Tag Archives: Społeczeństwo

Polityka i inne fetysze

Banałem jest stwierdzenie, że utrzymywanie się jakiejś instytucji spowodowane jest wyłącznie przez dominujące nastawienie do niej, przez zestaw kategorii, w jakich ludzie zwyczajowo o niej myślą. Tak długo – i tylko tak długo – jak kategorie te są korzystne, instytucja żyje i zachowuje swą siłę.

Im więcej wiemy, tym wiemy mniej

Przyrost ludzkiej wiedzy jest niezwykłym zjawiskiem, które w miarę jak się nasila, może nieść ze sobą wielkie szczęście. Wiemy więcej niż nasi przodkowie 100 lat temu, a wiedza ta przyczyniła się do niebywałej poprawy standardu życia na całym świecie.

Polityczny analfabetyzm

W pierwotnym zamyśle chciałem pisać o czymś zupełnie innym, wszak dzieje się ostatnio sporo, zwłaszcza za naszą wschodnią granicą - zatem tematów do opisania jest całe mnóstwo. Zważywszy jednak na fakt, że za klawiaturą zastał mnie pierwszy marca, trudno mi było powstrzymać się od chwili refleksji i zadumy.

Biurokracji wykluczenie nie grozi

Blisko 5 milionów złotych. Tyle pochłonie kampania pod hasłem "Równe traktowanie standardem dobrego rządzenia" organizowana przez urząd pełnomocnika do spraw równego traktowania, na czele którego stoi Elżbieta Radziszewska. Akcja skierowana jest bynajmniej nie do "wykluczonych", ale do 85 urzędów administracji rządowej i Państwowej Inspekcji Pracy. "Wsparci" grubymi milionami urzędnicy będą zaliczać konferencję za konferencją, dywagując o dyskryminacji i wykluczeniu. Kampania "Równe traktowanie standardem dobrego rządzenia" ma się zakończyć w grudniu 2012 roku. Jak czytamy w założeniach projektu, "(...) wsparciem objętych będzie: 386 urzędników administracji rządowej i Państwowej Inspekcji Pracy uczestniczących w szkoleniach dotyczących dyskryminacji (w tym 45 wybranych Koordynatorów Równego Traktowania); 680 uczestników 16 seminariów regionalnych; 200 uczestników konferencji tematycznych; 170 uczestników 2 konferencji (inauguracyjnej i zamykającej); 85 instytucji administracji publicznej, których przedstawiciele uczestniczyć będą w szkoleniach, oraz 18 instytucji rządowych objętych badaniem Gender Index". Projekt zakłada również, a jakże, osiągnięcie określonych rezultatów. Należą do nich: "objęcie wsparciem 85 instytucji administracji rządowej; przebadanie 18 instytucji administracji rządowej wskaźnikiem Gender Index, ok. 680 uczestników 16 seminariów regionalnych; ok. 200 uczestników konferencji tematycznych; ok. 170 uczestników konferencji inauguracyjnej i zamykającej; stworzenie Strategicznych Rekomendacji na rzecz Równego Traktowania jako bazy do opracowania Krajowego Programu Działań na rzecz Równego Traktowania; diagnoza zjawiska dyskryminacji w określonych grupach społecznych; wydanie ok. 386 certyfikatów dla pracowników administracji rządowej; przeprowadzenie ok. 1862 godzin szkoleń; utworzenie jednego modelu szkoleniowego dla administracji rządowej w zakresie równego traktowania do wykorzystania dla Oceny Skutków Regulacji i służby przygotowawczej; raport ewaluacyjny; nabycie przez uczestników projektu wiedzy z zakresu równego traktowania i przeciwdziałania dyskryminacji" (źródło: www.efs.kprm.gov.pl). Gdy czyta się powyższe wytyczne, rodzi się zasadnicze pytanie: a gdzie się podziali ci dyskryminowani, nierówno traktowani i wykluczeni?! Przecież to wszystko rzekomo dla nich! Rzekomo. Okazuje się bowiem, że biurokracja wdraża program, który służyć ma tak naprawdę jej samej. Prawie 5 mln zł z pieniędzy podatników (tzw. pieniądze unijne to także nasze pieniądze pochodzące ze składki, jaką Polska musi każdego roku odprowadzać do wspólnego unijnego