Tag Archives: standard złota

Polska powinna wprowadzić standard złota

Polityka monetarna strefy euro jest zła, a strefa generuje problemy nieznane poza nią. Jej rozpad nie jest wykluczony. Jeśli Polska chce mieć stabilną politykę monetarną, powinna wprowadzić standard złota – twierdzi Philipp Bagus, autor książki „Tragedia euro”.

Greenspan: Złoto stoi na straży prawa własności

"Uznaję złoto za podstawową globalną walutę. To jedyna, obok srebra, waluta, która nie wymaga gwarancji trzeciej strony" - powiedział Alan Greenspan, były szef amerykańskiej Rezerwy Federalnej, w latach swojej młodości deklarujący się jako wielki zwolennik złota.

Alan Greenspan: Człowiek, który chciał być ważny

Biorąc do ręki potężną (blisko 800 stron) biografię Alana Greenspana pióra Sebastiana Mallaby’ego, można spodziewać się fascynującej lektury. „The Man Who Knew: The Life and Times of Alan Greenspan” spełnia te nadzieje, ale nie do końca.

Bankierzy i politycy w Szwajcarii chcą storpedować referendum w sprawie złota

Finansowi grandziarze i zlewaczali politycy nie dają za wygraną. Bank centralny Szwajcarii chce zablokować referendum w sprawie zwiększenia w tym kraju rezerw złota oraz zobligowania rządu do odzyskania szwajcarskiego złota znajdującego się zagranicą.

100 rocznica

W ostatnich dniach w różnych miejscach świata i przede wszystkim Europy obchodzi się 100 rocznicę wybuchu I Wojny Światowej. Czy jest to rzeczywiście właściwy powód do obchodów czy - nie pozostawiam pytaniem otwartym. Osobiście świętowałbym raczej zakończenie, aniżeli rozpoczęcie najczystszej formy głupoty i obłędu ludzkiego gatunku. A więc wojny.

Złoty spisek czyli jak pozbawić nas wolności

Tym, co od wieków budzi nieposkromione emocje ludzkie jest złoto. By je zdobyć organizowano wielkie wyprawy, wywoływano wojny, przelewano krew... Czy dziś jest inaczej, czy złoto straciło już swój magiczny dar budzenia emocji zarówno u szubrawców jak i ludzi przyzwoitych?

Pewne „na bank”

