Tag Archives: tradycja

Co może rząd?

Czy możliwy jest świat bez podatków? Zapewne tak, jednak "(...) opodatkowanie, w takiej czy innej formie, było cechą cywilizowanego życia przez 5000 lat lub dłużej i nie wykazuje oznak zaniku".

Marek Chodakiewicz o Mszy Trydenckiej, o katolickiej tradycji i kondycji Kościoła

"Kryzys w Kościele odzwierciedla wielki kryzys cywilizacji Zachodniej", "Twórzmy tradycjonalistyczne getta, Kościół to my!" - mówi prof. Marek Chodakiewicz w odpowiedzi na pytanie portalu Prokapitalizm.pl.

Powrót tradycji katolickiej do Piotrkowa po ponad 40 latach

Dla wszystkich, którzy chcieliby odkryć katolicką tradycję mamy zaproszenie na najbliższą sobotę do Piotrkowa Trybunalskiego. Tam właśnie odbędzie się Msza Święta odprawiona w tradycyjnym rycie rzymskim, tzw. Msza Trydencka.

Deklaracja ideowa Ruchu Narodowego wg. Bodakowskiego: Rewolucja Narodowo Konserwatywna

System czyli polityczna, społeczna i gospodarcza rzeczywistość w której żyjemy, jest szkodliwy, nieefektywny, odpowiedzialny za powszechne ubóstwo, niemoralny, prowadzi do patologii. Odbiera ludziom ich wolność i godność. Zdeterminowana systemowo niemożność zmiany złej sytuacji doprowadziła do wytworzenia się w ludziach syndromu wyuczonej bezradności. Im jest gorzej tym ludzie są mniej skorzy do buntu.
My, narodowi konserwatyści musimy przełamać w ludziach apatie i rozpalić w nich potrzebę walki o swoje. Reguły systemu od samego początku są dla nas niekorzystne i stawiają nas w pozycji przegranych przed rozpoczęciem gry o pozycje w rzeczywistości politycznej. Musimy odrzucić nieuczciwe reguły i przyjąć sprawiedliwe, które umożliwią nam dążenie do sukcesu, by nie ponieść zaprogramowanej przez system klęski. Odrzucamy zabobon stopniowych zmian, stopniowej, ewolucyjnej przemiany zła w dobro. Dążymy do permanentnej i jak najszybszej zmiany systemu. Obalimy tyranię tylko poprzez rewolucyjne, nie ewolucyjne, odrzucenie zła. Nasza rewolucja jest kontrrewolucyjna i reakcjonistyczna. Konserwatyzm jest dla nas korzystaniem z doświadczenia. Unikaniem błędów już popełnionych i realistycznym empiryzmem. Zaufaniem Woli Boga zapisanej w naturze i Tradycji. Zakorzenieniem w tożsamości i dziedzictwie. Jesteśmy konserwatystami, bo ludzie są różni. Bo korzenie, tradycja, tożsamość, religia i historia determinują to kim jesteśmy. Determinują także nasze postępowanie. Bo empiryzm i realizm są bardziej funkcjonalne od racjonalizmu i emocjonalizmu. Bo jesteśmy świadomi ograniczeń i ułomności natury ludzkiej. Bo, by walczyć o swoje wolności i prawa, potrzebujemy pewnych symboli, które umożliwiają sprawną komunikacje idei. Jesteśmy narodowcami przez przynależność do tradycji pracy i walki, przez język i pochodzenie, urodzenie, wychowanie, kulturę i wybór. Jesteśmy narodem bo jednoczą nas wspólne symbole pozwalające opisać nam otaczającą nas rzeczywistość. Jednoczy nas wiedza, wiara i postrzeganie czasu. Nie chcemy zamykać się w antykwarycznych stereotypach politycznych. Żyjemy w ustabilizowanej rzeczywistości wyrosłej z socjalistycznej rewolucji. Jesteśmy nonkonformistami nie zgadzającymi się z narzuconymi przez system normami. Gdyby rzeczywistość była zgodna z naszymi oczekiwaniami bylibyśmy antyrewolucyjnymi konformistami. Permanentna rewolucja socjalistyczna trwa nadal, co zmusza nas do bycia kontrrewolucjonistami i reakcjonistami. Jesteśmy kotrrewolucjonistycznymi rewolucjonistami dążącymi do obalenia systemu i zaprowadzenia ładu. Prowadzimy walkę, by żyć w pokoju. Jesteśmy antysocjalistyczni bo socjalizm, niezależnie od swej odmiany, to zniewolenie i prymitywizm. Jesteśmy wrogami zwłaszcza tych socjalistów, którzy swe zboczenie przewrotnie ukrywają pod inną nową nawą (feminizmu, antyglobalizmu itp.) lub ukrywających się pod nazwami nurtów antysocjalistycznych (np. liberalizmu, centroprawicy czy pseudo katolicyzmu) korzystając przy tym z powszechnej ignorancji. Walczymy z lewicowym antyklerykalizmem, oraz herezją posoboru przesiąkniętą wszelakimi herezjami i lewicową filozofią. Krytykujemy faszyzm za totalitaryzm, kolektywizm, ograniczanie wolnego rynku, irracjonalny romantyzm, przymusowy korporacjonizm, proletariackość i postmodernizm. Nie popadając w głupawy antyfaszyzm będący tworem sowieckim. Jednocześnie całkowicie odrzucamy skrajnie lewicową wersję faszyzmu - narodowy socjalizm. Ideologie narodowego socjalizmu, budującą socjalizm w imię interesu rasowego i szowinistycznego Niemców wraz ze swą zbrodniczą praktyką wobec Polaków, a szczególnie polskiej elity narodowej. Uważamy, że wartości, które wyznajemy są prawdziwe, nienaruszalne i wzajemnie ze sobą powiązane. Odrzucamy propagandę relatywizmu (kuglarskiego chaosu, którego lewica używa do zniewalania i ogłupiania). My, wyzwoleni spod uroku postmodernizmu i relatywizmu, przynosimy prawdę o rzeczywistości i prostych zależnościach rządzących rzeczywistością. Jesteśmy dumni z przynależności do cywilizacji łacińskiej bo tylko ona zdobyła się na bezstronne opisanie i zrozumienie świata. Dzięki niej jesteśmy kulturowo zdeterminowani do naukowego poznania świata, rozwoju cywilizacji technicznej i kultury, przezwyciężania własnych ograniczeń, unikania błędów. Jesteśmy świadomi, że w dzisiejszej Europie jesteśmy prawdziwie europejską mniejszością. Socjalistyczna i porewolucyjna utopia, niszcząca prawdziwą chrześcijańską Europę z jej tradycją i potencjałem intelektualnym, dziś urzeczywistnia się w Unii Europejskiej. Jesteśmy przeciwni Unii Europejskiej, bo jesteśmy Europejczykami. Spoczywa na nas odpowiedzialność za większość społeczeństwa pogrążonego w ubóstwie. Spoczywa na nas odpowiedzialność za upowszechnienie prawdy, wiedzy i moralności. Indywidualnie i w ramach dobrowolnych wspólnot musimy przeciwdziałać patologiom. Życie stawia nas przed wieloma wyzwaniami. Problemy nękające nas i innych ludzi najskuteczniej rozwiążemy my sami, przez wzajemną dobrowolną współprace. Problemów tych nie rozwiąże państwo. Wiara w wszechmoc państwa jest ucieczką przed odpowiedzialnością w świat zabobonów. Rzeczywistość stawia nas przed wyzwaniami. Nikt za nas sam ich nie pokona. Musimy nauczyć się kooperować i konkurować, by sprostać tym wyzwaniom. Musimy odrzucić filozofię koalicji redystrybucyjnych, postrzegających działalność polityczną jako wielki skok na kasę i możliwość realizacji utopii kosztem społeczeństwa. Musimy tworzyć dobrowolne wspólnoty oparte na zapewnianiu każdemu wolności, niesieniu pomocy potrzebującym i przestrzeganiu norm moralnych. Indywidualnie i poprzez dobrowolne wspólnoty musimy walczyć o zachowanie swoich praw i wolności. Użyć wszystkich dostępnych środków, by zlikwidować zagrożenie dla naszych praw i wolności. Swojej działalności nie możemy ograniczać tylko do spraw polityki. Musimy indywidualnie i poprzez dobrowolne wspólnoty zająć się edukacją, kulturą, socjalizacją, lecznictwem, pomocą potrzebującym, nauką, rozwojem gospodarki i wszystkim tym co determinuje rzeczywistość. Propagować indywidualną odpowiedzialność za siebie i innych. Doprowadzić do tego, by przyjęto nasz pogląd na świat, naszą moralność, nasze wzorce i sposoby ich realizacji za powszechnie obowiązujące. Nie możemy pozwolić sobie na niedostrzeganie wyzwań, przed którymi stajemy. Musimy uświadomić sobie własną wartość, siłę i możliwość oddziaływania na rzeczywistość. Nie możemy grać ról, które narzucił nam system, ulegać powszechnym stereotypom i zabobonom. Nie możemy dać się zastraszyć socjalistom i propagandzie. Jesteśmy zwolennikami eunomii, dobrze zorganizowanego państwa, pokoju, ładu i sprawiedliwości. Jesteśmy zwolennikami jednowładztwa, sprawnej i odpowiedzialnej formy rządów zgodnej z rozsądkiem-logosem, sprzyjającej pomnażaniu dobrobytu, akceptowanej przez poddanych. Jesteśmy przeciwnikami tyranii, niesprawiedliwego jednowładztwa, sprzecznego z rozsądkiem i interesem publicznym, prowadzącego do ubóstwa i nepotyzmu. Jesteśmy za tym, by arystokracja, najlepsi z ducha, stanowiła pomost między narodem a władcą. Jesteśmy przeciwni anomii, złym rządom, ustrojom ulegającym degeneracji, plutokracji, rządom najbogatszych i oligarchii, rządom wąskiej grupy. Uważamy, że demokracja przeradza się w ochlokracje, w rządy motłochu kosztem państwa. Jesteśmy przeciwni anarchii, która skazuje naród na jarzmo terroru kryminalnego. W swoim postrzeganiu polityki nawiązujemy do ruchu narodowego, w swych korzeniach ruchu silnego narodu, silnego społeczeństwa, nie rządu. Dlatego jako prawdziwi narodowcy świadomi wyzwań rzeczywistości, w imię realizmu i odpowiedzialności, opowiadamy się za wolnością gospodarczą i polityczną, by naród był silny i żywotny. Dyktat z góry, uniemożliwia tworzenie społeczeństwa obywatelskiego, świadomego swej tożsamości, na budowie którego nam narodowcom zależy. Jan Bodakowski Foto.: Jan Bodakowski

