Tag Archives: szkoła

Potęgi klucz – czego dziecko powinno się nauczyć?

Wrzesień, a więc dzieci ruszają do szkoły. Czego one się tam teraz uczą? Nie mam pojęcia i to może nawet lepiej, bo zamiast utyskiwać na programy szkolne, pokuszę się o przedstawienie moich postulatów. Wiedza jest teraz tak rozległa, że zgłębienie jej w jakiejkolwiek dziedzinie przestało być możliwe. Czego zatem dziecko powinno się nauczyć zanim podejmie decyzję, co chce w życiu robić?

Do szkoły – dobrowolnie czy z przymusu?

Czy przymusowa edukacja szkolna niszczy kreatywność i indywidualizm oraz umiejętność krytycznego myślenia u dzieci i młodzieży? A jeśli tak to dlaczego?

Tak Rosjanie witają motocyklistów z Polski

Motocyklowy Rajd Katyński jest już na terenie Rosji. W tym roku ekipa polskich motocyklistów zamierza dotrzeć aż do Tobolska na Syberii, gdzie uczczona zostanie pamięć o zesłańcach syberyjskich.

Dobrze zaplanowana szkoła szansą na sukces?

Szkoła jest bardzo ważną instytucja, która edukuje młodzież od podstaw. Warto więc zadbać o to, by jej rozwój - jako instytucji - został odpowiednio zaplanowany. Wtedy szkoła będzie odnosiła sukcesy, a młodzież będzie rywalizowała o miejsca w tej konkretnej placówce. Plan rozwoju musi więc być przede wszystkim nastawiony na sukces, ale dostosowany do obowiązującego systemu edukacyjnego oraz możliwości danej placówki. Taki plan może być jednoroczny lub wieloletni i przede wszystkim zgodny z prawem.

Uwaga! To nie jest reklama! Burdele w szkołach?

Dyrektor szkoły to zacna funkcja. Zaszczytna i w ogóle... Jak zobaczymy poniżej docenia ją również Oficyna MM Wydawnictwo Prawnicze, która wydaje specjalistyczne pismo "Miesięcznik Dyrektora Szkoły".
Wydawca tak rekomenduje swoje czasopismo: „Miesięcznik Dyrektora Szkoły” powstał z myślą o dyrektorach, których celem jest kompetentne i nowatorskie zarządzanie placówką oświatową. Na łamach czasopisma porad udzielają specjaliści z zakresu prawa oświatowego, trenerzy, dyrektorzy z wieloletnim stażem, doświadczeni metodycy, psychologowie, pedagodzy, terapeuci oraz osoby związane ze środowiskiem szkolnym. W „Miesięczniku Dyrektora Szkoły” znajdą Państwo aktualności prawnooświatowe, porady doświadczonych specjalistów, innowacyjne rozwiązania z zakresu zarządzania i procesów edukacyjnych oraz wywiady z wybitnymi teoretykami i praktykami". A oto okładka najnowszego numeru! Może ktoś ma jakiś komentarz?