W dawnych czasach, kiedy istniał system całkowitej rezerwy w złocie, banki były instytucją zaufania. W końcu przechowywały rzeczywistą walutę - uniwersalny pieniądz pozwalający na wymianę produktów pracy. Jak pokazuje przypadek Cypru, banki nie są już bezpiecznym schronieniem dla naszych oszczędności – cóż, w końcu pewna jest tylko śmierć i podatki, jak stwierdził Benjamin Franklin.
Myliłby się jednak ten, kto by uważał, że bankom nie sposób nic zarzucić, bo to przecież rząd cypryjski sięgnął do kieszeni podatników. Wbrew pozorom banki już od dawna nie są częścią rynku, ale… systemu rządowo-państwowego. Teza wydaje się śmiała, ale tylko do czasu, kiedy nie przyjrzymy się zasadom funkcjonowania banków. Istnieją cztery kluczowe dla bankowości pojęcia i w każdej z nich bank nie występuje jako samodzielna instytucja, lecz w najlepszym przypadku jako partner rządu, a najczęściej jako jego uniżony sługa. Jako że nie sposób służyć dwom panom, konsument, który wydawałby się naturalnym kandydatem na pana i władcę usług bankowych, znajduje się tam, gdzie mieszczą się wszystkie rządowe cudowności – w czarnej dupie. Te cztery kluczowe kwestie to produkt, odpowiedzialność, bezpieczeństwo i niezależność. Wydaje się, że każdy wie, o co chodzi – bank udziela kredytów i przyjmuje depozyty, a jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo tych transakcji niezależnie od działań innych podmiotów. To rzeczywiście ładnie brzmi. Niestety, tylko ładnie brzmi. Produktem w banku są pieniądze. Nie wnikając w naturę pieniądza, dość powiedzieć, że pieniądz nie istnieje. Nawet jeśli występuje pod postacią złota czy innych realnych przedmiotów, to przecież kawałek metalu to wciąż kawałek metalu. W historii ludzkości pieniędzmi były też muszelki, liście tytoniu, sól, bydło itp. Były pieniędzmi, to znaczy – z jakichś względów ludziom było wygodnie posługiwać się tym konkretnym przedmiotem jako środkiem wymiany produktów pracy. Pieniądz to zatem byt czysto wirtualny, ale przede wszystkim to – jakbyśmy dziś powiedzieli – instrument pochodny. Instrument, bo jego celem nie jest istnienie samo w sobie, ale transfer wartości, a pochodny – bo mający przyczynę w owej wartości, a dokładniej w produkcie pracy. Co z tego wynika? Dopóki bank był posiadaczem produktów pracy albo ich rzeczowego ekwiwalentu (np. złota), to inwestowanie pieniądza (tzn. udzielanie kredytów) i przyjmowanie depozytów (tzn. zaciąganie kredytów) opierało się na realnych podstawach. Jednakże od kilkudziesięciu lat obowiązuje system pieniądza fiducjarnego, czyli opartego na wierze, wierze chyba wyłącznie w lepszą przyszłość, i to raczej pozagrobową. Otóż, obecny pieniądz ma jedno zabezpieczenie – obietnicę emitenta, że ten pieniądz ma pokrycie w produktach (dobrach, wartościach, towarach i usługach). Zaś tym emitentem jest rząd państwowy, a dystrybutorem – bank centralny. To zresztą nie ma nawet znaczenia, w jakim stopniu rolę kreowania i podaży pieniądza wykonuje konkretna instytucja. Ważne jest to, że o produkcji i emisji pieniądza nie decyduje rynek, czyli konsument wymieniający własną pracę na pracę innych osób, ale mniej lub bardziej gramotne grono facetów, którzy tradycyjnie zawsze "wiedzą lepiej", co dla nas dobre. Produkt banku to zatem nie jest produkt banku, lecz produkt rządu. Bank jest tylko handlowcem, akwizytorem, magazynierem, stróżem czy kim tam jeszcze. Nie ma żadnego wpływu ani na jakość produktu, ani na jego ilość. To jakby facet produkujący gwoździe nigdy nie wiedział, czy od dostawcy dostanie szpilki czy hufnale oraz czy będą wykonane z metalu (choć aluminium to też metal), czy z plastiku. Ale tak to jest, kiedy jest się skazanym na dostawy od monopolisty. Odpowiedzialność to trudna sprawa, bo odpowiedzialność to ta mniej przyjemna strona medalu o nazwie "wolność". To coś jak ciemna strona mocy w "Gwiezdnych Wojnach". Kiedy przychodzi czas poniesienia odpowiedzialności, jest tak jakby odwiedził nas osobiście Lord Vader i ściskając za jaja, wydyszał prosto do ucha: "Luke, przyłącz się do mnie." Zajebista perspektywa. Czy bank ponosi odpowiedzialność za działanie tego "swojego" produktu? Nie, i nie chodzi nawet o to, że prawdziwym producentem jest rząd, bo rząd też nie ponosi odpowiedzialności. Pytanie dotyczy samego operowania produktem, czyli transakcji, które bank zawiera. Otóż, bank nie może upaść! Tak po prostu – prawo upadłościowe się go nie ima. Kiedy przychodzi moment, w którym jasne jest, że kredyty zaciągnięte przez bank przewyższają kredyty udzielone (a właściwie chodzi o stosunek wartości netto tych kredytów, tj. z uwzględnieniem ich ściągalności), czyli mamy wtopę, Komisja Nadzoru Finansowego przejmuje nadzór nad taką quasi-upadłością i rozpoczyna się długotrwały i bolesny proces poszukiwania banku, którzy przejmie majątek i długi upadłego. Resztę dopłaci Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Co to za odpowiedzialność, jeśli rząd faktycznie "ratuje" cały interes? I tu znowu nie ma znaczenia, jaka instytucja zajmuje się upadłością banku, bo żadna z nich nie jest rynkiem. Ale co się dziwić – w jakimś stopniu rząd poczuwa się jednak do własnego produktu. Dlaczego tak się dzieje, odpowiedź tkwi w pojęciu bezpieczeństwa. Jeśli mamy normalnego producenta, to ma on wpływ na jakość produktu, a jeśli powinie mu się noga – odpowiada za wszystkie długi, z upadłością włącznie. I właśnie ta możliwość upadłości w największym stopniu przemawia za bezpieczeństwem. Bo jeśli tylko udaję producenta, w rzeczywistości będąc dystrybutorem, a odpowiedzialność za mnie ponosi kto inny, to w żaden sposób nie mam w sobie odruchu dbałości o bezpieczeństwo. Jednak w przypadku bankowości dochodzi jeszcze jeden problem, bo ceny za produkt nie ustala rynek ani nawet nie bank! Robi to – tradycyjnie, chciałoby się powiedzieć – rząd, tym razem pod postacią Rady Polityki Pieniężnej. To oni ustalają wysokość stóp procentowych, czyli cenę kredytu. W sumie to nawet logiczne – skoro bank nie ma wpływu na jakość i ilość produktu, a w przypadku pomyłki cały problem bierze na siebie rząd, to trudno oczekiwać, aby takiemu niesamodzielnemu podmiotowi powierzyć politykę cenową. To jak za PRLu – państwo produkowało np. samochody, zajmowało się ich dystrybucją, dopłacało do nich, jeśli koszty produkcji były zbyt wysokie, wydawało talony na auta, to i cena w Polmozbycie była regulowana urzędowo. A że faktyczna cena samochodów na tzw. "czarnym rynku" była kilkukrotnie wyższa, to normalne, bo to właśnie ta cena była normalna – cena urzędowa była fikcyjna, jako że zabezpieczał ją podatnik. Faktycznie cena urzędowa jest kilka razy wyższa niż rynkowa, tyle że ukryta w kosztach biurokracji rządowej. W Polmozbycie obywatel płacił cenę fikcyjną w pieniądzu oraz realny koszt w postaci talonu, wartego kilkanaście razy więcej, na który "zrzutkę" robili wszyscy pozostali obywatele, niekoniecznie posiadający samochód. I w tym kontekście należy rozpatrywać cenę pożyczek tzw. chwilówek – w ich koszcie jest zawarty m.in. koszt ryzyka związanego z tym, że oficjalne banki korzystają z rządowej ochrony, czyli prowadzą nieuczciwą konkurencję. Za którą oczywiście płacimy my wszyscy. Co to ma wspólnego z bezpieczeństwem? Bardzo dużo. Jeśli o cenie kredytu decyduje rynek, to kredyt otrzymują ci, co do których istnieje duże prawdopodobieństwo, że kredyt spłacą – albo dodatkowymi aktywami poza własną pracą, albo większą wydajnością własnej pracy (co w sumie na jedno wychodzi). Charakterystyczną cechą kredytu jest to, że dziś otrzymujemy pieniądze, których sami nie byliśmy w stanie uzyskać w tej ilości własną pracą, a w umówionym czasie mamy oddać równowartość większej ilości pracy. Dlatego tak ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa jest to, aby ocena ryzyka kredytowa była oparta wyłącznie o kryteria rynkowe. Jeśli jednak o cenie kredytu nie decyduje rynek, lecz rząd, to może dojść do sytuacji, kiedy stopa procentowa kredytowanego pieniądza ustalona przez rząd będzie niższa niż stopa ustalona przez rynek. Im większy rozdźwięk pomiędzy tymi wartościami, tym większe ryzyko, bo to oznacza, że kredyt dostają ludzie, których na niego nie stać, a więc wzrasta prawdopodobieństwo, że go nie spłacą. Jak to wygląda w praktyce, widzieliśmy w 2008r., kiedy konsumpcja hipoteczna pompowana sztucznie niskim kredytem ustalonym przez FED i gwarancjami tzw. Fannie Mae doprowadziła w końcu do tego, że cały system się zawalił. Bezpieczniej się od tego nie zrobiło, lapidarnie rzecz ujmując. I w końcu niezależność. Wspomniany Bankowy Fundusz Gwarancyjny to twór ustawowy, który głównie za pieniądze wszystkich banków (czyli za pieniądze ich depozytariuszy) oraz za pieniądze rządowe (czyli wszystkich obywateli) zabezpiecza wypłaty depozytów do określonej ustawowo wysokości, zdejmując tym samym problem niewypłacalności z barków konkretnego banku. Jak zatem łatwo zauważyć, banki są całkowicie zależne od rządu w zakresie jakości produktu, jego ilości, bezpieczeństwa i ceny, mając w zamian zapewnione wsparcie w kluczowym dla rynku momencie, jakim jest upadłość, czyli weryfikacja kosztów funkcjonowania i jakości produktu. Banki stały się zatem narzędziem polityki monetarnej rządu, a tym samym zostały wyłączone z systemu rynkowego. Czy można się zatem dziwić, że wciąż w naszym systemie tkwi prawno-finansowy nowotwór w postaci bankowego tytułu egzekucyjnego, czyli możliwość jednostronnego zdefiniowania przez bank zobowiązania drugiej strony bez jakiejkolwiek weryfikacji sądowej? Cóż, rząd dba o swoich. I to jest na dzisiaj jedyna kwestia pewna "na bank". Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl Foto.: thehindu.com

