Tag Archives: sport

Polska i Meksyk – dwie remisujące reprezentacje, które zawalczą dziś o wygraną!

Mecz Polski z Meksykiem jest okrzykniętym jako jeden z lepszych, które kibice będą mieli okazję oglądać. Dzieje się tak z kilku względów. Po pierwsze, dla obydwu reprezentacji będzie to ich ostatnie spotkanie w tym roku, dlatego kadry na pewno szykują się na batalie i pokazanie tego, co mają najlepsze w swoich szeregach, po drugie, obie reprezentacje w ostatnich meczach towarzyskich zremisowały, dlatego będą chciały pokazać swoją siłę tym razem.

Igrzyska w cieniu polityki

Igrzyskom Olimpijskim zawsze towarzyszyła wielka polityka. Tak było w 1936 roku w Berlinie czy też w 1980 roku w Moskwie i cztery lata później w Los Angeles. Tak było również przed ośmioma laty w Pekinie, kiedy rosyjskie czołgi wjechały do Gruzji. Decyzja Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl) w sprawie dopuszczenia reprezentacji Rosji do startu w igrzyskach w Rio też będzie miała charakter polityczny i będzie ze sobą niosła polityczne skutki.

Państwo zabija sport

Rozpoczęły się Igrzyska Olimpijskie w Soczi. Przez cały czas trwania imprezy będziemy bombardowani, poprzez media głównego nurtu, propagandą sukcesu – trąbiącą ile to medali nie przywiozą nasi herosi, jaki to nasz sport zimowy nie jest silny, jakie szanse, jakie perspektywy… bajki dla dzieci do lat trzech to przy tym naprawdę rzeczywista sprawa. Oczywiście skończy się to wszystko jak zwykle: kilkoma krążkami i kupą śmiechu.

Finansowanie sportu z gier hazardowych

Większość z nas, chociaż raz w życiu zapragnęła wzbogacić się poprzez gry organizowane przez bukmacherów. Jednym szczęście sprzyja bardziej, innym mniej, to normalne zjawisko. Czy jednak wypełniając kupon zastanawialiście się Państwo, gdzie wędrują Wasze pieniądze, które przegrywacie? Tak, zdecydowana większość firm o charakterze hazardowym lokuje swoje konta w tzw. rajach podatkowych.
Istnieją jeszcze miejsca na ziemi, gdzie ludzie rozumieją, że kapitał i inwestycje można przyciągać za pomocą podatków, a raczej kompletnym ich brakiem. Grupę tychże krajów stanowią zazwyczaj takie, które nie mogą poszczycić się jakimś ekonomicznym i strategicznie ważnym bogactwem. Przyciągają więc i kuszą niskim opodatkowaniem w zasadzie nie osiągalnym dla państw wysoce uprzemysłowionych. Do rajów tych należą np. Malta (państwo UE), Monako, Liechtenstein. Nie mogąc wspomagać globalnego rozwoju w żaden inny sposób postanowiono chociaż mu nie przeszkadzać i sprowadzać do siebie pieniądze wielkich grup kapitałowych, oferując im legalne zarejestrowanie usług. Czy jest w tym coś złego, że firmy wolą uciekać ze swoimi zarobkami do tychże państw? Jedni powiedzą że nie ma w tym nic złego, inni że to nie etyczne, bo każdy powinien płacić podatki u siebie. Myślę, że raczej racje mają ludzie, którzy lokują swój kapitał tam, gdzie przynajmniej wiedzą, że nikt im tego nie ukradnie i spokojnie mogą gromadzić swoje środki. Dokładnie tydzień temu w środę media poinformowały, że jedna z firm bukmacherskich działających na terenie Polski i tutaj zarejestrowana podpisała umowę z czołowym piłkarskim klubem w kraju. Mniejsza o kwotę, jaką klub zarobi na pokazywaniu się w towarzystwie firmy. Głównie chodzi o nagłośnienie sprawy, którą poruszył przedstawiciel tej firmy, że działają na granicy opłacalności ze względu na…podatki i zagraniczną konkurencję. Można przyjąć, że polskiej firmie zależy na zmniejszeniu opodatkowania, bo trudno przyjąć, żeby zależało jej na czymś innym. Wyobraźmy sobie, że jakimś trafem Ministerstwo Finansów zmieni przepisy odnośnie działalności hazardowej i wprowadzi taki sam procent opodatkowania dla firm rodzimych. Nie trzeba eksperta, żeby wiedzieć iż firmy te zarabiałyby więcej i więcej mogłyby inwestować w sport i wszystkie jego dyscypliny. Większe z kolei nakłady, to większe sukcesy i większe zainteresowanie. Koło się więc kręci i napędza. Największy klub piłkarski świata posiada na koszulkach sponsora, który zarejestrowany jest w takim właśnie raju i jakoś nie słychać, że brzydzą się ofiarowywanych im środków z tytułu współpracy. Jakoś nikt nie mówił przy podpisywaniu umowy, że to nieetyczne. W Polsce takie coś nie miałoby prawa bytu. U nas jest zakaz finansowania sportu przez firmy bukmacherskie, które zarejestrowane są w innych częściach świata. O kolosalnych stratach dla naszych sportowców również głośno nikt nie mówi. Dlatego dobrze się stało, że przedstawiciel legalnie zarejestrowanej w kraju firmy wyraził się o całym zdarzeniu i nagłośnił sytuację, która jest kuriozalna. To nic, że chodziło mu zapewne o coś innego jak zdjęcie z siebie podatków, bo to przecież politycznie niepoprawne ale zamysł jest jak najbardziej w dobrym kierunku. Szkoda, że kolejne rządy zamiast pomóc wszelkim organizacjom uzyskiwać, zarabiać i powiększać konta woli przeznaczać premię dla swoich nieudolnych urzędników. Cała etyka rządowa! Norbert Gałązka