Bractwo św. Piusa X – 18 lat w Polsce

Pomimo problemów ze statusem kanonicznym Bractwa św. Piusa X w Kościele katolickim i krytyki ze strony Episkopatu warto zwrócić uwagę na najnowszy numer ukazującego się u nas od lat czasopisma „Zawsze Wierni”, zawierający bilans ich dotychczasowej działalności w naszym kraju.
Celem działania Bractwa św. Piusa X jest zapewnienie katolikom dostępu do przedsoborowej mszy i tradycyjnego nauczania kościoła katolickiego. O zapotrzebowaniu katolików na tradycyjne nauczanie Kościoła Katolickiego niech świadczy skandaliczny fakt, że nikt poza lefebrystami nie opublikował tylu encyklik papieskich niezbędnych do zapoznania się z genialną katolicką nauką społeczną (która do dnia dzisiejszego jest niedostępna w większości księgarń katolickich). Niewątpliwym liderem wspólnoty lefebrystów w Polsce jest przełożony bractwa na Europę Środkową i Wschodnią ksiądz Karol Stehlin. Ksiądz Stehlin jest Niemcem z Badenii. Jego rodzice mieli restaurację i gospodarstwo rolne. Był misjonarzem w Gabonie, Nigerii i Kenii. Pierwsze misje lefebrystów miały miejsce w Polsce w 1991 roku. Od 1994 zaczęły powstawać pierwsze grupy wiernych Bractwa. Od tego też roku rozpoczęto wydawanie czasopisma „Zawsze Wierni”. Od 1995 zaczęły powstawać kaplice, a księża zaczęli głosić rekolekcje, wydawać pierwsze publikacje, organizować wypoczynek dla dzieci. W 1996 powstało Wydawnictwo Te Deum, które wydało już ponad 200 publikacji, w tym kilkadziesiąt encyklik. W 1997 roku do Bractwa przyłączył się pierwszy polski ksiądz. W 1998 powstał przeorat w Warszawie. W 2001 wyświęcono pierwszego księdza z Polski. Niewątpliwą stratą dla Bractwa było w kolejnych latach odejście kilku polskich księży i zakonników. W następnych latach do Bractwa przyłączyło się kilku kapłanów dotychczas posłusznych Episkopatowi. Rozpoczęta w 2004 roku budowa kościoła i szkoły w Warszawie zakończyła się w 2005 roku. W 2012 w Polsce pracowało 11 kapłanów Bractwa, 4 braci zakonnych i jedna zakonnica. Z Bractwem współpracuje też 25 kapłanów posłusznych Episkopatowi. Lefebryści dysponują w Polsce dwoma kościołami, w Warszawie i Gdyni, 13 kaplicami, koło Rzeszowa, Krosna, w Chorzowie, Krakowie, Toruniu, Lublinie, Łodzi, Tuchowie, Szczecinie, Poznaniu, Olszynie i Wrocławiu. Msze odprawiane są też w Gorzowie Wielkopolski. W innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej lefebryści mają 3 kapłanów i 25 zaprzyjaźnionych duchownych, 1 przeorat na Litwie, 7 kaplic – 2 na Litwie, 2 w Rosji, po jednej na Łotwie i Estonii, wydawnictwo na Litwie. W Polsce lefebryści prowadzą dwie szkoły, na całym świecie mają około stu. Jedną podstawową w Warszawie, oraz gimnazjum i liceum w podwarszawskim Józefowie – ten rejon Warszawy ma zresztą liczne inne szkoły katolickie, często będące pod kierownictwem duchowym księży z Opus Dei. Do podstawówki w warszawskiej Radości uczęszcza 35 dzieci. Uczą się one w klasach od zero do sześć. Uczniowie prócz realizacji programu MEN, mają katechezę, angielski, niemiecki, chór, kółko teatralne, harcerstwo ZHR. Gimnazjum i liceum realizują katolicki i klasyczny program nauczania. Prócz katechizacji młodzież ma też nabożeństwa w kaplicy szkolnej. W programie nauczani obecna jest wiedza o kulturze polskiej, logika, retoryka, filozofia, łacina, greka, etyka katolicka, zajęcia teatralne. W gimnazjum uczy się 35 uczniów, a w liceum 22. Ogromne zainteresowanie szkołą wymusiło jej rozbudowę. W nowym budynku znajdą się odrębne sale lekcyjne dla chłopców i dziewcząt, kaplica, sala gimnastyczna, czytelnia, biblioteka, aula. Obok szkoły powstała stancja dla uczniów i uczennic spoza Warszawy. O wysokim poziomie nauczania świadczą jedne z najlepszych wyników uczniów szkół lefebrystów na testach gimnazjalnych i maturach. Absolwenci liceum lefebrystów bez problemu podostawali się na najlepsze polskie uczelnie. Czytelnicy „Zawsze Wierni” w pierwszym numerze 2013 roku znajdą informacje o: historii lefebrystów, teologicznych przyczynach kontestowania przez nich posoborowych zmian w kościele, katechizacji korespondencyjnej prowadzonej przez Bractwo, trzecim zakonie Bractwa dla świeckich liczącym 49 członków, rekolekcjach i nabożeństwach głoszonych przez lefebrystów, pielgrzymkach, zakonach i seminariach wiernych tradycji, duszpasterstwie ministrantów, wakacyjnym wypoczynku dla dzieci i Rycerstwie Niepokalanej. Kapłani Bractwa na łamach czasopisma podzielili się z czytelnikami świadectwami swojej drogi życiowej. Jan Bodakowski

Konwencja Rady Europy niszczy tradycję i rodzinę!

Tak piszą w liście do parlamentarzystów przedstawiciele Polskiej Federacji Ruchów Obrońców Życia w związku z ratyfikacją przez rząd III RP Konwencji Rady Europy w sprawie zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej.
W poniedziałek 17 grudnia 2012 roku, w imieniu rządu III RP konwencję tę podpisała minister ds. równego traktowania Agnieszka Kozłowska-Rajewicz. Poniżej publikujemy list PFOŻ do parlamentarzystów, podpisany przez Pawła Wosickiego... "Jesteśmy jednoznacznie za przeciwdziałaniem przemocy wobec kobiet, oraz dzieci i mężczyzn. Realizujemy to w ramach naszych statutowych działań. Uważamy jednak, że obowiązujące rozwiązania prawne w tym zakresie za wystarczające. Upewniali nas w tej sprawie przedstawiciele Rządu, podczas prac nad zmianami ustawy o przemocy w rodzinie, jakie miały miejsce 2 lata temu. Dostrzegamy z całą wyrazistością, że Konwencja nastawiona jest w znacznej mierze na walkę z tradycją i wspólnotami chronionymi przez Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej - małżeństwem i rodziną. Konwencja ta wprowadza obowiązek walki z tradycją i dorobkiem cywilizacyjnym, które są traktowane jako zagrożenia, nie zaś jako wartościowy dorobek. Nakłada ona także na państwo obowiązek edukacji dzieci i młodzieży w zakresie tzw. „niestereotypowych ról płci”, czyli między innymi homoseksualizmu. Konwencja w imię walki z ideologicznie definiowaną dyskryminacją pozwala naruszać powszechnie uznane zasady prawa, w tym do równości wobec prawa. Przyjęcie Konwencji wiąże się także ze znacznymi obciążeniami dla budżetu państwa, które szacuje się wstępnie na ok. 160 milionów złotych. Przyjęcie tej Konwencji naruszy naszą suwerenność w sprawach etycznych, a także dotyczących rodziny i podporządkuje nas decyzjom międzynarodowego gremium. W sprawie podpisania Konwencji rząd nie przeprowadził stosowanych konsultacji społecznych, z wyjątkiem spotkań z organizacjami feministycznymi. Przeciwko niej opowiedziała się między innymi Rada Stała Episkopatu Polski, organizacje prorodzinne i szereg organizacji kobiecych. Apelujemy do wszystkich Parlamentarzystów o nieratyfikowanie tej Konwencji, czego nie uczynił dotąd żaden kraj należący do Unii Europejskiej".