Dlaczego warto walczyć o standard złota?

Jest „oczywistą oczywistością”, że za wykonaną pracę oczekujemy zadowalającej zapłaty. Wynagrodzenie najprościej kojarzy się z jakąś kwotą pieniędzy. Cóż jednak po banknotach i monetach, z którymi z jakichś powodów niewiele dałoby się zrobić?...

Czy standard złota jest coraz bliżej?

Standard złota, będący zdaniem Johna M. Keynes’a „barbarzyńskim reliktem” może okazać się wkrótce koniecznością. Coraz więcej osób, także tych wpływowych dostrzega problemy spowodowane przez reżim pustej waluty. Manipulacja podażą pieniądza (poprzez stopę procentową) na sterowanym centralnie rynku jest główną przyczyną ekonomicznych kryzysów. Obniżenie stopy procentowej powoduje, że kredyt tanieje i coraz więcej ludzi z niego korzysta. Wraz ze wzrostem kredytu zwiększa się podaż wirtualnego pieniądza. Powstaje wrażenie koniunktury, a niskie koszty zachęcają do długoterminowych – a więc uzależnionych od długiego okresu kredytowania – inwestycji. Systematyczny wzrost podaży pieniądza rodzi jednak ryzyko hiperinflacji. Dlatego też rządzący, by jej zapobiec, zmuszeni są obniżać stopy procentowe. Uzależnieni od taniego pieniądza inwestorzy upadają, a pracownicy są zwalniani. Boom przechodzi w kryzys.
Właśnie taka sytuacja miała miejsce podczas rozpoczętego w 2007r. kryzysu finansowego. Niskie stopy ustanowione przez amerykański bank centralny (FED) przyczyniły się do rozwoju inwestycji w nieruchomości. Zyski wynosiły do kilkudziesięciu procent rocznie. Samozwańczy guru, tacy jak Robert Kiyosaki głosili, że najlepszą formą wzbogacenia się jest wzięcie kredytu hipotecznego, spłacanego przez osobę, której wynajmie się dom. Praca i klasyczne oszczędzanie nie były już „na topie”. Jednak po podniesieniu stóp procentowych bańka pękła, a inwestorzy nie byli w stanie spłacać wyższych odsetek. Przy okazji problem dotknął także biednych ludzi, którzy wzięli kredyt hipoteczny nie jako inwestycję, ale po to, by mieć gdzie mieszkać. Banki, które straciły przychód od wielu swoich kredytobiorców zaczęły popadać w tarapaty. Jeden z największych – Lehman Brothers nawet zbankrutował. Czy to cokolwiek nauczyło rządzących? Wiele wskazuje, że nie. System nie został zreformowany, a banki otrzymują cały czas gigantyczną pomoc z kieszeni podatników. Są jednak także sygnały, pokazujące, że opinia publiczna, a także niektóre znane persony rozważają powrót do standardu złota. „Standard złota” jako urynkowienie pieniądza Standard złota może być oczywiście rozumiany rozmaicie. Według licznej grupy zwolenników austriackiej szkoły ekonomicznej oznacza on po prostu pełne urynkowienie pieniądza. W tym ujęciu zniknęłoby pojęcie prawnego środka płatniczego, a rynek na nowo zdefiniowałby, czym jest pieniądz. Oznaczałoby to koniec prawnego uprzywilejowania waluty papierowej i stanowiącej jej ekwiwalent – środków elektronicznych kreowanych przez banki. Bank centralny przestałby istnieć, a państwo wycofałoby się kompletnie z rynku pieniądza. Określanie takiej sytuacji mianem standardu złota jest nieprecyzyjne, jednak zawiera w sobie przekonanie tych ekonomistów, że w warunkach pieniądza rynkowego, złoto zostałoby wybrane na pieniądz w drodze wolnej konkurencji. Obecnie cena złota jest prawdopodobnie sztucznie zaniżona, gdyż rząd zabrania mu pełnić funkcji pieniężnej. Gdyby zaczęły działać mechanizmy rynkowe, a złoto by zostało (co jest prawdopodobne) obrane za nowy pieniądz, to jego cena (wyrażana już nie w pieniądzu, ale w towarach np. w liczbie laptopów, które można kupić za uncję złota) by wzrosła. Byłoby to bez wątpienia korzystne dla inwestorów, którzy nabyli złoto jeszcze w czasach pieniądza papierowego. Standard złota wprowadzony przez państwo Bardziej prawdopodobne jest jednak rozwiązanie innego rodzaju. Wątpliwe bowiem, by rządy wyrzekły się całkowicie władzy nad pieniądzem. Istnieje natomiast pewna możliwość, że pod wpływem konieczności i nacisków doprowadzą one do zmiany systemu. Bank centralny będzie nadal istniał, podobnie jak „instytucja” prawnego środka płatniczego. Z tą różnicą, że waluta opierałaby się już nie na gwarancjach rządowych i częściowym pokryciu w dewizach; lecz byłaby w całości oparta na złocie. W takiej sytuacji posiadacz banknotu dolarowego, albo polskiej złotówki mógłby w każdej chwili wymienić je na złoto. Oznaczałoby to uprzywilejowanie złota, gdyż teraz wówczas to ono właśnie byłoby prawnym środkiem płatniczym. Ustanowienie tak rozumianego standardu złota może również być rozumiane dwojako. Po pierwsze, państwowy bank centralny może zagwarantować wymienialność na złoto, mimo braku posiadania rezerw wystarczających na pokrycie wszystkich żądań (rezerwa cząstkowa). Bank centralny, utrzymując rezerwy w złocie jedynie dla części banknotów, liczyłby po prostu na brak jednoczesnego zgłoszenia się wszystkich posiadaczy banknotów po złoto. System taki byłby jednak niestabilny, gdyż zwyczajnie zawaliłby się, gdyby takie jednoczesne zgłoszenie jednak nastąpiło (np. w przypadku paniki). Drugi sposób polega na pełnym pokryciu istniejących banknotów przez złoto. Z tak rozumianym standardem złota wiążą się jednak pewne trudności. Omówmy je na przykładzie najpotężniejszego kraju kapitalistycznego – Stanów Zjednoczonych. W kraju tym bank centralny (Federal Reserve) znajduje się oficjalnie w posiadaniu 261,5 miliona uncji