Tag Archives: upadek

Z życia imperiów – jak powstają, ile trwają i dlaczego padają

O historii mówi się często, że jest nauczycielką życia. Ale jest również powiedzenie, że historia uczy, że jeszcze nikogo niczego nie nauczyła. Zapewne tej drugiej maksymy trzymają się ci wszyscy, którzy chcieliby aby nauczanie historii zniknęło ze szkół.

Spirala psychopatycznego terroru nakręca się. Multikulti upada!

Terroryzm stał się nieodłączną częścią europejskiej rzeczywistości. Islamskim ekstremistom udało się wykreować atmosferę grozy i strachu, którą odczuwa większość mieszkańców Europy Zachodniej. To niepodważalny fakt. Mimo to zwolennicy multikulturalizmu udają, że nic się nie stało.

Socjalizm – refleksje na temat upadku

Najbliższe lata bez wątpienia przyniosą wzrost liczby publikacji oraz książek, których tematem będą ludzie oraz wydarzenia kształtujące tę erę. Z pewnością obie wojny światowe znajdą się wysoko na liście wraz z wynalezieniem radia i telewizji, podróżowaniem drogą powietrzną, transkontynentalnymi drogami oraz filmem. Na pewno powstaną nowe biografie Churchilla, Roosevelta, Marconiego, Lindbergha, Einsteina, Edisona, Ben-Guriona, Hemingwaya.

