Tag Archives: wzrost gospodarczy

W Rumunii kwitnie realna gospodarka. W Polsce – fantasmagorie Morawieckiego

Kto jest nowym tygrysem gospodarczym Europy? Premier Morawiecki i minister Rafalska stwierdziliby zapewne, że oczywiście Polska - bo stawiamy na elektryczne auto i mamy 500 plus. Prawda jest jednak inna. Tym tygrysem jest Rumunia.

Rumunia rośnie w siłę

Jeszcze niedawno określenie "Rumun" u wielu wywoływało uśmiech politowania, znaczący mniej więcej - "bieda z nędzą". Historia potrafi jednak płatać figle.

Nie pobudzajmy gospodarki!

Rząd polski jest wybitnym fachowcem od gospodarki. Wie, czego gospodarce potrzeba, co w niej ważne, a co mniej istotne. Zna każdy mechanizm i ma wszystko wyliczone – ile czego przybędzie, a ile ubędzie. Wartość PKB zna do czwartego miejsca po przecinku. Tylko pozazdrościć. Jak rząd to robi? Spośród członków polskiego rządu żadna osoba nie może pochwalić się jakimkolwiek wymiernym sukcesem w biznesie. Zresztą, co tam mówić o sukcesach – jedynie minister środowiska skalał się prawdziwą pracą. Kilkanaście lat temu był bowiem przez rok zatrudniony w bliżej nieokreślonej kancelarii prawnej. Ten facet musi znać biznes wręcz od podszewki! Poza tym pani minister od szkół kiedyś była nauczycielką, a minister spraw zagranicznych – reporterem. Takie to grono fachowców.
Dobre samopoczucie i niezachwiana wiara w jedynie słuszny ustrój – jak widać, to wystarczy, aby zapewnić dobrobyt 38 milionom Polaków. Dzięki olbrzymiej wiedzy zgromadzonej przez rząd i dzięki temu, że politycy zajmujący się gospodarką to wybitni ludzie biznesu światowego formatu, rząd ma nie tylko moralne prawo, ale i niezbędne narzędzia intelektualne do zajmowania się gospodarką. Dlatego inicjuje, pobudza, wspiera, rozwija, kształtuje itd., a gospodarka mknie do przodu niczym bolid Formuły 1. To dzięki zaangażowaniu tej ekipy oraz jej poprzedników dorobiliśmy się prawie 400 zawodów, których wykonywanie wymaga licencji, koncesji, zezwolenia itp., krótko mówiąc – państwowego glejtu. Na przykład – aby zrobić interes na doprowadzeniu do transakcji pomiędzy facetem, który ma mieszkanie do sprzedania, a facetką, która mieszkanie chce kupić, trzeba mieć albo wyższe studia w zakresie obrotu nieruchomościami lub prawa, albo zdać egzamin obejmujący m.in. podstawy prawne w zakresie sprzedaży i wynajmu nieruchomości. Dlaczego w takim razie gość handlujący burakami nie musi mieć dyplomu z botaniki albo fizjologii roślin? A jak pomyli buraka z kalafiorem? O k....a, strach pomyśleć. Generalnie sprawa jest prosta. Każdy homo sapiens, którego IQ przewyższa 80 pkt, jest w stanie zrozumieć pewne zależności. Na przykład – gdy cieknie kran, wzywam hydraulika, facet usuwa problem, a ja mu płacę. Inne zagadnienie – boli mnie głowa, kupuję środek przeciwbólowy w aptece, zażywam, ból mija. I tak to można ciągnąć przez tysiąc i więcej stron. Logika zawarta w tych zależnościach jest prosta jak budowa łopaty – codziennie zatrudniamy dziesiątki osób, które rozwiązują nasze problemy. Jedyne kryteria oceny to skuteczność i cena. Fakt, czy hydraulik zrobił doktorat z mechaniki cieczy, czy wręcz przeciwnie – jest kompletnym analfabetą, nikogo nie interesuje, bo i po co? Facet jest od naprawiania cieknących kranów i za to dostaje szmal. Jeśli nie umie naprawić kranu, żaden dyplom nie pomoże mu zarobić. W dużym skrócie tak właśnie działa gospodarka. Dopóki ludzie chcą coś kupić (towar albo usługę), pojawi się ktoś, kto im to sprzeda. I niemal natychmiast pojawi się ktoś inny, kto zaproponuje