Tag Archives: władza

Wpływy mniejszości żydowskiej w Polsce na przestrzeni wieków – Michalkiewicz, Płużański, Żebrowski

Dlaczego niektórzy żydzi nie lubią Polaków, co kryje się za nazwą Zakonu Synów Przymierza, jak żydzi realizują swoje cele w RP, czym jest antysemityzm, dlaczego w III RP nie można prowadzić normalnej debaty o historii, jaki błąd popełnił prezydent Duda? To tylko nieliczne pytania, na które starali się odpowiedzieć, zaproszeni przez Bełchatowian dla Narodu, paneliści: Stanisław Michalkiewicz, Tadeusz Płużański i Leszek Żebrowski.

Dzieło czy twórca?

Co ważniejsze dzieło, czy twórca? Różne czynniki można wziąć pod uwagę, żeby na to pytanie odpowiedzieć.  Pytaniem pomocniczym może być rozważenie, komu dzieło ma służyć – innym ludziom, czy samemu twórcy? Jeżeli samemu twórcy, to jasne, że jedynie on się liczy, a dzieło ma za zadanie tylko ukazanie wielkości twórcy. Jeśli natomiast ma służyć innym, to warto niekiedy nawet poświęcić trochę własnego ego, żeby dzieło zrealizować.

Fatalny dualizm władzy

Przez jakiś czas po powstaniu rządu PiS nie oceniałem mechanizmu sprawowania władzy. Po ponad roku widać, że rozdzielenie funkcji lidera partii i stanowiska szefa rządu ewoluuje w systemową patologię

Artur Zawisza (RN): Dlaczego w Polsce rządzi lewica?

Artur Zawisza z Ruchu Narodowego mówi o tym, że władza to nie tylko rząd, sejm, senat czy prezydent. To także ci, którzy panują nad kulturą, estetyką, emocjami, ci którzy sprawują rząd dusz. Ciekawa diagnoza obecnego stanu polskiego społeczeństwa.

Michalkiewicz: PiS przejął fragment fasady władzy, a Mateusz Kijowski to nowy „Bolek”

Stanisław Michalkiewicz o 100 dniach rządu Beaty Szydło. "Znczna część segmentu władzy jest poza wpływem rządu; nie wiemy jaka sytuacja jest w resortach siłowych; prasa niemiecka pełni rolę uderzenia artyleryjskiego" - twierdzi Stanisław Michalkiewicz.

Jak mało trzeba rozumu do rządzenia światem czyli stołek dla każdego!

Jak to dobrze mieszkać w Polsce – pomyślałem wracając dziś z pracy. No bo jak tu narzekać, kiedy wszystko dookoła pięknieje i nawet pogoda dopisuje – głaszcząc nas popołudniowymi promieniami słońca.

