Tag Archives: wojsko

Marsz Niepodległości 2018 – HGW, Duda i normalna Polska

W niedzielę 11 listopada br., korzystając z uprzejmości Prezesa Ruchu Społecznego Konfederacja Rodziców Pana Sławomira Dula wybraliśmy się w podróż jego samochodem do Warszawy. Używam liczby mnogiej, by był z nami Pan Ryszard Śmiech, były koordynator Ruchu Społecznego Nowa Polska.

Po co Niemcom Nord Stream 2?

Niemcy od konfliktu ukraińskiego zdecydowanie dryfują w kierunku przeciwnym do Rosji. Zarówno niemiecka polityka, jak i biznes zrozumiały, że w partnerstwie z putinowską, nieprzewidywalną Rosją nie zbudują swojej geopolitycznej światowej potęgi.

Wojska Obrony Terytorialnej – zalety i wady

Ostatnie ćwierćwiecze było raczej okresem marginalizacji polskich sił zbrojnych. Świadczy o tym chociażby spadek liczebności wojska z 340 000 żołnierzy w 1990 r. do około 105 000 w 2016 r.

Giro d’Italia w cieniu masowych ofiar. Inauguracja wyścigu w Jerozolimie

4 maja 2018 roku rozpoczyna się jeden z największych wyścigów kolarskich w sezonie Giro d'Italia. Inauguracja następuje w Izraelu, konkretnie w Jerozolimie, gdzie kolarze pedałować będą do niedzieli, po czym przeniosą się do Europy, na Sycylię.

Polska potrzebuje czterdziestu własnych dywizji, a nie jeden batalion cudzoziemców

Twierdzenie, że szczyt NATO był sukcesem bo do Polski przyjedzie jeden batalion Amerykanów zakrawa na kpienie z obronności Rzeczpospolitej. Niestety nasi politycy znowu nie odrobili lekcji historii.

Czy włoskie mafie opóźniają zakup helikopterów dla Wojska Polskiego?

Zaniepokojony informacjami medialnymi o zagadkowych opóźnieniach związanych z przetargiem na helikoptery szturmowe dla Wojska Polskiego zwróciłem się 4 stycznia b.r. do Wicepremiera Siemoniaka z następującymi pytaniami:

MON wspiera ochroniarzy kosztem etatów i płac żołnierzy zawodowych

Od zawodowych oficerów i podoficerów Wojska Polskiego dowiedziałem się w okresie manewrów NATO przeprowadzonych na poligonie w pobliżu Ustki w październiku 2013 roku, że Polska posiada zaledwie 100.000 żołnierzy m.in. z tego powodu, że Ministerstwo Obrony Narodowej woli dofinansowywać firmy ochroniarskie, które są angażowane do pilnowania koszar. 13 sierpnia 2014 przyjechał do 18 Batalionu Powietrzno-Desantowego w Bielsku-Białej szef MON Tomasz Siemoniak, któremu zadałem kilka pytań.

Wojsko w rozsypce a koszar pilnują esbecy

Rząd koalicji PO-PSL planuje dalsze rozbrajanie Polski poprzez wysłanie sprzętu i żołnierzy na kolejną zagraniczną awanturę tym razem do Afryki. Mówi się w mediach, że to „tylko” 50 wojskowych, ale ja dobrze pamiętam, że do Afganistanu na początku też poleciało samolotem transportowym tylko kilkudziesięciu, a potem dosłano ok. 2.500!

Co i skąd można zobaczyć?

