Tag Archives: sztuka

Praca i płaca

Idealnie jest, jeśli się robi to, co się lubi i jeszcze dostaje się za to pieniądze. Nie wszyscy jednak są takimi szczęściarzami. Większość z nas zarabia na chleb jakąś pracą wyrobniczą, a w wolnym czasie robi to, co lubi. Jedni mają więcej, inni mniej tego wolnego czasu. Coraz liczniejsza jest grupa emerytów dysponujących czasem do spożytkowania. Liczne stowarzyszenia i organizacje proponują, jak ten czas zagospodarować. Jedną z nich, a zarazem bardzo wszechstronną jest Ośrodek Niezależnej Akcji Społecznej (ONAS).

Teatralne złorzeczenie – czyli słów kilka o „Klątwie”

Po obrzydliwym i ohydnym spektaklu pt. „Klątwa” wystawionym niedawno w Teatrze Powszechnym rozgorzała burzliwa dyskusja, w której obudziły się rożnego rodzaju demony ideologiczne wykorzystujące sprawę spektaklu do walki z tradycją i zdroworozsądkowym podejściem do moralności i etyki.

Rynsztokowi „artyści”

Właściwie nie ma już nad czym ubolewać. Najpierw sztuki plastyczne, a za nimi teatr przestały istnieć jakiś czas temu. Agonia zaczęła się z chwilą kiedy zapotrzebowanie na podziw zastąpiono chęcią wywołania szoku. Tak długo szokowano, że taka „sztuka” może już tylko zadziałać jako środek wymiotny. Pozostaje jednak rozstrzygnięcie kwestii, kto ma płacić za to opluwanie – plujący czy opluwany. Postkomunistyczne „elity” III RP są zdania, że opluwany.

Teatr to nie komercyjne show

Informacja o tych wydarzeniach obiegła i zelektryzowała całą Polskę. Połowa listopada ubiegłego roku, Teatr Stary w Krakowie. Podczas przedstawienia „Do Damaszku”, grupa widzów, oburzona obscenicznymi scenami, krzyczy „Hańba!” i opuszcza widownię. Reżyser spektaklu, Jan Klata, żegna zniesmaczonych widzów słowami „Wynoście się!”.