Alternatywa dla czerwonych katedr

Amerykańskie szkolnictwo wyższe jest odpłatne, bardzo szeroko rozwinięte i może poszczycić się uczelniami światowej renomy. Powszechnie uważa się, że koledże i uniwersytety zdominowane są przez kadrę lewicowych wykładowców. Pomimo tego, konserwatyści, katolicy i chrześcijanie, a nawet kształceni domowo mogą w nich też znaleźć coś dla siebie.
Liczba różnych publikacji oceniających i opisujących setki uczelni wyższych jest bardzo duża. Czasem trudno stwierdzić, czy - dla przykładu - uczelnia katolicka naprawdę spełniłaby nasze oczekiwania. Jednak fakt, że sporządza się rankingi uwzględniające stopień religijności bądź konserwatyzmu studentów oznacza, że jest na nie popyt. I to dobrze, bo  przecież kandydaci na studia mają prawo wybrać czy chcą studiować w środowisku osób o podobnych wartościach, czy raczej spotkać się z odmiennymi wizjami na świat. Wybór ten oczywiście kosztuje dziesiątki albo setki tysięcy dolarów. Według publikacji „Princeton Review: The Best 376 Colleges” (2012 r.) najbardziej religijni spośród studentów kształcą się na uczelni związanej z sektą mormonów (Brigham Young University); na założonym przez baptystów Hillsdale College oraz na katolickim Thomas Aquinas College. Jednak najbardziej konserwatywni studenci uczęszczają do Hillsdale College, najlepszej uczelni w Michigan, założonej w 1844 r. Jako jedna z pierwszych w USA przyjmowała ona na studia czarnoskórych i kobiety, co pokazuje, jak pokrętne są kierowane pod adresem konserwatystów zarzuty o dyskryminację. Obecnie nie jest już związana z baptystami i od 2007 r. nie przyjmuje dotacji rządu stanowego i federalnego. Nie jest dużą uczelnią, jeden wykładowca przypada tam na 10 studentów. Na odczyty zapraszani są sławni politycy czy ludzie biznesu. Studenci zapoznają się z ekonomią wolnorynkową i studiują Konstytucję. Uczelnia oferuje edukacyjne rejsy morskie i rzeczne ze sławnymi politykami czy publicystami na pokładzie. 11 dni „seminariów na morzu” w 2013 r. będzie kosztować od ok. 8,5 tys. do ponad 26 tys. USD, w zależności od standardu kabiny. Jako drugi na liście konserwatywnych koledżów plasuje się niewielki, katolicki Thomas Aquinas College. Jest położony w malowniczym miejscu, w Kalifornii, blisko Los Angeles, gór i plaży, z pięknym kościołem, w którym trzy razy na dzień odprawiana jest Msza święta, w tym raz po łacinie. Kształcenie humanistyczne oferowane na uczelni opiera się na książkach, które wpłynęły na rozwój cywilizacji Zachodu. Na każdych zajęciach obecnych jest mniej więcej 15 osób, co wpływa na dobre relacje wykładowców ze studentami. Żacy mieszkają w akademikach podzielonych ze względu na płeć i ubierają się dość formalnie. Studentki muszą zakładać spódnice lub sukienki. Podobnie do Hillsdale, roczny koszt całkowity studiowania to około 30 tys. dolarów. Na trzecim miejscu pod względem konserwatyzmu znalazła się w rankingu „Princeton Review” uczelnia publiczna i jedna z największych w USA: Texas A&M University w College Station, w Teksasie, założona w XIX w. Działają tam setki organizacji studenckich, czemu nie trzeba się dziwić, skoro uczelnia kształci ponad 50 tys. studentów. Szkołę ukończył Rick Perry, gubernator Teksasu, a George W. Bush jest zaangażowany w jej rozwój. Niestety, na uczelni rośnie w silę studencki ruch homoseksualistów, którego nie można zatrzymać z uwagi na fakt, że jest to uczelnia publiczna, korzystająca z pieniędzy podatników. Uczelnie dla kształconych domowo W tym kontekście warto docenić niezależność finansową Hillsdale College czy innej uczelni katolickiej, która nie otrzymuje dotacji rządowych: Christendom College. Ta została założona przez z Warrena H. Carrolla, znanego w Polsce autora książek historycznych, który przeznaczył na jej otwarcie 50 tysięcy USD.  Koledż reklamuje się na konferencjach edukujących domowo, jest więc jedną z wielu uczelni stojących otworem dla osób niekształconych w systemie szkolnym. Według http://www.superscholar.org/, najlepszym dla nich koledżem, który również nie przyjmuje dotacji rządu federalnego, jest Grove City College niedaleko Pittsburgha, w Pensylwanii. Swój charakter definiuje pod szyldem wiary i wolności. Na uczelni, podobnie do Hillsdale, naucza się gospodarki wolnorynkowej z naciskiem na austriacką szkołę ekonomiczną. Roczny koszt nauki (łącznie z prywatnym laptopem wynoszący ponad 20 tys. dolarów) oceniany jest jako niewysoki w stosunku do oferowanego kształcenia. Innym ciekawym katolickim koledżem, zajmującym 7. miejsce w rankingu najlepszych uczelni dla kształconych domowo jest Ave Maria College w Naples, na Florydzie. Podobnie do Christendom, został założony przez osobę prywatną - właściciela Domino’s Pizza, Toma Monaghana. Ma chyba jeden z najpiękniejszych kampusów na świecie. Choć wymienione koledże nie należą do czołówki najlepszych uczelni w USA ani nie są tam powszechnie znane, stanowią ważny element amerykańskiego rynku szkolnictwa wyższego. Wolność edukacyjnego wyboru powinna bowiem zawierać dostęp do kształcenia w duchu konserwatyzmu i wiary. A także pozostawiać prawicowcom wolny wybór w stosunku do tego, jakich wykładowców utrzymują ze swoich własnych pieniędzy. Natalia Dueholm Artykuł ukazał się na www.pch24.pl. Dziękujemy Autorce za nadesłanie go również na nasz portal.