Wiernopoddaństwo rakiem systemu

Ledwo co zdążyliśmy zapomnieć o aferze podsłuchowej w PSL, a już media ujawniły kolejną aferę w polskiej polityce. Tym razem dziennikarz „Gazety Polskiej Codziennie” wykonał telefon do Prezesa Sądu Okręgowego w Gdańsku podając się za urzędnika Kancelarii Premiera. Podczas prowokacji dziennikarz przedstawił się jako asystent Tomasz Arabskiego, szefa kancelarii. Jako powód swojego telefonu określił chęć ustalenia dogodnego terminu posiedzenia sądu dotyczącego Marcin P., prezesa owianego złą sławą Amber Gold. Sędzia Ryszard Milewski bez żadnych protestów zapewnił rzekomego urzędnika, że datę dostosuje do oczekiwań Kancelarii Premiera.
Wynikiem prowokacji „GPC” feralnego sędziego czeka dymisja, a w mediach znowu zawrzało w sprawie Amber Gold, która najwidoczniej nie dość jeszcze upokorzyła wszelkie rodzime instytucje. Opozycja domaga się powołania komisji śledczej, członkowie partii rządzącej zaś twardo stoją przy swoim i o żadnej komisji nie chcą nawet słyszeć. Działanie dziennikarza przypomina inną prowokację, przeprowadzoną w 2010 roku. Oto pewien przedsiębiorczy student z Warszawy wysłał e-mail do kierownictwa Telewizji Polskiej, w którym podał się za urzędnika Kancelarii Prezydenta. Spreparowana wiadomość dotyczyła prośby aby w TVP pojawił się nowy program, a jego prowadzącym miał być sam autor fałszywki. Ku zaskoczeniu prowokatora nie minęło kilka dni, jak zaproszono go do siedziby telewizji na ul. Woronicza i po kilku miesiącach podpisano kontrakt na 39 tysięcy złotych. Student podający się za „człowieka prezydenta” otrzymał vipowską wejściówkę oraz samochód z kierowcą. Kiedy sytuacja wyszła na jaw wprawiła w niemałe zakłopotanie władze TVP, które z zaskakującą naiwnością połknęły haczyk założony przez młodego studenta. Co jednak ma to wspólnego ze sprawą prezesa gdańskiego sądu i afery Amber Gold? Otóż zarówno w jednym jak i w drugim przypadku cała prowokacja opierała się tylko i wyłącznie na podszyciu się pod inną osobę. Nie byle jaką bo ważnego urzędnika kancelarii szefa rządu bądź prezydenta. Sam fakt rozmowy z kimś z kręgu władzy wprawił zarówno prezesa Milewskiego jak i włodarzy TVP w stan najwyższej gotowości i wiernopoddaństwa. Gdy tylko padło hasło „kancelaria” gdański sędzia zaczął bez oporu toczyć rozmowę w taki sposób, na jaki mu prawo nie zezwala. Zasady jednak odchodzą na bok, kiedy poddany rozmawia ze swoim panem. Tak samo przedstawicielom TVP nawet nie przyszło do głowy aby sprawdzić nadawcę maila. Jak by to bowiem wyglądało? Sługa sprawdza swego pana!? To nie do pomyślenia! Przynajmniej w naszym kraju... Teoretycznie system funkcjonuje w naszym kraju w ten sposób, że głowa państwa ma dosyć wąskie uprawnienia. Prezydent może na przykład zarządzić wybory, ma prawo weta, prawo łaski, jest także zwierzchnikiem sił zbrojnych. Nie jest natomiast zwierzchnikiem publicznej telewizji, a mimo to wystarczy jeden mail do TVP aby ta zatwierdziła kontrakt na kwotę 39 tysięcy zł. Teoretycznie system gwarantuje trójpodział władzy, w którym ta sądownicza jest niezależna od wykonawczej. Pomimo tego wystarczy jeden telefon aby prezes sądu zaczął grać jak mu „urzędnik kancelarii” zagra. Teoretycznie system jest dobry i powinien funkcjonować sprawnie. Nie będzie tak jednak dopóki tworzące go elementy nie wyprą z siebie wiernopoddańczego, zaczerpniętego z poprzedniej epoki nastawienia wobec władzy. To władza służy obywatelom, a nie odwrotnie i o tym zapominać nie możemy. Michał Bednarski