Sztuka dąży – esej o współczesnej sztuce

 „Sztuka dąży – i dobrze że dąży – do odkrywania nowości. Ale założenie, że tylko oryginalność jest walorem albo celem, to już dewiacja, która powoduje, że każde głupstwo, byle było nowe, staje się przedmiotem obserwacji krytyki, reklamy, itd.”
Próba określenia, czym jest dzisiaj sztuka, jest niezwykle trudna. Niełatwo jest również dociec, co staje się przedmiotem sztuki i jakie stawia sobie ona cele, przy założeniu że takowe w ogóle muszą mieć miejsce. Jakie są jej wyznaczniki? Czy istnieją jakiekolwiek granice, w obrębie których sztuka winna się realizować, i czy wyjście poza nie będzie już tylko nadużyciem i uzurpacją prawideł znajdujących swoje zastosowanie tylko w określonych warunkach? Czym jest dzisiaj sztuka? Kto ją realizuje? Co motywuje potencjalnego kreatora i czy motywacje winny spełniać określone – by nie powiedzieć ścisłe – postulaty, narzucające tematy i sugerujące materię, jaką artysta poddawał będzie swej warsztatowej obróbce? Czy sięgnięcie po tworzywo niestandardowe będzie wykroczeniem? Czy dotknięcie tematu tabu stanie się bluźnierstwem? A może wręcz odwrotnie: temat tabu, stanowiąc o oryginalności danego dzieła, przekładał się będzie na jego wartość artystyczną i stanie się abstrakcyjnym decydentem w sprawie sztuki? Innowacja stanowić będzie tego doskonałe uzupełnienie. Innowacja, czy też raczej – dysharmonia, chaos  i brak jakiejkolwiek klarowności, które złożą się na współczesną  „sztukę” i staną się jej priorytetowymi wyznacznikami. Co jest dzisiaj sztuką? Dawniej potencjalny odbiorca nie miał trudności z nazwaniem  „rzeczy” sztuką, a wyznaczniki artyzmu były bardziej standardowe. Nie ulega oczywiście wątpliwości, że nurt romantyczny rzucił na  artyzm nowe światło i wyrwał go  z „klasycznych” schematów, w obrębie których funkcjonował przez wieki, ale  potencjalnie można było z łatwością nazwać rzecz po imieniu. Malarstwo, literatura piękna, rzeźba – stanowiły różne gałęzie sztuki, w obrębie których funkcjonowała idea i ekspresja chcąca manifestować się w sposób nietuzinkowy,  przy pomocy swoistego piękna. Nie miało wielkiego znaczenia, czy produkt sztuki spełniał walory dalekosiężnej ogólnospołecznej  idei, czy też w prosty sposób realizował założenia bardziej subiektywne, pozwalające potencjalnemu autorowi na alternatywną samorealizację: wyrażenie własnych opinii. Do zdemaskowania – określenia – sztuki wystarczał jej sposób wyrażania, taki który znajdywałby odzwierciedlenie czy to na płótnie, na papierze, czy też w innej bardziej trwałej materii, jaką zdaje się być wszelkie tworzywo służące za materiał na rzeźbę. Produkt ostateczny również decydował, ale podwaliny do stawiania jakichkolwiek ocen co do istoty danej rzeczy, pretendującej do miana sztuki, stanowiła już sama forma. Takie założenie jest oczywiście bardzo umowne, jednak w prosty sposób pozwala zaobserwować, jakie wyznaczniki decydowały wstępnie o „artyzmie” wyrażanym w taki a nie inny sposób. Pierwotnie ikonografia, później malarstwo bardziej realistyczne; obok dramat starożytny, ówczesna liryka, dalej nieco szerzej rozwinięte piśmiennictwo w charakterze literatury pięknej; przy tym rzeźba od antycznych posągów po współczesne „dysproporcje przestrzenne” – wszystko to... „klasyczna” sztuka, czy też jej klasyczne rozumienie i ścisła kategoryzacja. Dziś na scenie pojawili się nowi aktorzy. Obok klasycznych gałęzi artyzmu zaczęły funkcjonować takie gatunki jak film  czy reklama, z czego oba pretendują do usankcjonowania swojego statusu artystycznego. Zaliczyć tu również można architekturę, modną ostatnimi czasy aranżację wnętrz, tworzenie infrastruktury miejskiej, nawet projektowanie mody, kręcenie wideoklipów, pisanie haseł reklamowych i wymyślanie przeróżnych nowych form ekspresji – bo przecież to wszystko kreacja. Nasuwa się więc podstawowe pytanie: czy sztuką nazwiemy wszystko to, co da się najzwyczajniej w świecie wykreować i urzeczywistnić w takiej czy innej formie; czy też potrzeba ku temu bardziej precyzyjnych wyznaczników, które pozwoliłyby wyeliminować ewentualne wątpliwości i konfuzje,  z jakimi nie raz pewnie mielibyśmy do czynienia, nadając czemuś miano „produktu artystycznego”. Z punktu widzenia samej kreacji infrastrukturę powstałego osiedla należałoby zakwalifikować jako gałąź bezprecedensowej sztuki, a jej pomysłodawców, inżynierów architektów – ludzi o umysłach notabene ścisłych – zaliczyć do kręgu całkiem kreatywnych artystów, których produkt jest nie tylko realizacją piękna, ale jednakowoż spełnia walory wysoce użyteczne, realizując tym samym dwa najczęściej pojawiające się w historii postulaty (wyznaczniki) sztuki, jakimi są forma i treść.  