Urzędnik = szkodnik

Znów fatalne wieści ze świata sportu. Po finansowym upadku Łódzkiego Klubu Sportowego, teraz nadchodzi czas na warszawską Skrę. Instytucje, przez które przewinęło się dziesiątki, żeby nie powiedzieć setki wybitnych sportowców nie wytrzymują próby czasu i kończą długoletnią działalność. O ile los piłkarskiego ŁKS związany ściśle jest z zadłużeniem wobec swoich byłych pracowników, to Skra przegrywa batalię o swoje „życie” z ekonomią, jak również …ze stołecznymi urzędnikami!
Okazuje się bowiem, o czym informowała ostatnio jedna z głównych stacji telewizyjnych, że były możliwości modernizacji ogromnego stadionu Skry przez prywatnego inwestora, który w zamian za pracę na rzecz klubu, chciał wywiesić pokaźnych rozmiarów banner reklamujący swoje usługi.. Niby nic strasznego, jednak zabolało to Urząd Miasta, który ogłosił samowolę budowlaną! Trudno pojąć taką decyzję zważywszy na fakt, że trybuny tego klubu od wielu lat raczej straszą niż przyciągają. Nasuwa się pytanie, dlaczego Ratusz blokuje tak gigantyczne decyzje najbardziej zainteresowanych stron? Czy nie lepiej jest oddać teren dla ludzi chcących stworzyć coś, co przyniesie korzyść i przede wszystkim radość mieszkańcom stolicy? Przecież stadion ten, gdyby doprowadzić go do stanu używalności jest w stanie sprowadzić do miasta największe dosłownie imprezy sportowe głównie o charakterze lekkoatletycznym, bo z tym najbardziej jest kojarzony. Niestety kolejny raz odczujemy brak wyobraźni ze strony osób, którym powinno zależeć aby coś w stolicy ulepszyć, poprawić i zostawić następnym pokoleniom. Osoby te zapominają, że przysłowiowa „wędka” może posłużyć za bodziec rozwojowy. Zamiast wypłacać sobie niebotyczne premie, nieadekwatne do swoich działań (zarówno w UM, jak i Ministerstwie Sportu) lepiej byłoby nakłady te przeznaczyć na jakiś drobny impuls w kierunku normalności. Zapewne jednak tradycyjnie chodzi o grunty i sprzedaż ich jakiemuś deweloperowi budującemu mieszkania dla klasy uprzywilejowanej. Norbert Gałązka

Minister Mucha na bezrobocie bez prawa do zasiłku

Pani Minister Sportu Joanna Mucha ogłosiła, że: ”Finansowanie będzie przeznaczone na wyraźnie i ściśle określone zadania i po spełnieniu określonych warunków. W gronie kluczowych dyscyplin znalazły się: kajakarstwo, kolarstwo, lekkoatletyka, narciarstwo, pływanie, podnoszenie ciężarów, wioślarstwo, zapasy i żeglarstwo.
Gry zespołowe zostały podzielone na dwie grupy. Wysokie finansowanie będą miały związki reprezentujące: koszykówkę, piłkę ręczną, siatkówkę i piłkę nożną. Pozostałe będą musiały poszukać strategicznych sponsorów." Zatem będą równi i… równiejsi. Ja natomiast mam znacznie lepszy pomysł... Należy zlikwidować Ministerstwo Sportu, a  Panią Minister z całą armią urzędników wysłać na bezrobocie bez prawa do zasiłków! Tak zaoszczędzone środki wystarczą na wszystkie dyscypliny sportu, a zwłaszcza na kulturę fizyczną dla dzieci i młodzieży. Sport, to zdrowie, a zatem powinien należeć do kompetencji Ministerstwa Zdrowia. Czyli w każdym żłobku, w każdym przedszkolu, szkole podstawowej i średniej powinien być zatrudniony na etacie nauczyciel wf, a raz w tygodniu lekarz sportowy, który będzie kontrolował prawidłowy rozwój dzieci i np. zalecał gimnastykę korekcyjną lub zajęcia na pływalni itd. itp. W gimnazjach, technikach i liceach lekarze sportowi powinni leczyć drobne kontuzje młodzieży rozpoczynającej intensywne treningi sportowe, a także wskazywać np. które stawy należy dodatkowo chronić przy danej dyscyplinie sportu. Na wyższych studiach zajęcia wf powinny być codziennie,  bez względu na rodzaj uczelni. Polacy zasługują na prawdziwą kulturę fizyczną, a nie na propagandę pseudo-reform serwowanych przez biurokratów z Ministerstwa Sportu. Jak będziemy wychowywać w zdrowym sporcie od żłobka do wyższych studiów, to talenty i mistrzowie sami się wyłonią, a pieniądze na sport wyczynowy znajdą się w Ministerstwie Finansów i nie potrzeba kosztownych pośredników w postaci Ministra ( lub Ministry)  Sportu i całej dywizji biurokratów pod jej komendą. Rajmund Pollak

