie Chore składki zdrowotne… pisałem o kuriozach finansowania publicznej opieki zdrowotnej w Polsce. W odpowiedzi pojawiło się sporo różnych głosów, ale jeden znamienny - mój lekarz rodzinny grozi podobno sądem, bo wziął bardzo do siebie określenie „urzędnik w białym kitlu” i poczuł się urażony („a przecież on jest lekarzem i… tak się stara wywiązywać z przysięgi Hipokratesa...”). Trudno - niech będzie proces, skoro już być musi ! Na sprawę zaproszę przedstawicieli mediów i przy okazji roztrząsania, czy pan doktor miał podstawy śmiertelnie się obrazić, odbędzie się też publiczna debata nad sensem całego systemu.
Pierwsza taka sprawa ! I to w mojej gromadzie !...” - jak z szerokim uśmiechem powiedziałby sołtys z „Samych swoich” (tyle, że nie o „kota” tu idzie...) Jeśli trzeba mogę jednak przeprosić, ale bynajmniej nie za „urzędnika”. Przeprosić mogę za napisanie, iż z mojej składki „pan doktor na początku każdego roku z góry otrzymuje wcale niemały połeć ”. No to... przepraszam, bo rzeczywiście - wcale nie jest to taki „niemały połeć”, ale jednak całkiem „mały”. A nawet nie „połeć ”, a „połetek” czy wręcz... „plasterek”, „plastrunio” – o, taki tyci!. Dokładnie wygląda to tak, że lekarze podstawowej opieki zdrowotnej (rodzinni) w ramach zawieranej umowy z NFZ mają przydzielaną tzw. stawkę kapitacyjną „od głowy” pacjenta (dosłownie: „pera capita” – „na głowę”) Aktualnie jest to... 8 zł miesięcznie (!). Oczywiście podlega ona pewnemu zróżnicowaniu o tzw. mnożniki - przede wszystkim w zależności od wieku pacjenta i czy ma ewentualnie cukrzycę, albo chory układ krążenia. Iloczyny pod ich wpływem naturalnie nie puchną nie wiadomo jak, bo mnożniki te wahają się zaledwie w granicach 1-3. W moim przedziale (50-latek) mnożnik wynosi 1, a zatem NFZ regularnie przekazuje po 8 zł co miesiąc na podstawową opiekę nad moim zdrowiem. Czy Wielce Czcigodne Towarzystwo kuma?.. Ja płacę rocznie kilka tysięcy złotych składki zdrowotnej (wystarczy teraz zerknąć do swoich PIT-ów), a ONI wycenili moje zdrowie na... 8 zł miesięcznie !!! ( Wasze w większości też !) A co z resztą?... Resztę oczywiście trzyma „pod pachą” pani Pachciarz w NFZ (a przedtem pan Paszkiewicz) i „ściumbli” na małe plasterki. Jeden - z góry na szpital – jak się Ulatowski położy, to żeby miał. A jak się nie położy – to będzie miała Kowalska, która się położy. Drugi – na stomatologów, jak zaryzykuje Ulatowski kruche plomby amalgamatowe - to żeby mu w gębie błyszczało. Trzeci na coś tam jeszcze. I tak kroją tę składkę na 101 różnych gównianych plasterków, z których innym może uda się coś schwycić, ale póki co - ja nie mam prawie nic. A jak już nawet kiedyś znalazłbym się w potrzebie (nie daj Bóg!) - to może się okazać, jak z tym pacjentem chorym na nowotwór, którego opisywałem w tamtym felietonie, a któremu wstrzymano chemię, bo jego przypadku… zapomniano (? ! ) umieścić na refundacyjnej liście – mimo, że wcześniej latami walił państwu do kabzy grube tysiące składki „na zdrowie”. A co robi pan doktor z moimi 8-mioma złotymi ?... Jak to, co? Zarządza nimi – np. płaci innym placówkom, gdy zleci im badanie mnie. Problem tylko w tym, że jego wynagrodzenie i odpłatność za zlecane badania - wtopiono w jedną pulę. Właśnie w tę stawkę kapitacyjną – jak jej nie wyda, to zostaje dla niego. To podobno, żeby współdzieląc los z pacjentem, miał z nim lepszy kontakt. No i dla lepszej gospodarności. Tak było w założeniach. A co jest w praktyce ?... Pan doktor, który np. potrafi się obrazić za „urzędnika” - choć w istocie stał się przedłużeniem „ramienia” NFZ-u - teraz