Treściwa i foremna potrafi też być reklama, szczególnie że znajduje dziś szerokie zastosowanie. Z jednej strony jest produktem współczesnej propagandy rynkowej, z drugiej zaś znajduje swoje miejsce na festiwalach „sztuki filmowej”, co przynosi częstokroć jej twórcy dodatkowe profity, a i przez to on sam pozyskuje sobie sławę. Zupełnie jak prawdziwy artysta! Czyż więc sztuką nie jest wszystko to, co kreujemy? Otóż jest – jednak przy pewnych konkretnych założeniach! Hipoteza ta wymaga konkretnej argumentacji. Na wstępie zakładamy, że proces kreowania przekłada się na sztukę. Innymi słowy, przedmiot wykreowany stanowić będzie swoiste „dzieło”, a autor tego przedmiotu pozyskuje automatycznie miano „artysty”. Jest to postulat bardzo generalny i  jak na razie ma charakter podwalin ku pewnym założeniom. Przyjąć również można, że stanowił on będzie fundament naszych ostatecznych założeń i na nim oprzemy całą hipotezę. Kluczem do naszej teorii jest słowo „kreacja”, zarówno jak w formie procesu, tak w formie ostatecznego tworu, i jego ścisła wartość semantyczna. Przy założeniu, że omawiane pojęcie nie jest zamiennie stosowane z pojęciem „tworzenia”, którego wartość semantyczna poza typowym – prototypowym –  wariantem ma również wariant rozszerzony (tworzyć = budować), możemy uznać, że przy kreowaniu czegokolwiek  pierwsze skrzypce gra sama idea. Bez idei nie byłoby kreacji w samym procesie tworzenia, i tym być może oba pojęcia różnią się niejednokrotnie od siebie (zauważmy, że tworzyć można również jakąś dziwna budowlę, którą przez swą nietuzinkowość nazwiemy tworem, od czego w procesie motywacji językowej powstanie mam czasownik „tworzyć” w funkcji synonimu do czasownika „budować”: w językoznawstwie nazywamy to ekstensją). Tak więc proces kreacji wiąże się nieodzownie z realizacją założonej idei: nadaniu jej formy i potencjalnej treści. Jednak by taka kreacja mogła pretendować do miana sztuki, musi spełniać dodatkowe założenia natury formalnej, różniące się w zależności od określonej gałęzi sztuki, a za nią winien kryć się warsztat, talent i zainwestowany w kreację wkład pracy i czas. W schemacie nasze założenia wyglądałyby w sposób następujący: idea  –– proces kreacji (forma + treść)  –- dzieło {idea +  [proces kreacji (talent + warsztat + praca + czas)] = dzieło} = sztuka Schemat ten pokazuje, że ze sztuką mamy do czynienia wówczas, gdy w określonym procesie kreacji (zależnie  od gałęzi sztuki) realizuje się określona idea. Sam zaś proces jest sumą takich współczynników jak talent, zaplecze merytoryczne (warsztat), włożony weń wysiłek (praca) i czas temu przeznaczony. Dopiero spełnienie wszystkich tych postulatów gwarantuje osiągnięcie przyzwoitej formy i treści artystycznego dzieła, a przede wszystkim podnosi jego „poziom czytelności”. Ten ostatni osiąga się głównie przy przestrzeganiu pewnych podstawowych założeń formalnych (strukturalnych) i ma ścisły związek ze wspomnianym wcześniej „warsztatem” artysty, i jakkolwiek godzi to w indywidualizm twórcy, narzuca pewien schemat, model, w oparciu o który należy tworzyć określone dzieło. Proza musi być składniowo poprawna, w przeciwnym razie jest nieczytelna i umniejsza zdolnościom językowym twórcy. Odsłania braki warsztatowe. Teatr musi mieć scenę, by sztuka znalazła swoje ujście, a budowla silne fundamenty, by utrzymały ściany i wszelkie stropy. Nie można robić odstępstw od tych reguł, a już grzechem jest ich bezustanne łamanie. Niespójna syntaktycznie treść szczątkowo nakreśli akcję, teatr bez desek nie wystawi dramatu, a kiepski fundament