Myślenie polityczne, czyli będzie jeszcze nieźlej

Jak głosi mądrość ludowa, pesymista to też optymista, tylko dobrze poinformowany. O tym, że coś musi być na rzeczy można przekonać się czytając wpis prof. Krzysztofa Rybińskiego podsumowujący radosne wydarzenie, jakim było spłacenie długów dekady Gierka. Profesor leje zimną wodę na głowy uszczęśliwionego ludu pracującego i bezrobotnego miast i wsi, że długi epoki Gierka poszły na przemysł, a Tuska, rosnące w identycznym tempie – na infrastrukturę i stadiony; że połowę długu epoki Gierka nam darowano, a długi epoki Tuska trzeba będzie spłacić w całości; że dynamika demograficzna spowoduje, iż długi Tuska będzie spłacić znacznie trudniej. Wreszcie, że do oficjalnego zadłużenia nie wlicza się gigantycznego długu w ZUS.
Długi te spłacać będą przyszłe pokolenia, również jeszcze nienarodzone, a ponieważ  najjaskrawiej ochrona życia poczętego zapisana jest w prawie spadkowym, które głosi, iż „dziecko poczęte uważa się za już narodzone, o ile chodzi o jego korzyści” (a skoro korzyści, to dlaczego nie zobowiązania?), więc strach pomyśleć, co to będzie, gdy z czarnowidztwem prof. Rybińskiego zapozna się Rzecznik Praw Dziecka. Jeszcze urząd ów gotów dojść do wniosku, że takie zadłużanie obecnych i przyszłych nieletnich jest sprzeczne z art. 72 ust. 1 Konstytucji RP głoszącym, iż Rzeczpospolita Polska zapewnia ochronę praw dziecka. Każdy ma prawo żądać od organów władzy publicznej ochrony dziecka przed przemocą, okrucieństwem, wyzyskiem i demoralizacją. I co wtedy? Zasadniczym błędem popełnianym przez prof. Rybińskiego i wielu innych komentatorów polskiej polityki jest to, że nie dość, iż myślą, to jeszcze myślą logicznie, często odwołując się do wiedzy. O tym, że ani logika ani wiedza nie mają żadnego znaczenia w polskiej polityce przekonują nas chociażby kolejne błyskotliwe kariery: polonistka Pitera walcząca z korupcją, geodeta Grad nadzorujący polski program nuklearny czy ministra sporta doktora Mucha. Analizując polską politykę należy się przestawić na myślenie polityczne. Czyli wyzwolone od wszelkiej logiki, o wiedzy już nie wspominając. Weźmy dla przykładu Basen Narodowy Morskie Oko. Malkontenci, nie wyłączając niżej podpisanego, marudzili, że poza organizowaniem imprez piłkarskich i różnych dożynek kultury, do niczego innego się on nie nadaje. Tymczasem okazuje się, że może być wykorzystywany bardziej wszechstronnie, niż to się komuś mogło marzyć. Dzięki innowacyjnym rozwiązaniom technicznym nasze orły błotne mogą na nim trenować nie tylko piłkę nożną, krykieta czy badmintona, ale również, zależnie od aury: piłkę wodną, pływanie, pływanie synchroniczne, kajakarstwo górskie (na schodach i trybunach), windsurfing, łyżwiarstwo figurowe, hokej, bojery, saneczkarstwo (schody i trybuny), i diabli wiedzą co jeszcze. W odwodzie, na wypadek gdyby jakiś sabotażysta naoliwił zębatkę i znalazł korbkę do zamykania dachu, mamy jeszcze podziemny obiekt „Metro Powiśle”, który normalnie może służyć do krioterapii, zaś po zastosowaniu grzałek – jako pływalnia. Dzięki takiej wszechstronności sportowców możliwe będzie zlikwidowanie tych wszystkich PZPN – ów, MKOl – i i innych „polskich związków” oraz zastąpienie jednym – Polskim Związkiem Sportu Specjalnej Troski. I już pierwsze korzyści dla budżetu, w postaci sprzedaży nieruchomości i nieodzownego podatku od czynności cywilno – prawnych, czyli 2% wartości transakcji. Dla kibiców też wygoda – cały bardak w jednym miejscu. W dodatku nie trzeba będzie szkolić sportowców odrębnych specjalności – nasza wszechstronna kadra pokona każdego przeciwnika, nie wyłączając samej siebie. Wypuszczona na zagraniczne tourné wróci z worem nieamberowych medali. Wtedy wystarczy twórczo rozwinąć ustawę o opodatkowaniu wydobycia państwowych kopalin o zapis o opodatkowaniu zdobywania medali z kopalin, i znów kaska leci. A po pewnym czasie nacjonalizacja wyrobów z kopalin, należących wszak do państwa. Skoro kopaliny należą, to czemu  nie wyroby? Walnie to co prawda we wszystkich, ale za to będzie dość money na spłatę długów, ratowanie strefy euro, a i zostanie za co wypić i zakąsić przy okazji wręczania medali i okolicznościowych dyplomów uznania za drania. Że to niemożliwe? Cieć Anioł z kultowego serialu „Alternatywy 4” (epoka gierkowska) mówił, że u nas, w Pułtusku, nie takie numery żeśmy robili. A nikt nie zaprzeczy, że przy Tusku, to cieć Anioł cienki Bolek jest. Michał Nawrocki Fot.: internet

Najpierw prawy sierpowy, a potem lewy prosty!