zamienia się wręcz w wycwanionego magika jarmarcznego (takiego... „czarna przegrywa – czerwona wygrywa”!), albo wprost w pospolitego łapacza pcheł, który kombinuje - jak tu wyrwać z tych ośmiu złotych chociaż ze trzy, żeby zostało dla niego. Najlepiej - jeśli pacjent (tak, jak ja) po prostu długo nie przychodzi. Gorzej – jeśli „znowu przylazł” - to „może mu czego nie zlecić” ?.. Przeczekać – może się uda?... Albo w ostateczności dać skierowanie i podrzucić szpitalowi na oddział (szpital ma 52 zł za punkt) - niech go przebadają na swój koszt! Czy to ma coś wspólnego z przysięgą Hipokratesa? Może raczej „Hipokrytesa”?... Niech więc pan doktor honorowo obraża się za „urzędnika” na mnie – nie na NFZ. Niech wytacza mi proces w nadziei, że jest jeszcze bardziej lekarzem niż buchalterem. Czeka Chińczycy mają ciekawy kalendarz. Jest w nim rok tygrysa, rok smoka, albo małpy. My mamy rok… algorytmu. Chociaż małpy też mamy. Rok 2012 jest bowiem – jak zakomunikował portal rynekzdrowia.pl – trzecim rokiem obowiązywania algorytmu podziału środków na leczenie między województwa. Algorytmu wprowadzonego przez Ewę Kopacz, a kultywowanego obecnie przez Bartosza Arłukowicza. Dzięki temu tajemnemu wzorowi matematycznemu różnice między potrzebami i możliwościami pacjentów z różnych województw są niwelowane do jednego wspólnego poziomu. W 2012r. jest to poziom 1635 zł (rocznie!). Tylko, że statystycznie – to ja i koń mamy po trzy nogi… Zresztą rok 2012 będzie zarazem kolejnym rokiem bicia ludziom piany z mózgu za pośrednictwem różnych mediów, dzięki czemu spora część nadal wierzy np., że leczenie ma bezpłatnie. Oto choćby wspomniany portal rynekzdrowia.pl napisał np. we wstępie jednego z artykułów cyt. „Ministerstwo Zdrowia i NFZ zamierzają w przyszłym roku (2012) przeznaczyć na leczenie polskich pacjentów 61 530 024 tys. zł.” Akurat – nie podatnicy, tylko ministerstwo i NFZ łaskawie „zamierzają przeznaczyć” !. Chińczycy, u nas każdy rok jest rokiem lewiatana !!! W naszym systemie opieki zdrowotnej lekarze nie dokształcają się, żeby po prostu coraz lepiej leczyć pacjentów. Dokształcają się, żeby „wyrabiać punkty”. Szpitale też muszą „wyrabiać punkty” i dlatego np. „rozmnażają” dni pobytu pacjenta. Kiedyś widziałem karty informacyjne, z których wynikało, że pacjent leżał w dwóch szpitalach, odległych od siebie o 25 kilometrów, równocześnie. Jak powinien wyglądać ten system – nie będę się już rozwodził, jak poprzednio. Zrobił to choćby pan doktor Krzysztof Bukiel z OZZL jeszcze w 2008r, http://www.prawica.net/node/14713. Tekst nadal aktualny – brawo Panie Krzysztofie! A swoją drogą, gdyby udało się to wprowadzić – nie byłoby teraz protestu w sprawie recept. W poprzednim felietonie stwierdziłem, że obecny system oparty na redystrybucji jest zwyczajnie niemoralny i głupi. Oczywiście nie jest głupi dla urzędników z ministerstwa zdrowia, NFZ-u oraz lewackich polityków. To nie dziwi. Czy jest głupi - nie zastanawia się także emerytka i to też nie dziwi. Ona się cieszy, że w ogóle „coś” ma, skoro latami rabowano ją z pieniędzy, nie pozwalając przyzwoicie odłożyć na starość. Najbardziej jednak dziwi mnie, że ten system nie jest głupi dla niektórych prawicowców np. . na portalu prawica.net (gdzie wspomniany tekst był również publikowany), a nawet dla tutejszych pro-kapitalistów - zwłaszcza tych, co tam i tu namiętnie komentują (skoro akurat na takich portalach zadokowali się na dłużej, to chyba bardziej zwolennicy niż przeciwnicy ?..) Dziwni to "prawicowcy” i „pro-kapitaliści”, co jak Św. Trójcy bronią zdobyczy socjalizmu - lecznictwa za podatki, zamiast normalnych mechanizmów rynkowych - chociaż pozytywny stosunek do wolnego rynku powinien stanowić przecież jeden z głównych wyróżników ludzi deklarujących ów typ światopoglądu. Tomasz J. Ulatowski Blog Autora: http://www.e-ulatowski.pl