trojańskich złota. Zakładając przybliżony aktualny kurs szlachetnego kruszcu na poziomie 1600 USD za uncję widzimy, że ich wartość wynosi ok. 418 miliardów dolarów. Tymczasem w obiegu znajduje się znacznie więcej banknotów. Biorąc pod uwagę agregat M1 (gotówka plus środki na rachunkach bieżących), dolarów jest w obiegu 2261 miliardów (dane z 2011r). Gdyby wprowadzić więc pełną wymienialność na złoto po cenie rynkowej, to jedynie co 5 dolar mógłby zostać wymieniony przez FED. Gdybyśmy wzięli natomiast pod uwagę agregat M2, obejmujący oprócz gotówki i środków na ROR-ach także pieniądze zgromadzone na kontach oszczędnościowych i lokatach do 100 000 dolarów, to wymienialność byłaby jeszcze trudniejsza. W ramach M2 istnieje bowiem aż 9 893 miliardów dolarów. Oznacza to, że tylko co 23 USD posiadałby pokrycie w złocie. Gdyby więc przywrócić standard złota i zachować cenę rynkową, to nie byłoby możliwości pełnego pokrycia pieniądza przez złoto. Istniałaby rezerwa cząstkowa wraz z wynikającą z niej niestabilnością. Aby więc zapewnić pełne pokrycie banknotów przez złoto, można by zdecydować się na regulację polegającą na odejściu od rynkowej ceny złota i ustaleniu jej na takim poziomie, jaki zapewniałby pełną wymienialność dolara na złoto. Powodowałoby to jednak problem obchodzenia rządowych nakazów, gdyż ludzie preferowaliby posługiwanie się rzeczywistą, rynkową ceną złota. Istnieje jednak, jak zauważa Rafał Rudowski, jeszcze inna (oprócz czysto wolnorynkowej) możliwość wprowadzenia standardu złota. Polega ona na utworzeniu całkowicie nowej, złotej waluty. Niezależnie od tego, czy rząd byłby jej emitentem czy nie, to jego rolą byłoby zachęcenie obywateli do korzystania z nowej waluty. Mógłby więc np. obniżać kwotę należności podatkowych dla płatników wykorzystujących złoto. Pod wpływem takich i innych zachęt rządowych stara waluta stopniowo wypadałaby z obiegu. Ostatecznie, można by ją także odkupić od dotychczasowych posiadaczy. Kryzys a głosy za złotem Kryzys ekonomiczny skłania do myślenia o potrzebie radykalnych reform. Współczesny system monetarny nie zdaje egzaminu. Charakteryzuje się on bowiem, jak zauważa ekonomista ze szkoły austriackiej, Hans Hoppe „(…) istnieniem pieniądza państwowego zamiast jednego pieniądza uniwersalnego, pieniądza fiducjarnego w miejsce towarowego, takiego jak złoto; monopolistyczną bankowością centralną zamiast wolnej bankowości i permanentną defraudacją bankową, nieustanną redystrybucją dochodu i bogactwa oraz powtarzającymi się cyklami koniunkturalnymi i gospodarczymi zamiast bankowości ze stuprocentową rezerwą nie obarczonej żadnym z tych skutków”. Sytuacja zmusza do myślenia o reformach. Zresztą, pewne kroki zmierzające do ustanowienia standardu złota zostały już poczynione. W 1975 r. Amerykanie odzyskali prawo do posiadania złota – po ponad 40 latach zakazu. W 1977 r. senator Jesse Helms wraz ze swoim asystentem prawnym przyczynili się do ponownego uznania umów zawierających tzw. klauzulę złota za legalne. Także znaczący wzrost ceny złota świadczy, że ludzie pokładają coraz większe zaufanie w szlachetnym kruszcu, a coraz mniejsze w walucie papierowej. Popularność zyskują politycy, tacy jak Ron Paul, opowiadający się za standardem złota. Mainstreamowe partie coraz otwarciej rozważają możliwość przywrócenia standardu złota. Jak podaje portal parkiet.com, amerykańscy Republikanie w swoim programie przedwyborczym mają m.in. powołanie komisji mającej do zbadania możliwości ponownego związania dolara ze złotem. Również giganci medialni przychylnie wypowiadają się na temat standardu złota. Jak napisał Steve Forbes „waluta powinna być oparta na parytecie złota, bo złoto lepiej niż jakiekolwiek arbitralne ustalenia określa wartość pieniądza. W tym sensie jest jak Gwiazda Polarna: niezmiennym punktem odniesienia”. Tego typu głosy są coraz częstsze i przywrócenie standardu złota nie jest już tak nierealne, jak np. kilka lat temu. Standard złota a inwestorzy Co oznaczałoby wprowadzenie standardu złota dla jego dotychczasowych posiadaczy? Niewątpliwie ich aktywa znacznie wzrosłyby na wartości. Jak już wspomniano wyżej, aktualna wartość złota jest zaniżana poprzez standard papierowego pieniądza. Z powodu decyzji państwa, to jego papierowa waluta, a nie złoto stanowi prawny środek płatniczy i ma moc prawną zwalniania od zobowiązań, choćby wobec państwa (np. podatków). Ta sytuacja oczywiście zwiększa popyt na pieniądz papierowy, a zmniejsza na złoto. Tymczasem w przypadku urynkowienia pieniądza, złoto prawdopodobnie stałoby się powszechnym środkiem wymiany – co zwiększyłoby jeszcze jego wartość. Mogłaby ona jeszcze bardziej wzrosnąć, gdyby to państwo ustanowiło je jedynym prawnym środkiem płatniczym (co oznaczałoby uprzywilejowanie złota, podobnie jak dziś uprzywilejowane są oznakowane papiery banków centralnych). Oczywiście, nie należy zapominać o czynnikach społeczno-politycznych. Państwo, czując się zagrożone przez prywatnych posiadaczy złota, prawdopodobnie wprowadziłoby jakieś prawne rozróżnienie na złoto państwowe czy oparte na nim banknoty i złoto prywatne. Niemniej jednak, sytuacja w ostatnich latach i coraz otwarciej wyrażane opinie zwolenników złota stanowią dodatkowy bodziec skłaniający wielu do wejścia w posiadanie żółtego kruszcu. Marcin Jendrzejczak Artykuł pochodzi z serwisu rynekzlota24.pl...