to samo taniej albo efektywniej albo po prostu ładniej opakowane. Gospodarka to w sumie prosty mechanizm, który składa się z milionów prostych transakcji i bardzo prostych decyzji – "kupić" albo "nie kupić". Jeśli nie mam potrzeby korzystania z nauki języka angielskiego, to żaden rządowy pobudzacz mnie do tego nie skłoni – ani odpisem od podatku, ani kampanią telewizyjną, ani jedynie słusznym stwierdzeniem, że lepiej znać angielski niż go nie znać. Tymczasem rządowi fachowcy dzień i noc zastanawiają się, jak pobudzić gospodarkę. Jak sprawić, aby pan Stefan, który prowadzi spożywczaka na wsi, chciał zatrudnić syna sąsiada? Pomimo że pan Stefan od 20 lat wysyła rządowi ten sam komunikat – że koszt legalnego zatrudnienia jest zbyt wysoki – rząd wciąż nie jest w stanie tej wiedzy przyswoić. Tęgie rządowe głowy zawsze dochodzą do tego samego wniosku – Stefan gówno wie o gospodarce, bo on tylko sprzedaje chleb, herbatę i lizaki. Co taki burak może wiedzieć o wzroście PKB, deficycie budżetu, wskaźnikach makro i aprecjacji złotego? Rzeczywiście – Stefan pewnie niewiele albo zgoła nic nie wie na ten temat. Ale wie coś, na co nasi wybitni rządowi fachowcy do dzisiaj nie wpadli – że "sklep musi się, panie, kalkulować". Tak po prostu – ludziska nie kupią od Stefana kartofli po 20zł za kilo, tylko po to, aby Stefan miał za co zatrudnić syna sąsiada, bo klientów Stefana to nie interesuje. To problem Stefana, czy i ile zarabia. Tak samo Stefana nie interesuje, czy syn sąsiada ma za co żyć – nie dlatego że Stefan to podła kapitalistyczna świnia, ale dlatego że Stefan ma własną gębę do nakarmienia. Owszem, Stefan może i chciałby wziąć syna sąsiada do roboty, ale przy minimalnej pensji (która w wielu regionach Polski jest wcale niezłym groszem) nie dość, że Stefan musi zarobić 1800zł na pracownika, to z tej kwoty 700zł musi odpalić na haracz dla rządowych specjalistów od gospodarki. I to się, panie, po prostu nie kalkuluje. Pobudzanie gospodarki przez rząd ma zawsze tę samą postać. Najpierw ten sam rząd robi wszystko, żeby było dużo ograniczeń w prowadzeniu działalności i żeby zysk z tej działalności był obciążony jak najwyższym podatkiem, a potem dziwi się, dlaczego ludzie zamykają firmy, zatrudniają na czarno albo nie płacą podatków. I recepta rządowa jest zawsze ta sama – uruchomienie programu typu "zatrudnij pracownika, a my mu zabierzemy co miesiąc 50zł mniej niż zwykle, ale tylko przez pierwszy rok". To jakby oprych, co grabi ludzi na ulicy, wprowadził promocję w rodzaju "jak szybko oddasz portfel i telefon, to wpierdol będzie mniej bolesny". Super! Żal nie skorzystać. Takie pobudzanie gospodarki ma zazwyczaj jeden skutek – parodystyczny. Niestety, jest to efekt niezamierzony, a i ostatnio naród jest jakby mniej skory do śmiechu. Przykra prawda jest też taka, że im bardziej rząd "pobudza" gospodarkę, tym bardziej się ona zwija. I zapewne stadium końcowe tej radosnej działalności będzie obejmować stworzenie spec-urzędu ds. pobudzania gospodarki. Spec-urząd opracuje analizę, z której będzie wynikało, że jednym z czynników tłamszenia gospodarki jest m.in. powołanie tegoż urzędu… Ta analiza oczywiście nigdy nie ujrzy światła dziennego – w przeciwieństwie do kolejnej podwyżki podatków, która tę utajnioną analizę sfinansuje. Tak właśnie wygląda pobudzanie gospodarki przez rząd. Ale czy mimo to rząd może coś dla gospodarki zrobić? Ależ tak! Odwalić się – najlepiej raz na zawsze. Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

USA wolniej niż … Białoruś?