nie utrzyma budynku i ten runie w krótkim czasie, albo popęka pod wpływem ruchów tektonicznych. Niestety, obecnie obserwuje się tendencję do rezygnacji z przynajmniej jednego z przytoczonych postulatów. Rzutuje to, oczywiście, na ostateczny kształt współczesnej sztuki, która przez swą deficytowość artystyczną (strukturalną) w ogóle nie powinna zasługiwać na miano jakiejkolwiek sztuki. Deficyt ten najczęściej objawia się poprzez poważne uchybienia w procesie kreacji, zaczynając od rzeczy najistotniejszej – talentu, a kończąc na sprawie tak, wydawałoby się, mankamentalnej jak – czas pracy poświęcony na realizację jakiejś idei. Nie należy zapominać o warsztacie i o stopniu trudności włożonej w dzieło pracy. Wszystkie te wyznaczniki procesu kreowania pozostawiają dzisiaj wiele do życzenia. Ich deficyt burzy harmonię formy i zaciera istotę treści. Jak bowiem ustosunkować się do rzeczy, która w malarstwie przedstawia rozwidloną na płótnie plamę; w prozie – pozbawione znaków interpunkcyjnych ciągi wyrazów, nieukładające się w logiczną całość; a w poezji suchy kawałek zdania „wytargany” z kontekstu? We wszystkich trzech przykładach jest być może idea, jednak kreacja z niej żadna. Widać to ewidentnie, gdy każde z takich potencjalnych „dzieł” poddamy najprostszej analizie kreacyjnej. Talent – tutaj żaden, bo na płótnie może „nagryzmolić” każdy; warsztat – także żaden, bo „gryzmoły” nie wymagają specjalnych ćwiczeń; a czasu nie trzeba na to wiele poświęcać. Tak więc, cóż to za sztuka, skoro potencjalnie każdy może być jej autorem?! Taką sztukę stworzyć to nie sztuka! Prawda jest jednak taka, że w dobie XXI w. status dzieła sztuki pozyskuje sobie wszystko to, co nowatorskie i na swój sposób oryginalne. Niepozbawione, co prawda, idei – bo o tę wcale nie trudno – lecz zubożałe o cały proces kreacji. Współczesna krytyka – nastawiona głównie na merkantylizm – sankcjonuje taką sztukę i lansuje jej nowy, zniekształcony, wizerunek. Potencjalny odbiorca, postawiony przed faktem dokonanym i skazany na współczesne „różnorakie wątpliwe dzieła”, pozbywa się dylematu wyboru określonych „produktów artystycznych”, konkretnych idei i tego, co dobre czy najzwyczajniej  w świecie złe. Sukcesywnie zaczyna się go zwalniać z funkcji sędziego, wyłączając przy tym jego potencjalną zdolność do obiektywnej oceny wylansowanego tworu. Twór staje się bezdyskusyjny. Jakakolwiek polemika na jego temat nie dotyczy jego przynależności do określonego gatunku, lecz tego, jak silnie udało się „dyskusyjnej rzeczy” zdewaluować istniejące wartości etyczne, zdyskredytować czyjeś przekonania i wzbudzić szeroko pojętą sensację. Bezdyskusyjnym, oczywiście, wyznacznikiem wartości takiego tworu, jest jego potencjał ekonomiczny, który przynajmniej „artyście” gwarantuje najistotniejszy współcześnie sukces – sukces finansowy. Uwzględniając naturalnie istniejący progres cywilizacyjny, idące w ślad za nim transformacje w każdej dziedzinie życia – zmiany społeczne, ekonomiczne, kulturowe – nie należy zapominać o tym, że sztuka nie jest zjawiskiem martwym od strony samego konceptu. Idea sztuki ewoluuje, tak jak ewoluuje myśl ludzka. Potrzebne są nowe gatunki sztuki, w ślad za tym jak bogatsze stają się jej rodzaje. Jednak, by zrozumieć istotę jej nieuniknionej ewolucji (konieczność tej ewolucji), trzeba postawić sobie podstawowe pytanie: czymże jest owa sztuka i czym chcielibyśmy, żeby ona była. Jeśli pojęcie sztuki – z punktu widzenia językowego – ma ulec procesowi prozaicznej leksykalizacji, to, oczywiście, każdy twór zrodzony w ułamku sekundy z nie mniej ułamkowej idei pozyska sobie takie miano. Jeśli zaś zależy nam na tym, by sztuka spełniała o wiele wyższe wartości (pozostała sztuką), powinniśmy pamiętać o tym, że poza samą ideą, ogromną rolę odgrywa w tym spektaklu jej szczególna realizacja, czyli to, co nazwaliśmy – skądinąd złożonym – procesem kreacji. Dopiero on nadaje sztuce smak formy i zapach treści. Syntetyczną wizję, której interpretacja pozwala nam dojrzewać intelektualnie... i duchowo. Alexander Haus Foto.: Jan Bodakowski Autor prowadzi stronę: www.alexanderhaus.manifo.com