Komorowski, Tusk, Sikorski – oni już odebrali swoją nagrodę

Na blogach i portalach o patriotycznej orientacji rozgorzała debata na temat skandalu związanego z pogrzebem ostatniego prezydenta Rzeczypospolitej na Uchodźctwie, Ryszarda Kaczorowskiego. Na pogrzebie nie było ani prezydenta Komorowskiego, ani premiera Tuska, ani "londyńczyka" Radosława Sikorskiego. Ton tych komentarzy jest, że to skandal, niedopuszczalne, żenujące itp...
Owszem jest to na swój sposób żenujące, że żaden z naszych kacyków nie znalazł czasu, by oddać hołd II Rzeczypospolitej. Ale patrząc na to z drugiej strony, może to nawet i lepiej. Sami w ten sposób przyznali, że nie czują się częścią narodowego dziedzictwa, że tradycja i ciągłość są im zupełnie obce. Ułatwiają nam zadanie na przyszłość. Przypieczętowują swoje miejsce w historii w tym sektorze, który zarezerwowany jest dla [.... każdy niech wpisze tu sobie, co chce...]. To może i lepiej, że nie przybyli na pogrzeb. Po raz kolejny pokazali, kim naprawdę są. Oni już odebrali swoją nagrodę... Paweł Sztąberek

Tajemnica popularności Jana Pawła II

Postać Jana Pawła II na ogół budzi entuzjazm i pozytywne skojarzenia w środowisku katolików, ale nie tylko katolików. Zbliżająca się beatyfikacja, zaplanowana na 1 maja 2011 roku, to okazja by na pontyfikat "polskiego papieża" spojrzeć z różnych punktów widzenia. Zdecydowaliśmy się na publikację artykułu, który, choć pisany przez katolika, daleki jednak jest od postrzegania postaci Jana Pawła II wyłącznie w różowych barwach, a eksponującego wątki tego pontyfikatu, na które wielu katolików nie zwraca uwagi. Zapraszamy do dyskusji nie tylko w formie komentarzy pod tekstem, ale również do nadsyłanych artykułów związanych z poruszoną w nim tematyką. *  *  * W 1974 r. abp Fulton J. Sheen powiedział: «Żyjemy w epoce emocji. Nie kierujemy się już wiarą, nie kierujemy się już rozumem. Kierujemy się emocjami». Prawdziwości tych słów dowodzi bezprecedensowe emocjonalne wrzenie po śmierci Jana Pawła II. Jest czymś normalnym, że katolicy na całym świecie odczuwają smutek i modlą się za zmarłego papieża – jest to wyraz synowskich uczuć względem niego. Jednak histeria, jaka miała miejsce po śmierci Jana Pawła II, stanowczo wykraczała poza te ramy. Kardynałowie, biskupi, kapłani i wierni świeccy jednym głosem domagali się kanonizowania go jako „Jana Pawła Wielkiego”. Niekatoliccy politycy i przywódcy państw wychwalali go za jego humanitaryzm i otwarcie na inne religie. Był chwalony za sposób sprawowania władzy, za popularność wśród młodych, za podróże, poezję, dzieła. Był wychwalany za swój błyskotliwy styl, za to, że był taki ludzki, za swoją „teologię ciała”, za zrozumienie roli mediów, za ewangelizację, za charyzmę, za poczucie humoru. Bono – gwiazda muzyki pop – nazywał go „fajnym papieżem” i „najlepszym przywódcą, jakiego Kościół kiedykolwiek miał”. Jednak w tym zalewie emocji nie znalazłem nikogo wychwalającego zmarłego za to, co stanowiło przecież główny element jego posługi: niezachwianą wierność odwiecznemu nauczaniu i Tradycji Kościoła katolickiego. Nie słyszałem, by ktokolwiek wychwalał go za zachowywanie czystości doktryny i utrzymywanie dyscypliny w Kościele na całym świecie. Jan Paweł II nie był za to chwalony, ponieważ tego nie robił. Dla papieża porażka na tym polu oznacza całkowitą porażkę. To prawda, że Jan Paweł II zachował stanowisko Kościoła wobec święceń kapłańskich kobiet i celibatu duchowieństwa oraz wypowiadał się konsekwentnie przeciwko rozwodom, aborcji i eutanazji. Był znienawidzony przez liberałów za podtrzymywanie tego nauczania i trzeba mu to policzyć za zasługę. Jednak wśród niekończących się pochlebstw wypowiadanych pod jego adresem nikt chyba nie pokusił się o ocenę jego pontyfikatu pod względem tego, co jedynie się liczy: nieomylnej i niezmiennej wiary katolickiej. Opinie i wspomnienia o papieżu bazowały jedynie na emocjach i uczuciach. Istnieje wiele powodów, dla których Jan Paweł II był tak kochany przez współczesny świat. Główną przyczyną był moim zdaniem centralny aspekt jego „nowej ewangelizacji” – nowe podejście, będące w istocie odejściem od głoszenia trudnej prawdy, której nauczanie czyniło przedsoborowych papieży tak niepopularnymi. Zaprzestawszy głosić tę fundamentalną prawdę, mógł łatwo obcować z wyznawcami wszelkich religii, nie obawiając się specjalnie, że wywoła ich irytację czy niezadowolenie.

Nowe podejście

W dniu śmierci Jana Pawła II zadzwoniła do mnie pewna pani z Nowej Zelandii, przyjaciółka mojej rodziny. Pracuje ona w środowisku, w którym nieustannie styka się z muzułmanami i hinduistami. Gdy mówi tym niekatolikom, z całą delikatnością i miłością, że aby zbawić swe dusze, muszą się nawrócić do jedynego prawdziwego Kościoła katolickiego, muzułmanie i hinduiści śmieją się z niej. „Twój papież w to nie wierzy – śmieją się, mając na myśli Jana Pawła II. – Twój papież tak nie naucza. Jego inicjatywy międzyreligijne wcale o tym nie świadczą. Twój papież modli się z dalajlamą i hinduistami, odwiedza meczety i całuje Koran. Nie postępujesz zgodnie z tym, czego naucza twój własny papież. Dlaczego mielibyśmy cię słuchać?”. Również dwóch moich znajomych katolików zostało wyśmianych w rozmowie z protestanckim pastorem, gdy przekonywali go, że aby osiągnąć zbawienie, musi stać się katolikiem. „Co? – odpowiedział. – Nie czytacie pism własnego papieża? On modli się razem z protestantami. Chwali Marcina Lutra jako człowieka «głęboko religijnego». Nazywa protestantów «uczniami Chrystusa». Nigdy nie mówi, że w celu osiągnięcia zbawienia trzeba zostać katolikiem”. „Brat” Roger z ekumenicznej wspólnoty Taizé, tak drogiej sercu Jana Pawła II, powiedział, że podczas papieskiej wizyty w Taizé 5 października 1986 r. papież zasugerował wspólnocie drogę „komunii”. Powiedział:
Poprzez wasze pragnienie, by stać się „pomostem”, pomożecie wszystkim, których spotkacie, pozostać wiernymi tradycjom ich denominacji, owocowi ich wychowania i wyborowi ich sumienia.
Jan Paweł II zachęcał więc protestantów, by pozostali wierni fałszywym naukom uroczyście potępionym przez Sobór Trydencki. Nic nie wspominał o potrzebie nawrócenia do jedynego prawdziwego Kościoła Chrystusowego. Dzień po śmierci Jana Pawła II Abraham Foxman z Ligi Przeciwko Zniesławieniu B’nai B’rith zwołał konferencję prasową, na której wychwalał zmarłego papieża za jego stosunek do narodu żydowskiego. Foxman mówił o Janie Pawle II:
Co najważniejsze, papież odrzucił destrukcyjną koncepcję substytucji i uznał szczególne więzi między chrześcijaństwem a narodem żydowskim, traktując judaizm jako żywe dziedzictwo i uznając wieczną ważność przymierza Boga z narodem żydowskim.
Foxman chwalił więc Jana Pawła II za odrzucenie prawdy zawartej w Piśmie św. i zdefiniowanej uroczyście przez Kościół – prawdy, że Nowe Przymierze zastąpiło i zdezaktualizowało Stare. Foxman cieszy się z głoszenia błędu, że wyznawcy współczesnej religii żydowskiej mają niezależne przymierze z Bogiem i że aby osiągnąć zbawienie, nie muszą uznać Jezusa Chrystusa za Mesjasza ani nawrócić się do Kościoła katolickiego. Chwali Jana Pawła II za obronę tego błędu. Po raz kolejny widzimy, na czym polegał sekret popularności Jana Pawła II w stosunkach ze światem i fałszywymi religiami, dlaczego był kochany przez rzesze i dlaczego otwierały się przed nim niemal wszystkie drzwi. Jan Paweł II był człowiekiem, który mówił mieszkańcom świata, że wszystko nagle się zmieniło, że „tryumfalizm” Kościoła należy już do przeszłości, że nie muszą nawracać się do Kościoła, aby zbawić swe dusze. Cechą charakterystyczną tego pontyfikatu było przemilczanie dogmatu „poza Kościołem nie ma zbawienia”. Nie jest to bynajmniej oznaka wielkości, ale uległości wobec ducha czasu. Jest to ustępstwo, jakiego żaden papież w historii nie mógłby dokonać bez lekceważenia prawd wiary.