Chore składki zdrowotne…

(Redystrybucja dochodów jest zwykłym złodziejstwem i nie można jej pogodzić z żadną moralnością. – Leonard Liggio, Prezes Mont Pelerin Society) Ponieważ ostatnio moje zdrowie zazdrośnie zaczęło przypominać mi o swoich prawach, postanowiłem odwiedzić lekarza rodzinnego i chociaż ogólnie się przebadać. Wizyta jak najbardziej wskazana, choćby ze względów towarzyskich, bo widujemy się średnio raz na dwa lata i tylko przez chwilę - tyle, co na wypisanie L-4 w związku z przeziębieniem. Składkę zdrowotną płacę niewąską. Pan doktor, przy podpisywaniu kontraktu z NFZ-tem na początku każdego roku, z góry otrzymuje z niej też wcale niemały połeć. Pomyślałem zatem, że czas ją chociaż marginalnie wykorzystać.
Wystarczy zerknąć w PIT-a… Polak zarabiający do ręki 2500 zł, płaci co miesiąc za pośrednictwem ZUS-u na publiczne lecznictwo 271,23 zł tzw. składki zdrowotnej (3254,72 zł rocznie!). Ci, którzy poza etatem dla dorobienia dłubią dodatkowo jakąś działalność gospodarczą, płacą jeszcze jedną składkę zdrowotną - 254,55zł (minimum miesięczne narzucone przez ministerstwo finansów). Tak na marginesie - że ci ostatni płacą podwójnie, jest już w ogóle totalnym absurdem (Czy w razie potrzeby będą mieli do dyspozycji dwa łóżka szpitalne na raz, dwóch lekarzy i po dwie pielęgniarki?...) - więc może czas, by ktoś się wreszcie tym zajął?.. Mój pan doktor podczas wizyty zaordynował mi badania laboratoryjne. Ja zaś - jako, że wiekiem sięgam już pięćdziesiątki, a trąbi się naokoło o profilaktyce przeciwnowotworowej i że z uwagi na zachorowania w rodzinie jestem w grupie szczególnego ryzyka - zapragnąłem przy badaniach krwi dorzucenia jeszcze tzw. P.S.A. Jego poziom, jak wiadomo, pozwala ogólnie stwierdzić lub wykluczyć zmiany rakowe prostaty, zmory facetów po 40-tce. I tu niestety zaczęły się schody - badanie standardowe to i owszem, ale... bez P.S.A.! Usłyszałem bezpardonowe - „O nie - ja nie będę za pana płacił!”. Zapewne ktoś z czytających te słowa - niekoniecznie będący entuzjastą państwowego lecznictwa - zaraz zacząłby mnie pouczać; a że właściwie to pan doktor miał rację, bo P.S.A. to zleca specjalista urolog, a że przecież to oddzielny budżet i pewnie jeszcze inne ble-ble.. Zgoda - ale mnie chodzi o coś więcej niż nawet to nie zlecone PSA, które notabene kosztuje 30-40 zł. Otóż – dlaczego ja, oddając z góry na leczenie grube tysiące złotych rocznie, muszę - gdy przychodzi co do czego - wysłuchiwać od „urzędnika w białym kitlu”, że ON nie będzie ZA MNIE płacił (!) i w rezultacie mam potem chodzić od drzwi do drzwi, szukając swoich własnych pieniędzy?... Oto jest kwintesencja państwowego (bezpłatnego?) systemu opieki zdrowotnej! Dopóki nie przyjmiemy do wiadomości (wbrew ucieranym przez propagandę i powielanym przez nas samych pozorom), że leczenie (a to samo dotyczy nauczania!) jest takim samym rzemiosłem, jak naprawa dachu czy podzelowanie butów i że tu także musi normalnie funkcjonować rynek - dopóty w Polsce nic się pod tym względem nie poprawi.  