Tag Archives: wolność słowa

Wolność słowa po francusku

Jestem od połowy sierpnia we Francji, więc siłą rzeczy żyję trochę francuskimi sprawami. Popularny francuski tygodnik satyryczny „Charlie Hebdo” przygotował okładkę, w której nawiązuje do zamachu w Barcelonie. La Une de Charlie Hebdo przedstawia ludzi rozjeżdżanych przez samochód dostawczy z napisem „Islam religią pokoju… wiecznego”. Oczywiście posypały się już oskarżenia o islamofobię i szykują się pozwy do sądu.

Odkłamywanie historii – oczyścić własne podwórko

Zapewne każdy już słyszał o akcji odkłamywania zwrotu „polskie obozy śmierci” na stronach niemieckiej telewizji ZDF. Dodam, że akcja przenosi się powoli ze świata wirtualnego do realnego – wkrótce przed siedzibą ZDF–u pojawi się samochód z mobilnym bannerem przypominającym dziennikarzom niewygodną prawdę. Wcale też bym się nie zdziwił, gdyby podobne plakaty przywitały wybierającą się wkrótce do Polski kanclerz Angelę Merkel. Jej jurgieltnicy w Polsce, sugerujący istnienie narodu „nazistów” powoli się przekonują, że Polacy mają dość kłamstw i fałszywych oskarżeń.

Jak z tą wolnością w Chinach

Wolność to słowo, które trudno jednoznacznie zdefiniować ale każdy ma jakieś swoje tego słowa definiowanie. Mimo, że znakomita większość ludzi uważa ją za coś bardzo ważnego to zdajemy sobie sprawę, że mimo wszystko musimy tą wolność w jakimś punkcie zatrzymać. Wolność nieposkromiona będzie zmierzała do anarchii a tego również znakomita większość ludzi na świecie nie chce. Nie wszystkie inne wartości, które są dla nas też w życiu bardzo ważne hołdują szeroko rozumianej idei wolności.
W Polsce wolno mi wejść na internet i opluwać wszelkie autorytety ze św. pamięci papieżem Polakiem Janem Pawłem II włącznie. Mogę nawrzucać „rudemu” czy „kaczce” i nikogo to już nawet nie zainteresuje. W Chinach jeżeli napisałbym na tym blogu lub gdziekolwiek publicznie coś obraźliwego względem osób, które są na świeczniku musiałbym się liczyć z konsekwencjami. Tzw. brak wolności słowa. W Chinach za to mogę zaraz zejść na parter, gdzie sąsiad w swoim prywatnym mieszkaniu otworzył w jednym z pokoi małą restaurację. Nie musi dojeżdżać do pracy, płacić wynajmu, ZUS-u i innych złodziejskich praktyk więc ceny ma, że tak powiem przystępne. Jak policzyłem to sprzedaje za tyle ile mnie wyniosłoby kupienie produktów (on kupuje hurtowo więc ma taniej). Do tego dochodzi to, że nie muszę nic robić a w szczególności zmywać. Jego knajpa to oczywiście całkowity nielegal ale reklamę przed klatką postawił a świecący neon zawiesił w oknie. My, sąsiedzi jesteśmy zadowoleni bo mamy miejsce gdzie możemy tanio zjeść a facet nie marnuje czasu tylko zarabia na siebie i swoją rodzinę. [caption id="attachment_23354" align="aligncenter" width="388"] Restauracja w mieszkaniu na jedym z osiedli w Tianjin. Foto.: Adam Machaj[/caption] Ta knajpa to tylko jeden z wielu przykładów wolności gospodarczej na naszym nowym chińskim osiedlu. Każdy parter jest wykorzystywany jako jakiś mały biznes i tak na przeciw knajpy jest mały sklepik. W następnej klatce fryzjer i sklep z AGD (nowe osiedle więc biznes się kręci od rana do wieczora). Inny znajomy Chińczyk ulicę dalej zrobił u siebie w domu sklep meblowy, jak już wspomniałem osiedle jest nowe i dopiero co zasiedlane więc też mu się dobrze wiedzie, na tyle dobrze, że wynajął kolejne mieszkanie obok jako magazyn. Oczywiście nic nie jest zarejestrowane i nikt się też z tym nie kryje. „Bogaćcie się” , tak mówi chiński rząd do swoich obywateli. Nas też namawiano „aby brać sprawy w soje ręce” ale jak już wyżej wspomniałem w Polsce można mówić wszystko i nie patrzyć na konsekwencję. W realnym życiu liczy się jednak co możemy zrobić a nie co możemy powiedzieć, być „mocny w gębie” to każdy potrafi, ale zrobić coś to już nieco trudniejsza sztuka. Tym bardziej jeżeli instytucje, które powinny pomagać de facto przeszkadzają. Oczywiście jak i wolność słowa w Polsce ma swoje granice tak i chińska wolność gospodarcza też je ma, ale póki co jest i ludziom żyje się coraz lepiej (finansowo). Niech każdy sobie sam odpowie co woli: dużo gadać czy dużo zarabiać? Adam Machaj Adam Machaj, Polak na stałe mieszkający w Chinach, autor bloga Raport z Państwa Środka. Na więcej informacji z Chin z pierwszej ręki zapraszamy tutaj  

Zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko

Głównymi problemami stojącymi na przeszkodzie realizacji projektu budowy krainy miłości na zielonej wyspie są: brak kasy i malkontenci. Defetyści, sypiący piach w tryby nieubłaganego postępu.