budżetu) rozpłynie się na - jak słusznie napisano w projekcie - "wsparcie" urzędników oraz tych, którzy zaliczać będą konferencję za konferencją, dywagując o dyskryminacji i wykluczeniu. Czy to jest właściwa droga, by pomagać bliźnim, którym się nie powiodło? Radziszewska to za mało Niedawno w związku z głośnym przejściem z Sojuszu Lewicy Demokratycznej do Platformy Obywatelskiej posła Bartosza Arłukowicza dowiedzieliśmy się, że będziemy mieć kolejnego pełnomocnika premiera, tym razem "do spraw przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu". Tę funkcję pełnić ma właśnie Arłukowicz, awansowany do rangi sekretarza stanu. Mogłoby się wydawać, że urząd pełnomocnika do spraw równego traktowania zagospodarowuje obszar walki z wykluczeniem społecznym. Już sama nazwa urzędu wskazywałaby, że pełnomocnik powinien zajmować się m.in. pomaganiem ludziom, którzy z różnych powodów znaleźli się na marginesie życia społecznego i którzy mogą uważać, że są traktowani gorzej niż inni obywatele, że są dyskryminowani. Widocznie premier uznał jednak (zresztą zgodnie z duchem panującym w Unii Europejskiej), iż pani Radziszewska to zbyt mało, by wykluczonym przychylić nieba, i że potrzebny jest jeszcze jeden urząd, z posłem Arłukowiczem na czele. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tak naprawdę chodzi tu głównie o to, by stworzyć kolejną biurokratyczną strukturę z tabunem nowych urzędników i wyposażyć się w dodatkowe narzędzie do spłacania różnych wyborczych długów. Jakie są zadania nowego pełnomocnika? Bartosz Arłukowicz ma między innymi wzmacniać koordynację działań instytucji rządowych, samorządowych i organizacji pozarządowych zajmujących się szeroko rozumianą polityką społeczną, ma wspomagać organizacje pozarządowe zajmujące się wykluczonymi, dokonać przeglądu działań prowadzonych na rzecz przeciwdziałania wykluczeniu, stworzyć zespół składający się z przedstawicieli instytucji rządowych, samorządowych i pozarządowych, który będzie koordynował działania, rozwiązywał bariery we współpracy tych instytucji oraz podsuwał nowe rozwiązania, by ta współpraca lepiej się układała, ma również reprezentować Polskę na różnych zlotach i konferencjach międzynarodowych podczas trwania polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. Pytanie tylko, czy "wykluczonym" zrobi się od tego wszystkiego lepiej? Czy ich los się poprawi? Czy istotnie, by pomagać ludziom zagubionym, których życie z różnych - mniejsza w tym momencie, z jakich - przyczyn uległo pogmatwaniu, trzeba tworzyć kolejny urząd? Czy konsekwencją wdrażania kolejnych programów i kampanii społecznych, współfinansowanych przez Unię Europejską, naprawdę będzie poprawa losu tych, którym rzekomo mają one służyć? Władza społeczna a władza państwa Albert Nock, amerykański publicysta i filozof, rozróżnił kiedyś dwa rodzaje władzy: władzę społeczeństwa i władzę państwa. W wydanej po raz pierwszy w 1935 roku książce "Państwo - nasz wróg" stwierdził, że państwo ma tyle władzy, ile zdoła jej wyrwać społeczeństwu. "Wszelka posiadana przez państwo władza składa się z tych uprawnień, jakie dało mu społeczeństwo, oraz z tych, jakie od czasu do czasu samo konfiskuje społeczeństwu pod takim czy innym pretekstem" - pisał Nock. Podając przykład Stanów Zjednoczonych, Nock zauważa, że zagrabianie władzy społeczeństwa przez państwo na skalę dotąd w USA niespotykaną rozpoczęło się za czasów rządów prezydenta Franklina D. Roosevelta. To wówczas państwo przyjęło na siebie funkcję opiekuńczą "(...) publicznie ogłaszając doktrynę, że jest ono winne swym obywatelom utrzymanie". Oznacza to, że wcześniej, jeśli w jakiejś społeczności