Leksykon sztuki chrześcijańskiej

Wielokrotnie bylem zaszokowany oglądając wystawy klasycznego malarstwa europejskiego. Nie samym malarstwem, a reakcją widzów. Ich wykorzenieniem. Jeżeli coś przykuwało uwagę oglądających była to tylko forma i styl. Znaczenie, treść i temat płócien dla większości widzów nie istniały. Oglądający nie czuli potrzeby zrozumienia dzieł, ich symbolicznego znaczenia. Perspektywa ikonograficzna (zrozumienia tego co autor napisał na płótnie) była widzom obca. Obrazy były dla oglądających tylko elementem inkrustacji pozbawionych treści. Do mnie obrazy mówiły. Krzyczały treściami z Biblii, nauczania kościoła, mitów, i co mnie najbardziej zaskoczyło apokryfów (co pokazuje jak były one przez wieki popularne). To co było dla innych pustą ładną stronicą, dla mnie było pełnym treści przesłaniem.
Zakorzenienie w kulturze zachodniej było przez wieki normą. Czymś naturalnym dla elit i dla prostego ludu. Dzięki niemu przekupki doskonale wiedziały co przedstawiają dzieła sztuki zdobiące ich kościoły. Niestety środowisko od wieków walczące z Kościołem, postanowiło zniszczyć zachodnią cywilizacje wykorzeniając Europejczyków z ich tożsamości, kultury, i historii. Wyalienowane jednostki nie były już dla tyranów tak niebezpieczne jak zorganizowane społeczności, zakorzenione w swojej wierze, kulturze, tożsamości i narodowości. Ostatnim przykładem takiego wykorzeniania jest działalność Muzeum Narodowego w Warszawie, które tak zmieniło ekspozycje by wykastrować ją z wszelkich treści religijnych i narodowych. By wmówić ludziom że sztuka przez wieki była ateistyczna i kosmopolityczna. Patologia ta przejawia się też w wmawianiu ludziom treści nieobecnych w sztuce (każdy nagi mężczyzna na obrazie ma być dowodem na homoseksualny przekaz dzieła – pewnie za parę lat każda owca na obrazie będzie dowodem na przekaz propagujący zoofilie). Formą oporu wobec tych patologii, wobec procesu ograbiania nas z naszego dziedzictwa, rozbijania naszej wspólnoty, by było nas łatwo zniewalać, jest samokształcenie. Pomocą tym, którzy chcieliby zachować swoją zachodnią europejską katolicką tożsamość jest tłumaczony z niemieckiego „Leksykon sztuki chrześcijańskiej – tematy, postacie, symbole” autorstwa Jutta Seibert, wydany nakładem wydawnictwa Jedność. Na kartach leksykonu czytelnicy znajdą symboliczne znaczenie w sztuce chrześcijańskiej: liter, znaków, anagramów, postaci biblijnych i historycznych, postaci świętych, miejsc i wydarzeń z nimi związanych, czynności, uczynków, stanów, znaczeń imion, roślin, pokarmów, zwierząt, pór roku i dnia, przesłania Apokalipsy, zawodów, przedmiotów, elementów architektury, części ciała, graficznych wyrażeń pojęć etycznych, dogmatycznych i teologicznych, różnych przedstawień Chrystusa. „Leksykon sztuki chrześcijańskiej” jest doskonałym dekoderem do przesłania zawartego w sztuce zachodniej cywilizacji. Jan Bodakowski