Wolność mediów w Polsce

W demokratycznym państwie prawa realizującym zasady sprawiedliwości społecznej władza zwierzchnia należy do Narodu, który sprawuje ją przez przedstawicieli lub bezpośrednio. Tak przynajmniej stanowi Konstytucja RP, która wszelako nie wymienia o który Naród konkretnie chodzi, co może budzić pewne podejrzenia. Załóżmy jednak na chwilę, że z tą demokracją i Konstytucją, to wszystko na poważnie.
Na co dzień Naród, jako suweren, zajęty jest zdobywaniem środków na życie i spożycie, więc nie ma czasu na bezpośrednie sprawowanie władzy, jak również kontrolowanie radosnej twórczości swych przedstawicieli. Obowiązek kontroli poczynań władzy spoczywa zatem na barkach dziennikarzy, którzy winni informować Naród o działaniach władzy zagrażających wolności. Teoretycznie. Władza też jest tego świadoma, dlatego usilnie dąży do spacyfikowania / zblatowania mediów w duchu jedności frontu przekazu, zgodnie z leninowską dewizą o organizatorskiej roli prasy. Widać to chociażby w konstytucyjnych zapisach dotyczących wolności prasy. Art. 54 każdemu zapewnia wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Z kolei art. 14 zapewnia wolność prasy i środków społecznego przekazu. I tu, jak mawiał pułkownik Wieniawa – Długoszowski, kończą się żarty, a zaczynają schody. Albowiem drugi ustęp przywołanego art. 54 stanowi, co następuje: Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane. Ustawa może wprowadzić obowiązek uprzedniego uzyskania koncesji na prowadzenie stacji radiowej lub telewizyjnej. W ewidentnej zatem sprzeczności z postanowieniami Konstytucji stoją podejmowane przez władzę działania na froncie walki z „mową nienawiści” czy wymierzone w niezależność internetu porozumienia typu ACTA, zresztą nie pierwsze i niewątpliwie nie ostatnie. Niemniej ciekawe jest  poznanie odpowiedzi na pytanie, dlaczego koncesjonowanie prasy jest passe, ale radia i telewizji już nie? Czyżby dlatego, że zdecydowana większość Narodu swą wiedzę o otaczającej rzeczywistości czerpie jednak z radia i telewizji, a nie gazet? Konsekwencją tego stanu prawnego jest łatwo zauważalny fakt, że o ile prasa drukowana czy internet mają zróżnicowane komentarze, to tyle radio i telewizje, zarówno komercyjne jak i publiczne, są zadziwiająco zbieżne w ocenach. A ponieważ władza, która „może” koncesjonować radio i telewizję skwapliwie korzysta z tej możliwości, gdy już nie ma innego wyjścia – podnosi ad absurdum stawki opłat koncesyjnych tak, by uciszyć niepokornych, np. Radio Maryja i TV Trwam. Jeśli ktoś z Państwa miał okazję porównać serwis informacyjny „zaprzyjaźnionych z władzą mediów” z serwisami informacyjnymi mediów toruńskiego redemptorysty, to zapewne poczuł się jak w innej rzeczywistości. Jeśli nie – to zachęcam, chociażby do odwiedzenia stron internetowych Radia Maryja czy TV Trwam i porównania treści z innymi portalami opiniotwórczymi. Swoją drogą, to ciekawe co by się stało, gdyby blisko 2,5 miliona osób, które podpisały petycję w obronie TV Trwam wystąpiło z inicjatywą ustawodawczą znoszącą koncesjonowanie radia i telewizji? Z tą wolnością prasy, to po prawdzie też pic na wodę. Bo wprawdzie Konstytucja zabrania prewencyjnej cenzury, ale nie zabrania zamieszczania reklam. I tak zaprzyjaźnione z władzą media mogą liczyć na dopływ „państwowej” (czytaj: podatników) gotówki poprzez reklamy, a pozostali mogą co najwyżej pomarzyć. Kuriozalnym przykładem jest to, że „największy opiniotwórczy dziennik w Polsce” jednego dnia zamieszcza 5 reklam prywatnych oraz 30 publicznych . Jak wpływa to na finanse konkretnych tytułów prasowych, chyba nie trzeba tłumaczyć.  A przecież ta sama władza wydaje biuletyny informacyjne oraz zamieszcza ogłoszenia w internecie na rządowych stronach. Wszystko finansowane z podatków. Albert Einstein twierdził, że wolność nauczania i wyrażania opinii w książkach i prasie stanowi podstawę zdrowego i naturalnego rozwoju każdego społeczeństwa, zatem każda forma cenzury (oficjalnej bądź ekonomicznej) prowadzi do degeneracji społeczeństwa. Otwarta pozostaje kwestia, czy w takiej sytuacji elity degenerują na obraz i podobieństwo społeczeństwa, czy też jest dokładnie odwrotnie? Michał Nawrocki