Rosyjska dusza

Sądzę, że wiele dziejowych kwestii i nieporozumień w naszych stosunkach z Rosją bierze się z niezrozumienia zwłaszcza w filozofii władzy. Myślę, że najważniejsze różnice spoczywają w czymś, co nazywam na swój własny użytek rosyjską duszą. Rosjanie to wspaniały i serdeczny naród. Wiele nas i Rosjan łączy ale i dzieli. Nie byliśmy w końcu przez setki lat mongolskimi lennikami, a ten fakt być może zaważył w największym stopniu o innej konstrukcji politycznego myślenia. Można ogólnie powiedzieć: ufaj ludziom, nie ufaj instytucjom. Lecz ta porada dziwnie pasuje także i do innych krajów, w tym naszego. Gdzie zatem tkwi istota „rosyjskiego kodu”, który od setek lat stanowi źródło naszych utrapień i sukcesów? Gdy zagłębimy się w zakamarki rosyjskiej duszy, być może wiele kwestii stanie się jasne? No może odrobinę jaśniejsze. Nie da się -  rzecz jasna - w tego typu analizie otrzeć o bliskie stereotypowi uproszczenia. Ale spróbujmy.
Według mnie rosyjska dusza składa się z trzech zasadniczych elementów: 1. ketmana, 2. sacrum władzy, 3. kultury picia. Ketman Ketman to nie tylko wyrafinowany SBcki pseudonim pewnego byłego dziennikarza pewnej poczytnej z nieznanych mi przyczyn gazety. Człowiek ukrywający się pod tym pseudonimem zaczerpnął go od nazwiska bohatera powieści Czesława Miłosza pt. „Zniewolony umysł”. Ketman to stara tradycja ludów Azji Środkowej sięgająca czasów starożytnych. Ketman to, jak pisze we wstępie do polskiego wydania „Historii filozofii politycznej” L. Strauss'a i J. Cropey'a, Piotr Nowak: „kłamstwo koncesjonowane w obrębie pewnej grupy społecznej, najczęściej wyznaniowej, powstałe w wyniku pomieszania strachu z poczuciem wyższości.” Kłamstwo tego typu służy obronie prawdy. Zatem krętactwo, spryt i oszustwo w uzasadnionych przypadkach i poza swoją grupą są instrumentem ochrony interesów danej grupy, takim jak każdy inny. Ketman jest źródłem dumy, strategicznej przewagi osiągniętej mimo pozornej przegranej. To co dla nas jest nieetyczne, tam jest racjonalne i uzasadnione. Wschodnie wpływy są istotą w stosunku do nas rosyjskiej odmienności. Nie od dziś przecież borykamy się z problemem uznania zbrodni katyńskiej pomimo oczywistych dowodów. Wiadomo przecież nawet, kto wydawał wyroki, kto strzelał w potylicę realizując zbrodniczy plan Stalina zniszczenia polskiej elity. Gdy nie można dalej milczeć stosuje się kłamstwo, w tym historyczne. Media ostatnio obiegła informacja o rozpisaniu konkursu na scenariusz filmu historycznego, którego akcja ma dziać się w obozie jenieckim dla radzieckich żołnierzy w 1920 roku. Nie trzeba być jasnowidzem, aby się domyśleć, że zwycięży z pewnością ten scenariusz, który w większym stopniu będzie podkreślać tezę o „polskim bestialstwie i ludobójstwie” i ani słowem nie wspomni o sraczce. W świadomości przeciętnego rosyjskiego kinomana będzie jeden do jednego. Ale strategia ketmana stosowana jest nie tylko w kwestiach polityki historycznej. Przykłady można mnożyć i nie trzeba ich daleko szukać. Polityka sanitarna zamykania i otwierania granicy na polskie produkty rolne czy ewidentne szwindle i półprawdy przy badaniu przyczyn smoleńskiej tragedii to najlepsze przykłady tego typu podejścia. Zasadniczy problem polega na tym, iż są to wyłącznie szwindle i kłamstwa w naszej ocenie. W ich mienianiu jest to normalna gra. Nie jest to też zakłamanie. Takie możliwości wyznacza im ich kulturowa podbudowa, a w niej ochrona prawy przed wydostaniem się na światło dzienne usprawiedliwia każdą blagę. Dochodzi wręcz do tego, że zdecydowanej większości Rosjan wystarcza propagandowa papka oferowana przez Kreml. Po co psuć sobie dobre samopoczucie dochodzeniem do prawdy? Ktoś jeszcze gotów pomyśleć, że nie lubią ich ukochanych przywódców, a przecież ich uwielbiają, bo co to za różnica kto nim będzie, jak będzie tak samo? Tylko masochiści zadają sobie tortury odkrywania prawdy, która nic nie zmieni. Jak widać PRowcy naszych ukochanych przywódców mają swych mistrzów. Świadczy to z jednej strony o tym, że jednak z Rosjanami łączy nas sporo więcej niż się z pozoru wydaje oraz o tym, że jesteśmy jeszcze na wczesnym etapie tresury. Ale to wszystko tylko kwestia czasu, aby u nas było tak samo jak w Rosji. Sacrum władzy Zapewne niemal