Rosyjski magazyn wojskowy poświęcony armiom obcym „Зарубежное военное обозрение” w numerze nr 4/2013 zamieścił obszerny artykuł autorstwa płk C. Korczagina omawiający polską koncepcję obrony terytorialnej (Концепция создания войск территориальной обороны Республики Польша).
Artykuł dostrzegł portal „Dziennik Zbrojny” i bezkrytycznie streścił go nie podając jak w rzeczywistości wygląda polska OT (jak wiadomo MON zlikwidował jednostki OT i dziś te siły są tylko na papierze, tj. na stronach obowiązującej Strategii Obronności RP i być może w jakichś głęboko ukrytych, tajnych dokumentach polskich sztabów). Co widać z Moskwy? Tymczasem zajmujący się obronnością polski portal omawiając rosyjski artykuł podaje coś takiego: „Rosjanie zauważają, że ostatnie decyzje dotyczące tej formacji zapadły w 2012 roku – opracowano koncepcję użycia sił i środków sił obrony terytorialnej Rzeczypospolitej Polskiej w czasie pokoju, kryzysu i w okresie wojny. Według niej siły obrony terytorialnej Polski, po zmobilizowaniu będą stanowiły wsparcie dla sił operacyjnych. Wojska OT mogą zostać wykorzystane do ochrony urządzeń i infrastruktury krytycznej, obrony terytorium, współpracy z siłami NATO. Polscy wojskowi eksperci nie wykluczają, że krajowy system OT może być podstawą przygotowania kadr dla sił zbrojnych.” Nie trzeba jednak wielkiej wiedzy by stwierdzić, że w 2012 roku MON nie przyjmował żadnej koncepcji „użycia sił i środków sił obrony terytorialnej Rzeczypospolitej Polskiej w czasie pokoju, kryzysu i w okresie wojny”. W 1999 roku będąc sekretarzem stanu w MON kierowałem zespołem do opracowania koncepcji obrony terytorialnej. Była to moja inicjatywa, a jej realizacja napotykała na wiele przeszkód – przeciwnikiem był m.in. ówczesny minister ON Janusz Onyszkiewicz. Prace zespołu zakończyły się sukcesem i minister ON mimo oporów w końcu podpisał decyzję o wdrożeniu koncepcji OT w siłach zbrojnych RP. W 2001 roku następca Onyszkiewicza minister Komorowski wyrzucił mnie z MON. Media twierdziły że toleruję korupcję, a Komorowski chętnie w to uwierzył i pozbył się mnie. Wraz z tym nastały ciężkie czasy dla zainicjowanych przeze mnie programów w tym dla Obrony Terytorialnej. Co pewien czas słyszałem, że to „wojsko Szeremietiewa” jest niepotrzebne, że to zbędny wydatek. Rzeczywiście żołnierze OT nie nadawali się do misji zagranicznych, brygad obrony terytorialnej nie można było wysłać np. do Iraku więc kolejni ministrowie ON postanowili pozbyć się tego balastu. Proces likwidowania jednostek OT  zaczął minister z SLD Jerzy Szmajdziński, kontynuowali ministrowie z PiS, a zakończył min. Bogdan Klich z PO. Jestem zwolennikiem sformowania sił obrony terytorialnej w systemie obronnym RP, wypowiadam się często na ten temat dowodząc użyteczności tej formacji wojskowej w zapewnieniu bezpieczeństwa krajowi. Reprezentuję w tej kwestii od lat niezmienne poglądy i powinno to być oczywiste. Tymczasem czytając polskie omówienie rosyjskiego tekstu widzimy, że koncepcje obrony terytorialnej tworzą jacyś anonimowi „polscy eksperci”. Jednak czego nie dostrzegali w Polsce zobaczyli Rosjanie bowiem w tekście rosyjskiego wojskowego jako pierwszego z nazwiska wymieniono „в том числе Р. Шереметьева, доктора военных наук, бывшего заместитель министра национальной обороны РП”. Kto co widzi w Warszawie? Ostatnio (listopad 2013) w Akademii Obrony Narodowej zaczęto zastanawiać się, czy nie należy coś zrobić z niewypałem organizacyjnym nazwanym szumnie Narodowymi Siłami Rezerwy, np. przekształcić NSR w formacje terytorialne. Okazało się, że w Rembertowie poprawił się wzrok bowiem komendant AON gen. Pacek zwrócił się do mnie z propozycją nawiązania współpracy. Przed laty (2002 r.) inny komendant, gen. B. Balcerowicz, usunął mnie z AON – jak napisał na zwolnieniu – ze względów oszczędnościowych. Później latami byłem w Akademii persona non grata – jakiś czas temu studenci chcieli zorganizować ze mną  spotkanie i władze uczelni im tego zakazały. Jakież było więc moje zdziwienie, gdy okazało się, że obecny minister obrony Tomasz Siemoniak nie tylko zlecił AON opracowanie reformy NSR z wskazaniem na możliwość odbudowy Obrony Terytorialnej, ale w realizacji tego zadania wskazywał na użyteczność moich poglądów. Dlatego Komendant AON, będący też doradcą ministra, zaproponował mi udział w pracach zespołu reformującego NSR. Byłem więcej niż zaskoczony. Krytykowałem wielokroć MON i działania szefów resortu, także obecnego ministra. Byłem pewien, że stan zacietrzewienia politycznego na polskiej scenie politycznej wyklucza współdziałania resortu obrony z kimś takim jak ja. Jak widać myliłem się. Oczywiście można podejrzewać, że nie chodzi o pozytywne działanie i skierowana do mnie propozycja to jedynie chwyt propagandowy – Szeremietiew nas krytykował, a teraz podejmuje z nami współpracę. Można nawet powiedzieć, że był już krnąbrny dowódca gen. Skrzypczak, który podjął współpracę z min. Siemoniakiem i kiepsko na tym wyszedł. Jednak nie wydaje się, aby obie sytuacje były porównywalne. Dymisja Skrzypczaka nie była bowiem elementem gry mającej na celu skompromitowanie popularnego generała, ale efektem jakiejś walki w obozie władzy – obecny minister Skrzypczaka bronił – inaczej niż to było w 2001 r., gdy minister obrony Komorowski mnie usuwał z MON. Biorąc to pod uwagę i zważywszy, że skierowano do mnie ofertę natury eksperckiej powrót na AON, gdzie niegdyś pracowałem i zdobywałem stopnie naukowe nie powinien mieć podstępnego „drugiego dna”.  Dodatkowym uspakajającym czynnikiem jest też fakt, że nie stoi za mną żadna polityczna siła zagrażająca rządzącym, więc ewentualny „zysk propagandowy” dla rządzących z mojej pracy naukowej w AON wydaje się niewielki. Kwestie bezpieczeństwa narodowego, problematyka związana z obronnością i siłami zbrojnymi  powinny mieć charakter ponad partyjny, powinny łączyć a nie dzielić. Niestety z racji ustrojowych także wojsko deklarujące się jako apolityczne podlega politycznej tj. cywilnej kontroli. Dla mnie nie będącego zawodowym wojskowym realne wywieranie wpływu w dziedzinie obronności byłoby możliwe tylko wówczas, gdyby moje poglądy znalazły uznanie w oczach siły politycznej dysponującej wpływem na państwo albo jako grupa rządzącą, albo jako znacząca opozycja. Z racji na moją biografię polityczną z okresu PRL, antykomunistyczne poglądy i osobiste przekonania religijne mogłem poszukiwać partnerów do współpracy jedynie w ugrupowaniach wywodzących się ze środowiska dawnej „Solidarności”. W ten właśnie sposób trafiłem na stanowisko ministerialne w MON najpierw w rządzie premiera Jana Olszewskiego, a następnie Jerzego Buzka. Po aferze medialnej w lipcu 2001 r. gdy ja przez kilka lat odwiedzałem prokuratury i sądy polską scenę polityczną zdominowały dwa ugrupowania Prawo i Sprawiedliwość Jarosława Kaczyńskiego oraz Platforma Obywatelska,  której przywództwo z czasem stało się udziałem Donalda Tuska. Teoretycznie do obu partii było mi tak samo blisko bowiem w obu miałem kolegów, a nawet przyjaciół, z liderami PiS i PO byłem po imieniu więc teoretycznie nie powinienem był mieć kłopotów z nawiązaniem z nimi kontaktu. Jednak w PO coraz silniejszą pozycję zaczął zdobywać Bronisław Komorowski, który był współsprawcą moich prokuratorsko-sądowych kłopotów i PO stawała się niemożliwa. Do tego partia ta obrała szkodliwy dla bezpieczeństwa kraju kierunek polityki w dziedzinie obronności wykonywany przez Bogdana Klicha. A co widzi PiS? PiS prezentował w sprawach wojska na ogół rozsądne stanowisko, a prezydent Lech Kaczyński zabiegał o stworzenie silnej armii. Wydawało mi się, że możliwa będzie współpraca z tą partią. Kiedy jednak w 2006 r. tygodnik „Newsweek” opierając się na powszechnym przekonaniu, że zostanę przez sąd uniewinniony napisał, iż w następstwie tego wrócę do MON rzecznik rządu premiera Kaczyńskiego natychmiast wydał oświadczanie: „Romuald Szeremietiew, były wiceminister obrony w rządzie AWS, nie wejdzie do rządu Jarosława Kaczyńskiego.” Po kilku latach i po ostatecznym uniewinnieniu mnie dziennikarze z „Polska The Times” zapytali panią minister z kancelarii prezydenta Kaczyńskiego: „To może wkrótce wiceszefem BBN będzie Romuald Szeremietiew?” Pani minister bez wahania odparła: „Nie sądzę.” Okazało się, że PiS na współpracę ze mną najwyraźniej nie ma ochoty. Usiłowałem wrócić na scenę polityczną podejmując samodzielnie próbę startu w wyborach na prezydenta Warszawy, a następnie przy współpracy środowiska skupionego przy portalu „Nowy Ekran” dostania się do senatu. Obie próby okazały się nieudane. Do tego po ogłoszeniu, że startuję w tych wyborach w dyskusjach internetowych zwolennicy PiS napadli na mnie oskarżając o szkodzenie ich partii. Mogłem ich zdaniem odebrać zwycięstwo kandydatowi PiS w Warszawie, lub pozbawić mandatu w senacie kandydatkę tej partii. Propisowscy dyskutanci obrzucili mnie podejrzeniami i nazywali „aparatczykiem WSI” trzymającym z prosowiecką generalicją LWP. W tym stanie rzeczy pozostało mi tylko indywidualne komentowanie poczynań MON, obserwowanie sytuacji w armii i… praca naukowo-dydaktyczna z dala od polityki. Mimo tego koledzy działający w PiS poszukiwali sposobów nawiązania mojej współpracy z ich partią.  Doszło nawet do spotkania na poziomie najbliższych współpracowników prezesa Kaczyńskiego. Potwierdziłem wówczas, że jestem gotów na współpracę oświadczając, że nie oczekuję żadnych stanowisk w partii a w przyszłości nie zabiorę nikomu miejsca w parlamencie, bo nie będę startować w jakichkolwiek wyborach. Zaproponowałem zorganizowanie zespołu specjalistów i opracowanie programu PiS w dziedzinie obronności. Powiedziałem, że byłoby dobrze, aby PiS zgłosił mnie jako eksperta do sejmowej lub senackiej komisji obrony. Powiedziałem, że jeżeli PiS zaaprobuje program opracowany przez mój zespół to chciałbym uzyskać gwarancję, że w razie wygrania wyborów będę mógł ten program zrealizować jako minister obrony. Odpowiedzi nie było, słyszałem ciągle, że prezes jeszcze nie podjął decyzji. W końcu zadzwoniłem do sekretariatu Kaczyńskiego prosząc o wyznaczenie z nim spotkania. Pani sekretarka bardzo uprzejmie zapewniła mnie, że oddzwoni i poda termin. Nie oddzwoniła chociaż minął już prawie rok. Polsza, nu pogodi! W wielu moich wypowiedziach mówiłem, że ciągle nie widzę ugrupowania politycznego, które uznałoby za sensowne moje poglądy na obronność. Akademia Obrony Narodowej, jej rektor, dziekani zapewniają mnie, że dostrzegli co mówię i proponują podjąć wspólny wysiłek opracowania nowej koncepcji sił zbrojnych RP. Ma to być wojsko zdolne obronić nasz kraj. Nie mam gwarancji, że tzw. decydenci zechcą wdrażać to, co opracujemy. Jednak kwestia bezpieczeństwa narodowego jest zbyt ważna, aby odrzucać szansę pojawiającą się w Akademii Obrony Narodowej. [caption id="attachment_23866" align="aligncenter" width="377"]Zasięg rakiet Iskander pokazuje o kogo chodzi Zasięg rakiet Iskander pokazuje o kogo chodzi[/caption] Media podają, że w Kaliningradzie Rosjanie umieścili taktyczne rakiety „Iskander”, które bez wątpienia mogą posłużyć do ataku. W ten sposób Rosja przyłożyła do głowy Polski pistolet. Nie warto chyba grać w rosyjską ruletkę? Romuald Szeremietiew