Kto ma uczyć historii?

Planowane zmiany programu nauczania historii budzą spore emocje. Przeciwnicy reformy kreślą czarne scenariusze, zgodnie z którymi przyszłe pokolenia Polaków nie będą posiadać nawet podstawowych informacji z zakresu historii. Zamieszanie wokół tej sprawy jest świetną okazją do tego, by postawić zupełnie fundamentalne pytanie o ... rolę rodziców w kształtowaniu historycznej świadomości swojego potomstwa.   Kwestia ta jest wyjątkowo rzadko poruszana w dyskusji na temat nauczania historii. A w gruncie rzeczy to na rodzicach spoczywa obowiązek wychowania swoich dzieci, co oznacza także, przekazywania im wiedzy o otaczającej ich rzeczywistości.
  Wprowadzenie powszechnego obowiązku szkolnego stworzyło sytuację, w której wielu rodziców poczuło się zwolnionych z tego obowiązku. W końcu płacą podatki, z których utrzymywane są szkoły i nauczyciele dysponujący fachowym przygotowaniem. I to oni powinni zatroszczyć się o odpowiednią edukację dzieci. Dodatkowo, w związku z konsumpcyjnym stylem życia panującym w naszym społeczeństwie, czas wolny dzieci i rodziców wypełniany jest właśnie aktywnościami konsumpcyjnymi. Wspólne czytanie książek historycznych? Słuchanie audycji o takiej problematyce? Niestety, dla wielu rodziców takie możliwości spędzania wspólnego czasu z ich własnymi dziećmi są po prostu mało interesujące. Kwestia nauczania historii musi więc być rozpatrywana w szerszym kontekście społecznym, a konkretnie w świetle fenomenu społeczeństwa konsumpcyjnego. W społeczeństwie takim panuje przekonanie o tym, że wiedza historyczna jest po prostu bezużyteczna. I w pewnym sensie, przekonanie to jest jak najbardziej słuszne. Konsument takiej wiedzy nie potrzebuje. Co więcej, im mniej wie, tym łatwiej będzie mu się „odnaleźć” w społeczeństwie konsumpcyjnym. Taki model społeczny wpływa także na wzorce wychowawcze stosowane przez rodziców. W końcu rodzice chcą jak najlepiej dla swoich dzieci. A w tej chwili wielu rodziców w bezrefleksyjny sposób ulega presji konsumpcyjnego stylu życia.
Może więc warto przypomnieć im o tym, że wychowując swoje dzieci na konsumentów, w gruncie rzeczy wyrządzają im krzywdę. I zamiast toczyć boje o szkolne programy nauczania, może warto rozpocząć społeczną akcję na rzecz propagowania innego stylu życia, a tym samym, innego wzorca wychowawczego. Wzorca, zgodnie z którym to rodzice będą troszczyć się o historyczną edukację swoich dzieci. Magdalena Ziętek Blog Autorki: http://magdalenazietek.blogspot.de