Gust pod sąd

W związku z postępami na polu reaktywacji PRL, czyli uspołecznieniem sektora prywatnego (długi) i prywatyzacją społecznego (zyski), ponownie aktualne stają się dowcipy z komunistyczną brodą. Jak na przykład tzw. pentalog obywatela PRL, czyli pięć przykazań przetrwania. Pierwsze – nie myśl; drugie – jeśli myślisz, to nie mów; trzecie – mówisz – nie pisz; czwarte – napisałeś – nie podpisuj; piąte – podpisałeś – to się nie dziw. Tym bardziej, że jak wiadomo, wprawdzie Konstytucja gwarantuje wolność wypowiedzi, ale nie gwarantuje wolności po wypowiedzi.
Ot, chociażby przypadek Tomasza Raczka. Niepochlebnie napisał o filmie, którego współproducentem jest Jacek Samojłowicz. Jakby tego było mało – znany krytyk filmowy odradzał poświęcanie czasu i pieniędzy na zapoznanie się z opisanym dziełem. J. Samojłowicz stwierdził, że przez tę wypowiedź T. Raczka stracił „kilka milionów wpływów”, więc pozywa krytyka do Sądu o odszkodowanie. Znajomość i kierowanie się opiniami Tomasza Raczka obligatoryjne nie są. Podobnie jak wychwalanie „komedii” polskiego przemysłu filmowego. Sam od lat tego typu produkcje omijam szerokim łukiem. Cóż, wychowałem się na takich perłach kinematografii, jak „Sami swoi”, „Gdzie jest generał?”, „Cafe pod Minogą”, „Zmiennicy”, „Alternatywy 4”, „Vabank” czy „Brunet wieczorową porą”. I nawet gdyby Tomasz Raczek piał z zachwytu nad „Kac Wawa” i tak żadna siła nie wyciągnie mnie do kina, a podczas emisji telewizyjnej poszukam czegoś innego.  Choćby publicystyki Tomasza L. czy Moniki O. Niewątpliwie będę też omijać z daleka wszelkie produkcje, w których „maczał palce” J. Samojłowicz. Dziś pozywa za nazbyt krytyczną recenzję, a kto zaręczy, że jutro nie pozwie za niedostatecznie pochlebną? Nieleczone dewiacje eskalują. A człowiek już tak ma, że coś zobaczy, dozna emocji i jeszcze napisze parę słów. Swoją drogą – Tomasz Raczek od lat jest cenionym krytykiem filmowym. Samo ogłoszenie zamiaru wytoczenia procesu T. Raczkowi wywołało szum w mediach, co oznacza de facto darmową reklamę filmu. Może dla równowagi teraz p. Raczek powinien zażądać tantiem od p. Samojłowicza? Byłoby śmieszniej niż w niejednej polskiej „komedii” ostatnich lat, jaką miałem nieszczęście widzieć. No dobrze – pierwszych 15 minut, potem przełączałem kanał. Michał Nawrocki / Fot.: internet

