Tag Archives: Wiktor Janukowycz

Cuda dzieją się na Ukrainie. Złoto zamieniło się w ołów

Portal Bankier.pl podaje, za ukraińskim serwisem internetowym "Kapitał", że w odeskim oddziale ukraińskiego banku centralnego doszło do "cudu". Otóż okazuje się, że tamtejsze złoto zamieniło się w ... ołów. A konkretnie, ukraiński bank kupił ołów pomalowany na złoty kolor.

Różnica między „okrągłym stołem” a Majdanem

Majdan wymusił wysłanie listu gończego za Wiktorem Janukowyczem, natomiast dyktator stanu wojennego Wojciech Jaruzelski jest nie zdegradowanym generałem, zapraszanym nadal na salony przez elity okrągłego stołu.

List do libertarian w sprawie Majdanu

Tekst jest krytycznym odniesieniem się wobec optymizmu niektórych kręgów polskich libertarian wobec wydarzeń na Majdanie.

Pierwsi męczennicy za Unię Europejską?

Dziś w wieczornych Faktach TVN pokazali kilka zdjęć ofiar starć na Majdanie. Prowadząca p. Anita Werner powiedziała: Oto uśmiechnięte twarze tych, co oddali życie w walce o wejście do Unii Europejskiej. Czyli co? UE dorobiła się -wg. TVN - swoich pierwszych męczenników... Ciekawe czy oni sami są zachwyceni z takiej klasyfikacji swojego poświęcenia?

Potrójne upokorzenie prezydenta Komorowskiego na Ukrainie

Zabiegi premiera Donalda Tuska, ministra Radosława Sikorskiego i Prezydenta  Bronisława Komorowskiego o uznanie Ukrainy za największego i najbardziej strategicznego przyjaciela Polski zakończyły się trzykrotnym znieważeniem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.
Najpierw kompletne lekceważenie okazał Prezydent Wiktor Janukowycz, który stosując retorykę innego znanego Ukraińca Leonida Breżniewa uznał, że Prezydent Bronisław Komorowski to dla głowy państwa kozackiego jest osoba zbyt mało ważna i nie znalazł czasu nawet na przywitanie  na lotnisku Głowy Państwa sąsiedniego kraju. Taki afront  jest charakterystyczny dla krajów, które zerwały już ze sobą stosunki dyplomatyczne, a nie wśród przyjaciół! Doktryna Breżniewa głosiła tezę, że największa przyjaźń  polega na ograniczonej suwerenności krajów Europy Środkowej, a zatem Wiktor Janukowycz najwyraźniej uznał, że Prezydent RP jest mu potrzebny tylko po to aby pomóc Ukrainie wejść do UE, natomiast stosunki dwustronne mają polegać na składaniu pokłonów przez premiera Tuska i ministra Sikorskiego w stronę Kijowa. Drugie lekceważenie okazał premier Ukrainy  Mikołaj Azarow, który nawet nie pofatygował się aby uścisnąć dłoń Bronisława Komorowskiego. Władze Ukrainy reprezentował wicepremier  Kostiantyn Hryszczenko, czyli w języku dyplomatycznym mówiąc...”zastępca pionka”. Czy można  sobie  wyobrazić, że przyjeżdża do Polski Kanclerz Niemiec Angela Merkel i wita ją na lotnisku wicepremier Piechociński, bo ani premier Tusk, ani Prezydent Komorowski nie znajdują na to czasu? Na tym jednak nie koniec skrajnego zlekceważenia przez Ukraińców Bronisława Komorowskiego, bo tuż przed końcem wizyty nie pożegnał go ani premier Ukrainy ani prezydent Janukowycz, lecz młody bojówkarz, zwolennik UPA, który roztrzaskał jajko na jego ramieniu. Było to skrajne upokorzenie Prezydenta RP. Policja ukraińska udawała, że  aresztuje sprawcę, ale po wyłączeniu kamer szybko go wypuścili i nawet nie został oskarżony o naruszenie nietykalności obcokrajowca oraz szkodzenie interesom Ukrainy, lecz tylko o wybryk chuligański. Widać wyraźnie, że oficjalne Władze Ukrainy nie uznały incydentu upokorzenia Prezydenta Komorowskiego roztrzaskanym jajkiem za coś, co w jakikolwiek sposób odbiega od polityki Kijowa wobec Warszawy. Nie wierzę, aby ten młody Ukrainiec działał bez przyzwolenia tajnych służb Ukrainy! Najbardziej zaskakującym i poniżającym godność każdego Polaka jest jednak fakt, że Minister Spraw Zagranicznych RP Radosław Sikorski nie raczył nawet wystosować noty protestacyjnej do Kijowa przeciwko takiemu potraktowaniu Prezydenta RP przez obywatela Ukrainy. Przypomina mi to czasy RWPG, gdy Ukrainiec Leonid Breżniew mógł zrobić Polsce każde świństwo, a Minister Spraw Zagranicznych PRL-u nazywał go za to… wielkim przyjacielem! Nie pozwólmy na to, aby prezydent Ukrainy i premier tego kraju oraz ich tajni agenci pluli nam w twarz, a niektórzy nasi dyplomaci twierdzili, że to tylko deszcz pada. Rajmund Pollak