Czy ktoś przystałby np. na propozycję płacenia hydraulikowi co miesiąc „kasy za friko”, że niby jak kiedyś pęknie rura na Wielkanoc, to będzie wtedy naprawiona gratis?... Zastanawiam się, czy naprawdę zrobiłbym sobie krzywdę własnymi pieniędzmi, gdybym – ZAMIAST potrącania obecnych tzw. składek zdrowotnych – sam płacił bezpośrednio do łapy „rzemieślnikom od zdrowia” (lekarzowi rodzinnemu, laboratorium, szpitalowi itp.) wtedy, kiedy naprawdę z nich korzystam?.. Mogłoby nie wystarczyć ?.. Słabość oddawanych przez nas pieniędzy w stosunku do realnych kosztów leczenia – to jeden ze skwapliwie uklepywanych w społeczeństwie mitów. Z analizy planu finansowego Narodowego Funduszu Zdrowia na koniec 2011 roku (już po grudniowej korekcie, czyli dostosowaniu tego planu do rzeczywistości) wynika, że w całym budżecie tej instytucji, stanowiącym 61,33 mld. zł. – aż 95%, czyli 58,4 mld zł, przypadało na pokrywane przez nią koszty świadczeń zdrowotnych. Wpływy z zapłaconych przez nas Funduszowi składek zdrowotnych wynosiły w tym czasie… 60,19 mld zł. Wychodzi zatem, że sami (i to jeszcze z okładem) finansujemy wszystko, co się na wspomniane „koszty świadczeń zdrowotnych” składa – m.in. całe lecznictwo szpitalne, opiekę podstawową i ambulatoryjną, transport i ratownictwo medyczne (pogotowie). Ba – nawet opiekę paliatywną i hospicja, rehabilitację, programy terapeutyczne i leczenie uzależnień, lecznictwo uzdrowiskowe oraz… osławioną refundację leków. Zwłaszcza z tej ostatniej pozycji wynika, że państwo „dopłacając” do cen droższych leków i tak nam łaski nie robi, bo i ta kwota (we wspomnianym budżecie 8,6 mld. zł) też się mieści w składce. A swoją drogą – ciekaw jestem, czy gdyby np. wciągnąć wodę destylowaną na refundacyjną listę leków, nie okazałoby się, że w następnych okresach będzie raptownie drożeć i wymagać coraz większych dotacji?... Różnica w budżecie NFZ-u, której akurat nie pokrywamy składką (ponad 1 mld zł) – to koszty własne utrzymania tego molocha, czyli głównie wynagrodzenia urzędników oraz amortyzacja posiadanego przez Fundusz majątku trwałego (budynki, wyposażenie, samochody) wraz z tzw. usługami obcymi (prąd, woda, ogrzewanie, obsługa bankowa). Nie pokrywamy także utrzymania drugiej instytucji, „dbającej” o stan naszej kondycji zdrowotnej, mianowicie Ministerstwa Zdrowia (koszt własny w 2011r. to 8,4 mld. zł). Ale – co ja mówię?!... Też pokrywamy – tyle, że w inny sposób, bo podatkami - np. PIT-em, VAT-em i akcyzą… Ani Sejm, ani bowiem rząd – na ten cel kapci na sprzedaż przecież nie szyją! Problemem nie są zatem koszty samego leczenia - problem stanowią podwieszeni pod nie urzędnicy. Rozumiem, że ci państwo z ministerstwa zdrowia i NFZ-u chcą gdzieś zarabiać, ale dlaczego akurat tam i akurat ja mam na to płacić?.. Jako znacznie lepiej wykształceni niż niejeden utrzymujący ich podatnik – z pożytkiem dla wszystkich poradziliby sobie gdzie indziej. (Ostatecznie – dać im nawet dożywotnio zasiłki bezrobotnych byleby się już w nic nie wtrącali! I tak byłoby kilka razy taniej niż przy obecnej średniej pensji takiego urzędnika, sięgającej 6.000 zł) Jak wynika z powyższego – pora poważnie zastanowić się nad sensem dotychczasowego (redystrybucyjnego) modelu finansowania ochrony zdrowia w naszym kraju. Zwłaszcza, że jest to model niesłychanie kosztowny. Koszty jego funkcjonowania (utrzymanie NFZ-u i Ministerstwa Zdrowia) w stosunku do sumy świadczeń zdrowotnych sięgają prawie 20% (same koszty poboru i ewidencjonowania składek zdrowotnych – to rocznie przeszło 111 milionów złotych!). Bez kontroli byłoby drożej ?.. Ale wysokie koszty funkcjonowania dotychczasowego systemu to jeszcze nie wszystko – o wiele gorszy bowiem jest fakt, że wraz z ich ciągłym wzrostem – płacący składki coraz mniej otrzymują w zamian. Składka „na zdrowie” coraz mniej przypomina typową składkę, a coraz