Tag Archives: wolnościowcy

PiS ma swoich wolnościowców, czyli porozumienie z braku nadziei

PiS ma swoich wolnościowców, tak jak PO miała swoich socjaldemokratów czy narodowców, a sanacja – ludowców czy socjalistów. Dla opozycji to poważne ostrzeżenie: jej czas może jeszcze długo nie nadejść.

Idziemy własną drogą, czyli wolnościowcy w Ruchu Narodowym

Po Kongresie Ruchu Narodowego na wPolityce.pl opublikowałem tekst pt. "Ruch Narodowy idzie własną drogą, która nie ma nic wspólnego ani z faszyzmem, ani z rozbijaniem prawicy", pisząc z pozycji członka Rady Decyzyjnej Ruchu Narodowego, dla którego Kongres był zwieńczeniem pewnego etapu i początkiem kolejnego etapu.
Ale pisałem również z pozycji wolnościowca, z pozycji prezesa Ruchu Wolności, a nawet z pozycji drobnego przedsiębiorcy, którym sam jestem, dlatego w tym tekście mocniejszy akcent położyłem na sprawy gospodarcze niż inne tematy, które wybrzmiały na Kongresie. W niniejszym tekście natomiast chciałem skupić się już tylko na temacie „Wolnościowcy w Ruchu Narodowym”. Wolnościowcy w Ruchu Narodowym bowiem również maja własną drogę, wyznaczają sobie własne cele i zadania. Ale trzeba od razu dodać, że nasza droga nie ma nic wspólnego z neoliberalizmem reprezentowanym w Polsce przez  choćby takich polityków jak Lewandowski, Tusk, Bielecki czy również Balcerowicz. Naszą drogą nie jest „wolny rynek”, który daje ogromne przywileje międzynarodowym koncernom i ponadpaństwowej finansjerze. Dla tych koncernów i tej finansjery najważniejszym i w zasadzie jedynym celem jest tylko i wyłącznie zysk. Naszym celem nie jest dalsze ułatwianie tej międzynarodowej „grupie kapitałowej” powiększania swojego bogactwa kosztem społeczeństw i narodów. Naszym celem nie jest więc wspomaganie w ten sposób kryzysu światowego wywołanego właśnie niepohamowanymi zachowaniami (wręcz grabieżczymi) w stosunku do obywateli i państw. Na wPolityce.pl pisałem, że w Polsce nie ma wolnego rynku, ale: Mamy raczej obraz gospodarki oddanej do dyspozycji obcego kapitału, który bynajmniej nie jest zainteresowany, jak nam to wmawiano przez lata, inwestowaniem i tworzeniem nowych miejsc pracy, tylko jest zainteresowany drenażem naszych kieszeni. Nie mamy też nic wspólnego z liberałami, libertarianami (czy jak się tam będą chcieli sami nazwać w danym momencie), którzy wolność jednostki stawiają ponad dobrem wspólnym i którzy wolność obyczajową mylą z wolnością. Dla których wolność nie jest równoznaczna z godnością osoby ludzkiej. Dla których wolność to amoralność. Nie mamy też nic wspólnego z kolejnym przedstawieniem w „Teatrze Jednego Aktora”, z kolejnymi spektaklami typu „Kalekie dzieci nie powinny się zadawać z dziećmi zdrowymi”, „Niepełnosprawność jest zaraźliwa”, „Chińscy komuniści uratowali wolność masakrując chińskich studentów” czy też „11 listopada jest 7 października”. Idziemy dzisiaj z Ruchem Narodowym i idziemy w Ruchu Narodowym. Nie obok, nie w kontrze, ale właśnie razem z całą koalicją organizacji, które na Kongresie Ruchu Narodowego podpisały Deklarację Ideową Ruchu. Ruch Narodowy nie szuka dziś koalicjantów wyborczych, nie przymierza się do tworzenia doraźnych struktur związanych z okresem wyborczym, nie liczy na pospolite ruszenie w trakcie wyborów. Ruch Narodowy nie jest bowiem partią polityczną tylko właśnie ruchem. Nie wystarczy bowiem założyć partię, wygrać wybory, aby dokonać głębokich i koniecznych zmian w naszym kraju. Do tego trzeba mieć nie tylko poparcie społeczne, ale też solidne zaplecze. zaplecze budowane przez lata. Oparte nie na dziesiątkach, nie na setkach, ale na