Ukraina. Powyborcze refleksje

Nie sprawdziły się czarne prognozy dotyczące fałszerstw na ukraińskich wyborach i przekształcania się Ukrainy Janukowycza w „drugą Białoruś”. Zła wiadomość jest taka, że wpływowe siły w partii władzy robiły wiele, by wybory sfałszować i przejąć pełnię władzy – a to zdecydowanie kompromituje prezydenta i jego otoczenie. Dobra wiadomość: ukraińskie społeczeństwo i demokratyczne instytucje państwa okazały się na tyle silne, że te próby fałszerstw i manipulacji okazały się totalnie nieskuteczne.
Wybory uczciwe, kampania zmanipulowana - jak w Polsce Większość zagranicznych obserwatorów zgodnie przyznaje, że ocenę ukraińskich wyborów parlamentarnych należy rozłożyć na dwa czynniki. O ile sam przebieg głosowania i podliczanie wyników były (z wyjątkiem kilku problematycznych okręgów) wyjątkowo przejrzyste i uczciwe, to sama kampania wyborcza raczej nie spełniała standardów zachodnioeuropejskich. Dość wspomnieć o uwięzieniu liderów opozycji (czy zupełnie bezpodstawnie, to już inna sprawa), podniesieniu progu wyborczego z 3% do 5%, arbitralnym wyznaczaniu granic okręgów wyborczych zgodnie z interesem partii władzy czy licznych przypadkach wykorzystania tzw. adminresursu. Pod tym pojęciem kryje się mniej lub bardziej ukryty wpływ władzy na media i próby kupowania głosów – czy to wprost, czy też poprzez różne wyrafinowane sztuczki, znane także z naszego podwórka (przecinanie wstęg przed urzędników, będących równocześnie kandydatami ze strony władzy). Masowe stosowanie takich nieczystych praktyk w czasie kampanii wyborczej rzeczywiście można uznać za krok wstecz w porównaniu z wyborami, które odbywały się za czasów „pomarańczowych”. Tamte kampanie były wręcz niewyobrażalnie uczciwe, nawet jak na warunki zachodnioeuropejskie. Obecnie rządzący „donieccy” okazali się być bardziej przywiązani do stołków, niż ich „pomarańczowi” poprzednicy, którzy dobrowolnie oddali władzę i pogodzili się z porażką. Ale mimo to słowa o „kroku wstecz dla ukraińskiej demokracji” są w tym przypadku zupełnie nietrafione. Po pierwsze, wyniki wyborów i postępowanie ukraińskich wyborców pokazało, że miliardy dolarów wydane przez obóz władzy na wyborcze przekupstwa i manipulacje okazały się być wyrzucone w błoto. „Donieccy” starali się jak mogli, przed wyborami otwierali nowe drogi i przedszkola, za pomocą lojalnych sobie mediów siali propagandę, wręcz fizycznie płacili wyborcom za „właściwy” głos – i nic nie wskórali. Ukraińcy z Zachodu i Centrum i tak głosowali zgodnie ze swoimi przekonaniami, czyli na opozycję. Mimo brudnej kampanii, wyniki wyborów odzwierciedlają rzeczywiste sympatie Ukraińców: Zachód, Centrum i Północ głosowały na opozycję, a Wschód i Południe na Partię Regionów i komunistów. Ale ważne jest też co innego – mianowicie krytykując Ukrainę za „brudną kampanię”, polittechnologiczne sztuczki i powiązania na linii władza – biznes – media zapominamy o tym, że sami nie jesteśmy lepsi, a zabetonowanie polskiej sceny politycznej jest problemem nie mniejszym, niż przekupstwo wyborcze nad Dnieprem. Realny wybór – inaczej niż w Polsce W przeciwieństwie do naszego kraju, przeciętny Ukrainiec miał przynajmniej realny wybór między jedną z wielu opcji geopolitycznych, z których każda, jak się okazało, będzie reprezentowana w nowym parlamencie. Była więc opcja „euroatlantyczna” (Batkiwszczyna Julii Tymoszenko, UDAR Witalija Kłyczki), opcja radykalnie antysowiecka i antydoniecka (Swoboda), opcja proeuropejska z równoczesnymi priorytetowymi stosunkami z Rosją, czyli odpowiednik polityki Platformy Obywatelskiej w Polsce (Partia Regionów) i opcja antyeuropejska, prorosyjska czy wręcz prosowiecka (Komuniści). Wybory oznaczały nie tylko wybór między „władzą” a „opozycją”, ale także między różnymi odcieniami władzy i różnymi opcjami wśród opozycji. I tak, różnice między dwoma koalicjantami: Partią Regionów i Partią Komunistyczną są diametralne. Ta pierwsza ma sporo na sumieniu, wśród niej są oligarchowie (czytaj: dawni bandyci i mafiozi, którzy zdążyli się ucywilizować) i mało eleganccy „ludzie sowieccy” (w tym wiele czarnych charakterów o mentalności i manierach ubeka), ale ma też sporo sukcesów. Dość wspomnieć o skutecznie przeprowadzonym Euro-2012 (co nie miałoby miejsca pod rządami Tymoszenko) czy konsekwentnie prowadzonej polityce uniezależnienia energetycznego od Rosji (rozwój krajowego wydobycia gazu konwencjonalnego i łupkowego, budowa gazoportu w Odessie, obniżanie energochłonności gospodarki, wprowadzenie możliwości rewersowego dostarczania gazu ze Słowacji, technologie zgazowywania węgla itp.). Co by nie powiedzieć o licznych wpadkach, które opóźniają podpisanie umowy stowarzyszeniowej Ukraina-UE, nie można zapomnieć o tym, że wynegocjowanie tej umowy jest zasługą właśnie tych demonizowanych „niebieskich” (pomarańczowi niestety nie wykorzystali tej szansy). Partia Regionów jest tym, czym w Polsce Platforma Obywatelska – partią władzy o szerokich nurtach i wielu sprzecznych ze sobą frakcjach, od skrajnie prawicowych do skrajnie lewicowych. Jednakże jest to partia co do zasady proeuropejska, czego nie można powiedzieć o koalicyjnych Komunistach, zdecydowanie antyeuropejskich, antynatowskich i prosowieckich. Również głosowanie na opozycję nie oznaczało mechanicznego oddania głosu „przeciwko władzy”, lecz realny wybór między różnymi opcjami. Chcesz proeuropejską, ale populistyczną „zjednoczoną opozycję”? Nie ma problemu, głosuj na „Batkiwszczynę” Julii Tymoszenko (odpowiednik naszego PiSu). Chcesz radykalnie antysowiecką, antyrosyjską i antydoniecką, prozachodnią partię, odwołującą się przy tym do ideologii narodowej? Głosuj na Swobodę (niesłusznie demonizowaną w Polsce jako nacjonaliści – ich „nacjonalizm” jest skierowany przeciwko rusyfikacji językowej Ukrainy i opanowaniu kraju przez doniecki kapitał, a nie przeciwko Polsce). Chcesz partii prawicowej, proeuropejskiej, wyważonej, mało populistycznej, coś jak polski PJN? Głosuj na UDAR Witalija Kłyczki. W tym rozdaniu brakuje chyba tylko klasycznej, nowoczesnej lewicy czy choćby partii takiej jak nasz Ruch Palikota. Ukraińska lewica to albo komuniści, albo pseudolewica w postaci Partii Regionów (partia w gruncie rzeczy prorynkowa aż do bólu), albo faktycznie pod względem gospodarczym lewicowa, ale światopoglądowo i deklaratywnie prawicowa „Batkiwszczyna” Julii Tymoszenko – coś jak polski PiS. A teraz spójrzmy, przed jakim wyborem był postawiony polski wyborca? Albo nijaka i nieskuteczna partia władzy (PO), albo paranoidalny PiS – system został ustawiony tak, by nikt inny się w tej rozgrywce nie liczył. O powiązaniach zdecydowanej większości mediów czy to z Platformą, czy to z PiSem i systemie finansowania partii politycznych tak, by liczyły się tylko te dwie silne frakcje, przez kurtuazję nie wspomnę. Ale racja – w Polsce wszystko jest bardziej eleganckie, niż na Ukrainie, nie ma otwartego kupowania głosów, nie ma fałszerstw i nacisków sensu stricte. Na Ukrainie te wszystkie nieprawidłowości są bardziej oczywiste i to sprawia, że Ukraińcy, inaczej niż Polacy, zdają sobie sprawę z tego, że nie są jeszcze krajem w pełni zachodnim i że mają wiele do zrobienia w dziedzinie ulepszenia swojego systemu politycznego. Paradoksalnie działa to na korzyść ukraińskiej demokracji, zmusza do myślenia i samodzielnych wyborów, zamiast typowego dla polskich wyborców irracjonalnego podążania za tłumem (nie popieram PO, ale głosuję na Platformę ze strachu przed Kaczyńskim – lub głosuję na PiS, bo Platforma to zdrajcy i lemingi, a innej opcji opozycyjnej nie ma). Kijowska niespodzianka Jeżeli ktoś powie, że pomarańczowa rewolucja z 2004 roku okazała się niewypałem, bo Juszczenko i Tymoszenko zawiedli, a do władzy przyszedł Janukowycz – to jest to zdecydowanie nieadekwatna opinia. Doświadczenia kijowskiego Majdanu zmieniły dogłębnie ukraińskie społeczeństwo, nawet jeśli na początku tego aż tak nie było widać. A najbardziej te jesienno-zimowe dni wpłynęły na kijowian, którzy właśnie pod wpływem pomarańczowej rewolucji bardzo szybko przekształcili się z rosyjskojęzycznych ludzi sowieckich w dwujęzycznych i wręcz ukrainomownych europejczyków, wrogo nastawionych do Rosji, Doniecka i wszelkich prób narzucenia moskiewsko-donieckich wzorców (oligarchizacja, fałszerstwa, przemoc itp.). Jeszcze w 2001-2003 roku kijowianie byli ludźmi o nijakich poglądach, mówiący niemal wyłącznie po rosyjsku, z wrogością spoglądający na proeuropejski Lwów i galicyjską ukraińskojęzyczność. Podczas i po pomarańczowej rewolucji to się zmieniło, ale mieszkańcy stolicy byli zawieszeni gdzieś pomiędzy lwowską i doniecką skrajnością, schylając się bardziej jednak w stronę Lwowa i UE. Z każdym rokiem proces językowej, tożsamościowej i politycznej ukrainizacji (i europeizacji) Kijowa systematycznie postępował, ale podczas tych wyborów stała się rzecz, która zdumiała absolutnie wszystkich: zarówno ukraińskiego premiera Azarowa, jak i opozycję. Mimo setek milionów dolarów włożonych przez partię władzy w zdobycie wyborczego zwycięstwa w stolicy (rzecz prestiżowa, ale też przekładająca się na kwestie praktyczne), Partia Regionów i komuniści ponieśli druzgocącą porażkę, zdobywając zaledwie ok. 20% głosów. Opozycja zyskała aż 70% (reszta to partie, które nie pokonały progu wyborczego) i zgarnęła wszystkie 13 mandatów z 13 jednomandatowych okręgów wyborczych, na które podzielono stolicę. Tak spektakularne zwycięstwo przywołuje na myśl wynik wyborów do polskiego sejmu kontraktowego z 1989 roku, gdzie na podobnej zasadzie skala porażki komunistów stała się na tyle wymowna, że doprowadziła do dobrowolnego oddania władzy przez PZPR. Na Ukrainie, która jest krajem niestety wyjątkowo scentralizowanym, z pewnością będzie podobnie. Partia Regionów i osobiście sam Mykoła Azarow już zdążyli uznać tę porażkę, równocześnie nie mogąc się nadziwić, jak