bardziej – podatek (który, jak wiadomo nie musi wiązać się ze świadczeniem wzajemnym). Diabeł w tym, że w Polsce „rynek usług medycznych” tak naprawdę wciąż jest jedynie sloganem. W związku z tym trudno jest określić realny poziom cen leków, rzeczywiste koszty wielu zabiegów oraz zasadność wpływających na nie obciążeń, zadłużonych przecież publicznych placówek. Doświadczenie jednak uczy, że uwolnienie każdego rynku oraz oparcie go na bezpośrednich i swobodnych rozliczeniach „dostawca–odbiorca” – ogólnie stabilizuje ceny na rozsądnym dla stron poziomie. Logicznie rzecz biorąc układ pozbawiony zbędnych pośredników i nad-kontrolerów – których przecież za coś trzeba utrzymać – byłby układem tańszym. Obraz lekarzy i aptekarzy, szalejących z wysokimi cenami na wolnym rynku, jest po prostu niedorzeczny – każdemu „dostawcy” zależy przecież, aby mieć jak najwięcej odbiorców i doskonale zdaje sobie sprawę, że musi dopasować się do ich możliwości nabywczych. Inaczej zarobi konkurencja. Dobry przykład może stanowić, sprywatyzowany całkowicie na początku lat 90-tych, podobny rynek usług weterynaryjnych. Czy ceny na nim są niebotyczne albo ludzie ze swoimi zwierzętami zostali pozbawieni fachowej pomocy?.. Casus najdroższych zabiegów… „Wszystko w porządku – państwo przestaje potrącać nam na ubezpieczenie zdrowotne, płacimy sami tylko wtedy, kiedy faktycznie korzystamy, resztę chowamy do kieszeni – ale czy będziemy w stanie sfinansować np. przeszczep serca, leczenie złośliwych nowotworów itp.?..” W debatach na temat uwolnienia rynku świadczeń zdrowotnych pytanie to pada często jako kontrargument najcięższego kalibru. W odpowiedzi można jednak postawić inne, równie trudne – A czy teraz państwo zapewnia wszystkim, na czas i na odpowiednim poziomie dostęp do tych najbardziej skomplikowanych form pomocy?.. Parę miesięcy temu niemal wszystkie krajowe stacje telewizyjne donosiły o przypadku mężczyzny, którego praktycznie pozbawiono możliwości kontynuowania tzw. chemii, gdyż zabiegów na jego postać nowotworu nie przewidziano w refundacyjnym planie i przez to dalsza terapia stała się zbyt kosztowna. Urzędnicy bezradnie rozłożyli ręce. Państwo, zmuszając go latami do łożenia na tzw. „służbę zdrowia” - wyzuło zarazem z możliwości odłożenia brakującej teraz kwoty, nie proponując nic w zamian. Tym samym państwo nieoficjalnie, choć być może nieświadomie, wkroczyło już w obszary eutanazji. Przecież coraz częściej słyszymy także o różnych spontanicznych zbiórkach na leczenie za granicą kolejnych przypadłości, których nie ogarnia nasz system. Podstawową wadą „państwa opiekuńczego” jest nadprodukcja ludzi żyjących chwilą – pozbawionych wyobraźni, naiwnie ufnych i nie zabezpieczających swojej przyszłości. Takie polskie „jakoś to będzie”... W normalnym układzie - ludzie, zdani na siebie i świadomi różnych okoliczności - oszczędzają na tzw. „czarną godzinę” albo sięgają po dobrowolne ubezpieczenia (także medyczne). Co z najbiedniejszymi ?... Po pierwsze - skala ubóstwa w Polsce jest mimo wszystko zawyżona. Niemały odsetek wyciągających rękę o publiczną opiekę, potrafi w labiryncie naszej biurokracji zadziwiająco sprawnie pozałatwiać pieczątki do rozmaitych zaświadczeń o swojej nieporadności. Ciekawe, o ile wzrosłaby liczba beneficjentów pomocy społecznej, gdyby paczki i zapomogi stały się np. trzy razy obfitsze?... Ale O.K. – jeśli mimo wszystko upieracie się przy socjalizmie, ostatecznie pójdźmy na kompromis! Z tych paru tysięcy mojej rocznej składki zdrowotnej - oddam połowę na opiekę medyczną dla biednej staruszki, a w zamian - drugą zatrzymam w swoim portfelu. W takim układzie wreszcie będę mógł swobodnie dysponować chociaż połową kwoty na badania i leczenie, w odróżnieniu od sytuacji obecnej, gdzie owa „babcia” ma niewiele, ale za to ja – jak wynika z opisu na początku – nie mam prawie nic. Kto nie płaci ?... Jak podają nawet enefzetowskie statystyki - ze świadczeń zdrowotnych korzysta w Polsce przeszło 26 mln. osób, podczas gdy wszystkich uprawnionych jest ponad 37 mln. Stąd nasuwa się wniosek, że 11 mln. Polaków już leczy się wyłącznie prywatnie lub - co mniej prawdopodobne - mało choruje. Liczba ludności zawodowo czynnej oraz emerytów, czyli opłacających lub za których opłacana jest składka zdrowotna, wg danych z 2011r. sięgała zaledwie 25,4 mln. Jak wiadomo - do 2012r. grupę społeczną, nie opłacającą osobiście ubezpieczenia zdrowotnego, stanowili rolnicy. Jednak koszty wykorzystywanych przez nich świadczeń były pokrywane z budżetu państwa. Zgodnie z wprowadzonymi od lutego zmianami - rolnicy z gospodarstw obejmujących co najmniej 6 hektarów przeliczeniowych powierzchni, obowiązkowo rozpoczęli opłacanie składki za siebie i domowników po... 1 zł za każdy taki hektar miesięcznie (np. przy klasie IV gleb w II okręgu podatkowym, w gospodarstwie 10-hektarowym jest to 10 zł od osoby). Za rolników i ich rodziny z gospodarstw mniejszych wciąż będzie pokrywać budżet państwa. Nieco inaczej, ale też niezbyt srogo, rozlicza się tzw. działy specjalne produkcji rolnej. Tegoroczne zmiany w finansowaniu ochrony zdrowia rolników - wbrew założeniom - nie zmniejszą znacząco państwowej dotacji. Pomijając już symboliczną wysokość składek ustalonych dla większych gospodarstw, należy zauważyć, że gospodarstwa do 6 hektarów (nie płacące za siebie) stanowią 60% ogółu. Swoją drogą podejście rolników do kosztów (nie tylko leczenia), to rzecz charakterystyczna - bez zająknięcia wyjmują z portfela nawet po paręset złotych w prywatnych gabinetach u dentystów czy innych specjalistów, a zacisną nerwowo dłoń na widłach, gdyby chciano im podnieść składkę zdrowotną o kolejną złotówkę. Dlaczego? Proste - bo płacąc u lekarza wiedzą, że płacą za siebie oraz że „ręka w rękę” otrzymują w zamian coś konkretnego i ważnego. Składka zdrowotna – to dla nich po prostu... kolejny natrętny podatek. Trudno zresztą się dziwić (jak mawiał Say - nie ma dobrych podatków)... To kolejny argument za wprowadzeniem normalnej (bezpośredniej) odpłatności za leczenie dla wszystkich. Przykład ten znakomicie przy okazji pokazuje, że wiele problemów wsi  - to bardziej problemy na użytek kampanii wyborczej „chłopskich obrońców”, niż problemy samych chłopów. Mimo wszystko wciąż wierzę, że kiedyś finanse publiczne załamią się do tego stopnia, że zrozpaczony i doprowadzony do ostateczności rząd, powie bez kurtuazji społeczeństwu - Nie jesteśmy już w stanie dalej zajmować się waszymi emeryturami, leczeniem i edukacją. A spieprzajcie  w cholerę z tymi swoimi pieniędzmi i rządźcie się nimi sami ! I wtedy zacznie w końcu być normalnie, czego Państwu (oraz państwu!) i sobie serdecznie życzę. Tomasz J. Ulatowski Blog Autora www.e-ulatowski.pl   Ps. Okazuje się jednak, że kreatywność państwa podąża tymczasem w zupełnie innym kierunku. Rozważa się podniesienie obowiązkowej składki zdrowotnej w 2013r. nawet do poziomu 12. procent . Bardzo podobało mi się zasłyszane ostatnio powiedzenie Winstona Churchilla, cyt.; "Naród, który próbuje dojść do dobrobytu poprzez nakładanie kolejnych podatków na samego siebie - przypomina człowieka, który stoi w wiadrze i próbuje podnieść je za uchwyt"...