wszyscy pamiętają anegdotę o pionierach, budowniczych kolei w Rosji. Przyjść mieli oni w tej historyjce do Cara z zapytaniem: „jaki mają ustalić standard szerokości torów?” Czy tory w Rosji mają być takie jak gdzie indziej, czy może szersze, albo węższe? A jeśli tak, to o ile? Odpowiedź cara, którego owa kolejarska anegdota nie wymienia z imienia i numeru, była tak samo lapidarna jak i dwuznaczna: „A na ch.j szersze?” Budowniczowie potraktowali zatem dosłownie opinię władcy i ustalili szerokość torów dokładnie o 9 cm szerzej niż w Europie. Świadczy to z jednej strony o niezwykle służalczej postawie budowniczych, z drugiej o kontrowersyjnym wymiarze przyrodzenia mężczyzny, które posłużyło do wyznaczenia nowego standardu torów. Potem przyszła rewolucja, która zmiotła z powierzchni ziemi nie tylko carów i ich urzędników, lecz sporą część mieszkańców tego wspaniałego i fascynującego kraju. Rosyjska dusza pozostała jednak nietknięta. Mało kto pewnie pamięta anegdotę o tym jak Stalin - niedoszły duchowny - przejeżdżał gdzieś obok przepięknej cerkwi, przed którą rosło okazałe drzewo przysłaniające widok na świątynię. Skonfundowany Stalin kazał zatrzymać samochód i rzucił: „zrobić z tym porządek”. Nie wiadomo było jednak, czy miał na myśli cerkiew, czy drzewo? Na wszelki wypadek posłuszni woli wodza towarzysze, aby nie było najmniejszych wątpliwości, ścieli drzewo i zburzyli cerkiew. Inna historia mówi o towarzyszu Breżniewie, który w swym schyłkowym okresie nie słynął z najlepszej formy fizycznej i psychicznej. Dość nadmienić tyle, że moja mama nazywała go pieszczotliwie „sapunem”. W szkole opowiadano makabryczne historie o tym, że pierwszy sekretarz jest androidem i ma sztucznie podnoszoną rękę, którą pozdrawia defilady. Miał także mieć ciągle przetaczaną krew i spać pod namiotem tlenowym. Jakoś nie dowierzałem tym opowieściom. W każdym razie, za dość prawdopodobną można uznać anegdotę o tym, jak to w rzadkim już przebłysku świadomości towarzysz Breżniew przypomniał sobie o pułkowniku Maksymie Maksymowiczu Issajewie, lepiej znanym jako Max Otto von Stierlitz – fikcyjnej postaci z serialu „Siedemnaście mgnień wiosny”. Kazał przyprowadzić go do siebie i odpowiednio uhonorować za zasługi. Jego wierni podwładni  towarzysze, którzy zwykle bez słowa wykonywali rozkazy wodza tym razem mieli pewien kłopot: skąd wziąć Stierlitz'a? Po chwili zastanowienia mieli już rozwiązanie. Wezwano przed oblicze Breżniewa odtwórce roli serialowego agenta, aktora Wiaczesława Tichonowa, który został nagrodzony Gwiazdą Bohatera Pracy Socjalistycznej. Czasy bolszewii minęły nieubłaganie, rewolucja światowa nie wybuchła, zimna wojna zrujnowała i tak zrujnowany kraj. Nastała dziejowa konieczność mutacji systemu, zmiany metod i przekazania rewolucyjnego płomienia w ręce zachodnich towarzyszy. To już nie anegdota. Pamiętam doskonale dokument, w którym pierwszy i jedyny Prezydent Związku Radzieckiego Michał Gorbaczow, przed kamerami telewizyjnymi rezygnował z pełnienia swej funkcji zamykając cały teatrzyk. Stała obok niego wypełniona herbatą filiżanka. Gdy wygłosił już przemówienie i przygasły w studiu telewizyjnym światła, a kamery wciąż rejestrowały obraz, były już radziecki przywódca poprosił o dolewkę herbaty. Nikt już do niego nie podszedł. Został pozbawiony owego niemalże boskiego wpływu na innych. Był już nikim. Jeszcze chwilę wcześniej wszyscy zabiegali o jego względy, a teraz już był tylko historyczną ciekawostką, która, co prawda, miała ciągle ogromne wpływy, ale władzy już nie miał. Na tym właśnie opiera się kolejny element rosyjskiej duszy, a tradycyjnie pojmowana rosyjska mocarstwowość jest tylko jego wypadkową. Władza radziecka, a być może i carska opracowała niezwykle przebiegły kulturowy system dywersyfikacji władzy, która spływa na kolejnych funkcjonariuszy kaskadowo i nawet, gdy była jedynie cienkim, ledwie się sączącym strumykiem, ów funkcjonariusz był jej pomazańcem. Władza w ten sposób budowała i buduje nadal swoją stabilność. Szatniarz w knajpie ma prawo wpuścić lub nie wpuścić gościa do lokalu i jest to jego bastion władzy, którego nikt mu nie zabierze, bez względu kim ów gość jest i na jakie wpływy się powołuje. Nie i już. Krąży wiele historii o rosyjskich Milicjantach