Kronika postępującego totalitaryzmu

Socjaliści wszelkiej maści (nie wyłączając ichtiolowej), wszelkich kolorów i odcieni, jak mantrę od lat powtarzają, że „kapitalizm zbankrutował”. Jednocześnie z uporem godnym lepszej sprawy nie chcą zauważyć, że socjalizm też zbankrutował, dosłownie i w przenośni. I wciąż uszczęśliwiają „lud pracujący miast i wsi”. Przegląd ostatnich wydarzeń pokazuje dobitnie, że socjaliści nie tylko się nie poddają, ale intensyfikują swoje działania zmierzające do budowy socjalistycznego raju na ziemi. Szkopuł w tym, że główną przeszkodą w realizacji utopii jest wszelka wolność, z wolnością słowa na czele.
Po licznych próbach wprowadzenia cenzury internetu, np. pod pretekstem walki z pornografią dziecięcą, choć jednocześnie prowadzą walkę o „godne warunki bytowe więźniów” i łagodzenie sankcji kodeksu karnego, socjaliści znowu wzięli się za walkę z wolnością słowa. Tym razem pod pretekstem „ochrony praw autorskich” pojawił się dokument znany jako ACTA. Tego, że porozumienie owo wprowadza „formalne i nieformalne (sic!) zespoły” o nieokreślonych źródłach finansowania oraz represje w przypadku „podejrzenia podejrzenia” i „bez wysłuchania drugiej strony”, jakoś media tzw. głównego nurtu nie wyłapały. Podobnie jak innych „kwiatków”, takich jak brak jednoznacznej definicji „własności intelektualnej”. O jednoznacznie totalitarnym sposobie „negocjowania” i wprowadzania „porozumienia” nie wspominając, choć polski rząd zarzekał się, że „walczył o jawność negocjacji ACTA”, czemu przeczą wyciekające dokumenty. Gdy Polskę ogarnęła fala protestów „internautów” (a może raczej obywateli?), sprawę bagatelizowano i próbowano zdyskredytować protestujących, a gdy to się nie udało – spróbowano przykryć rzecz kłamstwami  i propagandą. Minister Boni M. twierdził, że wszyscy już podpisali, więc i Polska musi; jednocześnie uspokajał bajając coś o dołączeniu klauzul do gotowego porozumienia. Jak się okazało – z prawdą było mu nie po drodze. Wspierał go w tym zresztą minister Zdrojewski B. Ponieważ nic to nie dało, premier Tusk D. rozpoczął „konsultacje”, ale dopiero po podpisaniu porozumienia, co zostało słusznie odebrane, jako jedna wielka lipa. W końcu, pod naciskiem opadających słupków sondażowych premier zapowiedział w piątek (17 lutego) wysłanie listu do premierów krajów UE, w których rządzą ugrupowania zrzeszone w Europejskiej Partii Ludowej, by nie przyjmować ACTA. I znów wpadka, bo okazało się, że kilka dni wcześniej szef EPL w PE, Francuz Joseph Daul oświadczył, że EurParLud nie poprze porozumienia, co zapewne zostało wcześniej skonsultowane z szefami rządów. Kolejny pomysł ograniczenia wolności słowa spalił na panewce, ponownie dzięki wolności słowa w internecie. Ponieważ awantura o ACTA zaczęła się Polsce, więc polski rząd podjął kroki zaradcze. Chodzi o projekt zmian w ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz zmian w kodeksie cywilnym. Nowe przepisy mają umożliwić urzędnikom blokowanie i dostęp do bezprawnych informacji. Szczególnie niebezpiecznie wygląda zapis, mówiący o „informacjach które naruszają prawa lub przedmiot działalności uprawnionego, do których dostęp powinien zostać zablokowany” w wyniku „braku autoryzacji” lub „niezgodności z prawdą”. Centrala, czyli Parlament Europejski, również nie próżnuje i cichcem usiłuje wprowadzić restrykcyjne zapisy kontroli towarów importowanych. Przygotowywane rozporządzenie daje Służbie Celnej możliwość kontrolowania małych paczek spoza UE i niszczenia ich bez wyroku sądu, jeśli celnicy uznają, że zawartość to podróbki. Szczególnie kuriozalne jest tutaj rozciągnięcie odpowiedzialności za zawartość paczek na przewoźników i kurierów. W Norwegii Ministerstwo Rodziny, Dzieci i Spraw Socjalnych (sic!) pod przewodnictwem Auduna Lisbakkena  postuluje  wprowadzenie nowych kryteriów oceny dobrego samopoczucia dzieci. Jeśli urzędnik uzna, że przebywające na terenie Norwegii dziecko jest niezadowolone, zostanie ono odebrane rodzicom. Jak uzasadnia Lisbakken „Rodzice nie powinni zakładać, że jest to ich życie prywatne. W przeciwnym razie, w jaki sposób społeczeństwo, które ma na celu ochronę dzieci, ma być informowane o nieprawidłowościach?". Nie bez powodu piszę o skandynawskich pomysłach, albowiem stają się one wzorem regulacji przygotowanej przez Światową Organizację Zdrowia (WHO), walczącej ze szkodliwością alkoholu. I tak już w kwietniu może się okazać, że alkohol będzie można kupić wyłącznie w państwowych sklepach, zlokalizowanych na obrzeżach miast i otwartych tylko przez osiem godzin dziennie. Przygotowany przez WHO dokument zaakceptowały wszystkie kraje UE, w tym polskie Ministerstwo Zdrowia, które nie ma żadnych zastrzeżeń. Jak wiadomo nie ma tak dobrego pomysłu, którego nie można by wyrzucić do kosza. Niestety, najwyraźniej nie ma też takiej głupoty, której nie próbowano by wprowadzić w imię „wyższych racji”, dzięki czemu stalinowska maksyma o kontroli jako dowodzie zaufania odradza się w wyjątkowo parszywym wydaniu. Michał Nawrocki Fot.: Strona Prokapitalistyczna