to się stało. Z komentarzy premiera widać, że wobec postawy kijowian partia władzy jest bezsilna. Tyle kasy i intryg włożono w podporządkowanie sobie stolicy – i daremnie. Żeby chociaż koalicja zyskała 35%, a opozycja 55% - taki wynik wyborów władza uznałaby za zadowalający. Ale 20% dla władzy w stosunku do 70% dla opozycji, przy takich ogromnych wysiłkach ze strony „regionałów”, którzy starali się wyborców przekupić, zastraszyć, zmanipulować czy po prostu zwyczajnie zachęcić – to mówi samo za siebie. Dla kijowian ten wynik jest odpowiednikiem słynnego hasła z czasów pomarańczowej rewolucji „nas bahato, nas ne podołaty” (jest nas tak wielu, że nie da się nas pokonać). Dodajmy, że to właśnie w stolicy mieści się Centralna Komisja Wyborcza, Sąd Najwyższy, najważniejsze media i inne instytucje, ważne dla funkcjonowania ukraińskiej demokracji. I o ile jeszcze do dnia wyborów można było mieć obawy, że Centralna Komisja Wyborcza czy sędziowie będą łamać prawo, uginając się pod naciskiem władzy, to wynik wyborów pokazał, że jest inaczej. Donieccy, owszem, mogą sobie manipulować i robić fałszerstwa w Pierwomajsku na południu kraju (gdzie mimo to opozycji udaje się wywalczyć swoje prawa w sądach), ale w stolicy nie mają nic do gadania. Co ważne, nawet jeśli do tej pory kijowianie i tak nie darzyli donieckich sympatią, to wykazywali się większą biernością i obojętnością – z pryncypialności i radykalnej obrony zachodnich ideałów słynął natomiast Lwów. Dziś okazało się, że Kijów jest jeszcze bardziej pryncypialny i zdeterminowany w obronie demokratycznych wartości i prozachodniego kursu, niż Lwów i cała Galicja – a to będzie miało ogromny wpływ na dalsze losy kraju. Jednym słowem, donieccy owszem zachowają władzę i będą rządzić wcale nie najgorzej (jeśli chodzi o politykę gospodarczą czy niezależność gospodarczą), chociaż bez wielkich sukcesów i spektakularnych reform – ale na złamanie zasad demokracji nie będą mogli sobie pozwolić. W każdym razie nie w stolicy. Wnioski na przyszłość Jak podsumować ukraińskie wybory? Większość osób błędnie oczekuje prostej oceny, wyrażonej w jednym słowie. Demokratyczne – sfałszowane, krok w przód – krok w tył, wygrali „ci dobrzy” – wygrali „ci źli”, względnie był remis. Pytanie należy jednak postawić inaczej. Po pierwsze, potwierdziło się, że Partia Regionów (czy szerzej obóz władzy) to środowisko bardzo szerokie i niejednorodne. Ot zbieranina ludzi, którzy dorwali się do koryta. Są wśród nich politycy co prawda nie grzeszący inteligencją i manierami, ale w gruncie rzeczy całkiem normalni, pozytywnie nastawieni do integracji europejskiej, stopniowej (!) ukrainizacji językowej kraju czy niezależności energetycznej od Rosji – przy równoczesnym utrzymywaniu poprawnych stosunków ze wschodnim sąsiadem. Należy do nich prezydent Janukowycz, wicepremier Serhij Tihipko czy oligarcha Rinat Achmetow. Są sprawni menedżerowie, robiący dobrą robotę, ale ideologicznie, cóż… Moskale i ludzie sowieccy po prostu (ale to w tym kontekście nie ma znaczenia). Są radykalni rusofile, pałający nienawiścią do Ukrainy (rozumianej jako niepodległe państwo z własnym językiem), stronnicy Putina, których nie może zdzierżyć nawet sam Janukowycz – ale musi ich trzymać w rządzie ze względów niezależnych od niego. Do nich należy np. minister edukacji Dmytro Tabacznyk. I są wreszcie totalne szuje, falsyfikatorzy wyborów (jak Kiwałow), którzy (w odróżnieniu od Janukowycza i Azarowa) nie liczą się z opinią Zachodu i najchętniej spacyfikowaliby własny naród na wzór putinowski. I to wszystko w ramach jednej partii – to tak, jakby u nas w jednej formacji politycznej znaleźli się Tusk, Biedroń, Kaczyński, Palikot i Rokita, których dzieliłoby wszystko, a łączyłaby tylko chęć pozostawania przy korycie. Druga sprawa – ten szeroko pojęty obóz władzy zgodnie z racjonalnym interesem (mimo wszystko niechęć wobec Rosji i chęć podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE) powstrzymał się przed sfałszowaniem wyborów. Ale skrajne skrzydła obozu władzy, przy cichej aprobacie Janukowycza i głównych rozgrywających oligarchów, lokalnie wdawały się do prób fałszerstw i manipulacji. A to nie wystawia dobrego świadectwa Janukowyczowi, nawet jeśli on sam osobiście nie jest za to odpowiedzialny. I trzecie, najważniejsze. Co by falsyfikatorzy nie robili – okazało się to nieskuteczne. Naród stanął na wysokości zadania, nie dał się przekupić, obronił swój wybór – również w sądach. Jaki wniosek z tego wszystkiego dla UE i Polski: nagrodzić Ukraińców za ich postawę podpisaniem umowy stowarzyszeniowej z UE, zniesieniem wiz, budową nowych przejść granicznych, w tym pieszo-rowerowych – czy też nie: izolować się, pozostawiać granicę zamkniętą i zakorkowaną jak obecnie, nie znosić wiz – to już zostawiam do osądu Czytelnikom. Jakub Łoginow Tekst pochodzi z serwisu www.porteuropa.eu . Autorowi dziękujemy za nadesłanie go naszemu portalowi.