zwanych z pogardą przez Rosjan „Mientami”. Gdy taki jegomość chce dorobić staje na ulicy i wlepia mandaty. To jego przywilej. Ale nie ma w tym nic dziwnego. Podobno w dawnych czasach, gdy Car wyznaczał gubernatora, ustalał mu tylko, ile złota ma dostarczyć rocznie do Moskwy. Reszta była nieważna. „Wszystko co ponadto ukradniesz jest twoje” - mieli podobno mawiać Carowie. Z drugiej strony występuje zwykle uległa bierność, bo wobec tych, którzy się władzy nie podporządkowują jest ona bezwzględna. Ten oparty na strachu mechanizm przyczynia się do rozszerzania stref wpływów daleko poza oficjalne terytoria. Nie może zatem dziwić fakt, że „Raport Komisji Millera” skończył się generalnie tymi samymi wnioskami co raport MAK, bo nie mogło być inaczej. Przecież nie przez przypadek wybrano sam środek sezonu ogórkowego na termin ogłoszenia wyników „polskiego śledztwa”. W raporcie nie ma nawet słowa o tym, że rosyjscy kontrolerzy chcieli zamknąć lotnisko, lecz nie dostali na to zezwolenia od swych moskiewskich zwierzchników. Zrzucenie winy na wyszkolenie pilotów pomimo ciągłych monitów gen. Błasika w sprawie stanu pułku 36 i wykluczenie hipotezy o zamachu bez niezależnego zbadania wraku samolotu oraz zastosowanie konwencji cywilnej do badania lotu wojskowego, tylko potwierdzają tezę o poddaniu się „rosyjskiej hipnozie władzy” przez nasz rząd. Nawiasem mówiąc, gdyby "Raport" był tylko szczerą prawdą oraz wzorem obiektywności i tak spora część Polaków podchodziłaby do tego dokumentu z rezerwą. Zbyt wiele widzieliśmy przez ostatnie stulecia moskiewskich półprawd, kłamstw oraz przygotowywanej pod dyktando Moskwy propagandy. Kultura picia Wódka była fundamentem rosyjskości. To dzięki propinacyjnemu monopolowi i powstałych z niej dochodom, księstwo moskiewskie szybko uzyskało finansową i militarną podstawę nad innymi obszarami przybyłego imperium. Wódka w Rosji jest więc nie tylko prekursorką huxleyowskiej somy, ale także fundamentem całego imperium. Ktoś powiedział, że gdy Rosja pije to śpi, gdy przystaje pić budzi się i może być niebezpieczna. Czy zatem współwystępowanie okresów rosyjskiej prohibicji i gwałtownych przewrotów społecznych to tylko zbiegi okoliczności? Rosjanie gdy się napiją są innymi ludźmi, pełnymi fantazji otwartymi przyjaciółmi świata. Podobno w jeszcze za czasów Stalina funkcjonował w Rosji interesujący obyczaj. Przed fabrykami odbywał się nielegalny handel wódką. Jedna flaszka to za dużo jak na wychodzącego z fabryki spragnionego jegomościa. Optymalnie było rozpić ją na trzech. Stawał więc tedy spragniony robotnik przed zakładem z podniesioną do góry ręką i jednym wystawionym w niej palcem. Po chwili pojawiał się drugi, który bez słowa zwalniał swego nieznajomego kompana z obowiązku trzymania w górze ręki. Sam unosił swoją z podniesionymi dwoma palcami w oczekiwaniu na trzeciego. Gdy ten się w końcu wyłonił zza fabrycznej bramy, także bez słowa zwalniał z obowiązku trzymania ręki. Był ich już komplet. Ci nieznani sobie mężczyźni, udawali się gdzieś w zaciszne miejsce z zakupioną świeżo flaszką, która podobno – o ironio – miała kosztować równo trzy ruble, aby dokonać rytuału jej spożycia. Świadom jestem, że ten czynnik nie jest kwintesencją rosyjskiej duszy. Niemniej jednak tak jak chmiel stanowi wyłącznie przyprawę do piwa wyprodukowanego generalnie z wody i jęczmienia, tak samo skłonność Rosjan do picia jest owym dopełnieniem, przyprawą, bez której trunek mógłby okazać się niestrawny. Jeszcze jedno... Generalną cechą rosyjskiej duszy jest niechęć, ale i szacunek do przeciwników, oraz całkowita pogarda do tych, którzy ulegli jej wpływowi. Jakie więc losy spotkają polskich kunktatorów? Jak miał powiedzieć Fiodor Dostojewski, nie tylko wyśmienity pisarz, ale i osoba, która zgłębiła rosyjską duszę, nasze marzenia spełniają się tylko w takiej formie, że nie jesteśmy w stanie ich rozpoznać. Być może marzy im się los Michała Gorbaczowa, który pewnie ciągle podróżuje po świecie i wygłasza sowicie opłacane odczyty. Tak, los Gorbaczowa, posługując się założeniem Dostojewskiego, to doskonała analogia. Naszym umiłowanym przywódcom nikt nie poda szklanki czaju zaparzonego starym, więziennym zwyczajem przy pomocy wykonanej z dwóch żyletek buzały. Adam Kalicki