Poza Kościołem nie ma zbawienia

Odchodzenie od nauczania, że poza Kościołem nie ma zbawienia, nie rozpoczęło się z pontyfikatem Jana Pawła II. Dogmat ten przez ostatnie stulecia był znienawidzony przez liberałów, a zwłaszcza przez ciemne siły masońskiego „oświecenia”. Apostata Jan Jakub Rousseau pisał: „Ktokolwiek by twierdził, że poza Kościołem nie ma zbawienia, powinien być wypędzony z granic państwa”. Dogmat ten był podkopywany słowem i drukiem przez liberalnych katolików XIX wieku, czego dowodem są powtarzające się potępienia obojętności religijnej ze strony XIX­wiecznych papieży. Modernizm odrzucał ten centralny dogmat naszej wiary, a teologowie neomodernistyczni w dekadach poprzedzających II Sobór Watykański usiłowali podważać tę prawdę na rozliczne sposoby. Dwoma najbardziej wpływowymi progresistami, szczególnie aktywnymi w tej dziedzinie, byli ks. Henryk de Lubac i o. Iwon Congar. Obaj byli rzecznikami „nowej teologii”, wedle której religia musi zmieniać się wraz z czasem. Obaj byli uważani przez przedsoborowych papieży za teologicznych dysydentów. Pisma i działalność obu były potępiane przez Święte Oficjum, kierowane przez kard. Ottavianiego. A jednak obu, razem z innymi liberalnymi teologami, podczas Vaticanum II i w okresie posoborowym uznano za tych, którzy wytyczają nowe kierunki, mimo że nie zmienili swych heretyckich poglądów. Młody biskup Karol Wojtyła z Polski solidaryzował się na soborze z tymi postępowymi teologami. Ks. Ludwik Nemec napisał w 1978 r. o Janie Pawle II: „Biskup Wojtyła zajmował na soborze stanowisko progresywne” i „współpracował z postępowymi teologami”. Lata później Jan Paweł II uczynił de Lubaca i Congara kardynałami, pomimo tego, że nigdy nie wyrzekli się swych heterodoksyjnych poglądów. De Lubac był żarliwym obrońcą panteistycznego ewolucjonisty Teilharda de Chardin. Tak więc Jan Paweł II nagrodził purpurowymi kapeluszami dwóch modernistycznych teologów, których przedsoborowe – a również posoborowe – pisma negują zasadę „poza Kościołem nie ma zbawienia”.

Konwergencja zastępuje konwersję

Przełomowym wydarzeniem, które doprowadziło do usunięcia tego dogmatu w cień, był II Sobór Watykański. To prawda, że nigdzie w dokumentach soborowych nie znajdziemy twierdzenia, iż „dogmat «poza Kościołem nie ma zbawienia» jest już nieaktualny”, jednak cały ekumeniczny duch Vaticanum II implikuje to na niezliczone sposoby, zwłaszcza poprzez rozmyślne używanie dwuznacznego języka w dokumentach soborowych. Po soborze katoliccy hierarchowie poprzez swe słowa i działania utrwalali fałszywe przekonanie, że ten centralny dogmat wiary należy już do przeszłości. Dokumenty Vaticanum II były, jak przyznają to sami ich autorzy, przygotowane zgodnie z nowym, ekumenicznym duchem. (...) W opublikowanej w 1966 r. książce Theological Highlights of Vatican II Józef Ratzinger napisał, że dokument soborowy Lumen gentium został rozmyślnie ułożony zgodnie z wytycznymi ekumenicznymi, by położyć fundament pod dekret o ekumenizmie. Ratzinger twierdził, że zgodnie z Lumen gentium
Kościół katolicki nie ma prawa do wchłaniania innych Kościołów (...) zasadnicza jedność Kościołów, które pozostają Kościołami, a jednak stają się jednym Kościołem – musi zastąpić ideę konwersji, mimo że konwersja zachowuje swoje znaczenie dla tych, którzy pragną jej, postępując za głosem sumienia.
Ks. Ratzinger napisał tę książkę podczas obrad Vaticanum II. Jako współpracownik Karola Rahnera był mocno zaangażowany w sporządzanie szkiców dokumentów soborowych, ma więc odpowiednie kompetencje, by nam wyjaśnić, jakie były prawdziwe intencje architektów soboru. Otóż twierdzi, że prawdziwą intencją autorów dokumentów było przedstawienie konwersji jako opcji. Niekatolicy nie muszą się nawracać do prawdziwego Kościoła dla osiągnięcia jedności wiary i zbawienia. Zasadę konwersji niekatolików zastąpiła nowa zasada konwergencji z niekatolikami. Od czasu soboru wszystko postępuje wedle tej reguły: zasadę konwersji niekatolików zastąpiła nowa zasada konwergencji. Również inny liberalny peritus (‘ekspert’) soborowy – o. Edward Schillebeeckx – wyrażał radość z modernistycznej orientacji II Soboru Watykańskiego. Jak powiedział: „Podczas soboru Kościół katolicki oficjalnie odrzucił postawę monopolisty na religię chrześcijańską”. Protestancki obserwator na soborze, dr Robert McAfee Brown, bardzo szybko docenił to nowe podejście. Dobrze znał tradycyjne – sprzeczne z protestantyzmem – katolickie nauczanie i otwarcie cieszył się z zaskakującej zmiany stanowiska podczas Vaticanum II. W swojej książce The Ecumenical Revolution (1967) wychwalał soborowy dekret o ekumenizmie:
Dokument ten pokazuje, jak nowe jest obecne podejście. Nie ma w nim już mowy o „heretykach i schizmatykach”, ale raczej o „braciach odłączonych”. Nie ma w nim już władczego żądania, by dysydenci pokutując powrócili do Kościoła, który sam pokuty czynić nie potrzebuje; zamiast tego znajdujemy w nim uznanie, że obie strony ponoszą winę za grzech podziału i muszą szukać przebaczenia u siebie nawzajem. Protestantów nie nazywa się już „sektą” czy bytem jedynie psychologicznym, [ale] uznaje się, że w ich życiu można odnaleźć część „rzeczywistości eklezjalnej”.
To rewolucyjne podejście do fałszywych religii słusznie potępiłby każdy papież przed Vaticanum II. Kościół katolicki zawsze traktował protestantów jako indywidualnych heretyków i nigdy nie uznawał ich za spójną grupę wyznaniową, ponieważ ich „kościół” czy też „wspólnota eklezjalna” jest w rzeczywistości fikcją. Grupa protestantów jest jedynie zbiorowiskiem osób, które są wewnętrznie przekonane o swym zbawieniu w Chrystusie. Nie stanowią oni Kościoła. We wrześniu 1868 r., na krótko przed I Soborem Watykańskim, papież Pius IX ogłosił publiczny list zatytułowany Iam vos omnes, skierowany „do wszystkich protestantów i innych niekatolików”. Nie zapraszał ich na sobór, ale zachęcał do potraktowania go jako okazji do nawrócenia do jedynego prawdziwego Kościoła. Pius IX celowo zaadresował swój list „do wszystkich protestantów”. Zwracał się do nich jako do jednostek. Komentując ten tekst w 1959 r., wybitny amerykański teolog ks. prał. Józef Clifford Fenton wskazywał, że Pius IX wybrał te słowa umyślnie, ponieważ grupy protestanckie „nie są Kościołami chrześcijańskimi”, ale „zgromadzeniami heretyckimi”. Wyjaśnia to, dlaczego dr McAfee Brown cieszył się z nowego stanowiska Vaticanum II, wedle którego owe zgromadzenia heretyków nagle zaczęły być określane mętnym i nieokreślonym terminem „rzeczywistości eklezjalne”. Twierdzenie, że protestanci nie muszą „pokutując powrócić do Kościoła”, jest kpiną z nieomylnego dogmatu Soboru Florenckiego, wedle którego poza Kościołem nie ma zbawienia. (...)