Polski sport przeżywa głęboki kryzys m.in. za przyczyną  drugiej kadencji rządów koalicji PO-PSL. Po kompromitacji naszych piłkarzy na Euro 2012 przyszła kolej na słaby występ większości z ponad 200 reprezentantów na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie. Począwszy od przereklamowanych tenisistek, to praktycznie nie ma dyscypliny, którą można byłoby nazwać polską szkołą sportu. Kompletnie zaniedbano pływactwo, w szermierce zapomniano, że to jest sport walki, a nie płaczu po porażkach, KRYZYSU W ZAPASACH NIE ZASŁONI JEDEN BRĄZOWY MEDAL, natomiast gry zespołowe   reprezentowały Polskę  w Londynie tylko w wydaniu  siatkarzy halowych, którzy zapomnieli, że aby zdobyć medal, to trzeba najpierw wygrać w ćwierćfinale. Lekkoatleci, z wyjątkiem Tomasza Majewskiego i Anity Włodarczyk nie spełnili pokładanych nadziei. Kajakarze zawiedli, a kolarze  pokazali jaki jest faktyczny poziom polskiej gospodarki ery Tuska i Pawlaka.
Jedyną grupą, która spełniła pokładane w nich oczekiwania byli ciężarowcy, którzy zdobyli jeden złoty i jeden brązowy medal. Miłą niespodzianką był również  srebrny medal Sylwii Bogackiej w strzelectwie, ale potem już żaden strzelec ani łucznik nie poszedł w jej ślady. Jak uzdrowić polski sport? Najlepiej byłoby zmienić rząd, jednak poważnie zagraża nam sytuacja, że ta ekipa będzie kurczowo trzymać się swoich stołków aż do końca kadencji. A zatem co robić, aby za cztery lata w Brazylii nie było jeszcze gorzej? Otóż należy zacząć od prawego sierpowego, a potem wyprowadzić lewy prosty! Kiedyś wizytówką polskiego sportu był bowiem boks! Przypomnę te piękne lata: Olimpiada w Londynie 1948 rok, kiedy jedyny medal dla Polski ( brązowy) zdobył bokser Aleksy Antkiewicz – waga piórkowa. Potem w Helsinkach w 1952 roku połowę medali zdobytych przez Polskę wywalczyli bokserzy. Jedyny złoty medal zdobył Zygmunt Chychła w wadze półśredniej, natomiast srebrny Aleksy Antkiewicz w wadze średniej. W 1956 roku w Melbourne znowu dwaj polscy bokserzy Henryk Niedźwiedzki i Zbigniew Pietrzykowski  stanęli na podium Igrzysk Olimpijskiech zdobywając brązowe medale. Olimpiada w Rzymie 1960 roku to już aż 7 medali polskich bokserów: jeden złoty - Kazimierza Paździora - waga lekka, trzy srebrne (m.in. Zbigniewa Pietrzykowskiego) i trzy brązowe (m.in. Mariana Kasprzyka). Potem w 1964r. w Tokio padł rekord, bo polscy bokserzy zdobyli aż  3 złote (Józef Grudzień, Jerzy Kulej, Marian Kasprzyk), jeden srebrny ( Artur Olech) i trzy brązowe ( m.in. Zbigniew Pietrzykowski). Łącznie z  Igrzyskami  w Barcelonie w 1992 roku, polska szkoła boksu przyniosła nam aż 43 medale olimpijskie, w tym 8 złotych, 9 srebrnych i 26 brązowych. Tylko lekkoatleci mogą się poszczycić większym dorobkiem. Boks jest dyscypliną sportu stosunkowo tanią i nie wymaga budowy stadionów za dziesiątki milionów, ani wymiany trawy na boiskach. Ktoś powie skąd wziąć zawodników? Przede wszystkim spośród kibiców piłki nożnej. Zamiast tworzyć na stadionach piłkarskich sale sądów doraźnych należy ustawić tam ringi. Chętnym na „ustawki” rozdać rękawice bokserskie i zorganizować nabór do klubów bokserskich. Chcą się bić? Niech to robią sportowo na ringach bokserskich, a już w Rio de Janeiro w 2016 roku będą mogli zdobyć medale olimpijskie i zostać bohaterami, zamiast trafiać do aresztów. Nie będę pisał, którzy z naszych dawnych medalistów olimpijskich siedzieli w kryminale za uliczne bójki, bo dla społeczeństwa dużo bardziej pożytecznym było i będzie, jeżeli bijatyki zamiast na stadionach i ulicach będą  odbywały się na ringach bokserskich. Jeszcze jedno jest ważne. Boks uczy pokory i walki zgodnej z przepisami bez uderzeń poniżej pasa, stosowanych tak często we współczesnej polityce. Jednak, aby to wszystko zorganizować, to potrzeba odrobinę cywilnej odwagi, której najwyraźniej brak naszym decydentom. Rajmund Pollak