Operacja, czy amputacja? Historia Renaty Szot

Renata Szot mieszka w Tychach. W wyniku upadku doznała poważnego urazu stawu skokowego – wieloodłamowe złamanie (zamknięte) kości skokowej z podwichnięciem skokowo – piętowym oraz zerwanymi mięśniami i więzadłami. W trakcie pierwszej operacji stawy skokowy i podskokowy zostały zakażone bakterią enterococcus faecalis. Zakażenie najprawdopodobniej nie udało się usunąć podczas następnych operacji – lekarz operował jedynie stan ostry, niemniej nadal utrzymuje się odczyn zapalny. W ciągu trzech lat Renata Szot siedmiokrotnie trafiała na stół operacyjny. Dopiero podczas szóstej operacji podjęto rekonstrukcję mięśni i wiązadeł. Mimo przebytych operacji p. Renata nie odzyskała sprawności. Wciąż kuleje na lewą nogę i, jak pisze na swojej stronie „Każdy krok wiąże się z bólem, który praktycznie nigdy mnie nie opuszcza. Wiele wysiłku i samozaparcia kosztuje mnie zwykła codzienność...”. Codzienność, którą często przerywa ból tak silny, że konieczna jest hospitalizacja i kroplówka. Stan jej zdrowia ciągle się pogarsza. Przeciążenie prawej nogi wiąże się z dokuczającym kolanem oraz problemami z kręgosłupem (ma uszkodzony dysk na odcinku lędźwiowym oraz zmiany zwyrodnieniowe na odcinkach piersiowym i szyjnym). Szwajcarski ortopeda i twórca endoprotezy stawu skokowego, Beat Hintermann, w październiku 2011 r. postawił nie pozostawiającą złudzeń diagnozę, która brzmi jak wyrok: - skrócenie nogi (zmiany zwyrodnieniowe kości), - tworzenie się cyst wewnątrz kości skokowej, - zrosty stawów, - postępujące zwyrodnienie kości skokowej i piętowej (osteoporoza), - atrofia mięśni kończyny dolnej, - uszkodzenie nerwów, - stan zapalny stawu. Hintermann, jako jedyny zadeklarował się podjęcia operacji usunięcia cyst wewnątrzstawowych, rekonstrukcji uszkodzonych nerwów oraz usunięcia powikłań po poprzednich operacjach i dokonania przeszczepu kości. W Szwajcarii. Koszt operacji w ubiegłym roku został oszacowany na poziomie 11.200 CHF, niemniej zależy on od stanu, w jakim pacjentka trafi „na stół”. Do tego dochodzą jeszcze koszty przejazdu i pobytu w Szwajcarii oraz pełnej diagnostyki i rehabilitacji. Pani Renata nie ma pracy, choć bardzo by chciała pracować. Nie otrzymała żadnego odszkodowania (również od szpitala – zamierza złożyć skargę do Sądu) a ZUS odmówił jej przyznania świadczeń rentowych (sprawa trafiła do Sądu). W związku z brakiem środków do życia nie może też pokryć kosztów leków i rehabilitacji. Ostatnie dwutygodniowe leczenie związane z kłopotami z kręgosłupem to: 100 zł neurolog, 100 zł rehabilitant, 200 zł lekarstwa. Więc rezygnuje dokonując wyborów „mniejszego zła”. Możliwość przeprowadzenia operacji, która pozwoli p. Renacie wrócić do zdrowia i normalnego życia teoretycznie istnieje i w Polsce. W praktyce zależy to jednak wyłącznie od umiejętności lekarzy, do których w sytuacji p. Renaty można mieć pewne zastrzeżenia. Istnieje też możliwość refundacji operacji w Szwajcarii przez NFZ, ale po pierwsze – tylko