Amerykańska gospodarka w dalszym ciągu należy do światowej czołówki. Taka przynajmniej jest obiegowa opinia na temat tego kraju. Okazuje się jednak, że jego wyniki są dużo gorsze niż można się było tego spodziewać. Tak wynika z opracowanego przez CIA raportu World Factbook. Według raportu USA są na 169 miejscu na 216 sklasyfikowanych państw pod względem wzrostu PKB. Znacznie szybciej rozwijają się takie państwa jak Rosja, Chiny, Ruanda ... a nawet Białoruś. Nieco lepszym wynikiem Amerykanie mogą się pochwalić jeśli chodzi o PKB per capita – zajmują 12 miejsce za Katarem czy Lichtensteinem. Natomiast mierząc PKB realną siłą nabywczą dolara są na 2 miejscu, pomiędzy sklasyfikowaną na pierwszym miejscu Unią Europejską a Chinami.
Nie najlepiej przedstawia się sytuacja na rynku pracy. Stopa bezrobocia jest wyższa niż w 97 sklasyfikowanych krajach. Niemal na szarym końcu Amerykanie znajdują się pod względem inwestycji infrastrukturalnych (142 miejsce na 150). Natomiast produkcja przemysłowa USA plasuje się na 79 pozycji. Fatalnie wygląda także sytuacja federalnego budżetu. Amerykański deficyt jest jednym z najwyższych na świecie. Pod tym względem Stany Zjednoczone zajmują 192 miejsce. Choć wydawałoby się, że na rynku ropy pozycja USA powinna być silna, to jednak według World Factbook aż 13 państw posiada większe zapasy tego surowca. Z kolei według wyliczeń The Heritage Foundation oraz The Wall Street Journal Stany Zjednoczone nie są także liderem rankingu wolności gospodarczej. Zajmują bowiem dopiero 10 miejsce. Jeszcze gorzej jest w kwestii walki z korupcją. Okazuje się, że na tym polu aż 20 państw osiąga lepsze wyniki. Pozostaje pytanie w jakim stopniu do pogorszenia się wielu czynników gospodarczych przyczynił się obecny prezydent Barack Obama. Wszak znany jest na świecie z tego, że lekką ręką wydaje budżetowe pieniądze na „stymulowanie” rodzimych przedsiębiorstw i instytucji takich jak banki, a także na wprowadzone niedawno obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne. Jak na razie prowadzona przez niego polityka wróży raczej gospodarce USA dalszą tendencje spadkową. I.Sz.