Chwyt za Nosek – ws. odwołania szefa SKW

W końcu lipca br. zadzwonił do mnie mój dawny współpracownik, usunięty w lipcu 2001 roku z zajmowanego w MON stanowiska, które utracił jako tzw. człowiek Szeremietiewa. Pułkownik zachęcał mnie, abym zajrzał do dziennika „Rzeczpospolita”.
Tej gazety nie biorę do ręki od czasu, gdy w lipcu 2001 r. opublikowano w niej artykuł „Kasjer z MON” informujący o wykryciu „największej” w dziejach resortu obrony afery korupcyjnej. Byłem negatywnym bohaterem tego donosu. W jego następstwie doświadczyłem wielu upokorzeń, przekreślono cały mój życiowy dorobek i na długo pozbawiono zaufania społecznego. Wtedy okazało się prawdziwym powiedzenie, że polityk jest jak mucha – można go zatłuc gazetą. Nie powinno więc dziwić, że „takiej” gazety nie brałem do ręki. To przypomniałem mojemu rozmówcy. Jednak pułkownik upierał się, że powinienem do „Rzeczpospolitej” zajrzeć. Zajrzałem. Prawie déjà vu [caption id="attachment_23028" align="alignright" width="130"] Lipiec 2001. Dziennik „Rzeczpospolita”: Skorumpowany minister S.[/caption] W psychologii opisywany bywa stan określany jako déjà vu – odczucie, że przeżywana obecnie sytuacja już kiedyś wydarzyła się. „Rzeczpospolita” z lipca 2013 roku w artykule donosiła, że kontrwywiad wojskowy znalazł skorumpowanego wiceministra obrony. Przypomniałem sobie lipiec 2001 roku i tamten numer „Rzeczpospolitej”. Wtedy co prawda skorumpowanego wiceministra wygrzebywali „dziennikarze śledczy”, ale dziś już wiadomo, że źródłem ich wiadomości też był kontrwywiad wojskowy, wówczas WSI. Teraz to była Służba Kontrwywiadu Wojskowego. W każdym razie wtedy i teraz źródłem wiadomości o korupcji w „Rzeczpospolitej” są wojskowi tajniacy. Znamienny i podobny jest też moment, gdy atak następuje. Mnie dosięgły zarzuty w czasie, gdy podległe mi instytucje MON miały przeprowadzić przetargi na zakupy uzbrojenia opiewające na ponad 25 mld PLN. Szczególne zainteresowanie budził przetarg na zakup samolotu wielozadaniowego. Po raz pierwszy pojawiał się też związany z tymi zakupami problem kompensacji, offsetu, który miał dać ogromny zastrzyk technologii i pieniędzy polskiej gospodarce, w tym zwłaszcza przemysłowi obronnemu. W zamierzonych zakupach widziałem szansę nie tylko modernizacji armii, ale także na poprawę kondycji polskiej „zbrojeniówki”. Podkreślałem więc w rozmowach z zainteresowanymi przetargami spoza Polski, że korzyści z offsetu będą ważnym kryterium w procesie wyboru uzbrojenia przez MON. Docierały też do mnie sygnały, że to moje stanowisko bardzo irytuje niektórych wpływowych oferentów uzbrojenia. Po usunięciu mnie z MON i uwikłaniu w wlokące się latami śledztwa i procesy sądowe decyzje o wyborze uzbrojenia i offsetu podejmował kto inny. W moim przekonaniu te decyzje, zwłaszcza gdy chodzi o umowy offsetowe, były niefortunne. Pozostawiam do oceny na ile był to efekt przypadku lub niekompetencji, a na ile działanie świadome, sprzeczne z interesem polskiego wojska i przemysłu. Sytuacja wiceministra Waldemara Skrzypczaka jest podobna do mojej. Będzie on także nadzorował przetargi na bardzo drogie systemy uzbrojenia: Polska ma kupić m.in. samoloty szkolne, rakiety  średniego i dalekiego zasięgu, okręty podwodne…  Wymianie trzeba będzie poddać nieomal całość uzbrojenia wojsk lądowych (artyleria, czołgi, wozy bojowe). MON zapowiada, że w najbliższych latach Polska na uzbrojenie wyda około 140 mld PLN. To są ogromne pieniądze, a wiadomo, że z racji słabej kondycji polskich zakładów duża ich część trafi do producentów zagranicznych. Do których? No i co MON będzie kupował? [caption id="attachment_23029" align="alignleft" width="130"] Lipiec 2001. Dziennik „Rzeczpospolita”: Skorumpowany minister S.[/caption] Minister Skrzypczak, były dowódca wojsk lądowych bez wątpienia zna się na uzbrojeniu. Wie też zapewne dobrze, w jaką broń należałoby polskie wojsko wyposażać. Jednocześnie z racji zajmowanego stanowiska musi mieć różnorodne kontakty z producentami uzbrojenia i sprzętu wojskowego. A w takich sytuacjach łatwo można się natknąć na ludzi, którzy zabiegając o przychylność dla swoich ofert użyją wszystkich środków, także spoza prawa, aby swój cel osiągnąć. Tymczasem Skrzypczak głośno i stanowczo deklarował, że żadnym naciskom nie ulegnie. Pozbawienie go stanowiska mogłoby wiec być potrzebne tym, którzy chcieliby załatwiać swoje interesy nie koniecznie przy otwartej kurtynie. Odnajduję więc sporo podobieństw w sytuacji mojej w 2001 roku i obecnej gen. Skrzypczaka, ale widzę też istotne różnice. Mnie kontrwywiad WSI „rozpracowywał” na polecenie ówczesnego ministra obrony (Komorowski) i za aprobatą premiera rządu (Buzek), który też mnie na wniosek ministra zdymisjonował. Do tego minister Komorowski chciał przeprowadzającego operację „Szary Mietek” szefa kontrwywiadu WSI (płk Mochol) awansować na generała i nawet złożył odpowiedni wniosek do prezydenta. Inaczej jest w przypadku Waldemara Skrzypczaka. Broni go minister Siemoniak, a premier Tusk nadzorujący tajne służby odwołał ze stanowiska szefa kontrwywiadu wojskowego Janusza. Noska, który wcześniej, dodajmy tak jakoś „sam z siebie”, zawiadomił prokuraturę o skorumpowaniu wiceministra Skrzypczaka. Czyj to Nosek, czyj? Przełożeni wiceministra Skrzypczaka, minister Siemoniak i premier Tusk zachowują się tak, jakby nic nie wiedzieli o tym, co robił szef SKW Nosek. Tymczasem zgodnie z art. 19 ustawy z dnia 9 czerwca 2006 roku o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego szef SKW jest zobowiązany powiadomić ministra obrony i przekazać „niezwłocznie Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej i Prezesowi Rady Ministrów informacje mogące mieć istotne znaczenie dla bezpieczeństwa i międzynarodowej pozycji Rzeczypospolitej Polskiej”. Skoro w kwietniu 2013 roku Janusz Nosek skierował do Naczelnej Prokuratury Wojskowej zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez ministra Skrzypczaka, to najpóźniej w marcu powinien był powiadomić Siemoniaka, Tuska i… Komorowskiego co odkrył. Czyżby podejrzenie skorumpowania wysokiego urzędnika państwowego odpowiadającego za zakupy uzbrojenia za wiele miliardów złotych było informacją bez znaczenia „dla bezpieczeństwa i międzynarodowej pozycji Rzeczypospolitej”? W prasie pojawiły się spekulacje na temat rzekomej wojny między generałami Noskiem i Skrzypczakiem. Skrzypczak rzeczywiście jest generałem broni WP. Trudno jednak Noska uznać za takiego samego generała jak Skrzypczak. Mimo generalskich szlifów Nosek jest stuprocentowym cywilem. W wojsku nigdy nie służył i do objęcia szefostwa SKW stopnie otrzymywał jako funkcjonariusz służb cywilnych UOP i ABW. Właśnie to jego „pochodzenie” ze środowiska cywilnych tajniaków każe się zastanowić, dlaczego ktoś taki jak on wybrał się na wojnę, w której stracił stanowisko i naraził się premierowi; ”Mundurowi powinni umieć zacisnąć zęby, kiedy dotykają ich trudne decyzje” – powiedział w Sejmie Donald Tusk. Tak nierozważnie mógłby postąpić tylko ktoś niemądry, a Nosek wygląda na spryciarza. Posłowie Prawa i Sprawiedliwości kilka razy zgłaszali poważne uchybienia w pracy szefa SKW. Tusk puszczał to mimo uszu. Co więc się stało, że premier słuch odzyskał i Noska odwołuje nie pytając nawet o opinię prezydenta, do czego w takim przypadku zobowiązuje go ustawa? [caption id="attachment_23030" align="aligncenter" width="300"] Nosek to czyj?[/caption] Interesującą hipotezę odwołania Noska przedstawił płk Andrzej Kowalski. W wywiadzie dla „Naszego Dziennika” (30.09.) były szef SKW mówi: „Upraszczając, można powiedzieć, że mamy wojnę dwóch niedźwiedzi: obozu prezydenta i obozu premiera tłukących się między sobą. Zakupy uzbrojenia dla wojska są tak dużym strumieniem pieniędzy, że każda ze stron chce mieć dominujący głos w tej sprawie.” A pytany przez dziennikarza, czy Skrzypczak może być ofiarą tej wojny odpowiada: „Wygląda na to, że chodziło o to, by przestał pełnić funkcję, którą pełnił w MON, i nie decydował w sprawach, o których miał decydować.” Skoro jednak mamy wojnę dwóch niedźwiedzi, to może za, zdaje się, samobójczą akcją Noska stoi „niedźwiedź” z tego „obozu prezydenta”? A Nosek narażając się Tuskowi jednocześnie zasługuje się u Komorowskiego. [caption id="attachment_23032" align="aligncenter" width="300"] Komorowski awansuje Noska na generała WP. Pierwszy od lewej stoi Bogdan Klich.[/caption] A ponadto mimo usunięcia Noska z SKW jego poczynania mogą przynieść zamierzony skutek. Jeśli bowiem prokuratura podejmie śledztwo, to w następstwie także Skrzypczak zostanie odwołany ze stanowiska. Wówczas cel – „Skrzypczak won z MON” – zostanie osiągnięty. Żeby tak się stało wystarczy, aby wspomniany „niedźwiedź” miał możliwość wpływania na to co zrobi prokuratura, jak wiadomo „niezależna od rządu”. Czy będzie niezależna od drugiego „niedźwiedzia”? Kotylionowy generał Funkcjonariusz cywilnych służb Janusz Nosek pochodzi z krakowskiego UOP. Dla polityków dzisiejszej Platformy Obywatelskiej to bardzo ważne środowisko. Zanim bowiem powstała PO stąd czerpali oni kandydatów do obejmowania centralnych stanowisk w służbach. Robił to wpływowy niegdyś polityk Jan Maria Rokita, który zresztą spowodował decyzję Buzka, że w czerwcu 2000 roku to Komorowski objął w rządzie AWS stanowisko szefa MON. Za sprawą Rokity z krakowskiego UOP do centrali WSI trafili Tadeusz Rusak (szef) i Kazimierz Mochol (zastępca szefa). Obaj wiernie służyli Komorowskiemu, a Rusak później przechwalał się na stronie internetowej Stowarzyszenia SOWA założonego przez osoby z rozwiązanego WSI: „To ja zniszczyłem karierę Szeremietiewa”. Z tego właśnie krakowskiego UOP pochodzi też Janusz Nosek, o którym powszechnie wiadomo, że jest blisko związany z Komorowskim. Odwołany szef SKW jest z zawodu, tak jak Komorowski, nauczycielem historii. W 1992 roku trafił do UOP i zajmował tam, a następnie w ABW, różne stanowiska kierownicze. W wojsku nie służył i nie ma żadnego przygotowanie w tej dziedzinie, a mimo to w 2008 roku, na wniosek ministra obrony Klicha, premier Tusk mianował Noska szefem wojskowej służby kontrwywiadowczej. W dwa lata później, 9 listopada 2010 roku, Komorowski awansował go na generała Wojska Polskiego. [caption id="attachment_23031" align="aligncenter" width="300"] Nosek w mundurze generalskim ozdobionym bronkowym kotylionem.[/caption] Awans otrzymał pół roku po tym, jak dowodzona przez niego służba wykazała się skrajną nieudolnością ochraniając zwierzchnika sił zbrojnych i najwyższych dowódców wojskowych w przelocie do Smoleńska na uroczystości katyńskie. A teraz mimo takich „zasług” Tusk postanowił go odwołać –  zdaje się premier złapał prezydenta za Nosek. A wracając do wspomnianego déjà vu – zarówno w mojej sprawie w 2001 roku jak i teraz w tej związanej ze Skrzypczakiem, nie wiedzieć czemu pojawia się Komorowski. Znane powiedzenie zaś mówi, że jak nie wiadomo o co chodzi, to zwykle chodzi o pieniądze. Romuald Szeremietiew