Frederic Bastiat: Czy państwo powinno dotować sztukę?

W ramach „Tygodnia z Bastiatem” prezentujemy 3. część eseju „Co widać i czego nie widać”. Proszę zwrócić uwagę jak w związku z wejściem w życie hasła „1 proc. budżetu na kulturę” przesłanie Bastiata jest wciąż aktualne. Wydawca „Dzieł zebranych” Bastiata z okazji „Tygodnia z Bastiatem” oferuje dwutomowy zbiór tekstów w bardzo promocyjnej cenie! Warto skorzystać i zakupić „Dzieła” do 6 lipca: http://www.multibook.pl/1294,frederic-bastiat-dziela-zebrane.html Polecamy również krótką filmową biografię francuskiego mistrza: http://www.youtube.com/watch?v=NzD80i2xjRU *  *  * Co widać i czego nie widać (część 3) Czy państwo powinno dotować sztukę? Z pewnością można przytoczyć wiele argumentów za i przeciw. Dla poparcia systemu dotacji można powiedzieć, że sztuka uwzniośla, kształci i upiększa ducha narodu, że odrywa go od trosk materialnych, dając mu poczucie piękna i tym samym wpływa korzystnie na jego maniery, upodobania, obyczaje, a nawet przemysł. Można się zastanawiać, jaka byłaby muzyka we Francji, gdyby nie było Teatru Włoskiego i Konserwatorium; jaka byłaby sztuka dramatyczna bez Teatru Francuskiego; malarstwo i rzeźba bez naszych galerii i muzeów. Pójdźmy jeszcze dalej i zastanówmy się, czy gdyby nie było centralizacji i co za tym idzie, dotowania sztuk pięknych, rozwinąłby się ten wykwintny gust, który jest szlachetnym przymiotem francuskiej pracy i sprawia, że francuskie towary są obecne na całym świecie. Czy w obliczu takiej sytuacji nie byłoby wysoce nieostrożne rezygnować z tej skromnej składki wszystkich obywateli, która koniec końców przynosi im sukces i chwałę w sercu Europy? Tym racjom, jak i wielu innym, nie odmawiam słuszności, ale można im przeciwstawić racje nie mniej uzasadnione. Na początku pojawia się problem tak zwanego sprawiedliwego podziału. Czy prawo ustawodawcy sięga tak daleko, by uszczuplać płacę rzemieślnika na korzyść artysty? Pan de Lamartine mawiał: „Jeżeli zniesiecie dotacje dla teatru, w którym miejscu tej drogi się zatrzymacie? Czyż logika nie podpowie wam, by likwidować uczelnie, muzea, instytuty i biblioteki?”. Możemy odpowiedzieć: „Jeśli chcecie dotować wszystko, co jest dobre i pożyteczne, w którym miejscu tej drogi się zatrzymacie? Czyż logika nie podpowie wam, by upaństwowić rolnictwo, przemysł, handel, dobroczynność, szkolnictwo?”. Co więcej, czy pewne jest, że dotacje sprzyjają rozwojowi sztuki? Ta kwestia jest daleka od rozwiązania, a my na własne oczy widzimy, że dobrze prosperują te teatry, które żyją własnym życiem. Przejdźmy wreszcie do wyższych racji. Daje się zauważyć, że potrzeby i pragnienia rodzą się jedne z drugich i stają się coraz bardziej wyrafinowane, w miarę jak zamożność społeczeństwa jest w stanie je zaspokajać. Rząd w tę zależność mieszać się nie powinien, ponieważ przy danym stanie majątku nie może przez podatki pobudzać rozwoju luksusowych gałęzi przemysłu bez negatywnego wpływu na przemysł artykułów pierwszej potrzeby. Zakłócałby w ten sposób naturalny postęp cywilizacji. Można zauważyć, że takie sztuczne przenoszenie potrzeb, gustów, pracy i populacji, stawia narody w niepewnej i niebezpiecznej sytuacji, która nie ma już solidnej podstawy. Oto kilka argumentów, które przytaczają przeciwnicy interwencji państwa, jeżeli chodzi o kolejność, w jakiej obywatele pragną zaspokajać swoje potrzeby i pragnienia i w konsekwencji kierować swoimi działaniami. Przyznaję, że należę do tej grupy ludzi, którzy uważają, że wybór, impuls, winien pochodzić z dołu, nie z góry, od obywateli, nie od ustawodawcy. Moim zdaniem, przeciwna doktryna prowadzi do zniszczenia wolności i godności człowieka. Jednak drogą fałszywego i niesprawiedliwego rozumowania, pod adresem ekonomistów padają zarzuty. O co się nas oskarża? O to, że odrzucając dotację, odrzucamy jednocześnie samą rzecz, która ma podlegać dotacji, że jesteśmy wrogami wszelkiego rodzaju działalności, ponieważ chcemy, by ta działalność była z jednej strony wolna, a z drugiej sama poszukiwała dla siebie zapłaty. Kiedy domagamy się, by państwo nie interweniowało, za pośrednictwem podatków, w sferę religii – jesteśmy ateistami; kiedy żądamy, by państwo nie wkraczało w sferę edukacji – jesteśmy wrogami nauki; kiedy głosimy, że państwo nie może przez podatki sztucznie zawyżać wartości ziemi bądź jakiejś gałęzi przemysłu – jesteśmy wrogami własności i pracy; kiedy sądzimy, że państwo nie powinno dotować artystów – jesteśmy barbarzyńcami, którzy uważają, że sztuka to coś zupełnie niepotrzebnego. Ze wszystkich sił protestuję przeciwko tym oskarżeniom. Dalecy jesteśmy od absurdalnego pomysłu, by niszczyć religię, edukację, własność, pracę i sztukę. Domagamy się jednak, by państwo chroniło swobodny rozwój tych wszystkich rodzajów ludzkiej działalności, nie finansując jednych kosztem drugich. Przeciwnie, jesteśmy przekonani, że w wolnym społeczeństwie same rozwijałyby się harmonijnie i że żadne z nich nie stałoby się, jak to dzisiaj obserwujemy, źródłem zamętu, nadużycia, tyranii i nieporządku. Nasi przeciwnicy sądzą, że działalność, która nie jest ani finansowana, ani regulowana przez państwo, jest skazana na upadek. My uważamy, że jest wręcz przeciwnie. Oni wierzą w ustawodawcę, a nie w ludzi. My wierzymy w ludzi, a nie w ustawodawcę. Pan de Lamartine mawiał: „W imię tej zasady należy zlikwidować publiczne wystawy, które są dumą i świadczą o bogactwie tego kraju”. Odpowiadam panu de Lamartine’owi: „Z pańskiego punktu widzenia, brak dotacji oznacza likwidację, ponieważ wychodząc z założenia, że wszystko istnieje tylko z woli państwa, dochodzi pan do wniosku, że nic nie może istnieć bez podatków. By udowodnić, że