Wzrost, czyli spadek

Oj, gdyby się człowiek niechcący nie załapał na PRL, to pewnie by doznał dysonansu poznawczego. A to tylko propaganda się pogubiła. Polska gospodarczo nadal dzierży palmę gospodarczej zielonej wyspy. Francuzi a za nimi Anglicy twierdzą, że w Polsce nie ma oznak recesji a wzrost gospodarczy jest najwyższy w całej UE. Wynika to pośrednio z faktu, że Polacy są lepiej wykwalifikowani, pracują dłużej a zarabiają mniej. Hm, doprawdy nie bardzo wiadomo, czy się z tego cieszyć. Ten sam poziom wzrostu gospodarczego widziany jednakowoż znad Wisły już takiego optymizmu nie budzi. Mało tego, pojawiają się głosy, że polska gospodarka zacznie ostro dołować i w 2013 r. osiągnie dno, od którego rzekomo można się już tylko odbić, choć pewnie nikt by na to pieniędzy, zwłaszcza własnych, nie postawił. Inna rzecz, że porównywanie wskaźników wzrostu gospodarczego samo w sobie jest zwykłą manipulacją. Nikt bowiem nie zatroszczył się o wskazanie, jak przekładają się one na np. PKB liczone na jednego mieszkańca, co niewątpliwie zachwiałoby nieco optymizmem w stosunku do polskiej gospodarki. Prosty przykład – jeżeli Polak ma 4 pary butów i kupi jedną, to jego stan posiadania zwiększy się o 25%, zaś jeśli Niemiec ma 100 par butów i kupi jedną – jego stan posiadania zwiększy się tylko o 1%. Ale jakby nie liczyć – Niemiec wciąż jest zamożniejszy od Polaka. Wszelako gdyby się miało okazać, że unijni optymiści i polscy pesymiści mają rację, otrzymujemy następującą sytuację: zwalniająca i dobijająca do dna gospodarka ma i tak najwyższe tempo wzrostu w całej UE. Zgroza! Wynika z tego bowiem, że „polska przyszłość”, która jak nas przekonują możliwa jest tylko przy pełnym podporządkowaniu Brukseli, zatem - „polska przyszłość” to stagnacja, recesja i ogólnie – katastrofa. Jakby tego wszystkiego było mało pod znakiem zapytania stają losy paktu fiskalnego UE i Europejskiego Mechanizmu Stabilizacji,  z którego środki mogłyby być wykorzystywane na „bezpośrednią rekapitalizację banków, a także wykup obligacji państw, których stabilność finansowa będzie zagrożona wskutek wysokiej rentowności ich obligacji”. Żeby było ciekawiej, zaskarżający te rozwiązania Niemcy twierdzą, iż wprowadzenie w życie paktu fiskalnego i EMS oznaczać będzie „demontaż państwa socjalnego i demokracji”. Ha, skoro UE ma dążyć do utrzymania za wszelką cenę państwa socjalnego, to żaden pakt czy mechanizm stabilizacyjny nie uchroni jej przed kryzysem i bankructwem, na co historia XX wieku dostarcza aż nadto przykładów. Inna sprawa, skąd skarżący zamierzają brać pieniądze na finansowanie owego państwa socjalnego, skoro banki stracą kapitał, który zainwestowały w obligacje, emitowane na konto realizacji zadań państwa socjalnego? Te problemy najwyraźniej nie spędzają snu z powiek drogich przywódców taniego państwa pod wezwaniem Donalda Tuska & Co, którzy o 500 PLN miesięcznie dostaną więcej na prowadzenie biur poselskich. Bo koszty utrzymania biur wzrosły, podobnie zresztą jak i koszty życia. Jak w PRL – u: rząd sam się wyżywi, i tylko można żywić nadzieję, że się przy tej okazji wreszcie udławi skutkami swojej „polityki gospodarczej”. Raz już się udało a ponoć historia lubi się powtarzać. Zwłaszcza, gdy tzw. elity jej nie znają. Michał Nawrocki Fot.: MN

Debata PROKAPA: Czy stoimy w obliczu kryzysu? – odpowiada Marak Łangalis, ekspert Instytutu Globalizacji

