Tag Archives: socjal

Koniec państwa opiekuńczego

„Czy ktokolwiek jest w stanie wyobrazić sobie nasze życie bez powszechnej służby zdrowia, bez systemu ubezpieczeń socjalnych, bez rent i emerytur?” – pytał Krzysztof Rak w swoim tekście „Nacjonalizm w obronie welfare state”. Oczywiście są tacy, którzy mają do tego stopnia rozwiniętą wyobraźnię (libertarianie, „oddolni” anarchiści), ale to margines.

Reaganowski budżet Trumpa

Propozycja budżetu USA na rok 2018, przedstawiona w zeszłym tygodniu przez administrację Donalda Trumpa, idzie raczej w ślady koncepcji Ronalda Reagana niż wychodzi naprzeciw oczekiwaniom zwiększenia wydatków socjalnych. Projekt jest bowiem w założeniach oszczędny, ale wyraźnie przygotowuje USA do większych wyzwań związanych z obronnością. Pytanie, czy elektorat oczekujący szybkiej poprawy sytuacji materialnej to zaakceptuje.

Szwedzki mit – państwo dobrobytu a szwedzki kapitalizm

"Szwedzki model gospodarczy wzbudza spore kontrowersje. Bywa podawany jako przykład sprawnie działającego państwa dobrobytu, które skutecznie redystrybuuje zysk wytworzony przez swoich obywateli. Wielu komentatorów uważa, że taki model jest nie tylko potrzebny w Polsce, ale też możliwy do zastosowania...

Franciszek – obrońca państwa socjalnego

Papież Franciszek jawi się jako najbardziej „socjalny” papież od dziesięcioleci. Nie widzi wspólnej platformy dla wolnego rynku i wartości chrześcijańskich, jak Jan Paweł II. Krytykuje globalizację i neoliberalizm jeszcze mocniej, niż Benedykt XVI.

Wszechobecny socjalizm zbiera swoje żniwo

Bardzo ciekawą analizę, do czego prowadzi socjalizm znajdujemy na portalu Independent Trader. Zespół tego serwisu, na przykładzie kilku krajów opisuje, jak kończą się socjalne eksperymenty.

Czy należy szarańczę zapraszać do stołu?

Podróże kształcą. Kiedyś na wycieczce w Tunezji przewodnik opowiadał nam o różnicach w mentalności jakie nas dzielą, a jako Arab po studiach w Polsce widział co mówił. Twierdził on, że gdyby w krajach arabskich wprowadzić najmniejszy choćby zasiłek dla bezrobotnych, to bezrobocie sięgnęłoby 100%. A tu raptem okazało się, że wystarczy przepłynąć morze, żeby wszystko mieć za friko. Czy można się zatem dziwić, że szarańcza ruszyła na żer?

Czy polski uchodźca solidaryzuje się z uchodźcami, którzy lada dzień najadą na Polskę?

Mówi się dużo ostatnio o problemie uchodźców z Afryki oraz Bliskiego Wschodu, o tym że Unia nakaże Polsce wpuszczenie tych ludzi do naszego kraju oraz o problemach z tym związanych; debata trwa. Ja będąc w Chinach już ponad sześć lat jestem również pewnego rodzaju uchodźcą. W skrócie mówiąc: nie podoba mi się życie w Unii, czułem się zagrożony przez aparat biurokratycznego nacisku więc sobie wymyśliłem, że przepłynę, przefrunę i udam się tam gdzie mi lepiej. I tak też zrobiłem.

Strach – o skutkach wdepnięcia w g…

Imigranci dotarli i do nas. W skromnej liczbie, ale liczy się fakt. Jak dowiedzą się o różnicach w socjalu, to i tak pewnie poszukają innego miejsca do życia. Nie jest wykluczone, a wręcz jest bliskie pewności, że wśród nieprzebranej ilości biednych pozbawionych środków do życia i perspektyw ludzi, znajduje się spora grupa ekstremistów, zadymiarzy i zwykłych przestępców.

Oświeceni wizjonerzy znów w akcji

Wiek XX i pierwsza dekada XXI przyniosły wiele empirycznych dowodów na upadek socjalistycznych idei. Nie przekonują one jednak przeróżnych inżynierów społecznych, którzy nie mają zamiaru się tym zrażać. Bo koncepcje co prawda upadają, jednak bałagan, jaki po sobie pozostawiają, jest trudny do posprzątania. Być może chodzi właśnie o to, by narobić zamieszania, z którego trudno się potem wygrzebać.