Piłka kopana z gałgana

W zamierzchłych czasach, kiedy uczęszczałem do szkoły podstawowej większość moich kolegów po lekcjach biegła kopać piłkę. Zresztą nie tylko po lekcjach – zdarzało się i na przerwach, i w niedzielę i na... wagarach. Namiętność do piłki kopanej była zadziwiająca, choć warunki były trudne – jak to za komuny. Nie było w okolicy ani jednego przyzwoitego boiska – grano na zaadaptowanych do tego celu łąkach i nieużytkach. Z podprowadzonych z pobliskiego lasu okrąglaków robiono bramki, trawa w połowie pierwszego meczu przestawała istnieć i piłkę kopano w kłębach kurzu lub w błocie. Często bramki zastępowano tornistrami, patykami lub kamieniami. Granice boiska wysypywano żółtym piaskiem, ale najczęściej ich nie było – grano „na oko”. Najbardziej osobliwym z takich boisk było to zaimprowizowane w lesie – rosły na nim drzewa, a gracze uwijali się piłką wokół nich. Pamiętam, że raz widziałem tam mecz rozgrywany pomiędzy świeckim a zakonnikami – ci ostatni grali w... sutannach! Gromada zdyszanych, spoconych i obficie pokrytych pyłem zakonników bardziej przypominała zgraję diabłów niż duchownych katolickich – do końca moich dni nie zapomnę tego widoku! Nie lepiej sprawa wyglądała z piłkami – mało, kto miał taką prawdziwą do piłki nożnej – była kosztowna, trudna do zdobycia i stanowiła, dla wielu, niedosiężny obiekt pożądania. Grano, czym popadło – traciły tam życie piłki do siatkówki, jakieś gumowe, dziecięce, a w mniej zasobnych rejonach spotykało się kule zrobione ze szmat, gałganów i sznurka, które zastępowały piłkę. O butach, strojach sportowych w ogóle nie było mowy. Grano zazwyczaj w codziennych ubraniach, czasem strojach od wuefu. Na nogach mieli nieśmiertelne trampki, czasem tenisówki, a najczęściej zwykłe buty. Pomimo tak trudnych warunków piłkę kopano wówczas masowo, namiętnie, a graczom sprawiało to sporo frajdy. Jak sprawa wygląda dziś? Są w Puszczykowie dwa pełnowymiarowe boiska (w tym jeden stadion) z pełną infrastrukturą, równiutkie jak stół z pięknie utrzymaną trawą liniami, szatniami, natryskami, oświetleniem i wszystkim, co potrzebne. Koszt wstępu 0 zł, a i piłki ci chętnie użyczą. Wśród profesjonalnych markowych piłek, butów, strojów można przebierać w sklepach jak w ulęgałkach - - niedrogo – Wolny Rynek robi swoje. Nie stać kogoś na strój, buty itp.? Żaden problem! Zapisz się do klubu przy UM Puszczykowa i wszystko dostaniesz! Mało? Dwa boiska? Bardzo proszę – wybudowali trzecie! Orlika. Również w pełni profesjonalne – z pełną infrastrukturą, a oświetlone jak stadion narodowy! Mało? Proszę bardzo – przy szkołach (w tym przy liceum sportowym) są kolejne boiska (już mniejsze) korty tenisowe, boiska do koszykówki itp. Mało? Właśnie (po sukcesach polskiej reprezentacji) powstało zrobione z rozmachem boisko do siatkówki i koszykówki. Grać nie umierać! Rewelacja! Prawda? Tylko, że niemal nikt z tych cudów nie korzysta... Stoją puste i smętne, chociaż kosztowały podatnika ciężkie pieniądze. Dlaczego? Przecież są ogólnodostępne i bezpłatne. Ano, dlatego, że wymyślili je, zaprojektowali i wybudowali moi rówieśnicy w młodości namiętnie grający w piłkę byle gdzie, w byle, czym i byle, jaką. Kopali piłkę, bo co mieli robić? Nie było komputerów, internetu, komórek, DVD, telewizji kablowej i satelitarnej, centrów handlowych, klubów, pubów i dyskotek, czasopisma ocenzurowane do poziomu gazetki szkolnej nadawały się jeno do zmniejszenia deficytu papieru higienicznego, którego notorycznie brakowało. A uprawianie sportu to jednak zawsze pewien wysiłek – mało, komu chce się go podejmować, gdy innych sposobów spędzania wolnego czasu zatrzęsienie. Śmieszy mnie, kiedy słyszę, że młodzież „chuligani”, bo nie ma możliwości kulturalnego spędzania wolnego czasu, nie ma gdzie wyładować nadmiaru energii i powinna na boiskach kopać piłkę. Takie głupoty mogą wygadywać tylko takie stare pryki jak piszący te słowa – pamiętają tylko swoje boisko na łące i uważają, że młodzież nie marzy o niczym innym jak dobre boisko i piłka. Pojawienia się komputerów, intenetu itp. jakoś nie zauważyli – zatrzymali się w rozwoju na poziomie trampka i piłki z gałganka. Niestety nas, podatników, ich zacofanie kosztuje fortunę. Zresztą, z moich obserwacji wynika, że młodzież dziś „chuligani” mniej niż wówczas, a o „nadmiar energii” też trudno ją, niestety, posądzać - nauki mają o wiele więcej niż poprzednie pokolenia – trzeba opanować obce języki, komputery i całą masę spraw, o której archaiczni kopacze piłek gałgankowych nie mieli bladego pojęcia. Ciekawe tylko, co obecne pokolenie będzie budowało swoim następcom, kiedy przejmie po nas władzę? Oj ciekawe! Mariusz Waszak Przedruk tekstu ze strony http://mariusz.waszak.pl za zgodą Autora. Foto: http://mariusz.waszak.pl

Debata PROKAPA: Sport i pieniądze

Korzystając z okazji wyborów samorządowych, jako uważny w swoim mniemaniu kibic sportowy ze szczególną uwagą nasłuchiwałem, czy którykolwiek z kandydatów do rządzenia w magistratach ma jakieś ciekawe rozwiązania. Okazało się, że tematyka i zagadnienia związane z tą dziedziną życia pozostają odsuwane w głęboki cień. Przynajmniej w większości wypadków. W czasach i mrokach ciemnych, czyli sprzed 21 lat problemu z tym nie było, ponieważ prosperujące jeszcze wtedy zakłady finansowały codzienną, bieżącą działalność klubów sportowych z pieniędzy państwowych, z pieniędzy, które sobie wypracowywały. Realia dnia dzisiejszego są takie, że kluby sztucznie wówczas utrzymywane przy życiu, dziś w starciu z gospodarką rynkową po prostu usychają, żeby nie powiedzieć czegoś więcej. Opuszczona infrastruktura tychże podmiotów, ich stopień zaniedbania raczej odpycha niż przyciąga potencjalnych inwestorów w wyłożenie pewnych nieokreślonych nakładów finansowych. Przykładów wymieniać nie trzeba, gdyż każdy się z nimi zetknął. W związku z tym, że były wybory, to chciałbym poznać punkt widzenia czytelników "prokapa" w sprawie dofinansowania owych podmiotów użytku publicznego- czytaj klubów sportowych. Osobiście uważam, że miasta, gminy powinny zachęcać prywatnych "sponsorów' do ewentualnego wsparcia powszechnie nazywaną metodą wędki. Wędka ta powinna stanowić fachową modernizację podupadłych obiektów i udowodnienia, że obiekty te będą "żywe". Tak, tak wiem, że jest to forma ingerencji państwa, jednak trudno oczekiwać aby "prywatny kapitał" był zdolny do milionowych wydatków, a o takich trzeba mówić przy budowie nowoczesnych stadionów, hal itp. Kolejnym etapem byłoby oddanie w wieloletnią dzierżawę tychże obiektów wszystkim tym, którzy chcieliby i byliby zainteresowani tego rodzaju inwestycją. Korzyści takiej działalności wydają się być dobre i sprawiedliwe dla każdej ze stron. Zapraszam do przedstawienia swoich uwag i własnego punktu widzenia, ponieważ to istotny problem. Norbert Gałązka

Euro 2012 – sukces czy porażka?