Szkoła, czyli obraz nędzy nauki polskiej

Obraz szkoły jest każdemu z nas dany w bezpośrednim doświadczeniu. Ale gdy zapytamy czym ona jest, niewielu z nas potrafi odpowiedzieć na to pytanie, w sposób jasny i wyczerpujący. A to dlatego, że obraz ten kształtuje sama szkoła,  wbijając nam do głowy od wczesnego dzieciństwa swój przerysowany i nafaszerowany mitologią wizerunek. Dla wielu ta mistyfikacja, mimo zderzenia z całkiem odmienną rzeczywistością, ciągle pozostaje ideałem wartym doskonalenia. Gdy cofniemy się w czasie do początków to zobaczymy wyraźnie, że wiedza kumulowała się albo wokół pytania „jak?” albo w odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”. Pytanie pierwsze stawia samo życie, a źródłem wiedzy będzie rodzina (język, relacje z innymi, wierzenia, nawyki), społeczność (kultura, prawa), mistrz ( wiedza zawodowa), własne doświadczenie. Pytanie drugie stawiają sobie nieliczni, dla których wiedza nie jest środkiem do celu lecz celem samym w sobie. Dotknięci tą przypadłością będą oddawać się pasji dociekania prawdy, bez względu na to czy przyniesie im to jakieś wymierne zyski. Najpierw mistrzami a potem partnerami będą inni pasjonaci, których wiedza pozwala przeskoczyć etapy już poznane, przyswoić sobie ich tok rozumowania i uzasadniania wniosków. Niestety efektem tej pasji jest wiedza pozbawiona  wartości rynkowej, bo choć rzadka, to jednak często nie posiada bezpośrednich właściwości użytkowych. Szczególny przypadek stanowią wynalazcy, ich pasją nie jest dociekanie prawdy (istoty rzeczy), lecz przekształcanie materii w nowe formy użytkowe. Produktem ubocznym doświadczeń i prób może być odkrycie nowych zjawisk lub zależności, ale ich nastawienie (intencja) zawsze będzie skierowana na efekt materialny. Dlatego od wieków utarł się podział na wiedzę podstawową i techniczną. Moim zdaniem podział zależy od tego co stanowi ostateczne uzasadnienie dla tej wiedzy, czy jest to dowód formalny, czy wielokrotne potwierdzenie w rzeczywistym doświadczeniu. Trzecia kategoria pasjonatów to tzw. artyści, którzy eksploatując swe uzdolnienia kierują się intuicją. Tworzą, nie widząc naprawdę jak ich dzieło powstaje i dlaczego. Gdyby wiedzieli „jak?”, to staliby się przemysłowymi producentami sztuki, gdyby wiedzieli „dlaczego?”, to mogliby ogłosić stworzenie kompletnej teorii sztuki i zdegradować talent do świadomie projektowanych technik ekspresji (teoria technik manipulacji, już ociera się o tę problematykę). Znajomość historii sztuki i technik wykorzystywanych przez mistrzów nie daje podstaw do uznawania się za twórcę, a do tego uprawniają tytuły naukowe nadawane absolwentom uczelni artystycznych. Mamy do czynienia z piramidalną bzdurą. Talent jest rzadkim darem, który może być tylko doposażony w narzędzia oraz techniki wyrazu przez mistrza i tylko kretyn mógł wymyślić taśmową produkcję artystów z tytułami magistrów. Ten socjalistyczny relikt kultywowany w byłych demoludach zasila armię ćwierć inteligentów z pretensjami. Artystą zawsze był ten, którego wytwory