Wtrącani do niebytu

Ks. bp Wiesław Alojzy Mering wygłosił kazanie w parafii św. Jakuba Apostoła w Piotrkowie Kujawskim podczas obchodu XX Światowego Dnia Chorego: W homilii poruszył m.in. kwestę wolności słowa: "Prawo do istnienia ma także telewizja TRWAM". Fragment kazania z dnia 13.02.2012 r. http://www.youtube.com/watch?v=sCi_qSrvTmQ&feature=player_embedded Biskup włocławski Wiesław Mering skierował kolejny list do Przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Jana Dworaka w sprawie TV TRWAM. Oto jego treść: Szanowny Panie Przewodniczący! Wprawdzie nie otrzymałem odpowiedzi na mój pierwszy list -widocznie brak Panu merytorycznych argumentów i nie może ona być sensowna -zabieram jednak głos powtórnie. Upoważniają mnie do tego liczne protesty przeciw decyzji KRRiT w sprawie odmówienia TV TRWAM częstotliwości, o którą zabiegała, zwłaszcza dziesiątki tysięcy moich Diecezjan kierujących do Pana swój sprzeciw. Jestem winny moim wiernym wyjaśnienia tej niesprawiedliwej, jątrzącej społecznie i uwarunkowanej ideologią decyzji. Chciałbym przypomnieć zdanie ministra obecnego Rządu, p. Michała Jana Boniego który sprawę "ACTA" nazwał wielką lekcją dla ludzi pracujących w administracji. Czas odczytać także lekcję, której udziela Panu milion widzów TV TRWAM! Uważam decyzję KRRiT za: 1) niesprawiedliwą -bo żadnego sensownego powodu do odmowy miejsca TV TRWAM na multipleksie cyfrowym nie ma: pojawiają się kłamstwa mające usprawiedliwić oczywiste nadużycie; 2) jątrzącą społecznie -gdyż miliony widzów TV TRWAM, często już osób starszych -zostały potraktowane jak ludzie podrzędnej kategorii, z którymi nie trzeba się liczyć: oni przecież nie wyjdą na ulice by protestować! Nie wolno bezkarnie upokarzać ludzi tylko dlatego, że myślą inaczej niż KRRiT! To jest zachowanie niegodne i budzące niesmak; 3) uwarunkowaną ideologią, bo to właśnie myślenie ideologiczne (nie mylić z "ideowym"!) każe przede wszystkim pokonać przeciwnika, upokorzyć go, wziąć odwet za to, że mówi i myśli inaczej. Boleję, że Instytucja, którą Pan kieruje, zamiast przyczyniać się do budowania zgody i porozumienia społecznego -antagonizuje Polaków i wywołuje skojarzenia z przeszłością! Takie zaś działania zasługują wyłącznie na głośny sprzeciw. Życzę Panu odwagi i znalezienia takiego wyjścia z zaistniałej sytuacji, które usatysfakcjonuje ludzi kierujących się w życiu poczuciem sprawiedliwości i mających świadomość przysługujących im praw obywatelskich. Z poważaniem    

+Wiesław Mering Biskup Włocławski Przewodniczący Rady KEP ds. Kultury i Ochrony Dziedzictwa Kulturowego