Obchody 100-lecia inflacji

100 lat? Nie ma jak okrągła rocznica. Oczywiście bystry umysł niejednego czytelnika odpowie zdziwieniem na taki tytuł – przepraszam, czy inflacja jest zjawiskiem tak młodym, zaledwie stuletnim? Nie jest. Znamy chociażby inflację spowodowaną napływem złota z Ameryki do Hiszpanii w XVI wieku. Natomiast możemy mówić o młodej i starej definicji inflacji. Współcześnie mierzona inflacja odnosi się do zmian cen produktów i usług wchodzących w skład koszyka inflacyjnego, podczas gdy klasyczna definicja inflacji odnosiła się do zmian (wzrostu) podaży pieniądza. Czy zmiana definicyjna coś dla nas oznacza? Kto jest jej promotorem? O tym wszystkim poniżej …
Dla społeczeństw żyjących przed stu laty i wcześniej, inflacja nie była zjawiskiem tak powszednim jak dla nas dzisiaj. Inflacja jest jak opad deszczu, raz większa, innym razem mniejsza. Ktoś ją mierzy, ktoś ją komentuje. Żyjemy z nią, jest częścią otaczającego nas świata. Inflacja jest zjawiskiem monetarnym, które się nasiliło wraz z pewnymi, przełomowymi zmianami w świecie finansów. Mówiąc o zbliżającym się 100-leciu inflacji, myślę o takich wydarzeniach jak powstanie FEDu (1913), czy zerwaniem ze standardem złota (1914). Odtąd ludzkość nie może już liczyć na taki stan gospodarki jak cytowany przez szwajcarskiego bankiera Ferdinanda Lipsa w książce Złoty Spisek: „Od czasu restauracji Stuartów (...), aż do I wojny światowej Wielka Brytania stosowała nieograniczony standard złota. Od 1661 do 1913 roku, z wyjątkiem okresu napoleońskiego, istniała pełna wewnętrzna i zewnętrzna wymienialność na złoto (…). Ówczesny brytyjski system cen był nie tylko stabilny, lecz wykazywał też stałą i zdrową tendencję do utrzymywania się w równowadze. (…) Pozostaje faktem, że przez cały ten czas, przez 252 lata ceny spadły o 10%: od 100% w 1661 roku do 91% w 1913.” Z dzisiejszej perspektywy tak niska inflacja jest zjawiskiem nieobserwowalnym. Obecny porządek monetarny, oparty na papierowym pieniądzu i stabilności „gwarantowanej” przez banki centralne, wydaje się wciąż dla wielu niewzruszalny – jak Układ Warszawski 40 lat temu .. Warto zwrócić uwagę, że sama definicja inflacji ewoluowała od definicji opartej na nadmiernej podaży pieniądza do definicji mówiącej o wzroście cen jakiegoś, określonego koszyka towarów. Stąd mamy współcześnie inflację mierzoną np. jako indeks cen konsumpcyjnych, indeks cen producentów itd. Co ciekawe, o ile wiele osób jest w stanie opisać inflację – np. z własnego doświadczenia – o tyle mało kto wie, jak inflacja (a właściwie ów wskaźnik zmiany cen konsumpcyjnych), ogłaszana przez GUS, jest kalkulowana. Metodologia systematycznego mierzenia inflacji narodziła się na początku XX wieku, a jej ojcem jest amerykańskie Biuro Statystyki Prac (BLS). Nie jest rzeczą nadzwyczajną, że metodologia liczenia inflacji nie została opracowana przez biznes, prywatne przedsiębiorstwa. One nie potrzebowały takiej wiedzy, ponieważ nie znały (do czasu) inflacji istniejącej w takiej skali do jakiej urosła ona w ciągu ostatnich stu lat. Mało kto wie, ale jako pierwszy kalkulowany był przez BLS indeks cen producentów. Było to związane ze zbieraniem danych o cenach w związku z potrzebą oszacowania wpływu ustaw celnych na gospodarkę (1902r.). Kalkulowanie indeksu cen konsumpcyjnych rozpoczęto w USA w trakcie I wojny Światowej i informacje o zmianach cen miały służyć dokonywaniu korekt zarobków (wojna zazwyczaj niesie ze sobą wyższe ceny, nie tylko z tytułu puszczania w ruch prasy drukarskiej). Od kiedy rządy zaczęły zajmować się liczeniem wskaźnika inflacji odzwierciedlającego zmiany cen produktów i usług „jakiegoś” zdefiniowanego na podstawie ankiet koszyka, definicja klasyczna – odnosząca się do podaży pieniądza – była wypychana na margines. W ten sposób uwaga publiczności została skierowana na miarę definiowaną i kontrolowaną przez państwowych biurokratów. Czyż nie jest czymś pięknym i pociągającym położenie ręki na metodologii i definicji? Inflacyjne środowisko zubaża społeczeństwo. Nie jest przypadkiem, kiedy słyszymy od znajomych, że ich odczucia co do poziomu zmiany cen rozmijają się z oficjalnie publikowanym wskaźnikiem. Przeciętny obywatel ma łatwiejszy dostęp do „państwowej” miary która wpływa – np. poprzez indeksację – na jego pensję, rentę, emeryturę, składkę ubezpieczeniową, niż do miar podaży pieniądza. I tak patrząc na tę „państwową” miarę przeciętny obywatel nie wiąże ze zjawiskiem inflacji pojawiających się baniek spekulacyjnych na giełdzie czy też na rynku nieruchomości. One są poza wskaźnikiem. Jak to jest z tym koszykiem inflacyjnym? To co warto wiedzieć – koszyk ma skład zmienny. Oznacza to, że porównywanie w czasie wartości inflacji przypomina porównywanie jabłek i gruszek. Ingerencja w skład koszyka – której może też być blisko do manipulacji albo w najlepszym razie do małej precyzji – jest źródłem owych rozbieżności teorii z praktyką. Zadaniem składu koszyka jest pokazanie bieżących preferencji (a może bardziej możliwości) zakupowych konsumenta. Oczywiście koszyk jest wspólny dla wszystkich konsumentów, więc z definicji inflacja dla górala i dla mazura to wciąż ta sama inflacja. Niestety koszyk inflacyjny nie odnosi się do jakości towarów i usług weń włożonych. Stąd pomija utrwalone (lub jeszcze przed chwilą dostępne) preferencje konsumenta. Jest to oczywiście ważne gdy preferencje konsumenta przesuwają się w kierunku gorszych wyborów w związku ze wzrostem cen dotychczas konsumowanych produktów. Mamy wówczas do czynienia z obniżeniem standardu życia, podczas gdy „państwowy” wskaźnik inflacji nie idzie w górę tak mocno jak ceny które konsument obserwuje na sklepowej półce. Jak to jest możliwe? Koszyk składa się z różnych produktów i usług posiadających swoje udziały w koszyku (sumujące się do 100%). O ile dobrze pamiętam koszyk GUSowski zawiera ponad 300 pozycji, od cen benzyny po cenę usług szewskich. A teraz uproszczony przykład, pokazujący jak się oblicza „urzędową” inflację. Załóżmy, że w koszyku mamy dwa produkty: kiełbasę jałowcową i ser, z udziałami po 50%. Rok temu ceny wynosiły 30 pln i 25 pln, odpowiednio. Dzisiaj ceny wzrosły i wynoszą: 36 pln i 30 pln. Notujemy zmianę cen o 20%. Czy taką samą 20% zmianę zobaczymy w oficjalnym wskaźniku inflacji? Nie. Ponieważ dzisiaj jest drożej musimy liczyć się z wydatkami. Nasza adoracja jałowcowej (preferencja) względem sera ulega brutalnej rewizji. Z relacji jałowcowej do sera 50/50 przechodzimy do relacji 20/80. Konsumentów nie stać na dawny styl życia, co wyłapią ankiety GUS. W związku z tym „urzędowa” inflacja byłaby skalkulowana, z grubsza, tak: Poziom cen w koszyku rok temu: 50% x 30 pln + 50% x 25 pln = 27,5 pln Poziom cen w koszyku dzisiaj: 20 x 36 pln + 80% x 30 pln = 31,2 pln Stąd inflacja = 31,2 / 27,5 = 1,13(45) czyli prawie 13,5% Czy teraz dostrzegasz Drogi Czytelniku o ile zmieniły się ceny według Ciebie a o ile według urzędu? Damian Kot