Jak zdobyć władzę?

Wielu zwolenników wolnego rynku od lat zadaje sobie ogromny trud, by zaistnieć na polskiej scenie politycznej i zdobyć władzę. Efekty jak widać są raczej kiepskie. Co zrobić, by w końcu osiągnąć swój zamierzony cel? Warto przeanalizować różne możliwości. Ruch konserwatywno – liberalny w naszym kraju może wejść na najwyższe szczeble władzy za pomocą ustroju demokratycznego, ale jeśli to nie pomaga, to może siłą przejąć zarządzanie tym państwem. Możliwy jest też taki scenariusz, że ten ruch nigdy nie będzie rządził Polską, bowiem ktoś za nich zrobi całą robotę i zreformuje państwo na wzór kapitalizmu. Wygrać w wyborach demokratycznych Mimo że największe autorytety ruchu konserwatywno – liberalnego w Polsce (Janusz Korwin – Mikke, Stanisław Michalkiewicz) nie są zwolennikami demokracji, to zarówno oni, jak i zwykli członkowie partii wolnorynkowej akceptują i biorą udział w tym ponoć najlepszym ustroju politycznym. Można teoretycznie założyć, że pójście do wyborów z jakąś dużą partią sprawi, że w polskim parlamencie pojawi się silna grupa, która będzie reprezentować nurt konserwatywno – liberalny. Patrząc na obecny parlament można tam znaleźć polityków o prawicowych poglądach. Nie odgrywają oni jednak ważnej roli. Dlatego koalicja z Platformą Obywatelską czy Prawem i Sprawiedliwością byłaby bardzo ryzykowna i raczej nie przyniosłaby żadnych korzyści dla zwolenników wolnego rynku. Pozostaje zatem walka z tym potężnym układem z „okrągłego stołu” i kolejna próba przekonywania zwykłych ludzi do swoich racji. Ileż razy było to już czynione, a efekty jak zwykle były mizerne. Czy w takich demokratycznych warunkach, jakie mamy obecnie można jeszcze jakoś trafić do ludzi, by dostrzegli katastrofalną sytuację polskiego państwa? Bo przecież, aby wygrać wybory, trzeba przekonać do swojego programu jak największą liczbę wyborców. Takie są przecież oficjalne wymagania. Największe autorytety ruchu konserwatywno – liberalnego głoszą jednak, że demokracja nie wygląda tak pięknie, jak to jest oficjalnie przedstawiane. Uważają oni, że rzeczywistą władzę w państwie polskim sprawują służby specjalne, nad którymi nikt nie ma kontroli. Te z kolei nie dążą do tego, by Polska mogła się rozwijać. Wręcz przeciwnie służby te wolą rozkraść całe państwo i sprzedać je komuś silniejszemu np. Unii Europejskiej. Załóżmy zatem, że to służby specjalne są rzeczywistą władzą w demokratycznym państwie i to one decydują o tym, kto zostanie prezydentem, premierem, kto będzie miał duży wpływ na politykę. Taka sytuacja całkowicie zmienia postać rzeczy. Oznacza to, że aby wygrać wybory w demokracji należy zabiegać nie o poparcie jak największej grupy zwykłych ludzi, ale o poparcie służb specjalnych. To jest prawdziwy klucz do zwycięstwa. Dlatego ruch konserwatywno – liberalny, jeśli chce dojść do władzy w wyborach demokratycznych musi uzyskać zgodę przynajmniej większej części polskich służb. Wyobraźmy sobie, że ruch wolnorynkowy zyskałby poparcie takiej „razwiedki”. Wówczas automatycznie sondaże wskazywałyby, iż Unia Polityki Realnej oraz Wolność i Praworządność są najbardziej popularnymi partiami w Polsce. Politycy konserwatywno – liberalni gościliby codziennie w opiniotwórczych mediach. W konsekwencji ruch wolnorynkowy wygrałby wybory parlamentarne i wtedy mógłby wprowadzać w życie swoje postulaty. Political fiction? Być może. Jednak jeżeli uznamy, że prawdziwą władzą w naszym kraju są służby specjalne, to właśnie do nich należy zabiegać o poparcie. Nie można przecież liczyć na tzw. lud, bowiem to nie on decyduje w demokracji. Ludzie w tym ponoć najlepszym ustroju politycznym na świecie są wykorzystywani jako maszynki do oddawania głosów w wyborach. Jest to smutne, ale niestety prawdziwe. Tymczasem zamiast robić z obywateli idiotów, można zdobyć władzę metodami niedemokratycznymi. Zamach stanu Skoro byli i obecni członkowie Unii Polityki Realnej nie są raczej zwolennikami demokracji, to może dobrym rozwiązaniem byłoby obalenie tego całego ustroju politycznego i wprowadzenie monarchii. Kiedyś w czasach niedemokratycznych do zamachów w celu przejęcia władzy dochodziło bardzo często. Nawet w historii najnowszej zdarzały się sytuacje, w których siłą przejmowano rządy w państwie. Przykładem takiego współczesnego rozwiązania siłowego był pucz w Chile z 11 września 1973 roku. Trzyletnie rządy socjalisty Salvadora Allende doprowadziły