Polityka językowa Janukowycza

W powszechnej opinii przyjęło się uważać Wiktora Janukowycza za rusyfikatora, którego jednym z głównych celów jest wprowadzenie języka rosyjskiego jako drugiego państwowego. Rzeczywistość jest jednak o wiele bardziej złożona. Choć to może zabrzmi niewiarygodnie, mimo wielu przejawów prorosyjskiej retoryki Janukowycz wykonał też wiele konkretnych gestów, umacniających status języka ukraińskiego na Ukrainie. Jedno o Wiktorze Janukowyczu można powiedzieć na pewno: jest to człowiek rosyjskojęzyczny, który wyrósł na totalnie zrusyfikowanym wschodzie Ukrainy. Oczywiście w Doniecku wszyscy doskonale rozumieją język państwowy (w końcu każdy ogląda telewizję, która jest przeważnie ukraińskojęzyczna), ale na co dzień posługuje się tam ukraińskim jedynie garstka ludzi – zaledwie kilka procent. Jeżeli język ukraiński jest tam w ogóle używany, to niemal wyłącznie w sytuacjach oficjalnych: w urzędach, szkołach, sądach, gdyż taki jest ustawowy obowiązek – ale i tak w większości przypadków prawie nikt w Doniecku tego obowiązku nie przestrzega. W takim właśnie otoczeniu wyrósł Wiktor Janukowycz i dlatego nic dziwnego, że jeszcze do niedawna językiem ukraińskim posługiwał się tylko biernie. Jednak w odróżnieniu od swoich donieckich kolegów, podczas pełnienia funkcji gubernatora obwodu donieckiego postanowił to zmienić. Janukowycz był jednym z niewielu donieckich (i w ogóle wschodnioukraińskich) notabli, którzy na serio potraktowali artykuł 10 konstytucji Ukrainy, mówiący o tym, iż jedynym językiem państwowym Ukrainy jest język ukraiński. W jednym z wywiadów ówczesny gubernator stwierdził, że bierze regularne lekcje języka państwowego i gdy tylko ma wolną chwilę, wyjeżdża w Karpaty, by tam poćwiczyć język w praktyce. Janukowycz zwierzył się wtedy również z tego, że ta jego niecodzienna postawa wywołuje drwiny wśród jego współpracowników i biznesowych sponsorów. „Po co ci, Witja, ten banderowski język, może się jeszcze zapiszesz do UNA-UNSO” – nabijali się z niego rosyjskojęzyczni koledzy. Gdy pod koniec 2002 roku Wiktor Janukowycz został premierem, znał już język dość dobrze jak na osobę, dla której ukraiński był de facto językiem obcym. Ale równocześnie poziom ten był dość słaby jak na Ukraińca, zajmującego tak wysoką pozycję – zwłaszcza mieszkańcy zachodnich regionów kraju wyłapywali liczne błędy, które od razu stawały się obiektem drwin, wykorzystywanych również w walce politycznej. W porównaniu z Wiktorem Juszczenką, który po ukraińsku wypowiada się bezbłędnie i z gracją, Janukowycz ze swoim koślawym ukraińskim wychodził, delikatnie mówiąc, na człowieka niezbyt rozgarniętego, co zresztą zostało doskonale wykorzystane w kampanii wyborczej i stało się jedną z przyczyn jego porażki w 2004 roku. Równocześnie jednak należy mieć na uwadze, że Janukowycz był (i nadal jest) chyba jedynym donieckim politykiem, który nie tylko nauczył się języka ukraińskiego i się nim aktywnie posługuje, ale też zrobił z tego atut. Swą znajomość ukraińskiego wykorzystywał zawsze, gdy jego autorytet w gronie politycznych i biznesowych partnerów z Doniecka słabł, a on chciał pokazać, kto tu jest tak naprawdę szefem. A należy pamiętać, że takich sytuacji było wiele – jeszcze do niedawna Janukowycz uchodził powszechnie za jedynie formalnego lidera klanu donieckich, podczas gdy w rzeczywistości decyzje i władza należą do innych (czytaj: oligarchów). W takich sytuacjach premier, a później prezydent Janukowycz chętnie odgrywał się na swoich nielojalnych podwładnych, stawiając im publicznie warunek, by przemawiali po ukraińsku, a nie po rosyjsku – ku uciesze oglądających ten spektakl w telewizji mieszkańców Galicji czy Wołynia. Janukowycz kilka razy publicznie zbeształ premiera Azarowa czy ministra obrony, którzy są niemal całkowicie rosyjskojęzyczni (jak Azarow mówi po ukraińsku, to nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać). Efekt wizerunkowy był osiągnięty: cała Ukraina oglądała w telewizji i puszczała sobie potem na Youtubie