Demokratyzacja kultury

Tak często słyszymy dziś słowo „demokratyzacja”. Owa „demokratyzacja” kojarzy się wielu ludziom z wolnością, pojmowaną w taki sposób, że przeciętnemu człowiekowi w ogóle nie kojarzy się ona z odpowiedzialnością. Mało tego, wydaje im się, że owa demokratyzacja jest jakimś magicznym środkiem, który, gdy go zastosować, w cudowny sposób sprawi, że świat stanie się lepszy, piękniejszy.
Tymczasem praktyka pokazuje coś zupełnie innego, a mianowicie to, że demokracja pojmowana jako równość i równorzędność wszystkiego i wszystkich najczęściej prowadzi do tego, że prymitywna większość narzuca swoje „standardy” całej reszcie a skutkiem tego jest wyraźne obniżenie wszelakich standardów. Demokratyzacja życia dotyka w sposób szczególnie bolesny sfery kultury.  O tym, co jest a co nie jest kulturą nie decydują już przez całe stulecia (czy wręcz tysiąclecia) kształtowane obiektywne kryteria, lecz przeróżne koterie („salony ?”) czy urzędnicy Ministerstwa Kultury, dla których do tego, by uznać kogoś za artystę wystarczy legitymowanie się przez tego kogoś  dyplomem artystycznej uczelni, tak, jak gdyby dyplom czynił z kogoś artystę. W tym miejscu przypomina się scena z "Mistrza i Małgorzaty", gdy  Korowiow przytomnie zauważył, że pisarza rozpoznaje się po jego dziele a nie po legitymacji Massolitu. Eksterminacja autentycznej, naturalnej elity, sprawiła, że jej niedobitki, zmagając się z problemami finansowymi i niezrozumieniem ze strony decydentów, tworzą dzieła „niszowe”, trafiające do garstki szczęśliwców.  Kiedyś, dawno temu, do uczestnictwa w kulturze, rozumianej jako kultura wysoka, trzeba było się latami przygotowywać, zdobywając kolejne „wtajemniczenia”. Uczestniczenie w kulturze było uczestniczeniem w określonej wspólnocie symbolicznej, a więc zakładało znajomość określonych kodów zachowań oraz form symbolicznych. Tak rozumiana kultura była zatem pewną formą wspólnoty, której członkowie wzajemnie się rozumieli dzięki temu właśnie, że istniał wspólny im wszystkim świat symboli. Tak zwana „kultura masowa”  również stanowi pewien rodzaj wspólnoty, z tym, że jest to wspólnota „demokratyczna”, świadomie zrywająca z elitaryzmem kultury wysokiej. To zaś oznacza radykalne obniżenie poprzeczki. To samo zjawisko występuje wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z  „demokratyzacją”. Porównajmy chociażby poziom przedwojennego liceum z jego obecnym odpowiednikiem. Jeśli za Cyceronem uznamy, że kultura jest „uprawą duszy”, że ma człowieka czynić lepszym, to zakładamy, że owa „uprawa” oznacza dążenie do przeskoczenia wysoko ustawionej poprzeczki. Istniało zatem coś, co uważano za ideał „człowieka kulturalnego”. Przez całe tysiąclecia istniał wzorzec, ideał, do którego dążono. Jak wyglądał ów ideał, wiedzieli wszyscy. Ci, którzy chcieli dołączyć do grona ludzi kulturalnych starali się sprostać wysokim wymaganiom, inni ograniczali się do uczestnictwa we wspólnocie symbolicznej, właściwej warstwie społecznej, w której się urodzili, rezygnując z wyższych aspiracji. Jeszcze inni tworzyli coś, co nazywano „subkulturą”, coś, co nie mieściło się w kanonach żadnej z grup społecznych, tworzących swoistą  wspólnotę symboliczną.. W każdym razie każda warstwa społeczna tworzyła własną kulturę, przy czym owa „kultura wysoka” stanowiła punkt odniesienia dla całej reszty. W praktyce wyglądało to tak, że magnaci naśladowali dwór królewski, zamożna szlachta – magnatów, szlachta średnia – szlachtę zamożną i tak dalej. Każdy, w miarę własnych zdolności, aspiracji i statusu materialnego usiłował „doszlusowywać” do warstwy wyższej. Czasami wyglądało to groteskowo, gdy nowobogacki prostak usiłował małpować pana, jak molierowski pan Jourdain („Mieszczanin szlachcicem”).. Bywały jednakże wyjątki, gdy przedstawiciele wyższych warstw społecznych, od dzieciństwa wzrastający w kręgu oddziaływania kultury wyższej, ulegając określonym modom czy ideologiom, przyjmowali styl bycia „warstw niekulturalnych”. Ojciec polskiej socjologii, Ludwik Krzywicki, w swych "Pamiętnikach" opisuje przypadki młodych radykałów (zazwyczaj wywodzących się ze szlachty!) pragnących zostać „proletariuszami” poprzez terminowanie u szewca czy pracę w fabryce i noszenie „proletariackiego” przyodziewku. Równie zabawnie wyglądało małpowanie przez synów szlacheckich zachowań bohemy artystycznej, co Krzywicki znakomicie pokazuje w rozdziale "Pamiętników" poświęconym zjawisku „przybyszewszczyzny”. Wszystko to jednak były WYJĄTKI, nie akceptowane przez warstwy społeczne pozostające w kręgu oddziaływania