My, partyzanci

Wszyscy wkoło wołają o zapewnienie naszemu krajowi bezpieczeństwa, postulują wzmocnienie armii, gdyż – jak przekonują – w naszym położeniu geopolitycznym jest to absolutnie niezbędne. Tymczasem NATO ulega erozji, Unia Europejska nikomu realnego bezpieczeństwa nie zapewni; wprawdzie chce tworzyć imperium, ale wyłącznie po to, żeby dzielić pieniądze, których jest coraz mniej.
Do Polski też popłynie cieńszy strumień tzw. środków unijnych, cięcia staną się więc nieuchronne; zadłużenie rządu naszego i innych państw europejskich wystrzeliwuje w stratosferę, budżety puchną, deficyty wzrastają. Dowiadujemy się, że budowę korwety Gawron przerwano po 10 latach, ponieważ zabrakło pieniędzy, to może być znak czasu, zapowiedź tego, co czeka nasze niezbyt potężne siły zbrojne. Kiedy coraz bardziej zadłużające się rządy staną przed wyborem „masło” czy „armaty”, wybiorą „masło”, ponieważ w demokracji byt partii i innych politycznych bractw bardziej zależy od dzielenia „masła” niż od dzielenia „armat”. Dlatego – mimo zaciekłego oporu lobby zbrojeniowego – wydatki na armie będą zmniejszane.  Być może kierunek wytycza Austria; jak przeczytałem w „Gazecie Wyborczej”, w austriackiej armii wstrzymano szkolenia czołgistów i artylerzystów. Powód? Oczywiście, oszczędności. Rzecznik austriackiego MON oświadczył, że w najbliższych latach dwie trzecie z 1150 wozów opancerzonych i czołgów zostanie sprzedanych lub pójdzie na złom, być może armia austriacka całkowicie pozbędzie się broni ciężkiej (broń pancerna, artyleria i artyleria przeciwlotnicza). Przed atakiem atomowym i przed zmasowanymi bombardowaniami z powietrza ani sami się nie obronimy, ani nikt inny nas nie obroni, tarczy antyrakietowej nikt nad nami rozpostrzeć nie zamierza; floty wojennej zdolnej do realnych akcji wojennych nie posiadamy, lotnictwo nadaje się raczej na pokazy niż do odparcia ataku z powietrza. Korpusy ekspedycyjne? A po jakie licho nam one?  Udział w wyprawach organizowanych przez Imperium Amerykańskie jest nieopłacalny, misje oenzetowskie są całkowicie bezsensowne, bo jedynie przedłużają konflikty, a tak w ogóle ONZ do niczego już nie jest potrzebna i należałoby ją rozwiązać. Czy w ewentualnej przyszłej wojnie dojdzie do bezpośredniej konfrontacji z wrogiem w formie bitew pancernych czy starć wielkich zgrupowań piechoty? Mało prawdopodobne.  Być może prędzej czy później, wzorem Austriaków, pozbędziemy się także broni ciężkiej, zwłaszcza, że teoretycy wojny coraz częściej mówią o takich zjawiskach jak wojny postnowoczesne (z elementami przednowoczesnymi), wojny post-clausewitzowskie, asymetryczne, nielinearne wojny „szarej strefy”, wojny bez stopni, rang, mundurów, wojny zbrojnych band plemiennych, piratów, warlords, prywatnych armii i innych nieregularnych formacji, wojny, w których nie istnieją zdefiniowane pola walki i linie frontu, wojny bez czasowych i geograficznych ograniczeń, bez stałych zasad użycia broni, bez stałych form, metod, celów, sposobów i skali walki. Wielkie a nawet średnie regularne armie z bronią pancerną i artylerią niewiele mają tu do roboty. Trzeba zatem przejść do nowego etapu bez stałej armii w dawnym stylu, zostawiając rzecz prosta kompanię honorową, orkiestry wojskowe, kuchnie polowe, ale pamiętając jednocześnie, iż świat jest nadal pełen złych ludzi, którzy lubią napadać na innych, wdzierać się na ich terytorium, zabierać im wolność i własność. Dlatego rozwiązanie stałej regularnej armii nie może oznaczać rozbrojenia obywateli, którzy muszą mieć możliwość samoobrony. „Chcesz pokoju, zbrój się”, to hasło nie przestało być aktualne. Chodzi przede wszystkim o „ubojowienie narodu”, czyli stopniowe rozszerzanie dostępu do broni palnej  i przygotowania do wojny partyzanckiej w razie obcego najazdu. My Polacy dysponujemy wspaniałymi tradycjami partyzanckimi, powstańczymi, konspiracyjnymi, tradycjami pospolitego ruszenia, konfederacji, samoobrony terytorialnej itd. Do nich powinniśmy nawiązać w sytuacji braku stałej regularnej armii. Rzecz jasna, w obecnych czasach będziemy potrzebować również cyberpartyzantów, partyzantów-hackerów, internetowych sabotażystów itp. Tradycja powstańczo-partyzancko-konspiracyjna (niech żyje liberum conspiro!) będzie nam bardzo pomocna nie tylko jako rezerwuar praktycznych doświadczeń, uzupełniony przez studiowanie różnych rodzajów współczesnej taktyki partyzanckiej (Afganistan, Czeczenia, palestyńska intifada, partyzantka miejska), ale także jako instrument propagandy skierowanej na zagranicę – potencjalni agresorzy dwa razy się zastanowią, czy napaść na Polaków gotowych do popełnienia największych szaleństw w imię obrony swojej wolności. Nawet największy krytyk Muzeum Powstania Warszawskiego musi przyznać, że w ramach wojny psychologicznej pełni ono ważną funkcję odstraszającą.  Z MPP wysyłamy mocny sygnał ostrzegawczy do potencjalnych wrogów: my Polacy będziemy zawsze przeciwko wam knuć i spiskować, my nie cofamy się przed niczym, poszlibyśmy na wroga choćby z gołymi rękami, a pójdziemy tym bardziej, że wielu z nas ma broń zakupioną legalnie w sklepie.  „Gdy trąbki bojowej odezwie się ton”, wszyscy staniemy się „żołnierzami wyklętymi”. Jednocześnie w działaniach na płaszczyźnie propagandowej powinniśmy nawiązywać do pięknych staropolskich doktryn wojny i pokoju (Paweł Włodkowic, Stanisław ze Skarbimierza, Andrzej Frycz Modrzewski, Bracia Polscy) głosząc absolutne potępienie wojen „napastniczych” (których zresztą od wieków nie prowadziliśmy), a dopuszczalność jedynie wojny sprawiedliwej, czyli wojny w obronie koniecznej, kiedy ktoś wkroczy na naszą ziemię, na naszą własność, na nasze terytorium. Stale obecnymi w naszej propagandzie wątkami winno być potępienie militaryzmu, wyścigu zbrojeń, niesprawiedliwych wojen, interwencji zbrojnych i promowanie idei pokoju, no, może nie wiecznego, ale jak najdłuższego. My Polacy powinniśmy stanąć w pierwszym szeregu bojowników o pokój, o rozbrojenie zarówno jeśli  chodzi o arsenały broni atomowej, jak i konwencjonalnej. Nigdy więcej wojny! Pokój, pokój, pokój! – ten okrzyk winien rozbrzmiewać z Polski na cały świat. W naszej kulturze politycznej, w naszych odruchach politycznych, w naszej wyobraźni historycznej  zakorzeniony jest obraz dworu i dworku  szlacheckiego, dobrze wyposażonego w  broń wszelkiego rodzaju, oraz  zagrody chłopskiej, gdzie każdy gospodarz  ma obrzyna, strzelbę, siekierę i kosę. Nasi wrogowie niechaj wiedzą, że „twierdzą nam będzie każdy dom” (polski odpowiednik amerykańskiej „home defense”).  W pogotowiu stać będą milicje obywatelskie i ochotnicze formacje samoobrony terytorialnej i obrony cywilnej. Ponadto  powstaną  prywatne agencje ochrony, pojawią się  oddziały najemników i inne  formy bezpieczeństwa prywatnego. Należy popularyzować strzelectwo (mamy stanowczo za mało strzelnic), „survival”, sporty walki i sporty obronne, zapasy, boks; generalnie powinno położyć się większy nacisk na wychowanie fizyczne i sportowe dzieci i młodzieży, w szkołach niech się pojawią lekcje szermierki. Wspierać należy rozwój harcerstwa. Korporacje studenckie powinny powrócić do pojedynków.  Związki Strzeleckie i bardzo modny obecnie w Polsce ruch rekonstrukcji historycznych także wnoszą pewien wkład w realizację hasła „naród pod bronią”. Nie zapominajmy o jeździectwie, bo czyż w warunkach postnowoczesnej wojny nie przydadzą się szybkie oddziałki kawalerii? Jeźdźcy z minilaptopami i wyrzutniami inteligentnych rakiet na plecach? Promować należy niezależność jednostek, rodzin i terytoriów od wielkich aparatów i sieci zaopatrujących nas w energię i żywność, upowszechniać sposoby życia pozwalające się od nich – choćby częściowo – odłączyć, popularyzować kulturę samowystarczalności, przypominać zapomniane już praktyczne umiejętności pomagające przetrwać w warunkach kryzysowych, w tym np. metody medycyny domowej. W budownictwie propagować należy wznoszenie domów maksymalnie samowystarczalnych w aspekcie energetycznym, zawsze z piwnicami i strychami, z autarkicznym ogrzewaniem (piece kuchenne, szwedzkie piece, kominki, piece kaflowe itd.). Każdy dom, każde mieszkanie powinno być należycie wyekwipowane z wykorzystaniem współczesnych możliwości technicznych – baterie słoneczne, filtry do wody np. katadyn, lampy petromax. Wyrabiać należy u siebie i innych nawyk czynienia zapasów żywności, wody, artykułów higienicznych, tak aby być zabezpieczonym na wypadek inwazji obcych wojsk. Należy dążyć do maksymalnego uniezależnienie się od żywności przetworzonej sprzedawanej przez wielkie sieci handlowe. Pożądany byłby – na tyle na ile to możliwe – powrót do zaopatrywania się bezpośrednio u producentów żywności oraz do wytwarzania żywności we własnym zakresie.    Każdy powinien mieć w domu zapas ziarna i młynek do jego mielenia. Trzeba ponownie odkryć dawne sposoby dłuższego przechowywania żywności jak wekowanie, peklowanie, marynowanie, wędzenie. Upowszechniać należy przydomową hodowlę królików i kur. Oczywiście w warunkach wielkomiejskich nie wszystko jest możliwe, ale np. coraz bardziej popularny ruch miejskiego rolnictwa świadczy o tym, że także w miastach da się sporo zrobić.  Dodajmy, że w kontekście dążeń do samowystarczalności żywnościowej każdą próbę likwidacji ogródków działkowych traktować należy jako działanie wymierzone w zdolności obronne Polski.  Razem z  działkowcami wznieśmy stare dobre  hasło: „Dig for Victory!” Popularyzować należy naturalne style i sposoby odżywiania obywające się bez wysoko przetworzonych produktów żywnościowych, czy będzie to wegetarianizm, weganizm, witaranizm (jedzenie surowych tj. niegotowanych i nieprzetworzonych, świeżych warzyw i owoców, orzechów, kiełków nasion i ziaren, suchych owoców, wodorostów i alg) czy też paleo, także w wersji raw paleo (surowe mięso, surowe jajka); zresztą w warunkach wojny partyzanckiej konieczne będzie zapewne połączenie obu sposobów odżywiania. W każdym razie powinno się krzewić wiedzę o dziko rosnących warzywach, owocach i ziołach. W ramach przygotowań do przyszłej wojny partyzanckiej należy już dziś umacniać więzy i dobre relacje z rodziną, sąsiadami, współlokatorami, kolegami, budować „networki” podobnie myślących i czujących ludzi, wyrabiać postawy nastawione na kooperację, na wspólne działanie i pomoc wzajemną. To wszystko przyda się, kiedy trzeba będzie zejść do podziemia. Jeśli chodzi o aspekt ekonomiczny, to celem powinno być maksymalne uniezależnienie się od wielkich banków i instytucji państwowych, nauczenie się życia bez bankowych kredytów, bez kart kredytowych i innych metod obrotu bezgotówkowego, dzięki którym przyszły okupant mógłby wyśledzić partyzantów; budując zapas gotówki w różnych walutach partyzant musi pamiętać, że ponad „papierowymi wartościami” stoją wartości rzeczowe oraz złoto i srebro. I wreszcie wszyscy przygotowujący się do przyszłej wojny partyzanckiej powinni kształtować u siebie i u innych partyzancką postawę wobec świata polityki, mediów, nauki, cechującą się intelektualną i emocjonalną niezależnością od struktur politycznych i medialnych, unikaniem strumieni masowej informacji, poszukiwaniem wiedzy i prawdy poza naukowo-ideologicznymi dyskursami produkowanymi w molochach zbiurokratyzowanej nauki poddanej presjom politycznym lub komercyjnym. Los partyzanta, konspiratora, sabotażysty, dywersanta, los leśnego wędrowca – oto nasz los. Gromadzimy się w tajnych punktach zbornych, aby o poranku lub o zmierzchu wyruszyć na akcję przeciwko wszystkim, którzy chcieliby decydować o naszym życiu. Tomasz Gabiś Foto.: PSz/Prokapitalizm.pl Autor prowadzi swojego bloga tomaszgabis.pl. Przedruk za zgodą Autora.