Człowiek soboru

Posoborowe ekumeniczne błędy niepowstrzymanie szerzyły się podczas pontyfikatu Pawła VI, a jego nowa Msza stanowi ukoronowanie koncesji poczynionych wobec protestantyzmu. Nic nie wiadomo, żeby Jan Paweł I planował oczyszczenie Kościoła z ekumenicznej zarazy. Jeśli tak nawet było, to nie żył on dostatecznie długo, żeby tego dokonać. Gdy w październiku 1978 r. polski kardynał Karol Wojtyła został wybrany papieżem, każdy, kto miał oczy do patrzenia, wiedział, czego może oczekiwać. Od samego początku nowy papież demonstrował swoje zaangażowanie na rzecz reform Vaticanum II, a zwłaszcza ekumenizmu. W pierwszym przemówieniu Jan Paweł II nie mówił o swoim obowiązku obrony czystości doktryny katolickiej przeciwko licznym współczesnym błędom, jak to uczynił św. Pius X. 17 października 1978 r. nowo wybrany papież powiedział:
Słusznie więc sądzimy, że Naszym pierwszym obowiązkiem jest jak najbardziej sumienne staranie o wykonywanie dekretów, norm i wskazań tego powszechnego soboru; będziemy to czynić w sposób równocześnie roztropny i pobudzający, starając się zwłaszcza, by najpierw umocnił się właściwy sposób myślenia; trzeba bowiem, by umysły zestroiły się z soborem, zanim zaczną realizować w życiu to, co on ogłosił, i aby te sprawy, które w dziele soboru są – jak to się mówi – zawarte implicite, można było wydobyć i wyjaśnić w świetle tych doświadczeń, jakie już zostały dokonane, i postulatów, jakie w nowych okolicznościach zostały wysunięte.
Nie ulega wątpliwości, że Jan Paweł II dotrzymał danego słowa. (...) Dostosował swój 25­ letni pontyfikat do nowej, ekumenicznej doktryny, zgodnie z którą nawracanie niekatolików ustąpiło miejsca konwergencji z niekatolikami. Działalność Jana Pawła II na płaszczyźnie dialogu międzyreligijnego, szeroko opisywana na łamach „Catholic Family News” i innych periodyków, jest tego przekonującym dowodem. Spotkanie w Asyżu, podczas którego wyznawcy wszelkich religii razem modlili się o pokój, rzekomo współdziałając na rzecz polepszenia losu całego rodzaju ludzkiego – podobne przedsięwzięcia potępił wcześniej św. Pius X w swym liście przeciwko Sillonowi – jest doskonałą ilustracją pontyfikatu papieża Polaka. W październiku 1986 r., podczas pierwszego zorganizowanego przez papieża panreligijnego spotkania w Asyżu, katolicy, protestanci, prawosławni, żydzi, muzułmanie, czciciele węży, Indianie północnoamerykańscy i przedstawiciele innych religii zebrali się, by wspólnie modlić się o pokój. Przedstawiciele różnych religii stanęli obok Jana Pawła II, a ten widok przyczynił się w wielkim stopniu do utrwalenia głównego błędu naszych czasów, wedle którego zbawienie można osiągnąć dzięki praktykowaniu jakiejkolwiek religii. Podczas tego spotkania przedstawicieli różnych wyznań zachęcano do sprawowania ich własnych, fałszywych kultów. Muzułmanie wyśpiewywali chwałę fałszywego bożka Allaha; afrykańscy animiści w kolorowych szatach wzywali duchy drzew, by przyszły wesprzeć starania o pokój; amerykańscy Indianie sprawowali pogański obrzęd, zawodząc tubalnymi głosami przeciwko złym duchom i machając słomianymi wachlarzami niczym magicznymi różdżkami. Na sprawowanie fałszywych kultów zezwolono również w katolickich świątyniach. W kościele pw. Św. Piotra buddyści pod przewodem dalajlamy umieścili na tabernakulum figurę Buddy, okadzali ją i obracali przed nią swoje młynki modlitewne. Nawet kard. Oddi wyraził wtedy publicznie swoją dezaprobatę:
Tego dnia (...) spacerowałem po Asyżu (...) i widziałem w niektórych miejscach modlitwy prawdziwe świętokradztwa. Widziałem buddystów tańczących wokół ołtarza, na którym na miejscu Chrystusa został umieszczony Budda, okadzających go i oddających mu cześć. Pewien benedyktyn protestował i został usunięty przez policję. (...) Na twarzach katolików, którzy uczestniczyli w tej ceremonii, malowała się dezorientacja.

Duch Asyżu

O ile kardynał Oddi był przerażony odbywającymi się w Asyżu ekscesami, o tyle Jan Paweł II otwarcie demonstrował swą radość. Dwa miesiące później, w przemówieniu bożonarodzeniowym wygłoszonym do kardynałów, a opublikowanym na łamach „L’Osservatore Romano”, powiedział: „Dzień spotkania w Asyżu, w którym [świat ujrzał], jak Kościół katolicki wyciąga ręce do braci z innych wyznań, stanowił realizację deklaracji II Soboru Watykańskiego”. Papież nie postrzegał więc panreligijnego spotkania jako tragicznej nadinterpretacji Vaticanum II, lecz uznał je za godną najwyższego uznania, praktyczną realizację nauczania soboru. W swym wystąpieniu posunął się nawet do wychwalania tego wydarzenia jako drogowskazu na przyszłość:
Spotkanie w Asyżu może więc być traktowane jako wyrażona w sposób przystępny dla wszystkich katecheza, egzegeza czy też ilustracja tego, co w istocie oznacza (...) zaangażowanie na rzecz ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego, tak gorąco zalecane i popierane przez II Sobór Watykański.
Kończąc przemówienie, Jan Paweł II zachęcał kardynałów, by postępowali dalej rozpoczętą przez niego drogą: „Pielęgnujcie w sobie ducha Asyżu jako przesłankę do nadziei na przyszłość”. (...) Postępując zgodnie z zaleceniem papieża, w ciągu kolejnych 18 lat kardynałowie i biskupi niestrudzenie szerzyli ducha Asyżu, co znalazło wyraz w niezliczonych przejawach aktywności panreligijnej. Jednym z ostatnich wydarzeń tego typu był międzyreligijny kongres w Fatimie w 2003 r., podczas którego ks. Jakub Dupuis nazwał „przerażającym tekstem” deklarację dogmatyczną Soboru Florenckiego: „poza Kościołem nie ma zbawienia”, spotykając się z aplauzem katolickiego w przeważającej mierze audytorium. Organizatorzy i mówcy, włączając w to przybyłego z Watykanu abp. Michała Fitzgeralda, motywowali organizację tej imprezy asyską inicjatywą Jana Pawła II. Duch Asyżu jest odpowiedzialny za to, że 5 maja 2004 r. ksiądz rektor Guerra pozwolił, by hinduistyczny kapłan czcił fałszywe bóstwa przy katolickim ołtarzu w sanktuarium fatimskim – a świętokradztwo to nigdy nie spotkało się z potępieniem ze strony Jana Pawła II. Nowa, panreligijna orientacja wywiera wpływ na życie nas wszystkich, ponieważ jej skutkiem jest fałszywy obraz Kościoła katolickiego. Po dekadach oddziaływania nowej, ekumenicznej religii, po latach oglądania zdjęć i filmów z coraz to nowymi festiwalami ekumenicznymi Jana Pawła II większość ludzi – niezależnie od tego, czy są katolikami, czy nie – traktuje ten panreligijny kierunek jako prawdziwe oblicze religii katolickiej. Nikomu nie przeszkadza, że był on w przeszłości wielokrotnie potępiany przez papieży, przede wszystkim przez Piusa XI w encyklice Mortalium animos. Duch Asyżu jest obecnie postrzegany jako prawdziwe oblicze katolicyzmu. To właśnie duch Asyżu jest odpowiedzialny za to, że muzułmanie i hinduiści wyśmiewają się z katolików pouczających ich, iż w celu osiągnięcia zbawienia muszą nawrócić się na prawdziwą wiarę – zarzucając im, że nie są posłuszni nauczaniu papieża. To właśnie dzięki tej nowej ekumenicznej orientacji ewangelicki pastor może twierdzić, że katolik nie jest wierny katolickiemu Magisterium, gdy przypomina protestantowi, iż aby zbawić swoją duszę, musi się nawrócić do jedynego prawdziwego Kościoła Chrystusowego. To właśnie dlatego żydowscy przywódcy religijni mogą dziś wyrażać zadowolenie z tego, że według Jana Pawła II nie muszą uznać Jezusa Chrystusa za Mesjasza ani przyłączyć się do jedynego Kościoła Chrystusowego. Na tym właśnie polega największe „osiągnięcie” Jana Pawła II. Udało mu się sprawić, że katolicy wiernie wyznający dogmat „poza Kościołem nie ma zbawienia” są dziś postrzegani jako szaleńcy. Dzięki rewolucyjnemu pontyfikatowi Jana Pawła II katolicy, którzy wierzą i praktykują to, czego nauczali Eugeniusz IV, św. Pius V, Grzegorz XVI, Pius IX, św. Pius X, Pius XI i Pius XII są traktowani jak grupka szaleńców o wątpliwej ortodoksji. Ci, którzy opierają się modernistycznej orientacji Jana Pawła II i pozostają wierni papieżom wszystkich wieków, są w wielu przypadkach oczerniani jako wrogowie wiary.