kultury wyższej, mody, które szybko przemijały. Kto dziś wie, że Stanisław Przybyszewski, który w kręgach niemieckiej bohemy uchodził za geniusza (der geniale Pole), po kilkunastu latach „czarowania” skandalizującą otoczką, skończył jako zupełnie zapomniany skromny urzędnik kolejowy... Kulturę wyższą   tworzono z myślą o ludziach kulturalnych, na ich zamówienie i za ich pieniądze. Ale ci, którzy wówczas sponsorowali artystów, sami będąc ludźmi kulturalnymi, płacili za prawdziwe dzieła. Gdy ich zabrakło, mamy sytuację, gdy liczni twórcy, rezygnując z tworzenia rzeczy ambitnych, w pogoni za „kasą” zupełnie świadomie, żeby nie rzec - z pełną premedytacją - schlebiają tak zwanemu „masowemu odbiorcy”, epatując prymitywizmem i wulgarnością. Przypomnijmy w tym miejscu, że słowo „wulgarny” znaczy tyle, co „pospolity” (od łacińskiego vilgus – pospólstwo), a „wulgarne gusta” znaczyło tyle, co „gusta pospólstwa”. To, że słowo „wulgarny” kojarzy się dziś z bluzganiem, jest skutkiem odejścia od kryteriów wyznaczanych przez  kulturę wysoką. Demokratyczne „dowartościowanie” pospolitości oznacza nic innego jak to, że w miejsce kształtowania gustów publiczności tworzy się „kulturę masową”– papkę dostarczającą tandetnej rozrywki tym wszystkim, dla których zrozumienie humoru Kabaretu Starszych Panów jest  rzeczą zbyt trudną. Zdarza się niezwykle rzadko, by telewizja, dla której istotne kryterium stanowi tzw. „oglądalność”, wyemitowała naprawdę wartościową produkcję w tzw. ”czasie największej oglądalności”: nastawia się raczej na przeciętnego „połykacza reklam” oglądającego szmirowate telenowele, imprezy sportowe, bądź podglądającego posługujących się  - jak często on sam – knajackim językiem „mieszkańców domu Wielkiego Brata”. Przyglądając się temu, co dzieje się w świecie mediów, można nawet podejrzewać, że komuś chodzi właśnie o to, by resztki kultury wysokiej zepchnąć do elitarnych  przybytków, do których zazwyczaj nie zagląda „przeciętny zjadacz chleba”.  Wygląda na to, że komuś zależy na tym, by podważyć sam sens wartościowania i doprowadzić do sytuacji, gdy znikną kryteria pozwalające na takowe wartościowanie. Po co ktoś ma mieć złe samopoczucie wiedząc, że nie jest człowiekiem kulturalnym? I pomyśleć tylko, że największe dzieła powstawały w czasach, gdy nikomu nie śniło się nawet o istnieniu czegoś takiego, jak Ministerstwo Kultury..... W każdym razie nie potrzebowali takowych Leonardo,  Kasprowicz czy Staff. Tylko gdyby nie było Ministerstwa Kultury,  co robiliby wszyscy ci, którzy jak grany przez genialnego Romana Wilhelmiego Stanisław Anioł „robią w kulturze”? *** Tak głośna ostatnimi czasy sprawa likwidacji abonamentu radiowo – telewizyjnego, a co za tym idzie, komercjalizacja mediów, wywołuje niepokój nie tylko środowisk twórczych. Stawia się przy tym pytanie: co by się stało, gdyby na przykład telewizja w stu procentach finansowała swą działalność z dochodów z reklam ?  Czyż nie starałaby się po kupiecku o jak największą klientelę ? Nie czarujmy się: czyniąc z „oglądalności” podstawowe kryterium oceny  poszczególnych programów, telewizja nie pełniłaby żadnej „misji”. Byłaby kramarzem, sprzedającym tandetny towar niewybrednej klienteli. Wszystko to prawda i  pytanie to jest zupełnie zasadne, jednakże staje się fałszywym przez to, że NIE pokazuje się ludziom innego wyjścia, a jest ono proste: likwidacja telewizji „publicznej” i zastąpienie jej  telewizjami komercyjnymi, gdzie każdy mógłby kupować WYŁĄCZNIE towar, za który gotów byłby zapłacić. Oczywiście, „abonamentu” bronić będą jak niepodległości wszyscy ci, którzy czują, że w innych okolicznościach nie byliby w stanie sprzedać produkowanego przez siebie chłamu. Będą go bronić mający wyjątkowe „parcie na szkło” politycy, którym dziś wszyscy pod przymusem fundujemy możliwość promowania swych wątpliwych wdzięków  przy każdej możliwej okazji. Bronić jej będą pseudoartyści, pseudonaukowcy, „c(w)elebryci”, fałszywe „autorytety moralne” i wszyscy ci, którzy dziś dzięki niemu zarabiają wielokrotność pensji profesora uniwersytetu prezentując przy tym poziom rynsztoka. Dlaczego jednak ktoś, kto nie ogląda Wojewódzkich, Kiepskich czy innej szmiry miałby płacić za coś, czego nie akceptuje ?  Trzeba po prostu zlikwidować koryto. Dopóki będzie istniało i dopóki będzie pełne, świnek przy nim nigdy nie zabraknie, a skutek tego będzie taki, że kultura zostanie sprowadzona do poziomu chlewu. P.S. W tym miejscu gorąco polecam najnowszą książkę prof. Ryszarda Legutki "Triumf człowieka pospolitego". Jan Przybył Foto.: internet