Wojna czwartej generacji

Od niepamiętnych czasów cel wojny sprowadza się do dwóch rozwiązań: długotrwałego opanowania terenu i podporządkowanie sobie tubylczej ludności, albo krótkotrwałego zajęcia terenu, złupienia go i uprowadzenia ludności w niewolę.
Wielki teoretyk wojskowy, pruski generał Carl von Clausewitz pisał, że wojnę prowadzi triada: rząd-armia-naród. Rząd podejmuje decyzję wypowiedzenia wojny i wytycza jej cele, armia realizuje zadania postawione przez rząd, a naród wspiera armię rekrutem i dostarcza środków koniecznych do prowadzenia działań zbrojnych. Zawarte w dziele „O wojnie” przemyślenia Clausewitza sprawdzały się jeszcze do niedawna. Teraz, gdy wkraczamy w epokę wojen IV generacji, kanony dyrektora berlińskiej akademii wojskowej przestają obowiązywać. W wojnach pierwszej generacji, gdzieś na dogodnych błoniach potykały się uszykowane w czworoboki, linie i kolumny skoncentrowane pułki konnicy i piechoty, by własnoręcznie, fizycznie wyeliminować wroga. Była to konfrontacja wielkich mas ludzkich wystawionych przez królestwa jedno lub wielonarodowe. Tak było pod Grunwaldem i jeszcze na początku I wojny światowej. Drugą generację wojen charakteryzowała zmasowana siła ognia. Ostrzał artyleryjski z dział o gwintowanych lufach i ogień broni maszynowej, przy ograniczonej możliwości atakowania tyłów przeciwnika za pomocą dział i moździerzy dalekiego zasięgu, sterowców i raczkującego lotnictwa bombowego. Żołnierze na wyznaczonej linii frontu maskowali się w mundurach o barwie zbliżonej do kolorytu pola walki, kryli się w okopach i atakowali tyralierą. Opanowanie lub zniszczenie ważnych aglomeracji miejskich i ośrodków przemysłowych decydowało o powodzeniu kampanii, a wojennym profitem było przede wszystkim przejęcie kontroli nad źródłami surowców. W totalnych konfliktach zmagały się całe narody suwerennych państw połączonych w koalicje. Generacja ta zrodziła się na początku I wojny światowej, a zestarzała w trakcie II wojny światowej. Osią wojen trzeciej generacji była zdolność manewrowa oraz uzbrojenie umożliwiające precyzyjne atakowanie wybranych celów poza linią frontu, głównie ośrodków dowodzenia oraz węzłów komunikacji i łączności. Doktryna zalecała, żeby zamiast ataku frontalnego i przełamywania linii obronnych, omijać silnie bronione punkty i otaczać zgrupowania sił wroga. Uczestnikami krótkich operacji o dużej intensywności były często siły ekspedycyjne ponadnarodowych sojuszy. W konfliktach uczestniczyły całe społeczeństwa zagrożone w równej mierze na froncie i na tyłach. Można przyjąć, że konflikty trzeciej generacji rozpoczęła wojna polsko-bolszewicka 1920 roku (jako wojna manewrowa), ich szczytowym punktem był niemiecki Blitzkrieg, a definicyjną wręcz formą – tak zwana pierwsza wojna w Zatoce Perskiej, czyli wojna o Kuwejt. Trzy pokolenia konfliktów zbrojnych mieściły się jeszcze w ramach kanonu generała von Clausewitza, w myśl którego suwerenne państwo kontrolowało działania narodowej armii wspartej przez przeważającą większość społeczeństwa. Obecnie rządy w coraz większym stopniu same rezygnują z suwerenności i czynią się podległymi organizacjom, takim jak ONZ, NATO lub Unia Europejska. Jednocześnie trwa proces erozji państw narodowych, ich atomizacja na regiony, klany polityczne i grupy interesów. Armie wpisane zostały przez polityków w struktury wojskowych sojuszy, których statuty ograniczają suwerenny monopol państwa nad własnymi siłami zbrojnymi. Granice międzypaństwowe rozmyły się i dokładnie nie wiadomo, czego armie mają bronić, a narody błąkają się szukając wyznaczników lojalności. Jeszcze do niedawna, kiedy w Europie ścierały się wpływy dwóch potężnych bloków militarnych – NATO i Układu Warszawskiego – można było mówić o wspólnym interesie obronnym żołnierza tureckiego i norweskiego. Obu zagrażała wówczas ta sama Armia Czerwona, ale obecnie nawet to psychologiczne spoiwo zmurszało. Post-zimnowojenne migracje ludnościowe zatarły klarowność narodowych podziałów. Interesy wielkich grup finansowych lub wytwórczych i lojalności grupowe (np. obrońców środowiska naturalnego lub piłkarskich kibiców) mają często transgraniczny charakter, a lojalność w stosunku do koszulki klubowej bywa czasem silniejsza niż wobec godła państwowego widniejącego na okładce paszportu noszonego aktualnie w kieszeni. Równolegle z kruszeniem się ram państwowych na rzecz tworów ponadnarodowych trwa proces rozpadu państw narodowych na ziemstwa, co na naszym kontynencie przyspiesza polityka regionalizacji Unii Europejskiej. W życiu społecznym i politycznym zacierają się linie podziału między tym, co publiczne, a co prywatne, co rządowe, a co korporacyjne, a także między tym, co wojskowe, a co cywilne. Galopuje ewolucja systemów politycznych, gospodarczych i struktur społecznych zwykle stanowiących oparcie dla sił zbrojnych. Szybka i de facto pozbawiona geograficznych granic komunikacja (w 24 godzin można dolecieć do dowolnego dużego miasta na świecie), obfitość informacji (Internet, telewizje satelitarne), łatwość dostępu do wiadomości i ich rozpowszechniania, tworzą wielorakie powiązania transgraniczne, których sieci przenikają się wzajemnie zachowując przy tym daleko posuniętą autonomię. Jeszcze całkiem niedawno społeczna rozgłośnia, a raczej ośrodek informacyjno-edukacyjno-kulturowy, łączący słuchaczy w jedno, jakim jest „Radio Maryja”, był wprost nie do pomyślenia. I to nie ze względu na komunistyczny monopol informacji z jego cenzurą, lecz z przyczyn technicznych. Podobną funkcję społecznego oddziaływania pełniła w swych najlepszych latach BBC, kiedy była informacyjnym zwornikiem brytyjskiego imperium, nad którym nigdy nie zachodziło słońce. Jedna i druga rozgłośnia ma transgraniczny zasięg i globalne audytorium. Najważniejsza róznica polega na tym, że BBC powołał rząd za ogromne pieniądze w celu związania z metropolią ekspatriowanych urzędników kolonialnych, natomiast „Radio Maryja” powstało z potrzeby ducha, stworzone przez grupę ofiarnych ludzi i miliony słuchaczy utożsamiających się z rozgłośnią i samoorganizujących się w Rodzinę Radia Maryja. Można zatem zaryzykować twierdzenie, że we współczesnym świecie zanika powoli wertykalny system kontroli państwowej na rzecz horyzontalnego systemu oddziaływania. Kto tych zmian nie pojmuje, temu pozostaje utyskiwanie na „mohairowe berety”. Od strony czysto militarnej rosnąca siła uzbrojenia (broń jądrowa) i precyzja środków rażenia (samonaprowadzanie się pocisków na cel) sprawiły, że wojny