18 kwietnia 2007 roku Unia Europejskich Związków Piłkarskich (UEFA) zdecydowała, że Mistrzostwa Europy w piłce nożnej zorganizuje Polska i Ukraina. Polaków i Ukraińców ogarnęła wielka euforia i radość. Wszyscy z pewnością byliśmy szczęśliwi z tego, że niedługo będziemy gospodarzami jednej z najbardziej prestiżowych imprez na świecie. Minęły już ponad 3 lata od tej ważnej dla nas decyzji. Jak wykorzystaliśmy ten okres, co nam się udało, a czego nam jeszcze brakuje? Budowa stadionów i dróg Jest rzeczą oczywistą, że aby przygotować się do tak prestiżowej imprezy, potrzebne są stadiony, mogące pomieścić dużą liczbę kibiców, potrzebne są odpowiednie drogi, by ludzie w miarę szybko mogli dotrzeć na ciekawe mecze. Jak nam idzie budowa tych strategicznych przedsięwzięć? Kiedy patrzy się, jak na naszych oczach powstają ogromne stadiony, budują się kolejne kilometry autostrad można odnieść wrażenie, ze wszystko idzie w dobrym kierunku. Tymczasem Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła, że powołana przez rząd spółka do organizacji Mistrzostw Europy, PL.2012 trwoni pieniądze. Na 71 pracowników tej spółki aż 30 zalicza się do kadry kierowniczej. Ponadto wydatki tejże spółki ciągle rosną. Dziś przekraczają już 22 mln zł. Z raportu NIK wynika, że aż 52 ze 127 skontrolowanych przez nią inwestycji ma opóźnienia w stosunku do harmonogramu z 2009 roku. Dotyczy to przede wszystkim dróg ekspresowych oraz inwestycji komunikacyjnych w miastach. Kiedyś oglądałem konferencję prasową byłego ministra sportu Mirosława Drzewieckiego, który z dumą prezentował dziennikarzom, w jaki sposób doprowadził do rozpoczęcia budowy tylko jednego stadionu Narodowego w Warszawie. Pokazał on dużą salę, w której znajdowały się całe stosy segregatorów z papierami, potrzebnymi do tego, by wybudować jeden stadion. To pokazywało jednoznacznie, jak wiele papieru należy zużyć i jak wielu urzędników państwowych należy zatrudnić tylko po to, by można było zacząć budowę jednego obiektu sportowego. Polski rząd postanowił upaństwowić Euro 2012. Państwo zatrudniło ogromną rzeszę urzędników po to by ci zorganizowali ogromną imprezę piłkarską. A wiadomo przecież, że jak państwo za coś się bierze, to od razu jest drożej i dłużej. I jakby tego było mało na to wielkie przedsięwzięcie złożą się wszyscy podatnicy, także ci, którzy nie interesują się Mistrzostwami Europy w piłce nożnej. Można było przecież oddać budowę stadionów i dróg firmom prywatnym, bez udziału państwa. One z pewnością zrobiłyby to lepiej, dokładniej i na czas. Nie jest nam potrzebna żadna spółka, która jak twierdzi NIK marnuje nasze pieniądze. Jak tam nasza forma? Euro 2012 to nie tylko sprawy organizacyjne. To przede wszystkim walka europejskich reprezentacji narodowych o tytuł mistrza starego kontynentu. Czy Polska ma szansę daleko zajść w tych mistrzostwach? Patrząc na nasze dotychczasowe dokonania na mundialu w 2002 i 2006 roku, a także na Euro 2008 można mieć wątpliwości, czy uda nam się chociaż wyjść z fazy grupowej. Jak przedstawia się sytuacja w polskiej piłce nożnej? Jeśli chodzi o naszą reprezentację, to nie wygrała ona żadnego meczu od 3 marca, a spotkania z Hiszpanią i Kamerunem okazały się totalną klęską. Nasze polskie kluby piłkarskie też kompromitują się w Europie. Po raz kolejny nie ma polskiej drużyny w Lidze Mistrzów, a do Ligi Europejskiej z trudem dostał się jedynie Lech Poznań. Można się zapytać, dlaczego ciągle przegrywamy, dlaczego mimo wielu sponsorów ciągle nie ma efektów w postaci wygranych meczów? Najprościej jest powiedzieć, że przegrywamy mecze, ponieważ jesteśmy słabsi od przeciwników. Myślę jednak, że przyczyna tkwi w czym innym. Nie jest przecież dla nikogo tajemnicą, że korupcja w naszej piłce nożnej to norma, nawet po zatrzymaniu słynnego „Fryzjera”. Jeśli piłkarze wiedzą o tym, że mecze z góry są ustawione, to nie starają się nawet walczyć o zwycięstwo. Przestają być zawodnikami, a stają się aktorami. Zgodnie ze scenariuszem strzelają bramki, ale w ten sposób nie rozwijają się. I kiedy przychodzi rozegrać ważny mecz, którego nie można już kupić, zaczynają się problemy. Nasza piłka nożna ma się źle nie tylko ze względu na korupcję, ale z powodu zbyt dużych wynagrodzeń