Jan Paweł II i koncepcja substytucji

Nauczanie Jana Pawła II o współczesnym judaizmie potwierdza to w sposób dramatyczny. Jest to jeden z najbardziej ewidentnych dowodów na brak ciągłości między nauczaniem polskiego papieża a doktryną głoszoną przez jego poprzedników na Stolicy Piotrowej. Współcześni Żydzi chwalą go, gdyż są w pełni świadomi głębi dokonywanych przez niego zmian. Ci, którzy opierają się temu nowemu nauczaniu, są piętnowani jako antysemici, jako niewierni nauczaniu II Soboru Watykańskiego czy – jak to ujęto na pewnej stronie internetowej – „ekstremalni zwolennicy teorii substytucji”. Na pierwszy rzut oka twierdzenie, że Jan Paweł II odrzucił naukę, iż Nowe Przymierze zastąpiło Stare, może wydawać się pochopne. To nie do pomyślenia, by papież mógł zanegować tak fundamentalną prawdę, tak jasno wyrażoną w Piśmie św. i doktrynie katolickiej. W kwestii absolutnej konieczności wyznawania wiary katolickiej do osiągnięcia zbawienia mamy przede wszystkim wyznanie wiary św. Atanazego, które zaczyna się od słów:
Ktokolwiek pragnie być zbawiony, przede wszystkim winien się trzymać katolickiej wiary. Jeżeli jej w całości i bez skazy nie zachowa, z pewnością na wieki zginie.
Należy pamiętać, że wyznanie św. Atanazego było częścią publicznego kultu Kościoła. Przed Vaticanum II było recytowane podczas prymy w uroczystość Trójcy Przenajświętszej. Żaden papież nie ma władzy stwierdzić, że to uroczyste wyznanie wiary nagle przestało obowiązywać. Doktryna „poza Kościołem nie ma zbawienia” została trzykrotnie zdefiniowana w sposób uroczysty. Najdobitniej i z największą mocą uczynił to Sobór Florencki za pontyfikatu Eugeniusza IV. Kościół stwierdził wówczas nieomylnie:
Święty Kościół Rzymski mocno wierzy, wyznaje i głosi, że nikt, kto nie jest w Kościele katolickim, nie tylko poganie, ale i żydzi, albo heretycy i schizmatycy, nie mogą dostąpić żywota wiecznego, lecz pójdą w ogień wieczny, „który zgotowany jest diabłu i aniołom jego” (Mt 25, 41), jeżeli przed końcem życia nie będą przyłączeni do niego [Kościoła]. (...) Nikt też, choćby nie wiedzieć jakie dawał jałmużny, a nawet przelał krew dla Imienia Chrystusowego, nie może być zbawiony, jeżeli nie wytrwa w łonie i jedności Kościoła katolickiego.
Prawdy tej nauczali papieże, doktorzy Kościoła oraz święci. W tym łańcuchu przekazu doktrynalnego nie ma żadnych przerw – jest to jedna i niezmienna doktryna głoszona od czasów apostolskich. Wedle stałego nauczania Kościoła, I Soboru Watykańskiego oraz Przysięgi antymodernistycznej papieżowi nie wolno zmienić żadnego elementu nauczania Kościoła, gdyż nie jest ono jego własnością. Nie jest też możliwe, by papież zmienił obiektywną prawdę wiary objawioną przez Boga. Żadnemu papieżowi nie wolno wyjaśniać nauki wiary w sposób odmienny od tego, co Kościół zawsze utrzymywał; musi on nauczać doktryny – wedle słów I Soboru Watykańskiego i Przysięgi antymodernistycznej – „w tym samym sensie i w tym samym rozumieniu”. Przez 2000 lat papieże wiernie nauczali doktryny „poza Kościołem nie ma zbawienia”, ponieważ wiedzieli, że jest to prawda pochodząca od Chrystusa i Apostołów. Jednym z XX­wiecznych dowodów na ciągłość tego nauczania jest katechizm św. Piusa X, w którym czytamy: „Poza prawdziwym Kościołem znajdują się: niewierni, Żydzi, heretycy, apostaci, schizmatycy i ekskomunikowani”. I dalej czytamy: „Nikt nie może dostąpić zbawienia poza Kościołem katolickim, apostolskim i rzymskim, podobnie jak nikt nie mógł uratować się z potopu poza Arką Noego, która była figurą Kościoła”.

Nowe Przymierze znosi Stare

O ile prawda wiary o konieczności przynależności do Kościoła katolickiego w celu osiągnięcia zbawienia jest jasna, o tyle konieczność nawrócenia Żydów do jedynego prawdziwego Kościoła Chrystusowego jest jeszcze bardziej oczywista. Nowy Testament nieustannie powtarza tę prawdę, a Kościół katolicki nauczał jej począwszy od pierwszego kazania św. Piotra, wygłoszonego w ranek Zielonych Świątek. Jest to nauczanie pochodzące bezpośrednio od Zbawiciela. Pan Jezus powiedział do Żydów: „Jeśli nie uwierzycie, że Ja jestem, pomrzecie w grzechach waszych” (J 8, 24). W innym miejscu powiedział: „Badajcie Pisma, gdyż wam się zdaje, że w nich życie wieczne macie; a one są, które świadectwo dają o mnie, a do mnie przyjść nie chcecie, abyście życie mieli” (J 5, 39­­–40). Święty Piotr w swym pierwszym kazaniu publicznie napominał Żydów, którzy zgromadzili się, by go wysłuchać, że muszą przyjąć chrzest i stać się członkami prawdziwego Kościoła Chrystusowego (Dz 2). Nie powiedział im, że posiadają własne ważne przymierze, niezależne od Chrystusa. Komentując ten ustęp Pisma św., wybitny teolog amerykański ks. prałat Józef Clifford Fenton wskazywał, że św. Piotr nie kierował tych słów do ludzi niereligijnych – przemawiał do pobożnych Żydów, którzy przybyli z różnych części świata, żeby uczestniczyć w obrzędach religijnych w świątyni jerozolimskiej. A jednak powiedział pobożnym, mającym bez wątpienia dobre intencje Żydom, że religia Starego Przymierza nie może dać im zbawienia, że muszą przystąpić do Nowego Przymierza zrodzonego z krwi Jezusa Chrystusa, czyli do Kościoła katolickiego. Również Pismo św. naucza, że Stare Przymierze zostało zastąpione Nowym. Święty Paweł stwierdza wyraźnie, że Przymierze Chrystusa Pana „przedawniło poprzednie” (Hbr 8, 13). Nauka o zniesieniu Starego Przymierza przez Nowe należy do powszechnego i niezmiennego nauczania Kościoła katolickiego. Jest to zdefiniowany artykuł wiary, w który katolicy mają obowiązek wierzyć. Uroczyste wyznanie wiary Soboru Florenckiego, sformułowane za pontyfikatu Eugeniusza IV, stwierdza:
Święty Kościół Rzymski (...) mocno wierzy, wyznaje i naucza, że to, co odnosi się do Starego Przymierza, prawa mojżeszowego, obejmującego różne obrzędy, ceremonie, ofiary i sakramenty, z tego powodu, iż zostały one ustanowione jako figury rzeczy przyszłych, choć były odpowiednie dla kultu Bożego tego czasu, jednak po przyjściu Zbawiciela, które zapowiadały, wygasły, a nastały sakramenty Nowego Przymierza. (...) Wszystkich więc, którzy po tym czasie przestrzegają obrzezania i szabatu oraz innych wymogów [starego] prawa [Kościół katolicki] ogłasza za odstępców od wiary chrześcijańskiej i niegodnych uczestnictwa w wiecznym zbawieniu, chyba że w przyszłości wyrzekną się swych błędów.
Jest więc jasne, że żaden papież, który pragnął zachować wierność prawdzie katolickiej, nie mógł zlekceważyć dogmatu opartego o Pismo św. Jednak po śmierci Jana Pawła II światowe media hałaśliwie powtarzały, że odrzucił on tę fundamentalną doktrynę, że ona już nie obowiązuje. Oto kilka przykładów: — Jak już wspomnieliśmy, Abraham Foxman z Ligi Przeciwko Zniesławieniu B’nai B’rith wychwalał Jana Pawła II za to, że „odrzucił destrukcyjną koncepcję substytucji”, innymi słowy – odrzucił katolicką naukę, że Nowe Przymierze Jezusa Chrystusa zniosło i zdezaktualizowało Stare. — Dziennik „The Jerusalem Post” opublikował artykuł pod tytułem Co pozostanie po najlepszym papieżu, jakiego Żydzi kiedykolwiek mieli?, również wychwalając Jana Pawła II za odejście od dotychczasowego nauczania Kościoła. — Nowe podejście do judaizmu zostało również docenione przez izraelskiego ambasadora w Wybrzeżu Kości Słoniowej, Sergiusza Izaaka Minerbiego. Mimo że odniósł się on krytycznie do rzekomych prób „schrystianizowania [przez papieża] Holocaustu”, nie szczędził mu jednak pochwał:
Przez wieki Kościół twierdził, że jest prawdziwym Izraelem, będącym prawowitym następcą judaizmu. Tym większe znaczenie mają słowa wypowiedziane przez papieża na spotkaniu ze społecznością żydowską w Mainz 17 listopada 1980 r., podczas którego wyraził on swój szacunek dla „ludu Bożego, ludu Starego Przymierza, które nigdy nie zostało unieważnione przez Boga”.
— Podobnie „The Boston Globe” podkreślał „znaczące zaangażowanie Jana Pawła II w rozwój stosunków z narodem żydowskim”. „Mówił on o szczególnych związkach między Żydami a Kościołem oraz podkreślał, że Stare Przymierze nigdy nie zostało unieważnione. Jego słowa stworzyły dla teologów nowe możliwości, które nie zostały jeszcze w pełni zbadane”. — Dzień po śmierci Jana Pawła II ks. Dawid Maria Jaeger powiedział:
W badaniach opinii publicznej opublikowanych pod koniec roku pielgrzymki papieskiej do Ziemi Świętej (...) przeważająca większość ankietowanych Żydów wymieniała go jako najlepszego kandydata na naczelnego rabina Izraela!.
Jaki to smutny dzień dla Kościoła katolickiego – oto Wikariusz Chrystusa uważany jest za najlepszego kandydata na stanowisko naczelnego rabina – i to Izraela! (...) Żydzi nigdy nie wychwalaliby tak Jana Pawła II – nigdy nie traktowaliby go jako jednego z nich – gdyby powtarzał nauczanie św. Piotra, św. Pawła i Soboru Florenckiego o zastąpieniu Starego Przymierza przez Nowe.