Rzecznik Praw Obywatelskich o ACTA

Premier Tusk, mimo ogromnej skali sprzeciwu społecznego, wciąż zapowiada podpisanie porozumienia ACTA. W związku z tym 25 stycznia 2012 r. Rzecznik Praw Obywatelskich, pani Irena Lipowicz, skierowała do Premiera pismo, przedstawiające stanowisko RPO. W piśmie p. Lipowicz powołując się na artykuł 2 Konstytucji RP przypomina, że dotyczy on również trybu sankcjonowania prawa międzynarodowego. Przywołuje stanowisko Trybunału Konstytucyjnego w tej sprawie pisząc: „Zgodnie z poglądami Trybunału Konstytucyjnego, „zasada zaufania obywatela do państwa i stanowionego przez nie prawa opiera się na pewności prawa a więc takim zespole cech przysługujących prawu, które zapewniają jednostce bezpieczeństwo prawne; umożliwiają jej decydowanie o swoim postępowaniu w oparciu o pełną znajomość przesłanek działania organów państwowych oraz konsekwencji prawnych, jakie jej działania mogą pociągnąć za sobą. Jednostka winna mieć możliwość określenia zarówno konsekwencji poszczególnych zachowań i zdarzeń na gruncie obowiązującego w danym momencie stanu prawnego jak też oczekiwać, że prawodawca nie zmieni ich w sposób arbitralny. Bezpieczeństwo prawne jednostki związane z pewnością prawa umożliwia więc przewidywalność działań organów państwa a także prognozowanie działań własnych." Z kolei odwołując się do stanowiska GIODO Irena Lipowicz pisze: „W tym kontekście również pozostawienie wielu rozwiązań szczegółowych, które będą miały kluczowe znaczenie dla stopnia ingerencji w prawa jednostki, wyłącznie praktyce stosowania procedur budzi mój najwyższy niepokój z punktu widzenia polskiego systemu ochrony praw człowieka”. Zachęcam do przeczytania pisma p. Ireny Lipowicz, Rzecznika Praw Obywatelskich RP – tekst tutaj. Nie składają też broni internauci, którzy występują właśnie do Rzecznika Praw Obywatelskich z wnioskiem o wystąpienie do Trybunału Konstytucyjnego w sprawie zbadania zgodności umowy ACTA z Konstytucją RP. Treść wniosku do RPO dostępna na fb: http://www.facebook.com/events/307054316012370/ Uwaga: termin składania wniosku upływa w czwartek (26 stycznia 2012) o godzinie 8:30!!! Oprac.: Sarmata Fot.: internet (jeszcze można tak napisać) Przedruk ze strony http://opornik.nowyekran.pl.nowyekran.pl/post/49705,rzecznik-praw-obywatelskich-o-acta za zgodą Autora.

Przykrywanie gówna czapką

Noc z piątku na sobotę (16/17 września 2011 roku). Pojawia się informacja, że Sejm przyjął poprawkę senatora PO Rockiego Marka do ustawy o dostępie do informacji publicznej, wprowadzającą ograniczenie ze względu na „ochronę ważnego interesu gospodarczego państwa". W związku z wieloznacznością określenia „ważny interes gospodarczy państwa” czytaj: chyba, żeby nie.
Dzięki temu zapisowi informacja np. ile Skarb Państwa zapłacił za Lotos czy rafinerię w Możejkach, ile zainwestował (wszystko z kieszeni podatnika, rzecz jasna), a za ile chce to sprzedać może się okazać niedostępna. Podobnie jak w przypadku wartości umów na dostawę surowców energetycznych, wysokości zadłużenia (i tym samym oprocentowania obligacji, które w naszym imieniu emituje rząd), kosztów bączków z okazji polskiej prezydencji w UE czy mebli w gabinetach MSZ, itp., itd. Tak czy siak – niegospodarność, rozrzutność bądź zwykłe cmentarne przekręty mogą w każdej chwili zostać objęte klauzulą tajemnicy, wedle uznania. By żyło się lepiej. Niestety, nie wszystkie media stanęły na wysokości zadania. Informując o przyjętej poprawce cytowały również wypowiedzi krytyków, przypominających o „prawie obywateli do kontroli władz”, jawności życia publicznego i tym podobne; przypominających, że podobny zapis znalazł się w rządowym projekcie, z którego został usunięty „pod naciskiem organizacji pozarządowych oraz PiS i SLD”. Wokół nowelizacji ustawy zaczął się robić smród. A co „porządni” socjaliści robią w takiej sytuacji? Postępują w myśl fraszki Jana Sztaudyngera: „Tak uradziła babka z babką: Gówno najlepiej przykryć czapką”. W tym przypadku była to czapka – uszanka krasnoarmiejca z czerwoną „zwiozdą” na czole. A konkretnie jej 22 nosicieli uczciwie zabitych na ziemiach polskich podczas pełnego barbarzyństwa najazdu w 1920 r. A jeszcze konkretniej – pomnik, jaki gwałcicielom, grabieżcom i mordercom (nierzadko torturującym swe ofiary przed śmiercią zadawaną na różne „wyszukane” sposoby) spod znaku sierpa i młota ufundowało państwo polskie w Ossowie. Otóż pomnik ów na kilka dni przed 17 września został przez nieznanych sprawców opatrzony stosownymi napisami typu „Chwała bohaterom, którzy ich zabili". Cóż, rocznica Cudu nad Wisłą, którym było militarne powstrzymanie pochodu barbarzyńskich hord „awangardy światowej rewolucji proletariatu”, z nieodzownymi w takich przypadkach eksterminacją i okaleczaniem najeźdźców, jest w Polsce świętem państwowym. Jeszcze. Fakty faktami, a GW swoje: „Duszną atmosferę przyzwolenia na tego typu czyny wytwarza polska prawica. To efekt polityki postsmoleńskiej […] W takiej atmosferze każdy przyzwoity gest np. wobec Rosjan, to zdrada”. Ja osobiście zgodnie z wyznawanymi zasadami za zdradę uważam stawianie najeźdźcom pomników, a tym samym gloryfikowanie totalitaryzmu i związanych z nim przestępstw. Inna sprawa, że GW konsekwentna w swych opiniach nie jest – dlaczego, podobnie jak w przypadku katastrofy smoleńskiej, per analogiam nie stwierdziła, że winnym profanacji jest Komorowski B., który odsłonił pomnik? A może i sam Lenin i komuniści – po co się tu pchali w 1920r. ? Ale nic to, GW grzmi: „Gdyby jeszcze było tak, że wstyd za profanacje grobów i pomników spada na głowy tych, których złe nastroje rozbudzają. Niestety, ten wstyd spada na nas wszystkich”. Proszę, proszę – odpowiedzialność zbiorowa, w odniesieniu do morderstwa w łódzkim biurze PiS nie mająca zastosowania. Nawiasem mówiąc, napisy pojawiły się nie tyle na grobach, ale na pomniku, co GW raczyła pominąć. Ale cóż, jak pisze brukowiec, bez dowodów obarczający winą polską prawicę, „To efekt polityki postsmoleńskiej, w której absolutnie wszystko może się przydać do okładania po łbie przeciwników politycznych”. Trudno się z tym nie zgodzić. Rzecz jasna Komorowski B. poprzez usta dyrektor Biura Prasowego Kancelarii Prezydenta, Joanny Trzaski – Wieczorek, wyraził „óbolewanie”  zaznaczając przy tym, że „bezczeszczenie grobów i szerzenie nienawiści nie jest zgodne z duchem chrześcijańskiej Europy". Zważywszy, że współczesna Europa ostentacyjnie odrzuca wartości chrześcijańskie, brzmi to co najmniej cudacznie. Z kolei z duchem komunizmu, któremu wystawił Komorowski B. pomnik, „bezczeszczenie grobów” (np. w Katyniu) i „szerzenie nienawiści” (klasowej) było jak najbardziej zgodne, ale kto by tam wnikał w takie niuanse historii? Cóż, jak trwoga, to do Boga. Michał Nawrocki Foto: sowiecki plakat propagandowy z 1939 r. Źródło: http://pl.wikipedia.org