Czy można wrócić do standardu złota? – relacja z debaty

27 maja 2010 r. w zabudowaniach UW odbyła się debata „Standard złota – Święty Graal czy puszka Pandory?” współorganizowana przez Koło Naukowe im. Mirosława Dzielskiego oraz Instytut Misesa. W debacie udział wzięli: dr hab Robert Gwiazdowski (Centrum im. Adama Smitha), dr Mateusz Machaj (Instytut Misesa) oraz dr Waldemar Kozioł (Uniwersytet Warszawski). Dodatkowego „ognia” debacie zadawał zasiadły na widowni Jan Fijor. Niestety, tak zwana złośliwość rzeczy martwych, uniemożliwiła przedstawienie nie tylko dźwiękowego zapisu, ale nawet w znacznej mierze stenogramu debaty. Wszelako mając na uwadze zainteresowanie, jakie wzbudziła sama informacja na temat debaty pokusiłem się o zrelacjonowanie w formie zwartego tekstu myśli i twierdzeń Prelegentów, co mam nadzieję choć w części zrekompensuje Państwu brak dokładnego zapisu z ponad dwugodzinnej debaty. Odchodzenie od standardu złota w ekonomii światowej częściowo związane jest z wielkim kryzysem lat 30. ubiegłego wieku. Jako pierwsza zrezygnowała Anglia w marcu 1931 r., jako jedna z ostatnich – Polska w 1934 r. Po drugiej wojnie światowej nastąpiła dalsza ucieczka od standardu złota, co w jakiejś mierze przełożyło się na przyspieszony rozwój technologiczny w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, chociaż zarówno przed 1939 r. jak i po 1945 r. odchodzenie od standardu złota skutkowało deflacją. Wpływ, jaki wywarł na powojenną polską edukację ekonomiczną (i po części historyczną w zakresie historii gospodarczej) keynesista Oskar Lange sprawił, że obecnie standard złota jest praktycznie nieobecny w debacie akademickiej, wspominany humorystycznie bądź jako przeżytek dawnych czasów. Nieuczciwe jest mówienie o gospodarce bez uwzględnienia standardu złota, czy szerzej – pieniądza kruszcowego, nie tylko dlatego, że był pierwszym zinstytucjonalizowanym systemem finansowym w gospodarce światowej. Mówiąc bowiem o pieniądzu, mówimy de facto o towarze, będącym miernikiem wartości innych towarów. Trzeba przy tym pamiętać, że standard złota, jako pieniądza, nie został wymyślony jak pieniądz papierowy, ale wytworzony w toku celowej ewolucji wymiany dóbr, zaś nikt nie może powiedzieć, że proces ewolucji został zakończony. Warto wreszcie pamiętać, że standard złota nie jest jedynym  możliwym standardem. W historii rolę miernika wartości towarów (czyli pieniądza) odgrywały już np. sól, zboże czy ziarna kawy. Osobnym zagadnieniem jest błędne przekonanie o tożsamości standardu złota z wolnym rynkiem. Złote monety wszak nie wykluczają zamordyzmu czy biurokracji, choć przyczyniają się do jej ograniczenia. [caption id="attachment_9356" align="alignleft" width="300" caption="Dr W. Kozioł w rozmowie ze słuchaczem. Foto. MN"]Dr W. Kozioł w rozmowie ze słuchaczem. Foto. MN[/caption] Zasadniczą kwestią w przywróceniu standardu złota jest problem techniczny. Zasoby złota są bowiem ograniczone, przy czym spora ich część przeznaczana jest na biżuterię. Tymczasem w przypadku przywrócenia standardu złota nastąpiła by konieczność pokrycia w jakiś sposób całej masy zadrukowanego podobiznami prezydentów czy królów fiducjarnego i wirtualnego papieru. Osobną sprawą jest odpowiedź na pytanie kto ma dzisiaj złoto, choć nie można zaprzeczyć, że czym innym jest wprowadzanie parytetu złota, a czym innym inwestowanie w rynek złota. Standard złota jest nie do pogodzenia z obecnym systemem pieniądza fiducjarnego, w którym rządy i banki centralne nadmiernie zadłużają przyszłe pokolenia na poczet rozwoju gospodarczego. Położenie głównego nacisku na kreację pieniądza w perspektywie prowadzi do katastrofy obecnego systemu z jego dynamiką rozwoju, albowiem przedsiębiorczość w coraz większym stopniu zastępowana jest przez planowanie, będące wynikiem biurokratycznego promowania działań paraprywatnych. Rozważając zagadnienie zadłużenia państwa trzeba też pamiętać, że najczęściej mowa jest o długu oficjalnym (mającym wierzyciela), milczeniem zaś pomijana jest kwestia długu zadekretowanego (zobowiązań państwowych). Co ważniejsze – większość państwowego zadłużenia wykorzystywana jest na utrzymywanie nieefektywnej biurokracji. Wynika to również z faktu, że pojęcie zysku i start, czyli rachunku ekonomicznego w przypadku działalności państwa (finansowania z podatków oraz dekretowanych budżetów) jest błędem logicznym wobec braku racjonalnej kalkulacji ekonomicznej. Rzecz jasna ucieczka od fiducjarnego pieniądza jest coraz bardziej palącą koniecznością. Problem jednak, jak to zrobić mając na uwadze, że wprowadzenie standardu złota wobec jego ograniczonych zasobów oznacza redukcję wzrostu gospodarczego do podaży złotych monet. Nie da się też zbyć pytania, czy mit stałego, wysokiego poziomu wzrostu gospodarczego utrzymywany dzięki funkcjonowaniu pieniądza fiducjarnego jest naturalny, tym bardziej, że nie można zadłużać się w nieskończoność. Jak kapitalnie rzecz ujął R. Gwiazdowski – można się najeść wiagry czy naszprycować innymi