sceny, w których donieccy notable (w zasadzie partnerzy, ale też potencjalni rywale Janukowycza w walce o władzę) czerwienili się i pocili, dukając swoje przemówienie po ukraińsku, strasznie się przy tym męcząc i kompromitując. Na ich tle Janukowycz ze swym w sumie nienajgorszym ukraińskim wypadał w oczach opinii publicznej niemal jak elokwentny mówca i obrońca ukrainizacji. Zachodni Ukraińcy ugłaskani, rywale z własnej donieckiej ferajny upokorzeni, można jechać dalej. Charakterystyczne dla Janukowycza jest przede wszystkim to, że w kwestiach językowych wysyła sprzeczne sygnały, chcąc przypodobać się raz wschodnim wyborcom, innym zaś razem zachodnim. Co charakterystyczne, zawsze, gdy zbliżają się wybory lub gdy Partia Regionów chce sprowokować jakieś ważne zmiany, z otoczenia Janukowycza pojawia się postulat wprowadzenia rosyjskiego jako drugiego języka oficjalnego, lub też nadania mu statusu języka regionalnego (czyli quasi-oficjalnego) we wschodnich i południowych obwodach. Cel tego działania jest jasny – zmobilizowanie wschodnich wyborców, twardego jądra elektoratu Partii Regionów, tak by nie zwrócili się w stronę komunistów lub prorosyjskich radykałów spod znaku Natalii Witrenko. Jednak gdy już Partia Regionów przejmuje władzę, w dziwny sposób o tych obietnicach zapomina. Trudno nie pokusić się o stwierdzenie, że gdyby donieccy rzeczywiście chcieli i byli zdeterminowani wprowadzić rosyjski jako język oficjalny, to dawno by to zrobili. Co ciekawe, podczas rządów Janukowycza, bez medialnego zgiełku wprowadzono kilka ustaw o jawnie ukrainizacyjnym charakterze. Najważniejszą była Ustawa o reklamie z 2003 roku, wprowadzona z inicjatywy rządu, na czele którego stał Wiktor Janukowycz. Ustawa wprowadziła absolutny zakaz reklamy w innym języku, niż ukraiński, czyli de facto po rosyjsku. I trzeba przyznać, że choć ustawa jest często ignorowana, to zmiana spowodowana jej wprowadzeniem była ogromna. Jeszcze na początku 2003 roku większość billbordów na ulicach Kijowa była rosyjskojęzyczna, podobnie jak reklamy telewizyjne. Zaraz potem nastąpiła gwałtowna zmiana: język ukraiński pojawił się wszędzie, nawet w rosyjskojęzycznych miastach. Należy zaznaczyć, że z zakazu rosyjskojęzycznej reklamy wyłamują się jedynie drobni przedsiębiorcy, podczas gdy reklamy dużych korporacji, niemal wszystkie reklamy billboardowe, telewizyjne i radiowe są rzeczywiście w jakichś 90% ukraińskojęzyczne. Powoduje to ciekawe sytuacje, kiedy program całkowicie rosyjskojęzycznej rozgłośni radiowej jest przerywany wyłącznie ukraińskojęzycznym blokiem reklamowym. I ciekawe w tym wszystkim jest właśnie to, że jest to skutkiem ustawy, która wcale nie wyszła z warsztatu Juszczenki czy Tymoszenko, ale właśnie od tego demonizowanego Janukowycza. Z drugiej strony trudno powiedzieć, by podczas pięcioletnich rządów pomarańczowych rola języka ukraińskiego jakoś znacznie wzrosła – mimo, że tego właśnie oczekiwała zdecydowana większość uczestników pomarańczowej rewolucji. Za rządów Tymoszenko i Jechanurowa podjęto jedynie kilka inicjatyw, sprzyjających polepszeniu stanowiska języka ukraińskiego, które nie były wcale bardziej odważne i dalej idące od tych, podjętych przez ekipę Janukowycza. Ukraina co prawda z każdym rokiem stopniowo coraz bardziej się ukrainizuje i derusyfikuje, ale jest to proces raczej oddolny i samoistny. Janukowycz i niektórzy ludzie z jego otoczenia doskonale rozumieją, że dla ukrainizacji kraju nie ma alternatywy i że za 20-30 lat Kijów i reszta centralnej Ukrainy będzie ukraińskojęzyczna w takim stopniu, w jakim obecnie jest Lwów, ale równocześnie Donieck, Odessa czy Dnipropetrowsk pozostaną rosyjskojęzyczne, czy raczej dwujęzyczne. To właśnie może tłumaczyć niejednoznaczną politykę językową obecnego prezydenta Ukrainy. Nikt nie lubi stawiać na z góry przegranego konia, nawet, jeśli z nim sympatyzuje – a już na pewno taką osobą nie jest pragmatycznie myślący Janukowycz. Jakub Łoginow Tekst ukazał się również na portalu http://www.porteuropa.eu/