Wypaczanie doktryny

Czy to jednak prawda? Czy Jan Paweł II rzeczywiście mówił takie rzeczy? Dla naszych czytelników pytanie to jest retoryczne. Odpowiedź brzmi – niestety, to prawda. Podejmując próbę uczynienia „jasnym” tego, co było „niejasne” w deklaracji Nostra ætate, podczas przemówienia wygłoszonego do społeczności żydowskiej w Mainz 17 listopada 1980 r. Jan Paweł II powiedział:
Pierwszym skutkiem tego dialogu, czyli spotkania ludu Starego Przymierza, Przymierza nigdy nie unieważnionego przez Boga, z ludem Nowego Przymierza, jest (...) dialog w obrębie naszego Kościoła, dialog pomiędzy pierwszą a drugą częścią jego Biblii. (...) Żydzi i chrześcijanie jako dzieci Abrahama są wezwani do tego, by być błogosławieństwem dla świata poprzez wspólne angażowanie się na rzecz pokoju i sprawiedliwości pomiędzy narodami. (...)
Te słowa cytuje się w wielu najnowszych dokumentach Kościoła jako argument na rzecz nowego, odrzucającego „substytucję” nauczania. W 1985 r. Watykan opublikował Uwagi dotyczące właściwego sposobu przedstawiania Żydów i judaizmu w nauczaniu i katechizmie Kościoła rzymskokatolickiego. We wstępie do tego dokumentu proponuje się czytelnikom zwrócenie „szczególnej uwagi” na paragraf 3, „który mówi o judaizmie jako rzeczywistości aktualnej, a nie jedynie historycznej”. Gdy dochodzimy do paragrafu 3, widzimy, że Uwagi... powołują się na wspomniane przemówienie Jana Pawła II, w której papież mówi o „ludzie Bożym Starego Przymierza”, które „nie zostało unieważnione”. Sam Jan Paweł II w żaden sposób nie dał do zrozumienia, że wspomniany wyżej dokument zawiera nadinterpretację jego słów, co więcej – udzielił mu bezkrytycznego poparcia. 28 października 1985 r. powiedział:
Uwagi dotyczące właściwego sposobu przedstawiania Żydów i judaizmu w nauczaniu i katechizmie Kościoła rzymskokatolickiego są dowodem na stałe zainteresowanie i zaangażowanie Stolicy Apostolskiej na rzecz odnowienia relacji pomiędzy Kościołem a narodem żydowskim.
Papież dodał, że Uwagi...
będą wielką pomocą w uwalnianiu naszego katechetycznego i religijnego nauczania od negatywnego lub błędnego wizerunku Żydów i judaizmu w kontekście wiary katolickiej.
Istnieją więc niezbite dowody na to, że opinie Żydów o Janie Pawle II są prawdziwe, a przytaczane przez nich wypowiedzi papieża można z łatwością odnaleźć w zaaprobowanych przez niego dokumentach. Jednak z kazania św. Piotra wygłoszonego w Zielone Świątki wiemy, że Stare Przymierze już nie obowiązuje, (...) że nie jest w stanie dać nam zbawienia. Ze słów samego Chrystusa Pana wiemy, że ci, którzy w Niego nie uwierzą, pomrą w swoich grzechach. Z Listu św. Jana wiemy, że ten, kto przeczy, iż Jezus jest Chrystusem – jest antychrystem. Z Listu św. Pawła do Żydów wiemy, że Nowe Przymierze unieważniło Stare. A nieomylny Sobór Florencki uczy nas, że Stare Przymierze wygasło wraz z ustanowieniem Nowego Testamentu przez Jezusa Chrystusa. Mamy więc pewność, że odrzucenie przez Jana Pawła II substytucji jest błędem, którego nie wolno nam akceptować ani pochwalać. Katolicy mają obowiązek stawiania oporu nowemu nauczaniu Jana Pawła II, ponieważ lekceważy ono Pismo św. i Tradycję. Pozostawia niekatolików w mroku ich błędów i pozbawia ich łaski uświęcającej oraz zagraża wiecznemu przeznaczeniu niezliczonej liczby dusz. Opierając się tej nowej doktrynie, postępujemy za nakazem Innocentego III, który nauczał, że jeśli papież odchodzi od powszechnego nauczania i zwyczajów Kościoła, „nie trzeba go [w tym] słuchać”. Św. Robert Bellarmin dodaje, że należy mu się również opierać.

Santo subito?