przestały być opłacalne. Zwycięzca współczesnej wojny konwencjonalnej opanuje wprawdzie terytorium, ośrodki przemysłowe i surowce przeciwnika, ale w najlepszym razie dostanie w nagrodę ruiny oraz chmary uchodźców. W wojnie nuklearnej ewentualnym łupem może być radioaktywna pustynia, na którą wejść będzie można dopiero po wielu dziesięcioleciach. Odtajniony niedawno brytyjski dokument z okresu „wczesnojądrowego”, raport z wiosny 1953 roku, szacował, że w wyniku sowieckiego ataku bombami atomowymi „typu Nagasaki”, w najważniejszych aglomeracjach miejskich Zjednoczonego Królestwa zginie 1 milion 378 tysięcy osób, a 785 tysięcy zostanie rannych. I to w sytuacji, kiedy władze będą miały czas przeprowadzić ewakuację miast, z których wywiezionych zostanie ponad 5 milionów kobiet, dzieci i ludzi w starszym wieku, a ponad 4 miliony mieszkańców wyjedzie na własną rękę. Według tej samej oceny, atak nuklearny zniszczy do fundamentów 2 miliony 163 domów, a 10 milionów 163 tysiące domów zostanie uszkodzonych takim stopniu, że będą niezdatne nawet do tymczasowego zasiedlenia. Przy takich rozmiarach potencjalnych zniszczeń „tradycyjne” wojny przestały się kalkulować. Rozpoczęto poszukiwania rozwiązań umożliwiających podbicie przeciwnika przy maksymalnym zachowaniu jego siły żywej i minimalnych szkodach dla jego substancji materialnej. W co inteligentniejszych kołach wojskowych zdano sobie również sprawę z nieprzystosowania sił zbrojnych do zmieniającego się świata. Wyszkolone na tradycyjnych wzorcach armie, przygotowane były do niszczenia pionowych systemów dowodzenia, łączności i kontroli wojsk przeciwnika oraz do opanowywania równie pionowych struktur wrogiego państwa. Tymczasem we współczesnym świecie coraz częściej stają przed koniecznością zwalczania poziomych organizacji o strukturze sieciowej, często pozbawionych hierarchii, a nawet jasno zdefiniowanych przywódców. Do takich zadań nie jest przygotowana nawet armia amerykańska, która swego czasu wymyśliła przecież trudny do zniszczenia sieciowy system łączności strategicznej, który stał się prekursorem internetu. Zmierzch wojen „według Clausewitza”, brytyjskie służby wywiadowcze przepowiadały krótko po zakończeniu II wojny światowej. W prognozie sowieckich planów strategicznych datowanej 1 marca 1946 roku, brytyjski Wspólny Komitet Wywiadowczy (Joint Intelligence Committee) oceniał, że dla utrzymania świeżo zagarniętych krajów Europy Środkowej oraz dla opanowania Turcji i Iranu, Moskwa nie ucieknie się do otwartej wojny, ale „wykorzysta w pełni propagandę, naciski dyplomatyczne oraz zagraniczne partie komunistyczne”. Przewidywano również, że Kreml prowadzić będzie „agresywną politykę z użyciem wszelkich środków, z wyjątkiem wojny”, a dla osiągnięcia dominującej pozycji na świecie wykorzysta partie komunistyczne oraz „określone organizacje międzynarodowe”. Świat wkraczał w nową wojnę, tylko tym razem miała to być wojna „zimna”, w której najistotniejszym orężem miały być: informacje wywiadowcze, szantaż, propaganda oraz dywersja ideologiczna i polityczna. Doświadczenia „zimnej wojny” skłoniły teoretyków wojskowych do konkluzji, że mija era konfrontacji wielkich machin wojennych, a zaczyna się epoka konfliktów niskiej intensywności (low intenisty conflict) oraz wojen pośredników (war by proxy), czyli walk partyzanckich i działań terrorystycznych. Ppłk Thomas Hammes z amerykańskiej piechoty morskiej sporządził analizę porównawczą różnych konfliktów drugiej połowy XX wieku wychodząc od instrukcji mobilizacji politycznej mas Mao Tse-tunga. W opinii Mao mobilizacja polityczna to wstęp do regularnych działań wojennych i podstawowy warunek wygrania wojny, to element bardziej istotny niż umiejętności militarne. Mao wyróżnił trzy fazy zwycięskiej kampanii partyzanckiej. W pierwszej, głównym zadaniem jest tworzenie silnej bazy politycznej, natomiast działania zbrojne ograniczone są do akcji nękających przeciwnika oraz do fizycznej likwidacji przeciwników politycznych. Druga faza, to pat strategiczny. Partyzanci konsolidują kontrolę nad opanowanym terenem, na którym wprowadzają własną administrację. Aktywizują się również militarnie, jednakże pod warunkiem, że ich działania przyniosą konkretne korzyści polityczne. Faza trzecia, to rozpoczęta, po osiągnięciu przewagi, ofensywa strategiczna, podczas której partyzanci uformowani w regularne oddziały dążą do obalenia rządu siłą w „tradycyjny sposób”. Według zaleceń Mao (wzorowanych na przemyśleniach Lenina), partyzanci powinni tworzyć zjednoczony front różnych ugrupowań politycznych i organizacji społecznych. Tą drogą należy budować sieć powiązań propagandowo-wywiadowczych, dzięki którym każdy członek społeczeństwa zostanie wpisany w wysiłek wojenny. Równolegle należy prowadzić dwutorową kampanie propagandową prowadzącą z jednej strony do erozji woli politycznej przeciwnika oraz zniechęcenia jego sojuszników do udzielania pomocy, a z drugiej, do zjednania sobie przyjaciół i sojuszników. Koncepcje Mao rozwinęli wietnamscy przywódcy Ho Chi Minh oraz generał Vo Nguyen Giap. Ho Chi Minh uważał, że czynnikami decydującymi o przebiegu i wyniku wojny są międzynarodowa sytuacja polityczna oraz światowa opinia publiczna. Dlatego poszedł dalej niż Mao i w trakcie wojny wietnamskiej zbudował sieć powiązań międzynarodowych, dzięki którym mógł wywierać wpływ na społeczeństwo amerykańskie i zmieniać jego stosunek do wojny. Manipulując umiejętnie mediami i akcjami partyzanckimi Ho i Giap potrafili zaprezentować konflikt wietnamski jako problem niemożliwy do rozwiązania przez Stany Zjednoczone i tym samym zniechęcić Amerykanów do szukania dróg zwycięstwa. Ho i Giap nie dążyli do militarnego pokonania przeciwnika. Skruszyli jego wolę walki pośrednio, poprzez oddziaływanie światowej opinii publicznej i w ten sposób zmusili USA do wycofania się. Kilka lat później w Nikaragui, Front Wyzwolenia Narodowego im. Sandino (FSLN) nawet nie planował zwycięstwa militarnego. Zamierzał przejąć realną władzę stojąc w cieniu, drogą wywierania wewnętrznego i zewnętrznego nacisku na rząd prezydenta Anastasio Somozy. W ocenie płk Johna Waghelsteina, analityka działań wywrotowych z Instytutu Studiów Strategicznych, Sandiniści obalili Somozę i przejęli władzę, ponieważ stworzyli inspirowany przez siebie ruch organizacji politycznych, który zdobył szerokie poparcie wewnątrz kraju i gorącą sympatię za granicą. Zadbali przy tym, żeby ich zagranicznych sympatyków nie można było powiązać z Kubą, Związkiem