piłkarzy. Zarabiając zbyt dużo za słabe efekty piłkarskie zawodnicy dochodzą do wniosku, że tak ma być. A przecież pieniądze w sporcie nie grają i nie powinny grać najważniejszej roli. Czasami biedniejszy zawodnik może ograć tego bogatszego. To samo tyczy się drużyn piłkarskich. Najważniejsze jest przecież zaangażowanie, wola walki, chęć pokonania przeciwnika. Tylko czy nasi piłkarze w to wierzą? Jeśli nie zwalczy się korupcji, jeśli nie zmieni się sposobu myślenia, że sukcesu sportowego nie kupuje się za pieniądze, to możemy być niemal pewni, że na Mistrzostwach Europy w 2012 roku dojdzie do kolejnej kompromitacji polskiej piłki nożnej. Mamy przed sobą jeszcze 2 lata, które należy jak najlepiej wykorzystać. Relacje polsko – ukraińskie Kiedy 18 kwietnia 2007 roku UEFA ogłosiła, że Polska i Ukraina zorganizują Euro 2012, stało się jasne, że między tymi dwoma krajami musi dojść do większej współpracy. Przy okazji Mistrzostw Europy można było wyjaśnić ze sobą różne spory. Czy nam się udało? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszystko jest w porządku. Między nami nie ma większych sporów, ale pozostaje jednak pewien niedosyt. W 2004 roku władze Rzeczpospolitej poparły tzw. „pomarańczową rewolucję” na Ukrainie. Okazało się jednak, że ten wielki ruch Wiktora Juszczenki i Julii Tymoszenko był inspirowany przez zwolenników byłej Ukraińskiej Powstańczej Armii. Na czele tej organizacji w 1943 roku stał Stefan Bandera. Wtedy to UPA rozpoczęła eksterminację polskiej ludności na terenie okupowanego województwa wołyńskiego. Przez wiele lat na tamtych terenach mieszkali nie tylko Polacy, Ukraińcy, ale i inne narodowości. Żyli oni w pokoju, aż do momentu, kiedy za zgodą Niemców Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i UPA postanowiły wytępić ludność polską z Wołynia. W brutalny sposób „Banderowcy” mordowali Polaków, palili polskie wsie. Ta bezlitosna rzeź nie ominęła mojej rodziny. Zorganizowane zbrodnie trwały do lutego 1944 i spowodowały na Wołyniu według szacunków historyków śmierć do 50 – 60 tys. Polaków. Na Ukrainie do dnia dzisiejszego są ludzie, którzy wychwalają OUN i UPA. Rok temu został zorganizowany rajd młodzieży ukraińskiej śladami Stefana Bandery. Miał on nawet w planach przechodzić przez tereny Polski. Tego typu imprezy świadczą o tym, że wielu Ukraińców do dnia dzisiejszego nie widzą niczego złego w Ukraińskiej Powstańczej Armii. Wręcz przeciwnie, ci ludzie wychwalają tę zbrodniczą organizację, mimo że ona sama mordowała także ich rodaków, którzy zdecydowali się wówczas na pomoc Polakom. Mistrzostwa Europy w 2012 roku to dobra okazja do wyjaśnienia kwestii ludobójstwa na Wołyniu. Niestety jak na razie wychodzi na to, że nasza władza nie zamierza zajmować się tym problemem. Całe szczęście, że prezydentem Ukrainy został Wiktor Janukowycz, który odebrał Stefanowi Banderze tytuł bohatera wspomnianego kraju. Mimo to problem pozostał. Miejmy tylko nadzieję, że nikomu na Ukrainie nie przyjdzie do głowy, by jeden ze stadionów piłkarskich na Euro 2012 nosił imię Stefana Bandery, bowiem wówczas zamiast wspólnego świętowania Polaków i Ukraińców mogłoby dojść do wielu niepotrzebnych spięć. Mistrzostwa Europy w 2012 roku to wielkie przedsięwzięcie. Niestety na razie Polska źle przygotowuje się do tej imprezy. Są podstawy do tego by podejrzewać, że nie zdążymy zbudować wielu strategicznych obiektów na czas. Co gorsza do tego niepewnego biznesu zostali wciągnięci wszyscy obywatele, którzy muszą dopłacać do budowy dróg, stadionów. Na Euro 2012 z pewnością stracimy, co niekorzystnie wpłynie na naszą gospodarkę. Patrząc na grę naszych piłkarzy można podejrzewać, że znów nie wyjdziemy z fazy grupowej, chyba że „Fryzjer” w jakiś sposób zadziała i trafimy na słabe zespoły. Co do sprawy rzezi na Wołyniu należy mieć tylko nadzieję, że obecne Ukraińskie władze nie będą gloryfikować zbrodniarzy wojennych, którzy zwalczali Polaków. Czas pokaże, jakie będą te Mistrzostwa Europy. Może jednak niepotrzebnie to wszystko przeżywamy. Mówi się przecież, że w 2012 roku będzie koniec świat. Jeśli to prawda, to ciekawi mnie jak będzie wyglądała ta wielka apokalipsa oraz czy Polska i Ukraina będą miały coś z nią wspólnego? Mateusz Teska