tysiącach różnego rodzaju działaczy, aktywistów, również polityków. Potrzebne jest także zaplecze finansowe, ale przede wszystkim intelektualne. Tego nie zbuduje się w kilka miesięcy, w rok, czy nawet w okresie pomiędzy jednymi a drugimi wyborami. To jest praca na długie lata. I wchodząc w Ruch Narodowy na taką pracę się nastawiliśmy. Na wspólną prace z całym szeregiem innych organizacji. Na wolnościowców (wolnorynkowców), którzy chcą współpracować z Ruchem Narodowym, którzy dostrzegają i rozumieją potencjał samej takiej inicjatywy, Ruch Narodowy jest otwarty. Pod Deklaracją Ideową Ruchu Narodowego podpisali się w imieniu swoich organizacji prezes Unii Polityki Realnej, ale również prezes Ruchu Wolności, jeżeli ktoś chce tworzyć bardziej jednak zaplecze intelektualne, może nawiązać współpracę z  Instytutem im Romana Rybarskiego. To wszystko są właśnie te składowe Ruchu Narodowego, które w swojej działalności chcą bliżej podjąć tematy gospodarcze. Zmierzyć się z nimi nie tylko poprzez publicystykę, ale zmierzyć się z tą gospodarczą rzeczywistością również w praktyce. Dla wolnościowców więc wybór już jest i nie ma sensu rozpatrywać scenariuszy nt. współpracy pomiędzy Ruchem Narodowym a np. innymi partiami, chociaż już takie przymiarki i propozycje się pojawiają z tej czy innej strony. Na wPolityce.pl pisałem: Praca której efektem był Kongres Ruchu Narodowego to jest kilka ładnych lat przepracowanych przez młodych liderów Ruchu Narodowego w strukturach ONR i Młodzieży Wszechpolskiej. Dlatego niech nikt naiwnie nie liczy na to, że teraz z efektów tej pracy ktoś będzie chciał rezygnować w imię jakiejś koalicji wyborczej, w imię jakieś sojuszu „wspólnych interesów”, czy też dla wsparcia czyjejś działalności wydawniczej czy publicystycznej. Równorzędne, współpracujące ze sobą podmioty są w Ruchu Narodowym, a nie obok, a nie jako osobna siła dla której Ruch Narodowy ma być takim partnerem. Jeżeli ktoś chce z Ruchem Narodowym współpracować to bierze do ręki Deklarację Ideową, czyta ją i albo się z nią zgadza i wchodzi w struktury Ruchu Narodowego, albo ją odrzuca. Innej drogi w tej chwili nie ma i innej drogi być nie może. Działamy razem. Wspólnie z kluczowymi organizacjami Ruchu, Młodzieżą Wszechpolską i ONR, oraz z całym szeregiem organizacji, które ponad interesem jednostki, ponad utopijnym liberalizmem, stawiają sobie ważniejsze cele. Dlatego wszystkim tym wolnościowcom, którzy chcą szukać swojego miejsca w ramach Ruchu Narodowego zapraszamy do Ruchu Wolności, UPR lub do współpracy z Instytutem im. Romana Rybarskiego. Jerzy Wasiukiewicz prezes Ruchu Wolności członek Rady Decyzyjnej Ruchu Narodowego Foto.: Jan Bodakowski

O ludziach i partiach

W ostatnich dniach pojawił się krótki tekst p. Tomasza Brzeziny, zakończony małą ankietą. Autor pyta się w ankiecie o kierunek, w jakim powinna iść UPR. Fajna sprawa, jednak wydaje mi się, że nie do końca sprecyzowano przedmiot decyzji – ciągle bowiem chodzi o to, kto będzie miał pieczątkę Prezesa i jakiej organizacji będzie szefował. Czyli – co ma stać w kwitach, a niekoniecznie już w rzeczywistości. W wielkim skrócie do zrobienia czegokolwiek potrzebne są dwie rzeczy – marka i organizacja. Obie są ze sobą mocno powiązane. Marka to wbrew temu co się niektórym wydaje nie tylko „rozpoznawalność wśród wyborców”. Dziesięć lat temu to nie „Platforma Obywatelska” byłą rozpoznawalna, a „Unia Wolności”. Mimo to ktoś wyczuł moment na odejście, przewidując, że marka UW wkrótce zniknie – i odniósł sukces. Marka jest to panujące przekonanie, że dany podmiot jest zdolny do