tak nie jest, posłużę się przykładem, który sam pan wybrał. Pragnę zauważyć, że największa, najszlachetniejsza wystawa to ekspozycja, która jest przygotowywana w Londynie. Została ona pomyślana w duchu najbardziej liberalnym, najbardziej uniwersalnym, w duchu humanitarnym, a użycia tego słowa nie uważam za przesadę. To jedyna wystawa, do której nie miesza się rząd i która nie jest finansowana z żadnych podatków”. Wracając jeszcze do sztuk pięknych, można, powtarzam to raz jeszcze, przytoczyć mocne argumenty za i przeciw systemowi dotacji. Czytelnik rozumie, że przedmiotem tej rozprawy, ani też moim zamiarem, nie jest uwypuklanie tych argumentów i rozsądzanie, który z nich jest słuszny. Ale pan de Lamartine wysunął tezę, której nie mogę pominąć milczeniem, gdyż ściśle dotyczy ona tejże ekonomicznej rozprawy. Powiedział: W zakresie teatrów kwestia ekonomiczna streszcza się do jednego słowa: praca. Nie jest istotna natura owej pracy, jest to praca równie płodna, równie produktywna, co każdy inny rodzaj pracy w kraju. Jak wiecie, teatry żywią i utrzymują we Francji nie mniej niż osiemdziesiąt tysięcy pracowników różnych zawodów: malarzy, murarzy, dekoratorów, krawców, architektów itd., którzy ożywiają wiele dzielnic tej stolicy, i z tego tytułu winniście im swoją sympatię! Swoją sympatię – należy rozumieć: wasze subwencje. I dalej: Uroki Paryża dają francuskim departamentom pracę i utrzymanie, a zbytki bogacza to płaca i chleb dla dwustu tysięcy pracowników, żyjących z tak różnorodnego przemysłu teatralnego na obszarze Republiki. Dzięki tym szlachetnym przyjemnościom, które oświecają Francję, oni, ich rodziny i dzieci mają zapewniony byt. To właśnie do nich trafi owe sześćdziesiąt tysięcy franków (Brawo! Brawo! Liczne oznaki aprobaty). Ja zaś jestem zmuszony powiedzieć: „To bardzo źle! Bardzo niedobrze!” Ograniczam oczywiście ten osąd do argumentacji ekonomicznej, o której tutaj mowa. Owszem, owe sześćdziesiąt tysięcy franków, przynajmniej w części, trafi do pracowników teatrów. Trochę może zawieruszy się po drodze. Gdybyśmy dokładnie zgłębili ten problem, być może odkrylibyśmy, że ciastko powędruje gdzie indziej, a robotnicy będą musieli się cieszyć, jeżeli pozostanie dla nich trochę okruchów! Przypuśćmy, że cała dotacja trafi do malarzy, dekoratorów, krawców, fryzjerów itd. To jest to, co widać. Ale skąd pochodzą owe pieniądze? Oto odwrotna strona medalu, nie mniej ważna. Gdzie jest źródło owych sześćdziesięciu tysięcy franków? I gdzie trafiłyby te pieniądze, gdyby wynik głosowania nie wysłał ich najpierw do ministerstwa finansów, a stamtąd do zarządu teatrów? To jest to, czego nie widać. Z pewnością nikt nie ośmieli się stwierdzić, że te pieniądze zrodziły się w urnie podczas głosowania; że są czystą nadwyżką narodowego bogactwa; że gdyby nie to cudowne głosowanie, nikt by ich nie widział ani nie dotknął. Trzeba przyznać, że wszystko, co mogła zrobić większość parlamentarna, to zdecydować, że zostaną zabrane z jednego miejsca i przekazane w drugie i że można je skierować na daną drogę tylko dlatego, iż zostały zawrócone z innej. Jeżeli tak się rzeczy mają, to jest sprawą jasną, że obywatel, który zapłacił podatek w wysokości jednego franka, nie będzie już mógł dysponować tą kwotą. Jest oczywiste, że nie będzie już mógł jej wydać zgodnie ze swoim upodobaniem i że robotnik, obojętnie jaki, który miał wykonać pracę, w tej samej mierze będzie pozbawiony zapłaty. Nie ulegajmy zatem iluzji i nie wierzmy, że głosowanie poprawia w jakikolwiek sposób krajowy rynek pracy. Ono jedynie przesunęło satysfakcję i wynagrodzenie. Ot i wszystko.
Powiecie, że w ten sposób wspomagamy bardziej pilne, bardziej moralne i bardziej rozsądne potrzeby i prace. W tej kwestii również się nie zgadzam. Powiem w ten sposób: zabierając podatnikom sześćdziesiąt tysięcy franków, zmniejszacie zarobki rolnikom, cieślom, kowalom, i o tyleż samo zwiększacie zarobki śpiewaków, fryzjerów, dekoratorów i krawców. Nic nie dowodzi tego, by ta druga klasa była bardziej godna uwagi niż pierwsza. Pan de Lamartine tego nie twierdzi. Sam mówi, że praca teatrów jest równie płodna, równie produktywna (a nie bardziej) jak każda inna, choć takie stwierdzenie można zakwestionować. Najlepszym dowodem na to, że ten drugi rodzaj działalności nie jest równie płodny jak pierwszy, jest fakt, że ten ostatni musi finansować pierwszy. Nie chcę jednak skupiać się tutaj na porównywaniu wartości i istotnej zasługi różnych rodzajów zawodów. Pragnę za to wykazać, że jeżeli pan de Lamartine i jego poplecznicy lewym okiem dostrzegali dochody, jakie zyskiwali aktorzy, powinni byli prawym okiem zauważyć stracone zarobki płatników podatków. Z tego względu narazili się na śmieszność, biorąc przesunięcie dochodu za dochód. Gdyby byli konsekwentni w swym rozumowaniu, domagaliby się dotacji w nieskończoność, gdyż to, co jest prawdą dla jednego franka i dla sześćdziesięciu tysięcy franków, prawdą też będzie, w identycznych okolicznościach, dla miliarda franków. Panowie, kiedy idzie o podatki, udowodnijcie ich pożyteczność, opierając się na rozsądnych argumentach, a nie na błędnym twierdzeniu, że „publiczne wydatki dają utrzymanie klasie robotniczej”. To niesłuszne założenie ukrywa istotny fakt, że wydatki publiczne dokonywane są zawsze zamiast wydatków prywatnych, a co za tym idzie, dają utrzymanie jednemu pracownikowi zamiast drugiemu, ale w żaden sposób nie poprawiają losu wszystkich robotników jako całości. Wasza argumentacja jest bardzo modna, lecz zbyt absurdalna, by dopatrzyć się w niej racji. Frédéric Bastiat – „Co widać i czego nie widać” w: Dzieła zebrane t. 1, Warszawa 2009, Wydawnictwo Prohibita Paweł Toboła-Pertkiewicz.