to państwo do wielkiego kryzysu społecznego i gospodarczego. Chile stanęło nad przepaścią. Tym razem nie zdecydowano się na kolejną zabawę w demokrację, ale na postawienie sprawy jasno i wyraźnie – władzę w państwie przejęła wojskowa junta z generałem Augusto Pinochetem na czele. Po przejęciu pełni władzy przez Pinotcheta rozwiązano cały parlament, spacyfikowano tamtejszą opozycję. Stadion Narodowy w Santiago został przekształcony w obóz internowania, gdzie skierowano 130 000 osób. Zamordowano tam wielu ludzi, nikt nie martwił się o nieprzestrzeganie jakichś praw człowieka. Do dnia dzisiejszego trwają spory o to, czy ten pucz był potrzebny? Zwolennicy demokracji uważają Augusto Pinotcheta za zbrodniarza, który zabił wielu niewinnych ludzi. Politycy o poglądach prawicowych uważają jednak, że ten człowiek słusznie uczynił, przejmując władzę w Chile. Udało mu się wyprowadzić państwo z kryzysu, wprowadzając tam rozwiązania wolnorynkowe. Dziś organizacje lewicowe, bojownicy o demokrację i prawa człowieka tak łatwo potrafią oskarżać kogoś o to, że jest zbrodniarzem, że zabił tysiące niewinnych ludzi. Te same organizacje nie widzą niczego złego w rabowaniu obywateli z ich oszczędności za pomocą opiekuńczego państwa. Nie widzą też niczego złego w zadłużaniu państwa. Co jest większą zbrodnią? Zabicie fanatycznych zwolenników socjalizmu, czy obrabowanie wszystkich obywateli z ich pieniędzy i doprowadzanie państwa do ruiny gospodarczej? Jedno jest pewne – ta druga zbrodnia dokonuje się na naszych oczach w Polsce, choć mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Przykład Chile pokazuje, że w dzisiejszych czasach można dokonać takiego krwawego przewrotu, zyskując później zdrową gospodarkę kapitalistyczną. Pytanie tylko, czy w Polsce ktoś by się tego podjął? Sytuacja międzynarodowa jest w chwili obecnej dla nas nieubłagana. Jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, a od 1 grudnia 2009 roku przestaliśmy być państwem niepodległym. Zarówno Niemcy, jak i Rosja mają ogromny wpływ na polską gospodarkę i nie w głowie im jakieś niezapowiedziane przejęcie władzy. Poza tym w naszym wojsku nie widać takiej wyrazistej osoby, która zdecydowałaby się na taki chilijski pucz. Z resztą i tak większość wykwalifikowanych polskich dowódców wojskowych zginęła w wypadku Casy i Tupolewa. Ruch konserwatywno – liberalny nigdy nie wygra Może się przecież okazać, że zwolennicy wolnego rynku nigdy nie dojdą w Polsce do władzy. W zasadzie nie musiałoby to oznaczać jakiejś wielkiej tragedii. „Dorwanie się” do władzy to jeszcze żaden sukces. Nie ma przecież pewności, czy reformy gospodarcze by się powiodły. A co by było, gdyby po zwycięstwie UPR – u partia ta zaczęłaby postępować identycznie, jak obecne ugrupowania w polskim parlamencie? To może lepiej niech ruch konserwatywno – liberalny robi, to co dotychczas. Reform wolnorynkowych nie musi przecież przeprowadzać partia konserwatywno – liberalna. Pamiętamy przecież słynną ustawę Mieczysława Wilczka, która przez chwilę dała poczuć Polsce oddech kapitalizmu. I najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że tej słynnej reformy wolnorynkowej dokonał członek Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej jeszcze za tzw. komuny. Także w III Rzeczpospolitej dochodziło do nietypowych zdarzeń. Idące do wyborów w duchu socjalistycznym Prawo i Sprawiedliwość zdecydowało się na częściową obniżkę podatków. Jak widać nawet w ustroju III Rzeczpospolitej, która urzeczywistnia zasady sprawiedliwości społecznej można przeprowadzić drobne zmiany w kierunku wolnorynkowym. Nie jest do tego potrzebny żaden UPR. Wystarczy, że rządzące w Polsce służby specjalne zażądają sobie takiej zmiany. Ruch konserwatywno – liberalny chce zdobyć władzę w Polsce. Od wielu lat próbuje swoich sił w demokracji. Efekty są bardzo kiepskie. Kiedy pojawi się korzystna sytuacja międzynarodowa może postawić wszystko na jedną kartę i pójść w ślady Augusto Pinocheta w Chile. Ale najbardziej prawdopodobne jest to, że ten wspaniały ruch nigdy nie zdobędzie władzy. Nie oznacza to jednak, że ma zakończyć swoją misję. On musi istnieć i być przygotowanym na każdą sytuację polityczną. Czas pokaże, kiedy oficjalna i nieoficjalna władza wreszcie zmądrzeje. Ruchowi konserwatywno – liberalnemu pozostaje zatem dalsza walka i cierpliwe czekanie – w końcu nikt nie jest mądry, kto nie jest cierpliwy. Mateusz Teska