Wiktor Janukowycz odgradza Ukrainę od Rosji

W powszechnej opinii, wraz z wyborem Wiktora Janukowycza na prezydenta, Ukraina realizuje politykę zbliżenia z Rosją i odcina się od prozachodnich aspiracji „pomarańczowej” ekipy. Ten pogląd jest jednak dość uproszczony i nie uwzględnia faktu, iż polityka zagraniczna Ukrainy w okresie od zdobycia przez ten kraj niepodległości w 1991 roku nigdy nie dawała się określić jednoznacznie jako „proeuropejska” albo „prorosyjska”. Charakterystyczną cechą ukraińskiej polityki zagranicznej, a często również wewnętrznej jest to, że ostre deklaracje polityków bardzo często nie zbiegają się z ich działaniami, co więcej – bardzo często są one zupełnie przeciwstawne. W Polsce mało się mówi o tym, że to właśnie pod rządami Wiktora Janukowycza i Partii Regionów ruszył z miejsca proces demarkacji i uszczelnienia granicy Ukrainy z Rosją, Białorusią i Mołdawią. W ten sposób Kijów realizuje podstawowy warunek integracji z Unią Europejską oraz przybliża się do uzyskania ruchu bezwizowego z krajami Strefy Schengen. Nieistniejące granice Mimo iż Ukraina jest już prawie 20 lat niepodległa, nadal nie posiada uregulowanych granic z połową swych sąsiadów. Granice ukraińsko-rosyjska, ukraińsko-białoruska i ukraińsko-mołdawska fizycznie nie istnieją, nie ma tam oficjalnie wyznaczonych słupków granicznych. Oczywiście na drogach i liniach kolejowych oraz w portach morskich i lotniskach funkcjonują przejścia graniczne i odbywa się kontrola paszportowa i celna, ale już poza nimi, w polu lub w lesie, granica jest nieoznaczona i każdy może ją łatwo przekroczyć. I z tej możliwości co roku korzystają dziesiątki tysięcy nielegalnych imigrantów z krajów azjatyckich (Afganistan, Wietnam, Laos i inne) oraz jeszcze większa ilość przemytników. Ukraińska straż graniczna jest wobec tej sytuacji bezradna. Ponieważ Ukrainie nie udało się podpisać umowy o demarkacji i delimitacji granicy z Rosją, Białorusią i Mołdawią, ta granica w sensie prawnym tak jakby nie istnieje. To znaczy ona oczywiście jest, ale nie można jej skutecznie i precyzyjne wyznaczyć (w tym sensie, że nie wiadomo, czy przebiega w tym konkretnym miejscu, czy może 30 lub 500 metrów dalej). Każdy złapany na nielegalnym przekroczeniu granicy może powiedzieć, że on nie wiedział, iż tu przebiega granica i że jej nie wolno przekraczać – i w świetle prawa ma absolutną rację. W efekcie Ukraina jest miejscem masowego przemytu ludzi na trasie Daleki Wschód – Europa Zachodnia. Dostać się przez Rosję na Ukrainę jest łatwo i pierwszą poważną barierą na szlaku do UE jest dopiero granica ukraińsko-słowacka, ukraińsko-polska lub ukraińsko-węgierska. Ale i sama Ukraina stała się w ostatnich latach atrakcyjnym miejscem do życia dla legalnych i nielegalnych imigrantów ze Wschodu – od prawie dziesięciu lat więcej ludzi się na Ukrainie osiedla, niż z niej wyjeżdża. Jeśli dodamy do tego fakt, że te migracje są słabo kontrolowane, to można się domyślić, że Brukseli ta sytuacja wcale się nie musi podobać. Unia Europejska już od wielu lat stawia sprawę jasno. Chcecie zniesienia wiz i realnej perspektywy członkostwa w UE? Musicie przeprowadzić demarkację i delimitację granicy ukraińsko-rosyjskiej, uszczelnić ją, a także wprowadzić nowocześniejszy system zarządzania w straży granicznej i innych urzędach, tak by ukraiński paszport był nie do podrobienia (dziś jest go łatwo sfałszować i na jego podstawie wjechać do Europy Zachodniej). Demarkacja w zamian za flotę Kijów od dawna proponował Moskwie uregulowanie sprawy granic, ale Rosjanie nie chcieli się na to zgodzić, pod różnymi pretekstami opóźniając negocjacje. I nic dziwnego: wyznaczone granice to jedna z podstaw suwerenności. Można na nich później zlikwidować kontrole graniczne, tak jak między Słowacją a Austrią, ale sama granica musi istnieć i mieć ściśle wyznaczony przebieg, co do którego obie strony się zgadzają. Podczas kadencji Wiktora Juszczenki ukraińsko-rosyjska komisja ds. demarkacji granicy zebrała się tylko kilka razy i nic nie zdołała ustalić. Strona ukraińska proponowała kolejne spotkania, ale Rosjanie po prostu te propozycje ignorowali. Przełom nastąpił dopiero po zaprzysiężeniu Janukowycza. Rosjanie odblokowali negocjacje w zamian za zgodę Kijowa na przedłużenie stacjonowania rosyjskiej Floty Czarnomorskiej na Krymie. W 2009 roku zniecierpliwiona Państwowa Straż Graniczna Ukrainy rozpoczęła jednostronne i nieoficjalne oznaczenie i zabezpieczenie granicy z Rosją na terytorium Ukrainy. Ustanowiono tablice („uwaga – granica państwa - przekraczanie wzbronione) oraz przeszkody (np. rowy), utrudniające przejechanie przez zieloną granicę autem. Te działania spotkały się jednak z ostrym oporem ze strony miejscowego lobby przemytników, podsycanego przez stronę rosyjską i w efekcie jednostronne oznaczenie granicy zostało przerwane. Obecnie demarkacja ruszyła z miejsca (w zamian za przedłużenie stacjonowania Floty Czarnomorskiej) i strona rosyjska nie robi już problemów politycznych z tym związanych. Na razie trudno jeszcze prognozować, kiedy ten proces zostanie zakończony, ale całkiem możliwe, że stanie się tak do końca 2011 roku. Oprócz demarkacji, konieczna jest również delimitacja morskiego odcinka granicy ukraińsko-rosyjskiej (czyli wyznaczenia granicy na mapach). Tutaj mogą się pojawić problemy: Ukraina nalega na podział Morza Azowskiego i ścisłe wyznaczenie granicy na środku tego akwenu, natomiast Rosja proponuje uznanie tego niewielkiego morza za wspólny akwen obu