W ramach Debaty PROKAPA „Czy stoimy w obliczu kryzysu gospodarczego?” publikujemy opinię p. Marka Łangalisa, eksperta Instytutu Globalizacji.
  1. Co czeka światową gospodarkę w najbliższych miesiącach?
W najbliższych miesiącach politycy kilku państw będą nadal zajmować się realnymi problemami spowodowanymi wirtualnym pieniądzem. Można oczekiwać, że wreszcie Grecja zaprzestanie spłaty swojego zadłużenia gdzieś na początku 2012 r. Uruchomi to falę problemów w kilku europejskich bankach, co przełoży się na drobne kłopoty Niemiec i Francji. Ze strony polityków w Europie należy oczekiwać kolejnych debat i spotkań na wysokim szczeblu bez żadnych odważnych decyzji. [caption id="attachment_14278" align="alignright" width="333" caption="Marek Łangalis, ekspert Instytutu Globalizacji"][/caption] Co do samej gospodarki to fabryki będą ciągle produkować, fryzjerzy strzyc, rolnicy zbierać plony i nowe zasiewać, więc w sferze realnej dużo się nie zmieni. Natomiast problemy mogą wystąpić w niektórych bankach, które zaangażowały się w obligacje „bez ryzyka”. Problemy tych banków mogą spowodować odcięcie niektórych przedsiębiorstw od kredytu, co z pewnością przełoży się na jakieś chwilowe perturbacje. Kluczowe jednak będzie nie najbliższe kilka miesięcy, a raczej następne 2-3 lata. Jeżeli nic się nie zmieni i nie zostanie zlikwidowane prawo bankowe (i zastąpione prawem wynikającym z kodeksu handlowego, cywilnego i karnego) to należy oczekiwać jakiejś dłuższej depresji, takiej jak w latach 70. ubiegłego wieku (dość wysoka 6-8 procentowa inflacja połączona z niskim wzrostem gospodarczym i stosunkowo wysokim bezrobociem).
  1. Jak potoczy się sytuacja gospodarcza w Stanach Zjednoczonych, w krajach strefy euro (czy wspólna waluta przetrwa?), w Polsce, w Azji?
Jeśli USA będzie nadal kopiować pomysły europejskie na gospodarkę (wysoki udział podatków, socjalne zabezpieczenia coraz większych grup społecznych) to nie ma cudów – dostosuje się swoim poziomem rozwoju do Europy. A ponieważ jest to wciąż najbogatsze państwo świata więc i skala marnotrawstwa będzie największa. Albo Stany wrócą do korzeni albo pogrążą się w stagnacji, gdzie dwuprocentowy wzrost gospodarczy uważany jest za boom. Euro nie ma teoretycznej możliwości przetrwania w obecnym kształcie. Wspólna polityka monetarna (ustalanie stóp procentowych, rezerw obowiązkowych) dla kilkunastu państw o różnym stopniu rozwoju a nawet różnej kulturze jest nie do utrzymania. To tylko kwestia czasu, kiedy decydenci europejscy zdadzą sobie z tego sprawę. Oby nastąpiło to jak najwcześniej, bo im później tym upadek będzie bardziej bolesny. Azja jest bardzo różnorodna. Jest Japonia z bardzo wysokim długiem publicznym i jest Singapur, ze zdrowymi finansami, niskimi podatkami i dwunastoprocentowym wzrostem gospodarczym za zeszły rok. Jednak jako kontynent w całości jest, obok Ameryki Południowej, jedynym który napędza globalny wzrost gospodarczy. W najbliższej dekadzie ta dominacja Azji powinna się znacząco umocnić, pomimo iż prawdopodobnie powinno dojść do jakiejś korekty w Chinach.
  1. Czy świat istotnie stoi w obliczu kryzysu gospodarczego a jeśli tak, to jaki przyjmie on charakter, jak długo może trwać, jakie mogą być jego konsekwencje i jak zmieni się świat po jego zakończeniu?
Politycy wpędzili świat Zachodu w kryzys. Uwierzono, że państwo wie lepiej na co wydawać pieniądze swoich obywateli. Jeszcze do czasów I Wojny Światowej udział państwa we wszystkich wydatkach składających się na PKB wynosił ok. 10%. Po II Wojnie Światowej było to 25-30%. Jeszcze do 2005 r. tylko nieliczne państwa miały ten współczynnik wyższy niż 45%. Teraz normą staje się 50%. To znaczy, że następuje w pewien sposób ubezwłasnowolnienie ludzi w podejmowaniu samodzielnych decyzji finansowych. Jeżeli państwa nie obetną szybko wydatków, a nie zrobią tego z powodu przyjętych zobowiązań emerytalnych, to czeka nas długotrwała