specyfikami aby dokonywać „cudów”, tylko jak długo? I jakie będą finalne konsekwencje takiego postępowania? [caption id="attachment_9357" align="alignright" width="300" caption="Dr M. Machaj i dr hab R. Gwiazdowski. Foto. MN"]dr M. Machaj i dr hab R. Gwiazdowski[/caption] W XIX wieku system kruszcowy spełniał swe zadanie tylko, że ówczesne tempo przyrostu gospodarczego nie było tak silne jak obecnie. Dzisiejsze tempo wzrostu gospodarczego finansowane jest głównie kredytami, te zaś nie mogą istnieć bez oszczędności, czyli kapitału. Alokacja kapitału prywatnego oznacza przekazywanie przez instytucje finansowe zgromadzonego kapitału tym, którzy mają pomysł na działalność. Przedsiębiorca ryzykując może przeznaczyć swoje zadłużenie na rozwój, co oznacza, że to właśnie zgromadzony kapitał decyduje o produktywności gospodarki. Uzależnienie od mniejszej masy kredytu przy parytecie pieniądza kruszcowego oznacza wolniejsze tempo wzrostu gospodarczego, albowiem nie wszyscy dostaną kredyty, co jest często wysuwanym argumentem przeciw przywróceniu standardu złota. Tym niemniej poza zjawiskiem hiperinflacji w każdym systemie znajdzie się grupa, która nie otrzyma kredytu. W ocenie ryzyka kredytowego warunkiem przy standardzie złota jest istnienie oszczędności. W przypadku, jak obecnie, gdy państwo finansuje rozwój pieniądzem fiducjarnym, ów warunek zanika a o opłacalności inwestycji nie decyduje już rynek i ocena innych prywatnych czynników uczestniczących w rynku, którą bezskutecznie próbowano uśrednić przy pomocy algorytmów. Absurdalność nierealnego systemu oceny ryzyka kredytowego ujawniła się ostatnio w Grecji. Jedynym pomysłem na ratowanie Hellady, której już instytucje finansowe nie chcą pożyczać, jest udzielenie Grekom kredytów przez inne państwa i dopiero wtedy oni nie oddadzą. Paradoksalnie dzisiejsza Grecja jest jedynym państwem poważnie traktującym zagadnienie własnego zadłużenia, co potwierdza prawo Murphy'ego, iż człowiek zaczyna postępować racjonalnie gdy inne sposoby już zawiodły. We współczesnej gospodarce silna podaż pieniądza fiducjarnego przekłada się na rozwój technologiczny, będący motorem napędowym gospodarki. Nowe branże kreują nowe możliwości rozwojowe, nowych odbiorców itd. Niemożność zaspokojenia podaży pieniądza w przypadku standardu kruszcowego wobec jego ograniczonego zasobów oznacza konieczność jego pożyczania, pytanie na jakich warunkach? Paradoksalnie rozwój technologiczny i związany z nim wzrost gospodarczy przyczyniają się do zjawiska spadku cen (nowoczesne technologie pozwalają na wytwarzanie tańszych i lepszych towarów), co jest często wysuwanym argumentem przeciwko przywróceniu standardu kruszcu, gdyż podaż pieniądza uzależniona wtedy od masy pieniądza jest trudna do zaspokojenia. Taka zaś sytuacja przekłada się na stabilność gospodarczą. [caption id="attachment_9358" align="alignleft" width="300" caption="Dyskusja po zakończeniu debaty. Foto. MN"]Dyskusja po zakończeniu debaty. Foto. MN[/caption] Tak jak synonimem rozwoju gospodarczego stał się rozwój technologiczny, tak synonimem rynku jako takiego stały się tzw. rynki finansowe, handlujące papierami wartościowymi. Ich funkcjonowanie ściśle związane jest z pieniądzem fiducjarnym, dzięki któremu dobrobyt dnia dzisiejszego finansowany jest konsumpcją przyszłości. Rolowanie długów przerzucaniem ich na następne pokolenia (co jest ściśle związane z pomijaną dynamiką demograficzną), czyli faktycznie kreacja pieniądza poprzez redystrybucję, ma teoretycznie zapobiegać kryzysowi kapitalizmu – nadprodukcji. Zgodnie z definicją Keysa jak i Marksa kryzys nadprodukcji powstaje w wyniku alokacji kapitału jedynie tam, gdzie spodziewane są najwyższe zyski, w wyniku czego inne branże „kuleją”. Uczciwie trzeba przyznać, że w socjalizmie kryzys nadprodukcji się nie zdarzył, choć nie jest to najlepszy argument pro. Obrazowo sytuację finansowania dobrobytu dnia dzisiejszego konsumpcją przyszłości podsumował R. Gwiazdowski mówiąc, że postawiono wóz przed koniem, co przyczynia się do zawirowań na rynkach finansowych. Charakterystycznym przykładem jest uznawanie za niekorzystny dla sektora naftowego spadek cen ropy – podstawowego surowca. Firmy te tworzą plany finansowe w oparciu o dotychczasowe ceny, co przekłada się wymiernie na wysokość cen akcji i dywidendy. Innymi słowy możliwość zwiększenia produkcji i obniżenia ceny towaru jest dla nich – absurdalnie – niekorzystna. Warto na zakończenie zwrócić uwagę, że rynki finansowe polegają głównie na zmianie właścicieli instytucji finansowych, zarabiających część tego, co przedsiębiorcy są w stanie wytworzyć i zarobić w przyszłości. Problem w tym, że obecnie wartość instrumentów finansowych dwudziestokrotnie przekracza wartość pieniądza, przy czym tylko część owych instrumentów wykorzystywana jest do stymulacji i zabezpieczeń, reszta zaś – do spekulacji. Opracowanie i foto: Michał Nawrocki P.S. Zachęcam Państwa również do zapoznania się z relacją ze spotkania, autorstwa Konrada Rajcy.