Przeproście polskich żołnierzy z Nangar Khel!

Na długo przed wyrokiem Sądu Rzeczypospolitej Polskiej, bo już dnia 26 marca 2011 roku w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej odbyła się prapremiera sztuki Artura Pałygi pt.” Bitwa o Nangar Khel” w reżyserii Łukasza Witta-Michałowskiego. Po tym spektaklu powiedziałem jednemu z aktorów, że znieważają honor żołnierza polskiego. Najbardziej zbulwersował mnie fakt, że po prapremierze sztuki obfitującej w drastyczne sceny, przedstawiające śmierć, groby i nawet duchy zmarłych, urządzono jakby nigdy nic… poczęstunek z kanapkami i słodkościami dla zaproszonych ważniaków i oficjeli.  Osobiście po takim spektaklu, nawet już w domu nie byłem w stanie tamtego wieczoru czegokolwiek  przełknąć. Sama koncepcja sztuki jest przewrotna, bo sugeruje wykonanie przez adeptów rekonstrukcji wojennych z „Operacji Południe”, próby odtworzenia tego, co działo się w Nangar Khel. Jest to pierwsze przekłamanie i manipulacja reżyserska, bo jak wykazał Sąd Rzeczypospolitej, nawet Prokuratura nie zdołała tam na miejscu w Afganistanie dokonać rekonstrukcji prawdziwych wydarzeń, a nawet wizji lokalnej z udziałem wszystkich oskarżonych i świadków. Następną manipulacją są imiona postaci sztuki, czyli oskarżonych żołnierzy: Bolek, Lolek i Pampalini. Prawdopodobnie autor sztuki chciał podciągnąć swoją popularność, poprzez wplątanie słynnych z filmów rysunkowych Bolka i Lolka w wojnę w Afganistanie. Cała sztuka jest nie tylko  wielkim oskarżeniem polskich komandosów o świadome dokonanie zbrodni w Nangar Khel, ale dialogi w wielu miejscach znieważają Wojsko Polskie. Autor wraz z reżyserem zabawili się równocześnie w sędziów i prokuratorów zanim prawdziwy Sąd wydał wyrok! Aby wzmocnić efekt oskarżenia, dodatkowo udzielono głosu duchom tragicznie zmarłych Afgańczyków, jednak nie udzielono na tym samym spektaklu głosu duchom poległych w Afganistanie Polaków.  Mimo, że prapremiera sztuki odbyła się w marcu 2011 roku, gdy wiadomo było już o śmierci ponad 20 polskich żołnierzy w Afganistanie, to autor sztuki wspomniał tylko o jednym poległym komandosie. Celem mojego felietonu nie jest orzekać o tym, co faktycznie działo się w Nangar Khel w czasie, gdy zginęły tam niewinne kobiety i dzieci, ale jeżeli ktoś wystawia sztukę, która sugeruje w sposób niedwuznaczny o winie, zanim zapadł wyrok niezawisłego Sądu, to po  wyroku uniewinniającym powinien przeprosić oskarżonych. Dlatego apeluję do: Artura Pałygi i Łukasza Witta-Michałowskiego o publiczne przeproszenie nie tylko oskarżonych, ale również wszystkich żołnierzy 18 Batalionu Desantowo-Szturmowego w Bielsku-Białej za sugestie i nieuprawnione oskarżenia polskich żołnierzy zawarte w sztuce „Bitwa o Nangar Khel”. Natomiast rząd III RP powinien jak najszybciej wycofać Wojsko Polskie z Afganistanu, bo ta wojna nie jest potrzebna ani  Polsce ani  Afganistanowi. Prawdziwą winę za śmierć niewinnych ludzi w Nangar Khel i śmierć już ponad 50 polskich żołnierzy na tzw. „misjach pokojowych” ponoszą politycy, którzy wysyłają Wojsko Polskie w odległego kraje, za nasze podatki i  dla obcych interesów mocarstwowych. Rajmund Pollak