do wysokości kosztów wykonania zabiegu w kraju (resztę pacjent pokrywa z własnej kieszeni), zaś po drugie – do uzyskania zgody potrzebny jest wniosek, podpisany przez polskiego lekarza o odpowiednich kwalifikacjach. Takowego jednak nie może uzyskać. Jak mówi z goryczą „jestem dobrym królikiem doświadczalnym”. Choć na ogół nie zbywa mi na fantazji, nie jestem w stanie sobie wyobrazić co p. Renata przechodzi żyjąc z wyrokiem „operacja albo amputacja”. Ona jednak się nie poddała - ma syna i jak mówi "ma dla kogo żyć". Walczy. Pomaga jej w tym Fundacja Słoneczko. Organizuje aukcje na portalu Allegro, na których wysprzedaje własny dobytek, choć jak zaznacza – kilka osób przekazało jej rzeczy przeznaczone na aukcje. Oprócz tego na swoim blogu informuje o np. nieodpłatnych warsztatach kaligrafii, gdzie osoby uczestniczące wpłacały darowizny na subkonto fundacji. Renacie można pomóc na kilka sposobów – poprzez: - bezpośrednie wpłaty na jej konto otwarte w fundacji pomagającej osobom niepełnosprawnym, - przekazanie 1% podatku, - zamieszczenie banera na innych stronach, - zamieszczenie apelu na stronach internetowych, umieszczenie plakatów przeznaczonych do druku wszędzie tam, gdzie tylko będzie to możliwe, - udział w aukcjach charytatywnych na portalu Allegro, - kliknięcie "lubię to" na facebooku i innych serwisach społecznościowych- dzieląc się linkiem ze znajomymi tak również można pomagać, - oraz wszelkie inne możliwe formy pomocy z Państwa strony. Na chwilę obecną p. Renacie udało się zgromadzić 15 tysięcy zł*. Wedle ostrożnych szacunków brakuje jeszcze 55 tysięcy zł. I na tym właściwie mógłbym skończyć ten wyjątkowo „suchy” jak na mnie tekst. W historii Renaty Szot poruszyła mnie jej niezwykła determinacja w walce z losem i czasem, którego ma coraz mniej. Być może wśród Czytelników są osoby, które zechcą wspomóc p. Renatę w jej walce. Może ktoś z Państwa zechce podzielić się tym tekstem ze znajomymi. Być może wreszcie, zechce przedrukować, na co od razu wyrażam zgodę (podanie autorstwa i źródła będzie mile widziane). Możemy wspomóc Ją w walce. W jaki sposób – to już zależy od Państwa. W sprawach kontaktu z Renatą Szot zapraszam na Jej stronę: http://pomozchodzic.pl/ *Już po opublikowaniu tekstu otrzymałem wiadomość od p. Renaty Szot o znacznej kwocie, która wpłynęła na jej konto. Obecnie ma już zgromadzone 46,039.62 zł na operację. Michał Nawrocki P.S. Serdecznie dziękuję p. Renacie Szot za pomoc w zredagowaniu powyższego tekstu. P.P.S. Mam nadzieję, że p. Renata mi wybaczy, ale pewne rzeczy są silniejsze ode mnie. Znając Jej historię nie mogę się bowiem powstrzymać od złośliwej refleksji: premier Tusk „rekonstruując” rząd po ubiegłorocznych wyborach Ewę Kopacz (eks Minister Zdrowia) uczynił Marszałkiem Sejmu, zaś Bartosza Arłukowicza (pełnomocnika premiera do spraw wykluczonych) zrobił Ministrem Zdrowia. A przecież na zdrowy rozum p. Arłukowicz powinien się zamienić miejscami z p. Kopacz, żeby ta, parafrazując „Kisiela”, zobaczyła, co narobiła.