wypełnienia pokładanych w nim oczekiwań. Jeżeli tego nie ma, kończy się na „oni i tak nie mają szans”, albo na dyskretnym poklepaniu po plecach. Przy czym arcyważna jest gradacja tych oczekiwań. Panuje przekonanie, że najważniejsze jest „zaufanie wyborców”. I jest to nieprawda – przeciętny wyborca i tak zagłosuje jak mu każe TV, a na polityce się nie zna. Wyborca to finalny konsument, do którego wiedzie długa droga pośredników. Ostatnim pośrednikiem są media. A media mówią to, co mówią na salonach, aulach akademickich, co krzyczy manifestacja, czasem nawet to, co rozgrzewa internet. TO są właśnie główne grupy docelowe – krajowe i lokalne strefy elit. Pisząc jednak „główne”, nie mam na myśli „bezpośrednie”. Na chwile obecną nikt z działaczy, profesorów czy organizacji się do UPR/JKM nie przyznaje. Powód jest prozaiczny – środowisko wolnościowe rozumiane jako UPR/JKM utraciło zdolność negocjacyjną. Dla przykładu, na polskim rynku jest 7 partii, z którymi wstępnie istnieje programowa szansa porozumienia: PO, PiS, PJN, PSL, Ruch Palikota, PR i LPR. Z punktu widzenia praktycznego jedynie z równie mocno rozbitym LPR-em można prowadzić rozmowy rokujące sukcesem. Cała reszta albo ich nawet nie podejmie, albo całkowicie narzuci swoje warunki, „a jak nie pasuje – to wypad”.* A żeby taką zdolność bycia pełnoprawnym podmiotem nabyć, trzeba coś stworzyć z niczego, czyli zająć się organizacją i skierować ofertę do pierwszego pośrednika – działaczy. Organizacja to wszystkie formalne strony polityki, będące podstawą do budowania marki. Chodzi więc przede wszystkim o program, ludzi, ich zdolności i umiejętności, struktury, środki finansowe, metody działania itp. Dopiero po zapewnieniu tych składników w stopniu minimalnym można myśleć o budowie marki na kolejnych etapach. A więc, zaczynamy! Zakładamy, że mamy na początku ok. 20 działaczy, i trochę drobnych, które nie wystarczą nawet na jeden bilbord. Biorąc pod uwagę brak doświadczenia i amatorskie podejście do wielu potrzebnych w polityce działań – bród, smród i ubóstwo. W pierwszej kolejności należy wiec pozyskać kilkadziesiąt osób. Da to podstawową kadrę do działania, oraz elementarne środki finansowe (ze składek). Tu możliwość działania jest tylko jedna – internet. 20 aktywnych na portalach i forach osób zaowocuje już po kilku miesiącach dołączeniem kolejnych dusz. Należy pamiętać – nie jest celem pozyskanie jakiegoś tam „wyborcy”, a wolnych elektronów, którzy by chcieli działać, ale nie mają jak. Tu pierwsza z uwag technicznych, „Organizować się w internecie” nie oznacza „zaspamować wykop i narobić szopy”. Nie chodzi o to, aby ludziom coś wcisnąć, a żeby ich zachęcić do zainteresowania się czymś. Z jajem, merytorycznie, taktownie i PROFESJONALNIE. Więcej v-blogów, dyskusji na forach, trudnych pytań, mniej zaś spamu, wyzwisk i nabijania sond. W każdym jednak razie, mamy po kilku miesiącach kilkadziesiąt osób, płacących po kilkadziesiąt złotych do wspólnej kasy. Tu zaczynają się schody, ale i szersze perspektywy działania. Te kilkadziesiąt osób jest gronem wystarczającym do przejścia do realnego świata. Nie trzeba być prorokiem, aby przewidzieć, że będą to osoby z dużych miast i raczej młode. Dokonujemy więc podziału grupy na rejony i przechodzimy do działania. Po pierwsze, trzeba przejrzeć kadrę i dokonać wstępnego podziału zadań. Kto dużo myśli i mu to wychodzi – niech myśli. Kto się zna na php – niech siada do pisania stron. Kto ładnie wygląda i ma gadane - niech idzie do ludzi. A kto się nie nadaje do niczego innego – do robienia tłumu, do prowadzenia Facebooka czy do