krajów. Rosjanie żądają również uznania Kerczeńskiej Protoky za wspólną, podczas gdy obecnie Ukraina sprawuje nad nią wyłączną władzę. Ustępstwa Kijowa w tej sprawie mogą być konieczne, by Rosja zgodziła się pokojowo zakończyć cały proces demarkacji granicy lądowej i nie zablokować go, wzorem lat poprzednich. Zatrzymać nielegalnych imigrantów z Azji Obie strony zaznaczają, że demarkacja nie będzie wiązać się z odcięciem Rosjan od Ukraińców. Aby polepszyć wzajemną komunikację, planuje się budowę nowych przejść granicznych oraz autostrady Kijów – Moskwa. Jednak politycy są świadomi, że to tak naprawdę tylko słowa, gdyż mieszkańcy przygranicznych wiosek odczują demarkację negatywnie. Co prawda, granicy już teraz nie wolno przekraczać poza przejściami granicznymi, ale w praktyce nie da się tego zakazu egzekwować. Po demarkacji to się zmieni, granica będzie strzeżona, a docelowo ma być tak szczelna, jak obecna wschodnia granica strefy Schengen – a więc miejscowi mieszkańcy nie będą już mogli zajmować się przemytem na taką skalę, jak obecnie. Idea jest prosta – to granica rosyjsko-ukraińska, a nie ukraińsko-słowacka ma być filtrem, zatrzymującym nielegalnych emigrantów z Dalekiego Wschodu i Azji Centralnej, którzy chcą się przedostać do Europy. Tu warto zaznaczyć jedną rzecz: przeciętny Rosjanin spoza pasa przygranicznego rzeczywiście nie odczuje negatywnie demarkacji, gdyż ten przeciętny Rosjanin nie przekracza granicy z Ukrainą nielegalnie w lesie, ale legalnie na przejściu granicznym. Ukraina nie zamierza wprowadzić wiz ani innych utrudnień dla Rosjan, zostaną też otwarte nowe przejścia graniczne. Zmiany dotkną jednak nielegalnych imigrantów np. z Wietnamu oraz mieszkańców przygranicznych ukraińskich i rosyjskich wiosek, dla których do tej pory granica nie istniała i którzy swobodnie chodzili po lesie nie zważając na to, czy jest to las ukraiński, czy może już rosyjski. Dla Kijowa demarkacja będzie bardzo pożądaną sprawą i to niezależnie od tego, kto aktualnie rządzi. Obecnie Ukraina jest bowiem krajem tranzytowym na szlakach nielegalnych migracji z Dalekiego Wschodu do UE. A ponieważ granica ukraińsko-słowacka czy ukraińsko-polska jest już szczelna, większość tych niepożądanych gości jest zatrzymywana np. w Zakarpaciu i Ukraina musi ponosić koszty ich utrzymania. Po demarkacji granicy wschodniej i jej następnym umocnieniu ci nielegalni imigranci będą już zatrzymywani na granicy ukraińsko-rosyjskiej, a więc niechciany kłopot zostanie przerzucony na Rosję. Białoruś i Mołdawia Oprócz tego, po dojściu do władzy Janukowycza ruszył z miejsca proces demarkacji granicy Ukrainy z Białorusią i Mołdawią. Jest to ważne między innymi dlatego, że granica białorusko-rosyjska fizycznie nie istnieje, można ją swobodnie przekraczać tak jak granicę Słowacji z Austrią (chociaż w ostatnich latach zaczęto ustanawiać przejścia graniczne). Gdyby więc Ukraina uszczelniła granicę z Rosją, a pozostawiła bez zmian granicę z Białorusią, nielegalni imigranci po prostu dotarliby przez Rosję na Białoruś i przez poleskie lasy i błota łatwo przeniknęliby na Ukrainę. Jeśli chodzi o Mołdawię, to tu kluczowy jest czynnik naddniestrzański. Chociaż Naddniestrze jest faktycznie niezależnym państwem i Kiszyniów nie ma na nie wpływu, to formalnie kwestia granicy między Naddniestrzem a Ukrainą musi być uzgadniane z władzami Mołdawii. Obecnie ta granica jest nieszczelna, a to oznacza poważne kłopoty, gdyż Naddniestrze jest obszarem żyjącym z przemytu, handlu narkotykami i bronią, a nieszczelna granica z Ukrainą ten proceder umożliwia. Demarkacja w zamian za ruch bezwizowy Uszczelnienie granic – to podstawowy warunek jakichkolwiek rozmów o zniesieniu wiz dla Ukraińców, podróżujących do Unii Europejskiej. Dlatego można powiedzieć, że podjęte w ubiegłym roku działania są ogromnym krokiem na drodze do integracji Ukrainy z UE i bezwizowych podróży Ukraińców po Europie. Unia Europejska podpisała niedawno z Kijowem porozumienie o współpracy, ukierunkowane na zniesienie wiz. To wielki sukces ukraińskiego rządu, gdyż po raz pierwszy Ukraina usłyszała konkrety: musicie zrobić to i to, a w zamian zniesiemy wam wizy. Oprócz demarkacji, w umowie znalazło się wiele bardzo szczegółowych warunków, takich jak wprowadzenie na Ukrainie paszportów biometrycznych, reforma struktur Straży Granicznej, a także lepsza kontrola danych. Obecnie podrobienie ukraińskiego paszportu jest bardzo łatwe – za 10 tysięcy euro imigrant z Dalekiego Wschodu lub po prostu przestępca poszukiwany w UE listem gończym może wyrobić sobie ukraiński paszport i na jego podstawie dostać wizę do UE. Często zdarzają się też przypadki, kiedy obywatel Ukrainy, któremu wydano zakaz wjazdu do krajów Unii Europejskiej idzie do urzędu zmienić nazwisko, dostaje nowy paszport i uzyskuje faktycznie nową tożsamość – z tym nowym dokumentem bez problemu wyrabia nową wizę. Nowe, wprowadzane właśnie przez Ukrainę rozwiązania mają takie praktyki uniemożliwić. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, Ukraińcy będą podróżować do UE bez wiz w 2018 roku. Kijów uważa jednak, że to zbyt odległy termin i nalega, by ruch bezwizowy wprowadzić już przed Euro-2012, co jest jednak raczej nierealne. Jak będzie ostatecznie, na razie ciężko prognozować, gdyż nie zależy to tylko od Ukrainy, ale również od sytuacji w samej UE oraz na Bałkanach Zachodnich, które już teraz uzyskują możliwość ruchu bezwizowego. Jakub Łoginow Tekst pochodzi z serwisu Port Europa. Przedruk za zgodą redakcji