cieszyły się spontanicznym popytem. Współcześnie popyt tworzą urzędnicy od „kultury” i moda urabiana poprzez reklamę. Do rangi „sztuki” urastają dziwactwa, prowokacje moralne lub wywołujące szok estetyczny, wszystko co potrafi przebić się przez nieustający jazgot stręczycieli chłamu dla pospólstwa. Z tych wymienionych trzech kategorii pasjonatów jedynie pierwsza wymaga jakiegoś niewielkiego wsparcia społecznego (brak rynku). To niewielkie wsparcie ma zniechęcać szukających łatwego chleba ( tzw. karierowiczów), a z drugiej strony powinno zapewniać minimum egzystencji osobnikom napędzanym pasją poznania (do pewnego stopnia funkcję tę pełnią liczące się ośrodki naukowe). Nauka tylko wtedy wypełni swoje powołanie, gdy nie będzie koncesjonowana, a o jej wartości będzie decydował rynek (jeż słyszę głosy oburzenia). Tytuły naukowe są świadectwem uznania dorobku zawodowego, wydanym przez naukowców z danej dziedziny, obsiadających katedry w otoczeniu delikwenta. Gdy dziedzinę okupują miernoty, to w ich interesie jest dopuszczać do swego grona schlebiające im kolejne miernoty, bo tylko one nie zagrożą ich osiągnięciom „twórczym”. Tak jak pozytywne świadectwo pracy z poprzedniego zakładu nie gwarantuje zatrudnienia w nowym, tak kontraktujący naukowca powinien mieć prawo rozważyć czy to świadectwo jest miarodajne, a oferta kandydata jest najlepszą z tych, które są osiągalne. Niestety, nasze uczelnie są w większości skansenami pupilków byłego systemu, skłonnych służyć władzy każdą potrzebną ekspertyzą naukową (wyjątek stanowią tzw. nauki ścisłe). Gdy przyjrzymy się owocom ich „twórczości” to widać nędzę profesorskiej kondycji. Wystarczy porównać osiągnięcia z okresu międzywojennego, inżynierów, logików, matematyków, chemików a nawet teoretyków prawa, z tym co od 1989 „wyprodukowała” intelektualna czołówka naszego państwa. Konstytucja wewnętrznie sprzeczna, rozdęta administracja z zachodzącymi na siebie zakresami, działa w warunkach ciągłego konfliktu kompetencyjnego. Formalna równość wobec prawa wypierana jest przez hojnie rozdzielane przywileje. Nie istnieje dziedzina zarządzana przez biurokrację, która nie wymagałaby natychmiastowej poprawy (np. służba zdrowia, ubezpieczenia, szkolnictwo, drogi, wojsko, policja, wymiar sprawiedliwości), mimo już wcześniej przeprowadzonych reform. Ilość odkryć i patentów mizerna. I to wszystko zanurzone jest w totalnym bałaganie prawnym tworzonym przez niechlujnie konstruowane pod bieżące  potrzeby ustawy, wywołujące biegunkę legislacyjną, w której już nikt nie jest w stanie się połapać. Częściowe wytłumaczenie tej mizerii znajdziemy w zaplanowanych akcjach wyniszczenia elit, zarówno przez brunatnych jaki i czerwonych socjalistów. Choć i sami chętnie, jak pisał poeta, strzelamy do wrogów diamentami. Godnym uwagi jest fakt, że Żydzi skazani w pierwszej kolejności na całkowitą zagładę ratowali, nie szczędząc środków i energii, najznakomitszych przedstawicieli swego narodu, prowadząc do końca negocjacje z oprawcami. Paradoksalnie względnie dobry stan