Jak upadała Argentyna?

Dlaczego kraj, który niegdyś był wymarzonym rajem dla wielu emigrantów, który słynął z poszanowania prawa i własności prywatnej stał się miejscem, w którym ogniskują się wszystkie najgorsze cechy współczesnych państw socjalnych? Jak upadała Argentyna? Odpowiedź na to pytanie przynosi interesujący artykuł z amerykańskiego magazynu The Freeman, autorstwa Ariela Barbero.Jego polskie tłumaczenie przeczytać można w całości w serwisie Fundacji PAFERE... Opisana w nim historia powinna być przestrogą dla wszystkich polityków, którzy uwielbiają gmerać tam, gdzie nie powinni...
"(...) Kraj z żyzną ziemią, łagodnym klimatem, wielkimi rzekami, niewielką liczbą ludności, która była kiedyś dobrze wykształcona, bez poważnych konfliktów i podziałów rasowych rzeczywiście wydawałby się trudny do zatopienia. Jest skazany na rozkwit. Mimo to my, Argentyńczycy, zademonstrowaliśmy rzadką umiejętność unikania sukcesu. Na szczęście los — dobry czy też zły — nigdy nie jest nieodwracalny. Ludzie często podkreślają, że dwie Koree (tak jak kiedyś dwa państwa niemieckie) są dobrym przykładem znaczenia rządów prawa dla życia narodu. Argentyna jest kolejnym przykładem zmian, które zachodzą, kiedy poszanowanie praw — w tym prawa własności — przestaje być uważane za istotne. Tyle tylko, że w przypadku Argentyny podział nie dotyczy miejsca, lecz czasu. My, Argentyńczycy, zaczęliśmy bardzo dobrze. Ludzie zapominają często, że do 1928 r. Argentyna zajmowała szóste miejsce na świecie pod względem wielkości produktu krajowego brutto (PKB). Dochód na jednego mieszkańca był zbliżony do niemieckiego. Rozwijała się literatura oraz muzyka. Imigranci postrzegali Argentynę jako miejsce, w którym ciężka praca pozwalała ludziom na rozwój. Była uznawana za równie obiecującą co Kanada, tylko o łagodniejszym klimacie. Ludzie głosowali nogami, czyli w najbardziej uczciwy i rozważny sposób, przybywając do Argentyny tysiącami. Pochodzili z Hiszpanii i Włoch, ale też z Walii oraz Danii. Do Argentyny przybyli też Żydzi i odkryli, że mogą cieszyć się równym traktowaniem przez prawo. Jeden z ich potomków napisał powieść opisującą życie "judíos gauchos", tj. żydowskich gauchos. Tak samo jak inni, żydzi mogli osiedlić się w Argentynie, nabyć kawałek ziemi i dowolnie go uprawiać. Kolumbijski poeta, Ruben Dario, poświęcił Argentynie swój wiersz, w którym podziwiał żydowskich osadników: "dobrze zbudowana młodzież i słodkie Rebeki o czystych oczach". Co umożliwiło ten rozkwit? Oczywiście odpowiednia ziemia i ciężka praca. Ale też mądre zasady i szlachetne ideały. Po okresie wojen domowych Argentyna przyjęła sensowną konstytucję, która w wielu miejscach odwoływała się do konstytucji Stanów Zjednoczonych (...)". Czytaj całość... Ariel Barbero - Droga do upadku Argentyny