znajdowała się osoba niepotrafiąca poradzić sobie w życiu (dziś powiedzielibyśmy, używając współczesnej nowomowy - była wykluczona społecznie), najbliższe otoczenie dobrowolnie, w geście oddolnej solidarności, mobilizowało własne środki i uruchamiało własne możliwości, by takiej osobie pomóc. Pomoc ta mogła być przyjęta lub odrzucona, nic nie było przymusowe. Można się z rozróżnieniem Nocka na władzę społeczeństwa i władzę państwa zgodzić lub nie, gdybyśmy jednak mogli przenieść się w czasie o - powiedzmy - wiek i zakomunikować żyjącym wtedy ludziom, jak wielkie kompetencje współczesne państwo przydzieliło urzędnikom, dając im szereg uprawnień do ingerowania np. w życie rodziny, to pewnie złapaliby się z niedowierzaniem za głowy. Polakom, którzy przeżyli kilkadziesiąt lat w komunizmie, a obecnie żyją w systemie bardziej przypominającym skorumpowaną republikę bananową aniżeli normalny kraj, oparty na wolnej gospodarce i na rządach prawa, takie rozróżnienie może pachnieć wręcz herezją. "Jakże to tak, jakaś władza społeczeństwa? Przecież odkąd pamiętam, tu zawsze wszystkim zajmowało się państwo"! Tak może myśleć wielu Polaków, którzy nawet nie dostrzegają tego, jak bardzo z dnia na dzień kurczy się ich władza. Ba, pewnie nawet nie uświadamiają sobie, że taką władzę w ogóle mogliby posiadać. Drogo i nieefektywnie Zawłaszczanie coraz to nowych obszarów władzy społeczeństwa przez państwo nie jest procesem bezbolesnym. Odbywa się ono m.in. kosztem zasobności naszych portfeli. To bowiem z pieniędzy podatników finansuje się nowe urzędy, opłaca się kolejnych rządowych pełnomocników, tworzy się przeróżne zespoły, podzespoły, powołuje koordynatorów i komisje do zajmowania się sprawami, które kiedyś stanowiły domenę osób prywatnych, organizujących się w stowarzyszenia dobroczynne czy fundacje charytatywne. Czy mnożenie urzędów, pełnomocników, koordynatorów, wielomilionowe szkolenia to jest właściwa droga, by pomagać bliźnim, którym się nie powiodło? Teraz wyraźniej widzimy znaczenie rozróżnienia, jakiego przed laty dokonał Albert Nock. Kiedyś społeczeństwo samo zajmowało się pomaganiem słabszym, chorym, starszym, posiadało tę władzę, której współczesne państwo niemalże go pozbawiło, a czego najlepszym dowodem jest często padające z ust wielu ludzi stwierdzenie odnoszące się do ubogich: "Niech zajmą się nimi urzędnicy, od tego przecież są". Doświadczenie zarówno europejskie, jak i Stanów Zjednoczonych dowodzi jednak, że pomoc państwa w sferze tzw. polityki społecznej jest o wiele mniej skuteczna niż pomoc osób i organizacji prywatnych. I jest o wiele bardziej kosztowna dla podatników, z których wielu zubaża, spychając ich niejednokrotnie do roli przyszłych beneficjentów państwowej pomocy. To jest również jedna z przyczyn kłopotów gospodarczych, z jakimi borykają się dziś poszczególne kraje Europy. Po prostu zaczynają one zjadać własne ogony. Niestety, dominujące trendy ideowe panujące obecnie w Unii Europejskiej, a znajdujące bezpośrednie odbicie również w naszym prawodawstwie, nie napawają optymizmem. Polityka wysokich podatków, reglamentacja rynku, interwencjonizm państwowy - w sferze gospodarczej, oraz promocja antywartości (dyktatura relatywizmu) - w sferze społecznej i obyczajowej, mogą przyczynić się raczej do pojawiania się nowych problemów, bez rozwiązania tych dotychczasowych. Ale od czego jest współczesne dzielne państwo etatystyczne, z tabunami swoich urzędników, jeśli nie od walki z problemami, które - poprzez postępujące ubezwłasnowolnianie społeczeństwa - samo wygenerowało? Paweł Sztąberek Artykuł ukazał się w "Naszym Dzienniku" z 2 czerwca 2011 roku.