Dwa tygodnie przed podwójną beatyfikacją Piusa IX i Jana XXIII liberalny „Common­wealth” pisał:
Absurdalność tego wydarzenia pojmiemy, gdy uprzytomnimy sobie, że zarówno Jan XXIII, jak i Jan Paweł II zostaliby potępieni za swe idee i wypowiedzi, gdyby wygłaszali je za pontyfikatu Piusa IX.
Zaangażowanie Jana Pawła II na rzecz liberalnych reform II Soboru Watykańskiego z pewnością ściągnęłoby na niego potępienie Piusa IX. Jego pontyfikat skutecznie odwodzi współczesnych katolików od wierności nauczaniu jego poprzedników na tronie św. Piotra. Bardzo niewielu przedstawicieli mediów uznaje ten fakt, a ci, którzy to czynią, postrzegają go jako zjawisko pozytywne. Jednym z tych nielicznych był generalnie niezbyt przychylnie do Kościoła nastawiony Jakub Carroll, którego niedawny komentarz opublikowany na łamach „Time” skutecznie rozwiewa mit o rzekomym konserwatyzmie Jana Pawła II:
Być może uważacie, że Jan Paweł II był konserwatywnym papieżem, że jego pontyfikat cechowało ożywienie katolicyzmu i potępianie różnych przejawów liberalizmu. Pamięta się Jana Pawła II przede wszystkim jako papieża wzmacniającego struktury przeszłości.
Ten obraz jest nieprawdziwy. Jan Paweł II śmiało wspierał polityczną i teologiczną rewolucję w obrębie katolicyzmu. Był on – być może wbrew sobie – papieżem przełomu, papieżem, który dokonał dwóch radykalnych zwrotów: zmiany stosunku Kościoła do wojny oraz do narodu żydowskiego. Była to najbardziej doniosła zmiana w historii Kościoła i stanowi ona fundament pod przyszłe reformy, które mogą pójść dalej, niż papież przewidywał czy nawet pragnął. Nie ulega jednak wątpliwości, że Jan Paweł II doprowadził do praktycznej realizacji tego, co zainicjowali jego poprzednicy, Jan XXIII i Paweł VI, na II Soborze Watykańskim.
Jakub Carroll postrzega rewolucję Jana Pawła II jako przejaw „dojrzewania” myśli katolickiej. Św. Pius X nazwałby to po imieniu: modernizmem w działaniu. Również Pius XII zaliczyłby Jana Pawła II do tych postępowych teologów, przed którymi ostrzegał w encyklice Humani generis, teologów, którzy „pomniejszają znaczenie konieczności przynależności do Kościoła w celu osiągnięcia wiecznego zbawienia”. Jak to jednak widzieliśmy podczas Mszy pogrzebowej Jana Pawła II, fakty te zdają się nie mieć najmniejszego znaczenia w obecnej epoce sentymentalizmu i płytkiej uczuciowości. Duchowni i świeccy wierni wzywali do natychmiastowej kanonizacji (Santo subito!) polskiego papieża. Jednak skutków jego pontyfikatu w żaden sposób nie można nazwać budującymi. Józef (Joe) Sobran napisał:
Prawowierni katolicy zadają pytanie, czy jego pontyfikat należy uznać za sukces. Wydaje się, że Jan Paweł II zachował naiwną wiarę lat 60. w dialog ekumeniczny, niezależnie od tego, jak bardzo okazał się on bezowocny. Choroby, które wyniszczają Kościół od czasu II Soboru Watykańskiego (którego był on entuzjastycznym uczestnikiem) nie zostały uleczone – w dalszym ciągu mamy do czynienia z kryzysem liturgicznym, spadkiem uczestnictwa we Mszy św., degradacją katolickiej edukacji, wygłaszającymi heterodoksyjne opinie biskupami i heretyckimi teologami. Za jego pontyfikatu wybuchł też jeden z najgorszych skandali w historii Kościoła – ujawniono, że księża­homoseksualiści molestowali nieletnich chłopców. Jest to naturalny skutek dominacji homoseksualistów w amerykańskich (i prawdopodobnie nie tylko amerykańskich) seminariach, która narastała od lat 60., już przed pontyfikatem Jana Pawła II, wydaje się jednak, że nie miał on pojęcia, iż zjawisko to trwa nadal, i nie mógł uwierzyć w fakty, o których mu donoszono. Wszystko to nie wydaje najlepszego świadectwa o jego rządach.

Nie wszystko złoto, co się świeci

Jan Paweł II spotkał się już ze swym Sędzią, który – wedle słów św. Piusa X – wymaga ścisłego rachunku z pełnienia urzędu papieskiego. Celem tego artykułu nie jest sąd nad duszą Jana Pawła II, ponieważ to należy jedynie do Boga. Niemniej katolicy są uprawnieni do osądzania słów i uczynków zmarłego papieża wedle jedynego istotnego w tym kontekście kryterium: według niezmiennej i nieomylnej wiary katolickiej wszystkich wieków. Oceniany wedle tego kryterium Jan Paweł II wypada źle, a udawanie, że jest inaczej, nie ma żadnego sensu. Modlimy się za jego duszę, jednak nie naśladujemy go w jego postępowych inicjatywach. Był papieżem, który dawał zły przykład. Jako katolicy mamy obowiązek unikania płytkich emocji i sentymentalizmu. Nie możemy chwalić papieża, który mówi wyznawcom fałszywych religii to, co chcą usłyszeć: że mogą znaleźć zbawienie, pozostając przy swych błędach. (...) Naszym obowiązkiem jest trzymanie się wyznania wiary św. Atanazego:
Ktokolwiek pragnie być zbawiony, przede wszystkim winien się trzymać katolickiej wiary. Jeżeli jej w całości i bez skazy nie zachowa, z pewnością na wieki zginie.
Musimy się modlić, by przyszły papież podjął ryzyko narażenia się na niepopularność i ponownie pouczył katolików o tej fundamentalnej prawdzie wiary. Dobrym początkiem mogłoby być włączenie do przyszłej encykliki łagodnych, lecz mocnych słów wybitnego teologa, ks. Franciszka Connella:
Wystrzegając się negowania ekskluzywnego charakteru religii katolickiej, przy każdej nadarzającej się okazji należy pouczać wiernych, a uświadamiać niekatolików, że niezależnie od szlachetności ich intencji pozostający poza Kościołem są pozbawieni zwykłych środków zbawienia.
Jan Vennari
Tłum. Tomasz Maszczyk
Tekst ukazał się w miesięczniku „Zawsze Wierni”. Za „Catholic Family News”

Rojalista de Funes

- Jest Pan wierzący? - Oczywiście, oczywiście. - Od dawna? Od zawsze… Jezus był wpływowym towarzyszem mojego dzieciństwa, jest wpływowym towarzyszem mojego życia zawodowego i mego życia w ogóle. - Czy pomaga Panu w życiu zawodowym? -Nieustannie. Byłem bardzo szczęśliwy i to z pewnością dzięki niemu. - Jakie ma Pan wyobrażenie o Jezusie? Na obrazkach mego katechizmu był zawsze kimś bardzo delikatnym, jasnowłosym i czuło się, że każdy poryw wiatru może go unieść... Choć był on synem cieśli. Uwierz mi, że był facetem, który miał metr dziewięćdziesiąt, niezwykłą siłę i że miał takie bicepsy! Kiedy wyrzucał kupców za drzwi świątyni brał ich po trzech... i hop! Mówił donośnym głosem, czynił cuda... Przewodził ludziom i mnie również, widzę go śmiejącego się. (Fragment książki Eric Léguebe’a pt. “Louis de Funès, Roi du Rire” będący zapisem wywiadu telewizyjnego udzielonego Guy’owi Béartowi w Wigilię B.N. 1981 roku) Louis de Funes, którego 95 rocznica urodzin miała miejsce kilka dni temu, nie jest w Polsce znany inaczej, jak przez pryzmat zagranych przez siebie ról filmowych. Niewielu widzów ma świadomość, że ciepłe i serdeczne poczucie humoru z jakim traktował w swojej twórczości Kościół zbudowane było na głębokiej wierze. Wątki religijne nie są wprawdzie w jego filmach nadmiernie eksponowane, bo był mistrzem dziedziny dalekiej od koniecznej powagi, ale nawet nieliczne zapadają w pamięci. Widz świadomy jego katolickiej gorliwości i tradycjonalistycznych poglądów z pewnością pomiędzy „wierszami” odczyta wiele aluzji i komentarzy – ot, choćby pierwszy z brzegu, jakim była scena z udziałem częstej bohaterki serii z „Żandarmem”, gdy siostra szarytka spotkawszy inspektora Cruchota na plaży – a trzeba dodać, że ubrana była w skąpe bikini i wielki kornet siostry miłosierdzia – tłumaczy mu, że oto „wychodzi do ludu jak to teraz czynią księża-robotnicy”. W zakończeniu „Kapuśniaczka”, który miał być jego ostatnim filmem, odlatujący ku niebu w statku kosmicznym Claude Ratinier i jego przyjaciel Garbus śpiewają Ave Maria - refren pochodzącej z Lourdes maryjnej pieśni "Po górach, dolinach". Podobnych fragmentów jest w filmach de Funesa wiele. Trzeba dodać, że ten rodzaj poczucia humoru nie budził protestów katolików, ale właśnie zwolenników „laickiej republiki”, których mierziło każde, najmniejsze nawiązanie do religii. Poglądy de Funesa sprawiały, że udzielał wsparcia Bractwu Św. Piusa X i jego założycielowi arcybiskupowi Lefebvre’owi domagającemu się po Soborze prawa do „eksperymentu Tradycji”. Sławny komik wspomagał finansowo księdza Ducaud-Bourget w czasie pierwszych, trudnych lat „okupacji” paryskiego kościoła Saint-Nicolas du Chardonnet, który tradycjonalistyczni wierni zajęli w 1977 roku. Samemu Bractwu zapisał w testamencie 1/3 swego pokaźnego majątku. Patriotyzm i rojalizm sprawiały, że nigdy nie zapominał o 21 stycznia – dniu śmierci Ludwika XVI, i uczestniczył w stosownych obchodach. Żal, że słysząc nazwisko de Funes większość z nas kojarzy je najczęściej z „Żandarmem z Saint-Tropez”, a w najlepszym razie z molierowskim Harpagonem. Żal, że telewizja wypełniając swą „misję publiczną” pokazuje widzom „Gwiazdy tańczące na lodzie”, a nie np. wczesne role de Funesa, równie znakomite jak te późniejsze. Jacques Blutoir Źródło: http://jacquesblutoir.blogspot.com

Na prawo od POPiS-u

Ponieważ wybory do Parlamentu Europejskiego coraz bliżej, warto dokonać zwięzłego przybliżenia programów trzech komitetów wyborczych uważanych za prawicowe i eurosceptyczne: Libertasu, Prawicy Rzeczpospolitej i Unii Polityki Realnej!