noszenia teczek. Na tym etapie będą potrzebni na pewno: webmaster, grafik, ktoś kto umie obrobić film, ktoś kto ma cierpliwość wypełniać papiery i ktoś, kto zna się na prawie w przynajmniej przeciętnym stopniu. W każdym oddziale musi być przynajmniej jedna kumata i wygadana osoba do reprezentacji, ktoś kto umie nakręcić film i ktoś kto pokieruje oddziałem w internecie. Cel jest prosty – działanie oddolne. Techniczna uwaga numer dwa – tu pojawia się konieczność stworzenia konkretnego programu. Banały o likwidacji ZUSu można wciskać na forum. Ludź w gminie chce wiedzieć które mosty i kiedy będą zbudowane, i w jaki sposób można to osiągnąć. To dobry zwyczaj, który należy wprowadzić po latach obietnic bez pokrycia, także ze strony tzw wolnościowców. Myślę, że plan przedstawiłem jasno. Śmiem twierdzić, że na rok 2015 taka strategia pozwoli zbudować ruch liczący kilkuset płacących składki członków, posiadający kilkunastu lub kilkudziesięciu radnych oraz środki finansowe pozwalające myśleć o skromnej kampanii wyborczej. Co jednak najważniejsze, po raz pierwszy od kilkunastu lat koliberalizm (a konkretnie jego polityczne skrzydło) uzyska markę. Nie będzie już wstyd się przyznać do „marginesu”, bo zamiast politycznego outsidera będzie dynamicznie rozwijające się ugrupowanie. Doprawdy, ma kolosalne znaczenie, czy 2% posiada ruch dwudziestoletni, czy trzyletni. W przypadku tego pierwszego będzie to statystyczny margines, w przypadku drugim – młody wilk polityki. Podsumowując, zwracam uwagę, że nie wymieniłem ani jednego nazwiska czy ani jednej nazwy. Jest to po prostu nieistotne na chwile obecną. Wybory są w 2015, przez co najmniej 3-4 lata można działać bez konkretnej nazwy. PJN oderwało się rok przed wyborami, a wielu wróży im sukces. Bo nie jest ważne 20 lat kojarzenia nazwy, ważne jest postawienie krzyżyka na kartce. A tak, lider. Akurat ten to jest jeszcze bardziej zbędny i nikomu niepotrzebny. Ważniejsza jest zgrana ekipa, która będzie się wzajemnie uzupełniać. Po prostu nie ma nieomylnych, a grupa może redukować błędy. Lider mający pełnię władzy szybko wpada w samozachwyt i przekonanie o własnej nieomylności, po czym wpieprza się w sprawy, o których nie ma bladego pojęcia. A zresztą, szkoda pisać. Nas, wolnościowców życie już chyba wystarczająco nauczyło, co oznacza „nieomylny” wódz, i jego równie „nieomylna” gwardia. *Broń Boże nie chcę żadnych koalicji – pisze, co by było gdyby wolnościowcy (jak ich tam zwał) chcieli takową zawrzeć. Rafał Urbanowicz

Uratować Polską Reakcję

Kilka dni temu obwieściłem urbi et orbi klęskę JKM i jego zaplecza w ostatnich wyborach. Krytycy zarzucili mi, że poza JKM nie ma nikogo, i moja krytyka jest nieuzasadniona. Mają oczywiście rację, jednak nie wyciągają wniosków ze słusznej tezy. Zajmijmy się najpierw wynikami jakie Ugrupowanie Pod Respiratorem (UPR) odniosło w głosowaniu. Wskazują one jednoznacznie, że na ludzi UPR-u nie zagłosował praktycznie nikt poza znajomymi samych kandydatów. Upadł wiec mit o marce jaką rzekomo UPR jest i o stabilnym elektoracie. Najciekawsze, że najlepszy wynik partia odniosła tam, gdzie startowała pod nową nazwą – Wspólnoty Samorządowej Prawicy (warmińsko-mazurskie). Nie może to jednak dziwić – naukowo udowodnione, że u ludzi (i nie tylko u ludzi) w podświadomości wybijają  się z czasem oczywiste sygnały – jeżeli jakiś termin przez 20 lat kojarzy się z klęskami, to u wyborcy wytwarza się odruch omijania danej listy. Tak się bowiem składa, że o ile w przypadku Ruchu JKM mamy do czynienia z koncepcją budowy środowiska wokół wodza, to o tyle tutaj