Debata: „Standard złota – Święty Graal czy Puszka Pandory”?

Koło Naukowe im. Mirosława Dzielskiego zaprasza wszystkich serdecznie na debatę na temat “Standard złota – Święty Graal czy Puszka Pandory”, w której udział wezmą: dr hab Robert Gwiazdowski (Centrum im. Adama Smitha), dr Mateusz Machaj (Instytut Misesa) oraz dr Waldemar Kozioł (Uniwersytet Warszawski). Debata odbędzie się 27 maja o godzinie 20:00 w sali 207 starej Biblioteki UW w Warszawie, Krakowskie Przedmieście 26/28. Celem debaty ma być przedstawienie realnych możliwości zastosowania waluty opartej o kruszec w dzisiejszym świecie (bądź pojedynczych krajach) oraz ewentualne (krótko i długoterminowe) skutki takiego posunięcia. Dyskusja ma mieć wymiar praktyczny, nie teoretyczny, a tematyka dotykać będzie problemów, z którymi mamy aktualnie do czynienia - budowy nowego ładu finansowego i problemów Grecji – oraz kwestii ponadczasowych - bilansu handlu zagranicznego i cykli koniunkturalnych. Info za: Instytut Misesa Oprac.: Michał Nawrocki Foto: http://dwagrosze.blogspot.com