UE, Białoruś, pała i wartości chrześcijańskie

Ech, jacyż naiwni byliśmy doszukując się antynomii w pamiętnym haśle „jak nie Unia, to Białoruś” i pytając – a gdzie Polska? Bo tu o żadną antynomię nie chodziło, wręcz przeciwnie. To były prorocze słowa, które wskazywały źródła wzorców, wedle których kształtowana będzie polska rzeczywistość. Ot, dla przykładu: ceny rodem z UE, zarobki z Białorusi. Albo taka demokracja – na Białorusi walczymy o demokrację w rozumieniu Unijnym, w UE o demokrację w rozumieniu białoruskim, tzn. każdemu wolno bezkarnie krytykować, ale tylko opozycję. Jeszcze parę dni temu zastanawiałem się, czy Eryk Mistewicz pisząc („Uważam Rze” nr 14/2011), że „Sikorski może przejść do historii jako ten, który [...] ucywilizuje polski internet” wziął pod uwagę drobny fakt, że (abstrahując od poważnych wątpliwości względem „cywilizacyjnych” predestynacji ministra Sikorskiego i całej rządowej ekipy) tak jak nie można wyznaczyć granicy chamstwa w internecie, tak i trudno będzie wyznaczyć granice „cywilizowania”. I proszę – dziś mam odpowiedź. Niepokornym blogerom świtaniem u drzwi „staje załoga Gi”, a hasło „wstąp do ZOMO zanim ZOMO wstąpi do ciebie” nabiera niebezpiecznej aktualności. Wynika z tego, że „POlityka miłości” wprowadzana będzie według krzyżackiej zasady ego te baptizo in gladio (ja ciebie chrzczę mieczem). Z tą różnicą, że „baptizo” zastąpiła PO – filia a i „gladio” ustąpiło miejsca fallicznej (jak to w politycznej miłości bywa) pale. Swoją drogą ministrowi Sikorskiemu R.  tylko zazdrościć. Zazdrościć iście szatańskiego pomysłu, by miast ścigać internatów - gnębić procesami wydawców portali. Efekt murowany – raz dwa zamkną fora, o zamieszczeniu krytycznych względem władzy (nie dotyczy byłej) publikacji nie wspominając. No chyba, że zlikwidują regulaminy komentowania. Zazdrościć, bo skoro o „wizerunku Polski” przesądzają komentarze internautów, które w odróżnieniu od publikacji Jana T. Grossa na języki obce tłumaczone nie są, to sytuację mamy komfortową. Fakt, że wizerunek ministra najwięcej cierpi wskutek obraźliwych wpisów, a nie „dokonań” również jest godny pozazdroszczenia. Inna sprawa, że zastępowanie siły argumentów argumentami siły (powszechne w internecie), ze szczególnym upodobaniem do wszelkiej maści wycieczek osobistych, wśród ludzi cywilizowanych, świadczy wyłącznie o autorze, nigdy adresacie. No, ale jeżeli ktoś ma z tym problem.... W końcu zarówno czytanie takich wpisów, podobnie jak sprawowanie urzędów publicznych ze wszelkimi przywilejami i uciążliwościami, obowiązkowe przecież nie jest. Trzeba zresztą przyznać, że w tym przypadku minister Sikorski R. okazał się być politykiem prawdziwie europejskiego formatu. Oto bowiem, jak zwykle walcząc o „dobro ludzkości” UE kombinuje nad utworzeniem Wielkiego Firewalla Europy. Pomysł prosty jak konstrukcja białoruskiego cepa: wprowadzić do sieci filtr, który zgodnie z prawem blokowałby „niewłaściwe strony i serwisy”, trafiające następnie na czarną listę, jako niosące „zagrożenia polityczne”. I znów – promowanie wartości chrześcijańskich. W końcu Jezusa Chrystusa też ukrzyżowano z powodu „zagrożeń politycznych”, jakie niosło ze sobą jego przesłanie. A że nie o tym myśleliście w ramach „wartości chrześcijańskich”? A, to trudno... Michał Nawrocki