Upadek giganta

Do napisania tekstu zachęciło mnie usłyszane niedawno stwierdzenie, że w Polsce, żaden polityk nie ponosi odpowiedzialności za swoje decyzję. Tłumacząc czytelnikom o co chodzi, pragnę na wstępie poinformować, że chodzi o śliski i drażliwy dla naszych elit temat upadku Zakładów Mechanicznych „Ursus”. Kulisy, w jakich zakład ten przestał funkcjonować, powinny zostać bowiem wyjaśnione. Jak wiadomo, w czasach socjalizmu ZM „Ursus” dawał zatrudnienie wielu tysiącom osób z całego praktycznie regionu mazowieckiego. To właśnie na bazie przemysłu ciągnikowego powstała wówczas prężnie rozwijająca się dzielnica Warszawy. To było prawdziwe państwo w państwie, gdyż w strukturach „Ursusa” pozostawały przedszkola, szkoły, kina, kluby sportowe. Jednym słowem realny, prawdziwy okres socjalizmu. Przemiany, do których doszło na przełomie 89/90 roku spowodowały zachwianie się kolosa stojącego, jak się wkrótce okazało na glinianych nóżkach. Mający rozległe kontakty i kontrakty w świecie „Ursus”, nie zdołał uratować się przed nowym systemem ekonomicznym i runął w przepaść z całą siłą. Należący do topowych i największych zakładów socjalistycznej Polski „Ursus” najpierw zaczął się kurczyć zarówno jeśli chodzi o liczbę pracowników, a następie i infrastrukturalnie, ponieważ pozbawiony opieki państwa zakład nie posiadał odpowiednich już do tego środków. Nastanie czasów gospodarki rynkowej i zmagań z konkurencją były dla zakładu wręcz zabójcze. Przerośnięta biurokracja, złe zarządzanie i źli zarządcy doprowadzili do katastrofy. Jeszcze w roku 1994, ZM ‘Ursus” wraz z austriackim partnerem Steyerem reklamowali i chwalili się nowym modelem ciągnika, który ze względu na ekonomiczną zapaść polskiej strony nigdy nie doczekał się wprowadzenia na taśmy produkcyjne. Kolejne lata przynosiły już wyłącznie tylko równię pochyłą, choć próbowano tworzyć, usprawniać i produkować. Decyzje ówczesnych decydentów rządowych ale i tych „fabrycznych” nastawione były na podział molocha na małe spółki, które miały się same utrzymywać. Jak to zwykle bywa jedni prosperowali dobrze, inni gorzej. Całość jednak nie dała rady i oficjalnie w 2003 roku Zakłady Przemysłu Ciągnikowego „Ursus” SA (już wtedy pod tą nazwą) ogłosiły upadłość. Restrukturyzacja firma się nie powiodła, pozostali natomiast wierzyciele czekający na swoje wynagrodzenia. Wraz z wierzycielami czekającymi na zapłatę za swoje wyroby, czekała również załoga pracownicza, którą systematycznie i dosyć szybko zwalniano. Nieposiadający środków na swoje utrzymanie „Ursus”, pozbawiony finansowego wsparcia ze strony państwa przeszedł z czasem w ręce syndyka. Mniej więcej w tym samym czasie urzędujący wówczas Minister Skarbu Państwa, zapewne wspólnie ze stroną Związków Zawodowych wymyślili zuchwały plan wydania pracownikom akcji giełdowych ZPC „Ursus” SA, które to zaspokoić miały, po upływie odpowiedniego czasu, oczekiwania finansowe zwalnianej załogi „Ursusa”. Ludzie pozbawieni pracy, mając gwarancję państwa (w postaci akcji podpisywanych ręką Ministra) spokojnie przyjmowali zmiany zachodzące na gospodarczym podwórku, bo wiedzieli, bo byli przekonani, że wkrótce otrzymają gratyfikacje pozwalające im się utrzymać. Tymczasem mijały dni, tygodnie, miesiące, lata. Wraz z przemijającymi porami roku, zmieniały się osoby zasiadające na kierowniczych stanowiskach państwowych i żadna z nich nie poczuwała się do obowiązku wytłumaczenia ludziom, że padli ofiarą powstawania spółek, oszustwa ze strony rządu i własnych Związków Zawodowych, którym najbardziej powinno zależeć na wyjaśnianiu zaistniałej sytuacji. Jednak życie okazało się brutalne i akcje po pewnym czasie przestały być ważne! Syndyk, tereny należące do ZPC sprzedał i co się z nimi stało, na co zostały przeznaczone nie wiadomo? Wiadomo tylko, że uzyskane z tytuły tej sprzedaży środki powinny w pierwszej kolejności zaspokoić wspomnianych wcześniej wierzycieli i załogę pracowniczą. Wątpliwe, by ktokolwiek takie środki otrzymał i odnotował. Oszukani ludzie, bez środków do życia zmuszeni byli oglądać w telewizji uśmiechnięte osoby wypromowane na ich niedoli. W tekście tym celowo unikam podawania ówczesnych nazwisk decydentów, stanowisk i dokładnych dat, ponieważ nie chciałbym wyrządzić krzywdy naprawdę niewinnym osobom, które miały jedynie nieszczęście pracować z tymi, którzy powinni się ujawnić i po prostu przyznać do winy. Powinni oni zostać pozbawieni wszelkich przywilejów, z których korzystają po dzień dzisiejszy. Pisząc ten tekst, chciałbym także, aby wszyscy jego czytelnicy odpowiedzieli sobie na pytania: - Czy w ogóle kogoś obwiniać, a jeśli tak to kogo? - Gdzie leży wina za taki stan rzeczy? - Czy pracownicy i wierzyciele powinni dochodzić swoich praw do skutku? - Co zrobić z ludźmi, którzy doprowadzili do tej sytuacji? - Czy ich również pozbawić środków, które zarobili pracując jako nieudolni menedżerowie? ….takich pytań może być wiele... Norbert Gałązka Foto. http://ludziezestaregoursusa.blogspot.com/