stagnacja, podobna do tej z lat 70. ubiegłego wieku, gdy wydawało się że keynesowski pogląd na gospodarkę już finalnie zbankrutował (nawiasem mówiąc Keyens uważał, że udział wydatków państwa powyżej 30% PKB zagraża już gospodarce, dziś możemy „pomarzyć” o takich czasach). Po latach 70. przyszły lata 80., czas ciężkich reform i wyrzeczeń, które zaowocowały dość stabilnym wzrostem w latach 90. Obecnie może się okazać, że trzeba poczekać na nadejście nowej wolnościowej fali w USA, która da przyczynek do reform i zmiany w myśleniu szczególnie w Europie. Stagnacja może jednak potrwać jeszcze kilka lat.
  1. A może kryzys nam nie grozi i gospodarki poszczególnych krajów zaczną już wkrótce odnotowywać wzrosty?
Nawet jeśli nastąpią wzrosty gospodarcze, to od reform się nie ucieknie. Jak już wspomniałem Singapur zanotował dwunastoprocentowy wzrost gospodarczy, Chiny dziesięcioprocentowy. Normalny świat się rozwija i idzie do przodu nie oglądając się na to co wymyśli prezes FEDu w USA. W Europie chęć lepszej pracy jest tłamszona przez system podatkowy. Jeśli się to nie zmieni, to nadal dwuprocentowy wzrost w Niemczech będzie uchodził za boom gospodarczy, a Polska zaakceptuje czteroprocentowy wzrost jako normalny. Tymczasem potencjał Polaków, tłamszony przez biurokratyczną hydrę, powinien stawiać nas gdzieś w okolicach 8-10% wzrostu rocznie.
  1. Jak przeciętny Kowalski powinien przygotować się na ewentualny kryzys? Jak powinien ulokować swoje oszczędności, jeśli oczywiście takie posiada?
Każdy powinien decyzje inwestycyjne podejmować samodzielnie w oparciu o swoje preferencje do ryzyka i swoją wiedzę. Wiara w cudowne recepty podsuwane przez innych nie służy gromadzeniu efektów swojej pracy.
  1. Jak potoczą się losy polskiej gospodarki i czy jest ona w stanie uniknąć kryzysu?
Polska nie jest w stanie uniknąć spowolnienia gospodarczego, co wynika z tego, że zbliża się fala przechodzenia na emeryturę przez roczniki urodzone w latach 50. ubiegłego wieku. W ciągu 25 lat liczba emerytów zwiększy się o co najmniej 60%. Obecny system podatkowy tego nie dźwignie. Politycy albo będą musieli ogłosić niewypłacalność wobec swoich obywateli, albo przemyśleć rolę państwa. Może się okazać, że ¾ ściąganych podatków będzie przekazywanych emerytom. W długiej perspektywie polska gospodarka zostanie rozsadzona przez żądania emeryckie. Dodatkowo trzeba pamiętać, że żyjemy w demokracji – prawie dziesięciomilionowa rzesza wyborców o podobnych żądaniach będzie najważniejszą grupą, z którą będą się liczyć politycy. By uniknąć kryzysu jaki nas czeka za paręnaście lat, trzeba teraz ostro zakasać rękawy i pracować w pocie czoła, by było z czego płacić emerytury w przyszłości. Zamiast tego mamy jednak politykę „tu i teraz”. To nie wróży niczego dobrego. Co nie znaczy, że przez parę lat nie możemy mieć stabilnego wzrostu gospodarczego na poziomie 3-5%. Marek Łangalis Marek Łangalis jest ekspertem Instytutu Globalizacji Przygotował Paweł Sztąberek

Chiny w górę

Na Onet.pl czytamy... "Wzrost produktu krajowego brutto Chin wyniósł w drugim kwartale obecnego roku 7,9 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2008 roku - wynika z danych zaprezentowanych w czwartek w Pekinie. W pierwszym kwartale wskaźnik ten wyniósł 6,1 procent, a władze oczekują, iż w skali całego 2009 roku wzrost PKB Chin wyniesie 8 procent. Poprawa sytuacji - oceniło chińskie Narodowe Biuro Statystyczne - wynika głównie ze wzrostu popytu na wewnętrznym rynku oraz zwiększenia produkcji przemysłowej, co ma świadczyć o skuteczności antykryzysowego pakietu stymulacyjnego, wprowadzanego od zeszłego roku a mającego wartość 586 mld USD. Według analityków, na jakich powołuje się agencja Associated Press, Chiny prawdopodobnie staną się pierwszym głównym krajem świata, jaki przezwycięży obecny kryzys gospodarczy, uważany za najpoważniejszy od wielkiego kryzysu z lat 30. XX wieku." Źródło: Onet.pl