gospodarki ostatnimi czasy, utrzymuje się dzięki narodowej tradycji bojkotowania działań i zarządzeń obcej władzy oraz lenistwu i interesowności urzędników, co sprzyja przyśpieszonej akumulacji kapitału w szarej strefie. Na koniec zostawiłem sobie największą grupę, tzn. tych dla których nauka jest sposobem na szybkie nabycie umiejętności niezbędnych do wykonywania zawodów, które uznają za odpowiadające ich predyspozycjom lub oczekiwaniom. O ile w poprzednich przypadkach wiedza była celem, to tu wiedza ma być środkiem do celu, odpowiednikiem wyposażenia technologicznego, pozwalającego osiągnąć jakość oferowaną przez konkurentów, ale po niższej cenie lub odwrotnie - wyższą jakość za tę samą cenę. Powinna więc być inwestycją, gwarantującą zyski wyższe od innych aktywności osiągalnych z pominięciem tego wykształcenia. Doświadczenie mówi nam, że posiadanie nawet najlepszego wyposażenia nie gwarantuje sukcesu. Do tego potrzebne są jeszcze zdolności przypisywane tzw. przedsiębiorcom (nie da się ich nabyć ani wykształcić). Nikt nie oczekuje od producenta maszyn gwarancji zwrotu nakładów poniesionych na ich zakup. A i on sam musi oszacować popyt na produkowane maszyny, śledząc ruchy cen wyrobów na tych maszynach produkowanych. Tak też uczelnie, śledząc zmiany popytu na rynku pracy, powinny samodzielnie ustalać zakres oferowanych produktów i ich właściwości. To współczesne państwa sterując szkolnictwem i gospodarka są odpowiedzialne za bezrobocie, za cykliczne kryzysy rujnujące dorobek milionów pracowitych jednostek, za rozbudzanie oczekiwań niemożliwych do spełnienia, co prowadzi do narastania patologii społecznych. Darwiniści społeczni uznają, że doskonalenie ewolucyjne wymaga stałej nadprodukcji, bowiem wyzwala ono ciąg  następstw: nadprodukcja wymusza konkurencję o ograniczone zasoby, zaś konkurencja powoduje selekcję elementów nadmiarowych. Na poziomie genetycznym, im większa populacja tym prawdopodobieństwo zaistnienia pozytywnej mutacji i jej powielenie w elementach potomnych jest większe. Toteż przy stałej ilości dostępnych zasobów wcześniejsze bezpotomne wymieranie osobników - przegrywających w walce o nie - jest koniecznym warunkiem ewolucji ku bardziej przystosowanej populacji. Ale człowiek opanował umiejętność odkrywania i pomnażania niezbędnych do przeżycia zasobów, a to dało podstawę do zawężającej się specjalizacji i rosnącej wymiany. Rozszerza się płaszczyzna kooperacji, a zwęża pole bezwzględnej konkurencji. Wojny o zasoby nie wynikają rzeczywistego z ich braku (dobra ekonomiczne z definicji bywają mniej lub bardziej rzadkie), lecz z prób narzucenia sposobów ich pozyskania, tańszych niż wymiana rynkowa (rabunek). Z drugiej strony, trwały stan nadprodukcji, na wolnym rynku nie powinien zaistnieć, bowiem zawsze istnieją zasoby i produkty o ograniczonej podaży, do których wytworzenia można zaangażować nieefektywnie wykorzystywaną pracę wraz z kapitałem. Nadprodukcja wynika z braku pełnej informacji, z błędów w kalkulacji i w inwestowaniu, a nadto z oporów (koncesje, podatki, normy) wpływających na mobilność kapitału i zasobów pracy. Głównym nośnikiem informacji w gospodarce są ceny, a państwo wpływając na ich poziom powoduje błędy w wyborach. Urojeniem centralnego planisty była wiara, że poprzez utworzenie ministerstw nauki, kultury, rolnictwa, przemysłu, zdrowia itd. da się skoordynować poszczególne działy gospodarki tak, by odpowiadały one oczekiwaniom konsumentów. Rynek wymusza na uczestnikach skierowanie uwagi na potrzeby innych, sprawia że producenci wyłażą ze skóry by wyprzedzić oczekiwania konsumentów, wzmacnia kooperację poprzez coraz większą specjalizację. Tam gdzie  koordynatorem staje się biurokracja, dochodzi do polaryzacji i dezintegracji rynku, uwaga wszystkich skierowana jest na urzędników, bo to oni decydują, im należy dogadzać, jeśli chce się przeżyć. Setki tysięcy studentów wpuszcza się w kanał marnując ich czas i pieniądze, bo otrzymują wiedzę nikomu niepotrzebną (np: tysiące specjalistów od marketingu i zarządzania). Powie ktoś: sami są sobie winni, nikt ich nie zmuszał do takiego wyboru studiów (szkoły). To samo słyszałem w PRL-u, gdy reklamowałem rozpadające się buty (dobry but był zmienną losową o znikomym prawdopodobieństwie). Problem w tym, że choć potrzeby ludzi są nieograniczone, to ich wymagania jakościowe ciągle rosną. Nasza oferta produktu, a nawet prostej usługi, wymaga wiedzy specjalistycznej z najwyższej półki. Nawet nośny produkt, a niedopracowany w każdym szczególe, szybko przejęty zostanie przez buszujących na rynku starych wyjadaczy. Proste produkty i usługi już zagospodarowano, zoptymalizowano i nafaszerowano techniką. Nie wystarcza sam pomysł, potrzebne są duże pieniądze na testy, a potem na reklamę i wdrożenie. Przeskoczenie każdego z tych etapów, zależy od uczciwości i solidności partnerów. Czy w kraju grasujących cwaniaków, pozbawionych wszelkich zahamowań, dysponujących szczególnymi uprawnieniami władczymi, można bezpiecznie cokolwiek realizować?- śmiem wątpić. W każdym razie, bez szkolnictwa uwolnionego od ingerencji urzędników nie dojdzie do szybkiego przepływu kadr i idei z gospodarki do środowiska naukowego i odwrotnie. Mnożenie doktorantów, przepisujących wybrane fragmenty z podręczników jeszcze nie przetłumaczonych - to też nieznanych promotorom - jedynie wzbogaca naszą wiedzę z zakresu historii osiągnięć innych, a to za mało, by nadążyć za gospodarczą czołówką. Oczywiście zachowały się enklawy kultywujące tradycje solidnej naukowej roboty, jednak to nie one mają wpływ na kształtowanie się mentalności narodu, systemu wartości i reguł wyłaniania społecznych liderów. Mam jednak nadzieję, że zaczną powracać do kraju ci, co własną pracą i talentem osiągnęli poziom światowej nauki na liczących się zachodnich uczelniach, i że to oni z czasem przejmą inicjatywę. Pozytywnym sygnałem są coraz częstsze  przypadki podejmowania studiów na zagranicznych uczelniach. To wymusi zdrową konkurencje o studentów i wykładowców z dorobkiem naukowym zauważalnym w świecie. Wojciech Czarniecki Foto. PSz