Sowieckim, czy państwami bloku wschodniego. Legitymację moralną uzyskali powołując się na teologię wyzwolenia modną wówczas wśród części duchownych Kościoła Katolickiego w Ameryce Łacińskiej. Po takich przygotowaniach wzięli szturmem opinię publiczną Stanów Zjednoczonych manipulując umiejętnie lewicującymi dziennikarzami amerykańskich i światowych mediów, aż do podsuwania im nie tylko tematów, ale nawet gotowych tekstów. Osobną kampanię (wzorowaną w sporej mierze na działaniach Kominternu) prowadzili wykładowcy i mówcy wykreowani przez Sandinistów na autorytety moralne i naukowe. Odwiedzali oni amerykańskie organizacje akademickie, społeczne i kościelne tłumacząc „drugie dno” informacji napływających z Nikaragui i apelując o naciski na kongresmanów zasiadających w Waszyngtonie w komisjach odpowiedzialnych za kwestie bezpieczeństwa i polityki zagranicznej USA. Utworzona przez Sandinistów sieć propagandowa skutecznie wytworzyła obraz Frontu Wyzwolenia jako organizacji demokratycznej opierającej się krwawemu reżymowi Somozy. Wielokierunkowe oddziaływanie tej sieci doprowadziło do zbudowania szerokiej koalicji wewnątrz i na zewnątrz Nikaragui, która otorbiła i sparaliżowała ekipę Somozy. Militarnie miała ona nadal przewagę nad Sandinistami, ale straciła wolę walki, wolała oddać władzę i uciec z kraju. Sandiniści przejęli władzę, odsunęli niedawnych sojuszników i zdławili protestujących, którym marzyła się prawdziwa demokracja. Zachowali jednak międzynarodową sieć zwolenników, dzięki której sparaliżowali poparcie dla opozycyjnych Contras montowane w Waszyngtonie przez administrację prezydenta Ronalda Reagana. Sandiniści tak skutecznie opanowali umysły „różowych” intelektualistów Europy zachodniej, że kiedy druzgocąco przegrali wybory, prezenterzy dzienników telewizyjnych BBC założyli czarne krawaty przed podaniem rezultatów głosowania. Wnikliwie analizowanym, chociaż jeszcze nie do końca rozpracowanym konfliktem o charakterystyce zbliżonej do wojen czwartej generacji była palestyńska intifada. Dysponujące zdecydowaną przewagą militarną, stechnicyzowane izraelskie siły zbrojnie zostały w niej pokonane przez zgraję nastolatków z kamieniami. Intifada rozpoczęła się spontanicznie 9 grudnia 1987 roku i w ciągu kilku dni rozszerzyła się na całe terytoria okupowane. Po kilku tygodniach miała już kierownictwo na trzech niezależnych poziomach. Lokalnie protestem kierowały „komitety sąsiedzkie”. Adaptowały one do swoich warunków ogólne wytyczne centralnego ośrodka koncepcyjnego - Zjednoczonego Narodowego Dowództwa Powstania. Oddziaływanie na zewnątrz i do wewnątrz społeczności palestyńskiej zapewniali naukowcy, dziennikarze i politycy. Wymienione tu trzy środowiska istniały przed intifadą, ale działały oddzielnie. Protest połączył ich wysiłki. Komitety sąsiedzkie zaopatrywały manifestujących na ulicach w wodę, żywność i organizowały pomoc medyczną dla rannych. Zjednoczone Dowództwo luźno koordynowało działalność komitetów, natomiast środowisko intelektualistów skoncentrowało się na oddziaływaniu na światową opinię publiczną – przede wszystkim amerykańską i izraelską. W sumie wypracowano strategię: ograniczonej przemocy (zakaz używania materiałów wybuchowych i broni palnej), maksymalnego wykorzystania środków masowego przekazu (przede wszystkim telewizji), podział terenu konfliktu na strefę niebezpieczną dla przeciwnika (tereny okupowane) oraz strefę względnego spokoju (terytorium Izraela). Odrzucenie przemocy i eksploatacja mediów sprawiły, że w ciągu kilku miesięcy Izrael, który cieszył się dotychczas powszechną sympatią, jako mały naród zagrożony przez otaczających go wrogów, zaczął być postrzegany jako brutalny okupant stosujący powszechnie terror wobec dzieci. Natomiast koncepcja dwóch stref przekonała wielu Izraelczyków, że korzystniej jest wycofać się i żyć na terenach, gdzie panuje spokój. Trudno jeszcze mówić o finalnych rezultatach intifady, która z przerwami i zmienną siłą trwa nadal, ale jak się wydaje Palestyńczycy osiągnęli dzięki niej więcej, niż w prowadzonych wcześniej tradycyjnych działaniach zbrojnych. Kształt wojny czwartej generacji jest nadal mgławicowy. W dotychczasowych dyskusjach przewiduje się, że będzie to raczej starcie idei i informacji niż stechnicyzowanych środków rażenia. Prognozuje się, że będzie to wojna bez linii frontu. Zanikają bowiem rozgraniczenia na „wojskowe” i „cywilne”. Naprzeciw tradycyjnych sił zbrojnych stają nieuzbrojeni cywile, a nawet uzbrojeni przeciwnicy szukają schronienia wśród ludności cywilnej, która ponosi we współczesnych konfliktach wyższe straty niż regularni, „frontowi” żołnierze. W wymiarze wojny czwartej generacji trudno jest o tradycyjny cel, który można obezwładnić i zniszczyć ogniem. Walka toczy się przede wszystkim w sferze informacji, nowym polem walki jest ludzka świadomość, a powodzenie zależy od opanowania zasobów informacji i wiedzy przeciwnika lub skutecznego manipulowania tą wiedzą. Dotyczy to zarówno wiedzy o sobie jak i o świecie zewnętrznym. Informacyjny atak może koncentrować się na wszystkich obywatelach danego kraju lub tylko na jego elicie rządzącej i kręgach opiniotwórczych, które po „przełknięciu” informacji podsuniętej potajemnie przez przeciwnika (lub skonsumowanej za wynagrodzeniem) wtórnie niejako manipulują współobywatelami. Cel wojny czwartej generacji nie zmienił się. Jest nim nadal podporządkowanie sobie innego społeczeństwa i złupienie go. Zmieniły się tylko metody osiągnięcia tego celu. Zamiast przemocy i siły rażenia stosuje się środki nie powodujące zniszczeń fizycznych, co umożliwia przejęcie w poddaństwo nie tylko ludzi, ale również zagarnięcie nienaruszonego majątku narodowego. Kontrolę nad ludźmi osiąga się potajemnie, w możliwie niezauważalny sposób, najczęściej przy pomocy zwerbowanej w tym społeczeństwie agentury wpływu. Wykorzystuje się przy tym kanały dyplomatyczne, propagandę, oddziaływanie psychologiczne, dywersję polityczną, kulturalną i obyczajową, a także manipulowanie historią i lokalnymi mediami, infiltracje sieci komputerowych, baz danych, itp. Zadaniem prowadzących działania wojenne czwartej generacji jest doprowadzenie, bez jawnej przemocy, do samozniszczenia się atakowanego narodu. Do takiego skorumpowania jego elity rządząco-opiniotwórczej, żeby skutecznie sprała mózgi własnego społeczeństwa, tak by bez oporu, samo oddało kontrolę nad sobą, własnym krajem i majątkiem. dr Rafał Brzeski Artykuł pochodzi z serwisu http://niepoprawni.pl