Sport a polityka

Jest rzeczą oczywistą, że sport i polityka to dwie różne dziedziny i nie powinny mieć ze sobą nic wspólnego. Im mniej ingerencji władz państwowych w sport, tym ta druga dziedzina lepiej się rozwija. W Stanach Zjednoczonych mimo rządów socjalistycznego Baracka Obamy nie ma tam żadnego ministra sportu. Jego rząd składa się z 19 osób, ale jak widać Amerykanom nie jest potrzebny specjalista ds. szeroko rozumianego sportu. I dzięki temu USA praktycznie na każdych Mistrzostwach Świata, na każdych Igrzyskach Olimpijskich są liderami, jeśli chodzi o osiągnięcia medalowe. A jak to wygląda u nas? Niedawno portal „Niezależna.pl” podał informację, że mistrzowie Węgier, Izraela i Szwajcarii zagrają w piłkarskiej Lidze Mistrzów, mimo że kluby te mają mniejsze budżety niż Wisła Kraków (obecnie na 1. miejscu w naszej ekstraklasie). Jak pamiętamy ta nasza „Biała Gwiazda” z Krakowa dała się pokonać (jakiejś) Levadii Tallin w eliminacjach do LM. Oznaczało to, że w tym roku jak zwykle nie zobaczymy żadnej polskiej drużyny piłkarskiej w elitarnych rozgrywkach Champions League. I kiedy wydawało się, że polskie kluby spróbują swoich sił w innych rozgrywkach – Lidze Europejskiej – okazało się, że nawet tam nie mamy czego szukać. Należąca do upadającego koncernu medialnego ITI Legia Warszawa w kwalifikacjach do LE dała się wyeliminować Broendby Kopenhaga. Do niedawna jedyną nadzieją pozostawał Lech Poznań, ale oni również zostali pokonani przez Club Brugge. W ten oto sposób nie ma już żadnej polskiej drużyny w Lidze Europejskiej. Można się zastanowić, dlaczego w Polsce ze wszystkim, czyli także ze sportem jest tak źle? Nie może to być problem dofinansowania. Z pewnością ani Wisła Kraków, ani Lech Poznań, ani już tym bardziej Legia Warszawa nie mogą narzekać na sponsorów. Moim zdaniem problem polega na tym, że kluby sportowe są za bardzo dofinansowane nie tylko przez prywatnych sponsorów, ale pewnie i częściowo przez państwo polskie. Gdyby nie to dofinansowanie, każdy klub sportowy starałby się o to, by być jak najlepszym. Ale jeśli ma się zapewnione pewne źródło finansowania, to mało kto stara się o zdobywanie jak największych osiągnięć sportowych. Najbardziej bawi mnie serial dokumentalny na kanale „nSport” (jeden z kanałów TVN) pt. „Legia – stawka większa niż mecz”. Oglądając ten program można odnieść wrażenie, że warszawski klub osiąga wielkie sukcesy. Tymczasem ta drużyna jak już wspomniałem odpadła z Ligi Europejskiej już na starcie. Po co więc taka propaganda? TVN tylko się ośmiesza. Sponsorzy są oczywiście potrzebni, ale nie są najważniejszym składnikiem, który doprowadzi kogoś do sukcesu. Sporo przecież zależy od samego trenera. Ważna jest także motywacja sportowców. Taka Anita Włodarczyk zdobyła złoty medal w rzucie młotem na ostatnich Mistrzostwach Świata w lekkoatletyce. Trenowała ona ze swym trenerem na zupełnym odludziu. Nie miała ona dostępu do specjalnego boiska. Nie miała dofinansowania. Trenowała w prymitywnym miejscu, a później dzięki temu w Berlinie nie tylko, że zajęła pierwsze miejsce, ale także ustanowiła nowy rekord świata w rzucie młotem. To tylko jeden z dowodów na to, że nie pieniądze dają sukces, ale ciężka praca. Pieniądze w małych ilościach służą do mądrego wydawania ich. Jeśli jednak otrzyma się zbyt duże dofinansowanie od prywatnych sponsorów, lub nie daj Boże od państwa, to bardzo łatwo można „spocząć na laurach”. I tak to niestety bywa w naszym polskim sporcie. Ta dziedzina życia podobnie jak zdrowie, edukacja, kultura itp. zostały upaństwowione. I właśnie dlatego w państwach w których ingerencja władz w sport jest znikoma, lub nie ma jej wcale, tam właśnie ta dziedzina życia lepiej sobie radzi, niż w państwach, gdzie minister sportu dofinansowuje i „wspiera” sportowców. Wracając do informacji z portalu „Niezależna.pl” o tym, że mistrzowie Węgier, Izraela i Szwajcarii zagrają w LM, mimo że mają niższe budżety niż nasza Wisła Kraków, to trzeba zastanowić się, jak to jest ze sportem w tych trzech krajach. Na Węgrzech jest w sumie 16 ministrów, ale żaden z nich nie zajmuje się taką dziedziną, jak sport. W Izraelu ministrów jest aż 25 i jednym z nich jest minister Kultury, Sportu, Nauki i Technologii. U nas w Polsce to jedno ministerstwo izraelskie jest rozbite na 3 części: Ministerstwo Sportu i Turystyki, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Z kolei w Szwajcarii szefem rządu jest prezydent, a jego gabinet składa się w sumie z 7 osób (w Polsce mamy 20 ministrów). Jedna z tych osób zarządza Departamentem Obrony, Praw Obywatelskich i Sportu. Mimo to ani w Izraelu, ani w Szwajcarii nie ma takiego specjalisty od spraw sportowych, jakiego my mamy. Zaraz po zakończeniu Mistrzostw Świata w Berlinie polskie władze zaprosiły wszystkich medalistów na „śniadanie”, by pokazać, że dostrzegają ogromny sukces naszych lekkoatletów. Problem polega na tym, że sportowcy bardzo ciężko pracowali na swój sukces i to bardzo często w miejscach dalekich od tzw. „standardów europejskich”, a Donald Tusk na swój sukces wyborczy właściwie nie musiał pracować. Do władzy doszedł dzięki służbom specjalnym i służalczym mediom, takim jak wspomniany TVN. On sam nie musiał właściwie nic robić. Niech więc teraz obecny premier nie stawia boisk w każdej gminie i zostawi sport w spokoju. Najlepiej niech zwolni Mirosława Drzewieckiego, a całe Ministerstwo Sportu i Turystyki zlikwiduje. Wtedy polski sport sam sobie poradzi. Co to za sukces, gdy jakaś dobrze dofinansowana drużyna, czy sportowiec wygrywa jakieś zawody? Sukcesem jest to, gdy robi się coś z całym poświęceniem przy znikomym wsparciu finansowym i wygrywa się np. na Mistrzostwach Świata. Wstydem jest to, że mimo ogromnego wsparcia finansowego, wyniki są mizerne. Niech to będzie przestrogą dla każdego, kto chce coś w życiu osiągnąć. Liczą się chęci i umiejętności, a nie pieniądze, czy uścisk dłoni ministra Drzewieckiego. Mateusz Teska