mamy budowę takiego czegoś wokół partii politycznej – co także jest ogromnym nieporozumieniem. Wszystkie pozytywne ruchy ostatnich lat, czy to Tea Party, Pomarańcze z Ukrainy czy to Solidarność (ale ta pierwsza) skupiają się wokół kilku haseł. Są to: wolność, demokracja (rozumiana jako zostawienie spraw ludziom i decentralizacja, a nie partyjniactwo), społeczeństwo obywatelskie. Dziwnym trafem nie ma tam ani problemów „wodza”, ani problemów „ugrupowania” czy innych „politycznych” pierdół. Co więcej – kiedy tylko w „S” zaczęto dyskutować o partyjniactwie, od razu cały spontaniczny ferment odpadł, a została ubecka śmietanka. Tak więc skończmy deliberacje o tym kto wybory przegrał, przyjrzyjmy się temu kto je wygrał: Sejmiki: 1.PO – 30,89% 2. PiS – 23,05% 3. PSL – 16,30%  4. SLD – 15,20% 5. Pozostali – 14,5% Powiaty: 1.Pozostałe – 38,12% 2. PO – 20,91% 3.PiS-17,25% Gminy: 1. PO – 30,30% 2.Pozostałe – 25,96% 3.SLD-24,9% Wyniki dla organów wykonawczych są podobne – kilkaset mandatów dla kandydatów niezależnych. Overkill dokonany na partiach politycznych. Dlaczego? A no dlatego, że mimo utrudniającej życie ordynacji ludzie głosowali jednak po nazwiskach, nie po listach. Szczególnie widać to na prowincji. A po nazwiskach nie ma zlituj – tu się liczą rzeczywiste problemy, a nie partyjne dyrdymały. Problem jednak w tym, że lokalne środowiska są przez ordynację proporcjonalną odcięte od władzy krajowej. Zresztą – nawet w JOWach pojedynczy, niezależny kandydat nie ma większych możliwości działania w Sejmie. I tu pojawia się miejsce dla nas. Albo dla kogokolwiek z głową i jajami. Jakikolwiek ruch, który ma zmienić Polskę musi się oprzeć o ludzi, nie o „działaczy”. I nie ważne czy będzie to ruch prawicy, czy ruch PPP – kto chce reform – czy to w tę czy w tę – wprowadzi je właśnie ta drogą. Bo inaczej się po prostu nie da. Aby cokolwiek zmienić należy zacząć od stworzenia całościowej siatki, rozlokowanej w każdej gminie, która na bieżąco zajmie się transferem drażliwych kwestii do centrali, i rozwiązywaniem problemów na szczeblu lokalnym. I nieważne czy problemem tym jest uświadomienie rodzicom praw rad rodzicielskich w szkole, czy walka z nieuczciwą spółdzielnią, czy wsparciem sąsiada w postępowaniu przed sądem administracyjnym. Ważne o to, aby być obecnym STALE. Powiedzcie mi drodzy wolnościowcy – chcecie zlikwidować zasiłki, opiekę społeczną i inne takie rzeczy. I słusznie. Co macie w zamian? Ano właśnie... Forma działania, którą proponuję jest nie tylko sposobem promocji wolności pod strzechami, nie tylko sposobem nabicia poparcia, ale też rzeczywistym odkomuszeniem mentalności Polaków. Aby wolnościowy rząd nie dostał batów od rewolucji, jaka się rozwinie po likwidacji zasiłków, musi promować alternatywne dla państwowego garnka sposoby radzenia sobie z nędzą. To właśnie jest ten sposób. Stworzenie takiej siatki w regionach jest pierwszym krokiem. Drugim powinno być skonsolidowanie rozbitych środowisk prawicowych. Przy czym nie chodzi tu o UPR, WiP, PR itd. A raczej nie tylko o nich. Mam tu raczej na myśli ludzi ze stowarzyszeń działających na rzecz wolności. Po ostrej selekcji pod kątem programowym spośród działaczy, naukowców i innych osób powstanie ekskluzywna drużyna, która rozbije w krajowych wyborach partyjniaków. Od nas więc zależy, czy chcemy aby to PPP lub inni radykałowie podchwycili mój pomysł, czy raczej dokonamy „kwiecistej rewolucji”, która tym razem nie będzie kierowana przez obce wywiady. A więc cytując klasyka: „All hands on the deck!”. Rafał Urbanowicz Foto. fragment ulotki UPR z wyborów do PE