Szkoła (nie)tolerancji

Ostatnio wśród polskich uczniów stały się modne petycje w sprawie zdejmowania krzyży ze szkolnych ścian. Zasadniczym argumentem, mającym uzasadniać słuszność składanych petycji, jest postulat neutralności światopoglądowej szkoły. Obok tego pojawiają się też twierdzenia, że wiszący w szkolnej sali krzyż dyskryminuje osoby o innym światopoglądzie. Szkopuł w tym, że neutralność światopoglądowa szkoły publicznej jest bzdurą absolutną. Wynika to ni mniej, nie więcej właśnie z faktu upaństwowienia systemu edukacji. Za wyjątkiem reformy  systemu szkolnictwa z 1990 r., wprowadzającej finansowanie placówek szkolnych przez samorządy terytorialne, oraz reformy ustroju szkolnego, wszystkie zmiany odnosiły się do programów nauczania. Wynikiem tego jest z jednej strony upolitycznienie treści nauczania, uzależnionych od zmieniających się partyjnych ministrów edukacji, z drugiej – dominacja partyjnych samorządowców nad zatrudnianiem dyrektorów i nauczycieli. Zwrócić też uwagę trzeba na fakt, że zakres programów nauczania nie jest wyznaczany przez specjalistów w danych dziedzinach, ale właśnie polityków. Ktoś pewnie zaprotestuje, że to nie kwestia upolityczniania szkoły ale wyraz troski o poziom edukacji. Jako pierwszy kontrargument przychodzi mi na myśl wrzawa, jaką co jakiś czas wywołuje zmiana kanonu lektur szkolnych. Ale to nie wszystko. Na stronach MEN można znaleźć zakładkę o reformie programowej wprowadzonej w 2009 r. I cóż to takiego czytamy na stronach 7 – 9 publikacji, sygnowanej przez minister Katarzynę Hall? Oto potrzeba reformy uzasadniana jest takimi słowy: Jeszcze kilka lat temu tylko około 50% uczniów z każdego rocznika podejmowało naukę w szkołach umożliwiających zdawanie matury. Dziś (2009), po ukończeniu gimnazjum, takie szkoły wybiera ponad 80% uczniów. Spośród nich około 80% z powodzeniem zdaje maturę [...] Założenie, że ponad 80% rocznika potrafi skutecznie i równie szybko nauczyć się tego wszystkiego, co było zaplanowane dla zdolniejszych 50%, jest źródłem paradoksu: pomimo nie mniejszego niż dawniej wysiłku wkładanego przez nauczycieli oraz zwiększonego zainteresowania uczniów zdobyciem wyższego wykształcenia, polskiej szkole nie udaje się osiągnąć satysfakcjonujących efektów kształcenia [zatem konieczna jest taka organizacja procesu nauczania, która] pozwoli uczniom w każdym z wybranych przedmiotów osiągnąć poziom, którego oczekiwaliśmy od absolwentów liceów w latach ich świetności. Czyli argument o „podnoszeniu jakości” między bajki można włożyć, skoro wszystkie kolejne próby kończą się obniżeniem tegoż poziomu. Nawiasem mówiąc należałoby przed wprowadzeniem zmian zastanowić się nad źródłami wysokiego poziomu nauczania „liceów w latach ich świetności” oraz przyczynami spadku poziomu nauczania. Znacznie ważniejsza wydaje się odpowiedź na pytanie, czy wiszący w klasie krzyż jest faktycznie źródłem dyskryminacji światopoglądowej? Przede wszystkim nikt nie narzuca uczniom szkół publicznych przymusu uczestnictwa w praktykach religijnych. Z drugiej zaś strony kompletnie nie jest brany przez przeciwników krzyży w salach szkolnych fakt, że są one symbolami pewnego systemu uniwersalnych wartości – w tym poszanowania życia, wolności, ludzkiej godności i własności, które wpajać ma właśnie szkoła. Spora część przeciwników krzyży w szkołach argumentuje, że niewierzący też współfinansują państwowe szkolnictwo. Jest w tym paradoks, że domagają się poszanowania tych właśnie praw negując zbudowaną na nich religię, a proszę wierzyć – dzieci momentalnie wychwycą sprzeczność. W okresie szkolnym człowiek dopiero kształtuje swój system wartości i swoje relacje ze światem. Religia, niezależnie od tego czy się komuś to podoba, czy nie, jest w tym przypadku idealnym środkiem wyjaśnienia tak skomplikowanych wartości jak dobro i zło. Spór o krzyże na szkolnych ścianach uczy młodych ludzi jednego – że można siłą narzucić swoją wolę innym. A to jest bardzo niebezpieczne, bo o ile krucyfiks czy modlitwa nikomu jeszcze  nie zaszkodziły, o tyle siłowe narzucanie swoich poglądów (pamiętajmy, że to tylko incydenty, nie żądania masowe) innym – owszem. Michał Nawrocki