Jednostka a społeczeństwo

 Niedawno temu pewien mój przyjaciel, który z natury jest filozofem, podzielił się ze mną swoją refleksją: "Historia Stanów to historia walki między jednostką a całym społeczeństwem". Kilka dni później inny przyjaciel, równie filozoficznie nastawiony do życia, powiedział coś podobnego: "Zawsze dochodzi do konfliktu między jednostką a społecznością". Często to słyszę. Jednostka i społeczeństwo mają sprzeczne potrzeby i pragnienia. Wydaje się, że to prawda. Ale czy na pewno? Społeczeństwo zasadniczo to regularność, obyczaje i podstawowe zasady międzyludzkiego zachowania. Praktyki te (i ich akceptacja pośród ludzi) są ogromnie ważne w odniesieniu do tego jak ludzie działają i oddziaływają na siebie. Jednak czy istnieje coś takiego jak "społeczeństwo", którego cele są sprzeczne z celami jednostek? Nie wydaje mi się. Społeczeństwo nie istnieje niezależnie od indywidualnych istnień ludzkich. Jak zauważył Ludwig von Mises: Jednostka żyje i działa w społeczeństwie. A społeczeństwo jest niczym innym jak zbiorem współdziałających jednostek.1 Fundamentem który zapoczątkował powstanie społeczeństwa jest po pierwsze to, że praca wykonywana w oparciu o zasadę podziału pracy jest bardziej wydajna aniżeli ta wykonywana indywidualnie, a po drugie rozum ludzki jest w stanie uznać tę prawdę. Innymi słowy społeczeństwo istnieje by służyć jednostkom - a nie odwrotnie. Takie rozumowanie rzuca całkowicie nowe światło na związek między jednostkami a społeczeństwem. Jednak rozumowanie to nie jest czymś nowym. Jednostki już dawno zrozumiały, że mogą zaspokajać swoje rosnące potrzeby tylko poprzez wymianę i łączenie się z innymi. Liczne owoce takiej współpracy - którą opisał David Ricardo prawie 200 lat temu - czynią interakcję społeczną najważniejszym narzędziem jednostki wykorzystywanym do osiągnięcia celów. Oczywiście jednostki mają przestrzegać pewnych reguł podczas współpracy z innymi. Morderstwo, kradzież, defraudacja oraz zastraszanie są sprzeczne ze współpracą. Jednak, jak zauważył Frédéric Bastiat 150 lat temu, jednostki stawiały opór i karały takie przejawy zachowań nawet jeśli prawo wobec nich było niewystarczająco surowe, co oznacza, że taki opór nie bierze się z "umowy społecznej", ale wypływa raczej z "generalnego prawa ludzkiego".2 Niewłaściwym jest interpretowanie tych "praw generalnych" jako pozostających w konflikcie z potrzebami jednostek. Wręcz przeciwnie, prawa te pomagają w osiągnięciu tych potrzeb. Po co więc ta cała dyskusja na temat wiecznego konfliktu między jednostką a społeczeństwem? Myślę, że dzieje się tak ponieważ "dobro wspólne" jest efektywną kartą w politycznej rozgrywce. Wielość schematów rządowych jest usprawiedliwiana dobrem ogółu - nawet jeśli przynoszą korzyści mniejszości. Programy takie jak "przyjazne sąsiedztwo", wspieranie ("rozsądnego") rozwoju, regulacje Federalnego Urzędu