Integracja europejska i wieczne interesy

Kiedy jakieś 5 lat temu rozmawiałem z kilkoma moimi znajomymi na temat sytuacji finansowej Polski i jej pozycji na świecie, dowiedziałem się m. in. tego, że w dzisiejszych czasach nie da się zrezygnować z polityki socjalnej, nie ma też miejsca we współczesnej Europie na dyskryminację kogokolwiek ze względu na narodowość. Przekonywano mnie również, że Unia Europejska, a konkretnie pieniądze z Brukseli, wynegocjowane przez naszych polityków są ogromną szansą dla Polski.

Strategiczny paradoks optymalizacja – zmiana nie nastąpi oddolnie

Ostatnio wyspecjalizowałem się w odkrywaniu oczywistych prawd. Otóż przysłuchując się ostatnio przypadkiem rozmowie dwóch rodaków, z przerażeniem odkryłem, że jeden z nich niestety może mieć rację.
Pierwszy z rozmówców zaczął narzekać na rząd i to co się dzieje dookoła, wymieniał nawet konkretne nazwiska i stanowiska i co by z tymi nieszczęśnikami zrobił, gdyby mógł. Drugi natomiast spokojniejszy lekko się uśmiechał wysłuchując obelg i lamentów, po czym zabrał głos. Powiedział, że to wszystko prawa, ale on jest już na wyższym etapie. Nie potrzeba diagnozy, ani nerwów. Wygrażanie też nic nie da poza chwilową poprawą samopoczucia. Stwierdził, że gdyby żył sto lat temu, to bez zmrużenia oka bogaciłby się za wszelką cenę nie zwracając uwagi na burdel dookoła. Ale nasze czasy są bardziej przewrotne. Nie opłaca się być bogatym. Po co tyrać, gdy i tak przyjdzie ZUS, rząd albo inny komisarz i opróżni ci kieszenie albo konto w banku. Nie jest ważne kto, ale wiadomo co się stanie. Bogacenie się zdaniem mądrali w Polsce jest teraz bez sensu. W takiej sytuacji należy obserwować co robią inni bo opłaca się być dziadem. Maksimum zysku - przy minimum ryzyka i zaangażowania w skali mikro, to zdaniem tegoż człowieka sposób na przetrwanie kryzysu. Bo gdy nawet nazbierasz więcej, nie masz najmniejszej pewności, że ktoś nie wymieni pieniędzy pozostawiając cię z bezwartościową makulaturą, a gdy rozniesie się, że jesteś bogaty, zaraz przyjdzie jakaś prywatna inicjatywa i zabierze wszystko, albo każe płacić haracz. Doznałem olśnienia, które wydaje się być oczywiste, Oto spora część wyznawców socjalu postępuje dokładnie w taki sposób, dostosowując się do warunków niczym kameleon do otaczającego go tła. Postępują rynkowo w nierynkowym środowisku. A że pierdzielenie, to pierdzielenie, po co martwić się sprawami, na które i tak nie masz wpływu? Dają – to trzeba brać, jak przestaną – to coś się wymyśli. Podjęcie jakiejkolwiek aktywności, aby poprawić swój los jest nieopłacalne, bo prawdopodobieństwo jego poprawy jest znikome przy dużym ryzyku. Walka z systemem to walka z wiatrakami. Bo aby być Don Kiszonem niezbędna jest odrobina szaleństwa, a poza tym trzeba chcieć walczyć z wiatrakami. Jeśli się nie chce, można przecież stanąć obok wiatraka i oferować swoją fizis i Rosynanta do robienia pamiątkowych zdjęć na tle wiatraku. Sancho ma aparat, a Rufio posłuży za statyw. Wystarczy na tyle, aby zarobić na obiad i piwo w pobliskiej karczmie. Czy trzeba czegoś więcej? Młynarz, gdyby to wiedział pewnie dawno sam wszedłby do spółki, ale nie wie więc opłaca się jeszcze bardziej, bo nie trzeba mu płacić doli za wiatrak. Wielu publicystów (ja też, o ile moje zapiski można nazwać publicystyką) rozpisuje się nad fatalną kondycją Polaków. A tu niespodzianka. Ze społeczeństwem jest wszystko w najlepszym porządku. Ludzie postępują logicznie i prawidłowo. To świat oszalał i dopóki nie wróci on do normalności jakimś sposobem, nikomu nie będzie się chciało i opłacało go naprawiać. Należy oczywiście wziąć poprawkę na sytuację, w której zabraknie chleba lub opału i ludzie wyjdą na ulicę tłuc kogo popadnie, a najlepiej sami siebie. Ale to już są reakcje fizjologicznej samoobrony, w której racjonalna, strategiczna kalkulacja wymięka. Na razie jednak – jak mawiał klasyk – rodacy grają tak, na ile im przeciwnik pozwala, w pełni zdając sobie sprawę z faktu, że zmiana przepisów w czasie trwania meczu, albo kontestacja decyzji sędziego jest bez sensu. Inna sprawa, że mecz się kończy, ale wtedy także przyjdzie potrzeba dostosowania się do nowej sytuacji. Tak więc przemiany nie nastąpią oddolnie. Oddolnie może nastąpić tylko optymalizacja ich skutków. Od zmian lub od trzymania danego kursu są elity, a gdy ich brak to już inny problem. Adam Kalicki