Siedem dylematów etatyzmu

1. Jeśli natura ludzka jest zasadniczo dobra, to nie potrzeba używać siły, by zmuszać ludzi do właściwych działań, a zatem rządy nie są potrzebne. Jeśli natomiast natura ludzka jest wystarczająco niedoskonała, by często wybierać zło, to nie ma żadnego powodu, by przypuszczać, że rządcy będą doskonalsi niż rządzeni (zwłaszcza jeśli są wybierani przez rządzonych) i wówczas stworzenie rządów narazi tylko ludzkość na większe nadużycia w zakresie czynienia zła. 2. Jeśli przyjąć, że rząd jest niezbędny, aby w razie potrzeby gwarantować wymuszanie zawartych kontraktów, to kto ma gwarantować wymuszenie kontraktu społecznego ustanawiającego rząd? Jeśli ma być to meta-rząd, „rząd wyższego rzędu”, to powyższe założenie wpada w pułapkę nieskończonego regresu. Jeśli natomiast założyć, że kontrakt społeczny zawiera przyrodzoną i samoistną gwarancję swojej realizacji, to na jakiej podstawie można twierdzić, że dowolny kontrakt rynkowy nie zawiera podobnej gwarancji? 3. Jeśli zwolennicy przymusowej redystrybucji własności twierdzą, że w ładzie naturalnym, z uwagi na chciwą i samolubną naturę człowieka, nie powstałyby instytucje filantropijne zdolne pomóc wszystkim autentycznie potrzebującym (albo przynajmniej liczbie potrzebujących większej niż w systemie redystrybucyjnym), to na jakiej podstawie mogą twierdzić, że stworzony przez nich system redystrybucji służy dobru innych, a nie zaspokajaniu ich własnych chciwych i samolubnych natur (np. poprzez budowanie zależnej od siebie, roszczeniowej klienteli, a tym samym umacnianie swojej władzy)? Jeśli uważają się oni za prawdziwych dobroczyńców, to znaczy, że dobroczynność istnieje jednak wśród ludzi; zamiast więc budować kosztowny aparat represji i przemocy, winni oni wszyscy zająć się działalnością rynkową i wszelki swój zysk przekraczający koszty skromnego życia przeznaczać na bezinteresowną pomoc innym. 4. Jeśli rządy mają kontrolować poczynania rządzonych, a rządzeni kontrolować poczynania rządów, to co winno powstrzymywać nas przed użyciem brzytwy Ockhama i usunięciem jednej z tych kategorii? Którejkolwiek byśmy nie wybrali, rezultatem będzie pozostawienie pojedynczej kategorii istot samorządnych. 5. Jeśli cechą sprawiedliwości jest bezstronność, a celem rządu ma być stanie na straży sprawiedliwości, to jakim sposobem na bezstronny sąd może liczyć człowiek, który, wdawszy się w spór z przedstawicielem rządu, będzie sądzony przez innych przedstawicieli rządu? Analogicznie, jeśli warunkiem niezbędnym pokoju jest nieagresja, a celem rządu ma być stanie na straży pokoju, to jakim sposobem na pokojowe życie może liczyć człowiek, znajdujący się pod kontrolą organu, który może używać cudzych środków dla realizacji własnych aktów agresji, za które ostatecznie odpowiedzialny jest tylko przed samym sobą? 6. Jeśli założyć, że sposobem na uniknięcie rządowej samowoli i decyzyjnej arbitralności jest rozdział elementów władzy między odrębne organa rządowe, to zapytać należy, jaka zewnętrza, zwierzchnia siła wymusi współpracę owych organów? Jeśli są to zapisy konstytucyjne, to zapytać trzeba, jaka zewnętrzna, zwierzchnia siła wymusi właściwą ich interpretację i odpowiednie ich stosowanie? Nie tylko więc zastanawia, kto upilnuje strażników, ale też: kto pogodzi godzących. 7. Jeśli założyć, że wskazane jest powołanie lokalnego rządu, aby obce rządy nie podporządkowały nas swojej woli, i jeśli z tego założenia wysnuwać wniosek o naturze ludzkiej, to dlaczego, chcąc być względem niego konsekwentnym, nie uczynić swojego życia jednym wielkim aktem agresji, będącym działaniem roztropnie wyprzedzającym nieuchronną agresję innych? Dlaczego, będąc rozbitkiem na bezludnej wyspie i spotykając innego rozbitka, nie zabić go na miejscu lub nie zniewolić? Dlaczego, zawierając transakcję międzynarodową, nie oszukać kontrahenta, nim on oszuka nas? Dlaczego, żyjąc w przygranicznej osadzie, nie zaatakować natychmiast najbliższej zagranicznej osady, jeśli prawo gatunku dyktuje, że atak nastąpi niebawem? I dlaczego żyć, jeśli życie to ciągły wysiłek ataku, a nieżycie to spokojna nietykalność? Można usuwać z życia pytania i dylematy, ale nie znaczy to, że się je rozwiązało – znaczy to, że się im poddało. Dlatego zmianę rozpoczyna opis zastanego – opis, którego desygnat zyska aprobatę tym szybciej, im szybciej się dowiedzie, że można pojednać go z rozsądkiem. Albo tym szybciej zniknie, im szybciej obnaży się fakt, że pojednanie to jest niemożliwe. Jakub Bożydar Wiśniewski