Żywności i Leków, szkoły państwowe oraz CPB (Corporation for Public Broadcasting) - wszystkie zostały usprawiedliwione w imię społeczeństwa czy też "dobra wspólnego".3 Opór jest zatem przypisywany "samolubstwu" czy "upartemu indywidualizmowi". To, co programy rządowe mają ze sobą wspólnego to brak zaufania do indywidualnych wyborów w środowisku wolnej wymiany. Próbują narzucić one "nową wizję", zaprojektowaną po to, by zbawić nas od chaosu nieuregulowanego rynku.4 Nie muszę daleko szukać, by dostrzec owoce tego kolektywistycznego geniuszu. Kilka lat temu w naszym mieście lokalny dział modernizacji zdecydował wydać 6,1 miliona $ pochodzących z podatków na postawienie w centrum miasta budynku o przeznaczeniu mieszkalno-biurowym. Lokale mieszkalne jak i komercyjne miały być wynajmowane po "stawkach rynkowych", ale mimo to biurokraci ds. rozbudowy nigdy nie spodziewali się, że projekt ten zarobi pieniądze. Wiemy na pewno, że [projekt] musi być dotowany przynajmniej przez pierwszych 12 lat - powiedział mi w wywiadzie dyrektor komisji modernizacji. Cena po 12 latach miała sięgnąć kilkunastu milionów dolarów nie licząc kosztów budowy. Było to 4 lata temu. Pięciopiętrowy budynek stoi obecnie w centrum miasta, zaledwie kilka bloków od mojego biura. Mieści się tam mała pizzeria, niezależna księgarnia oraz lokale mieszkalne. Na dodatek ma obrzydliwy żółty kolor. Rzeczywiście "przyjazne" sąsiedztwo. Piękno dobrowolnej wymiany i wolnego rynku polega na tym, że pozwala konsumentom w sposób pokojowy lokować środki według własnego uznania. Mises nazwał to "rządami konsumentów". Miliony dolarów zmarnowanych na "projekt rewitalizacji" naszego miasta mogły zostać wykorzystane na potrzeby konsumentów. Jednak to niezależne jednostki, a nie rządowi planiści, powinny określić te inne potrzeby. Dla planistów to zawsze jest problem. Bastiat ładnie podsumował stanowisko planistów kiedy napisał: Podczas gdy ludzkość zmierza ku złu, legislatorzy tęsknią za dobrem; kiedy ludzkość podąża ku ciemności, legislatorzy aspirują do oświecenia; gdy ludzkość przyciąga niemoralność, legislatorzy ciągną do cnoty. Odkąd zdecydowali o takim stanie rzeczy domagają się użycia siły, aby zastąpić skłonności rasy ludzkiej własnymi.5 Arthur E. Foulkes (9 lipca 2007) tłum. Agnieszka Łaska Przypisy: 1. Ludwig von Mises, Human Action 2. Frederic Bastiat, Harmonia gospodarcza 3. Administracja Clinton'a zaproponowała wydanie 1,7 miliarda dolarów na programy mające na celu promocję "przyjaznego sąsiedztwa" - czyli zaplanowane społeczności z "wielofunkcyjnymi centrami", "przestrzeniami zieleni" - wszystko dla "dobra wspólnego". 4. Gore 5. Frédéric Bastiat, Prawo (Arthur E. Foulkes jest niezależnym autorem z Indiany. Artykuł pochodzi z magazynu "Ideas on Liberty". Publikujemy go za zgodą Wydawcy oraz dzięki Polish-American Foundation for Economic Research and Education)