Postawa roszczeniowa

O zgubnym wpływie socjalu na zwoje mózgowe napisano już wiele. Jednym z częściej przywoływanych efektów jest upowszechnienie postawy roszczeniowej wobec całego świata. Oto przykład z życia wzięty.
Poszedłem do sklepu w celu nabycia drogą kupna wytworów pracy bliźnich. Sklep ów, należący do znanej sieci, prowadzi tzw. program lojalnościowy – za każdą wydaną w nim złotówkę przyznaje punkty, które potem przelicza się na bony rabatowe. Szybko wrzuciłem potrzebne produkty do koszyka i ustawiłem się w kolejce do kasy. Przede mną stał facet o fizjonomii w kolorze niedojrzałych truskawek. W pewnym momencie bez słowa poszedł sobie. Jakiś czas później wrócił i, również bez słowa, wepchnął się przede mnie do kolejki. Na końcu języka już miałem kilka złośliwych uwag, gdzie to jest koniec kolejki, ale dałem sobie spokój. Jak to mawiają „po co się kłócić z g... kto jest właścicielem smrodu”. Stojący przed owym facetem ludzie mieli koszyk wypakowany po brzegi. Gość grzecznie ich zapytał, czy mają kartę do zbierania punktów przeliczanych na bony rabatowe, a gdy okazało się, że nie – czy może podłożyć swoją. Zgodzili się. Kasjerka skasowała ich zakupy, potem faceta (znów podłożył kartę) i wreszcie nadszedł mój czas. Pik, pik, produkty kolejno pobudzały czytnik kodów do ćwierkania niczym minister czy inszy urzędnik państwowy. W pewnym momencie kasjerka zapytała, czy mam „kartę na punkty”. Nie miałem. W tym momencie facet z fizjonomią w kolorze niedojrzałych truskawek dostrzegł moje istnienie. Z przymilnym uśmiechem zapytał, rzecz jasna, czy może podłożyć swoją kartę. Czyli – typ traktuje mnie najpierw jak śmiecia, a w zamian chce, żebym się z nim podzielił owocami swojej pracy i dorzucił mu co nieco do punktów, za które dostanie rabat. Pysznie! I w tym momencie obudził się we mnie staropolski warchoł. Krótka odpowiedź „nie!” wprawiła faceta w osłupienie. Niestety, tylko chwilowe. I zaczęło się: „a co panu zależy” etc. Jak bardzo trzeba być ograniczonym / niedorozwiniętym, by nie zrozumieć, co znaczy „nie”? Świadomie dolewałem oliwy do ognia, odpowiadając półsłówkami. Faceta szlag trafiał, dowiedziałem się, że jestem dziwakiem itp. A ja z tej całej sytuacji miałem osobliwą frajdę widząc, jak jego oblicze zmienia kolor z niedojrzałych truskawek na, nomen omen, buraczany. Tłumaczenie oczywistych oczywistości, że jak się kogoś traktuje jak śmiecia, to nie należy wymagać uprzejmości czy dzielenia dobytkiem, uznałem za bezcelowe. No i kwestia elementarna – niby dlaczego mam się dzielić z kimkolwiek swoim kapitałem / pracą? Skoro ktoś tego dotąd nie zrozumiał, to pewnie jest zbyt niedorozwinięty / ograniczony by to w ogóle zrozumieć. Rzecz jasna facet musiał obejść się smakiem. Facet wyszedł ze sklepu ewidentnie wściekły, że ktoś chce dysponować swoim kapitałem wedle własnego uznania i może nie chcieć składać się na rabaty dla jakiegoś chamskiego ciecia, który uważa, że mu „sie należy” i skoro czegoś od kogoś chce, to każdy ma się zgodzić i zaspokoić jego roszczenia. Ale najwymowniejsze jest w tym wszystkim to, że świadkowie całego zdarzenia patrzyli na mnie jakbym to ja wyrządził burakowi krzywdę. Michał Nawrocki Fot.: internet