Akcja ABW w Tomaszowie: szperali nawet w piwnicy

ABW, na wniosek prokuratury, przeszukała mieszkanie mieszkańca Tomaszowa Mazowieckiego, twórcę strony internetowej www.antykomor.pl . Uznano, że treści publikowane na tej stronie naruszają dobre imię prezydenta III RP, Bronisława Komorowskiego. Jak wynika z dotychczasowych informacji, funkcjonariusze Agencji weszli do mieszkania autora strony we wtorek, 17 maja 2011 roku o 6 rano. Przeszukano mieszkanie, zarekwirowano laptopa. Jak informuje portal http://kontakt24.tvn.pl, przeszukano także piwnicę tomaszowianina. Po całej akcji autor strony zdecydował się ją zamknąć. Pod adresem strony można jednak przeczytać jego wyjaśnienia: "Strona AntyKomor.pl została zamknięta a jej reaktywacja nie będzie miała miejsca. Powód, dla którego stało się tak a nie inaczej jest prozaiczny - ktoś najzwyczajniej w świecie doniósł, że na łamach AntyKomor.pl "publicznie znieważa się prezydenta RP". Nie chcę polemizować z czyjąś subiektywną opinią - dla jednych AntyKomor.pl był miejscem godnym pożałowania, siedzibą zła i kto wie czego jeszcze a dla drugich pozycją, która działała na podobnej zasadzie jak te, które "ironizowały" (delikatnie mówiąc) na temat świętej pamięci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego oraz Pana Jarosława Kaczyńskiego i która to pokazywała w satyrycznym świetle poczynania obecnej głowy państwa oraz jej (jego) współpracowników. Serwis był także miejscem, w którym każdy, bez względu na poglądy, mógł wyrazić swoje zdanie - oczywiście dbaliśmy o to, by nikt nie przesadzał, dzięki czemu AntyKomor nie przypominał szamba, ponadto zamieszczane na łamach strony materiały (w szczególności chodzi o zdjęcia oraz gry) były tworzone tak, by nie wywoływały niesmaku u oglądającego (chociaż to zależy od subiektywnej opinii każdego z odwiedzających). Głównym motywem działania "AntyKomora" było pokazanie tej "drugiej stronie" jej własnych "metod postępowania", które polegały głównie na ciągłym wyśmiewaniu ich "przeciwników" politycznych a także wyolbrzymianiu pewnych, nic nie znaczących lub nawet błahych kwestii - mam tu na myśli stałe i perfidne działania mające na celu ośmieszenie osoby ś.p. Lecha Kaczyńskiego oraz jego brata Pana Jarosława Kaczyńskiego - wulgarne "photoshopy" i głupkowate gry a także inne materiały godne pożałowania". W końcowej części swojego tekstu autor www.antykomor.pl pisze: "Działania podjęte przez "aparat państwowy" mają charakter cenzury politycznej, ogranicza wolność słowa a także, co najważniejsze, ogranicza prawo obywatela do nieskrępowanego wyrażania poglądów politycznych oraz ogranicza debatę publiczną, której ktoś się chyba boi. Forma serwisu AntyKomor.pl nie była znieważająca, nie zawierała nieprawdziwych informacji a jedynie te, które pojawiały się w ogólnodostępnych portalach informacyjnych oraz blogach użytkowników prywatnych. Ponadto cenzura prewencyjna oraz licencjonowanie prasy, to charakterystyczne metody kontroli mediów w systemie autorytarnym!". P. Foto. PSz/Prokapitalizm.pl