Tag Archives: zabójstwo

Czy kara śmierci to jest zabicie?

Stanisław Michalkiewicz w artykule Kara śmierci i chrześcijanie trafnie zauważył, że brutalny gwałt na polskiej turystce w Rimini wywołał wiele komentarzy nie tylko na temat „uchodźców”. O. Grzegorz Kramer SJ zareagował bardzo emocjonalnie na słowa ministra sprawiedliwości Patryka Jakiego, który na Twitterze napisał, że okrutni sprawcy powinni być skazani na karę śmierci. Jezuita odpisał: „Kara śmierci to jest zabicie, nie »środek zaradczy«”.

Jacek Dębski – Egzekucja ministra sportu

W nocy 11 kwietnia 2001 r. Jacek Dębski, były minister sportu w rządzie Akcji Wyborczej Solidarność, kuzyn gangstera Jeremiasza Barańskiego, został zastrzelony nieopodal warszawskiej restauracji Casa Nostra. W tle całej sprawy znajdowały się związki byłego ministra ze służbami specjalnymi PRL. Według znajdujących w się w IPN dokumentów został on zarejestrowany pod numerem 56802 jako tajny współpracownik łódzkiej Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie Adam.
Zleceniodawca  „wyroku” na Jacku Dębskim Jeremiasz Barański, ps. Baranina – nie żyje, podobnie jak wykonawca – Tadeusz M. ,ps. Sasza. Zarówno Barańskiego i „Saszę” znaleziono powieszonych w swoich celach – pierwszy zginął w Wiedniu, drugi w Warszawie. Tadeusz M. dzień przed śmiercią napisał do żony list, w którym snuł plany na przyszłość. Tekst był opatrzony narysowanymi przez „Saszę” serduszkami. Tej nocy, kiedy zginął Tadeusz M., w jego celi przestał działać monitoring. Z tego powodu nie wiadomo, co się działo w ostatnich godzinach życia „Saszy”. Już po śmierci znaleziono na ciele Tadeusza M. ślady wskazujące na użycie paralizatora – podłużne pręgi znajdowały się na przedramieniu. To mogło wskazywać na to, że „Sasza” – wysoki, barczysty mężczyzna – przed śmiercią został obezwładniony, a następnie powieszony. Nie żyje także szef policyjnej grupy prowadzącej śledztwo w sprawie śmierci Tadeusza M. Funkcjonariusz z lubelskiego Centralnego Biura Śledczego zmarł nagle na zawał jeszcze w trakcie prowadzonego postępowania. Fakt zarejestrowania przez SB Jacka Dębskiego jako TW „Adam”  był do tej pory znany zaledwie kilku osobom. Niewykluczone, że było to spowodowane zniszczeniem jego teczki przez służby specjalne PRL w drugiej połowie 1989 r. W IPN zachowały się jedynie jego karty rejestracyjne. Wiadomo tylko, że rejestracja nastąpiła w drugiej połowie lat 80., gdy Dębski był studentem wydziału polonistyki Uniwersytetu Łódzkiego i związał się ze środowiskami opozycyjnymi. „Kolportował bibułę i wydawnictwa podziemne, ale wtedy każdy z nas to robił. Nie wyróżniał się niczym szczególnym” – wspomina kolega z okresu studiów. Jacek Dębski krótko działał w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów, skąd trafił do Ruchu Młodej Polski. Tam też nie zagrzał miejsca. Został wyrzucony przez władze Ruchu w atmosferze skandalu. Zdaniem kierownictwa RMP Dębski wydawał podziemne pismo, w którym znalazły się akcenty antysemickie i wygłaszał niepochlebne opinie na temat RMP. Znalazły się one m.in. w liście wysłanym do władz emigracyjnego Stronnictwa Narodowego. List wywołał spore zamieszanie. Działacze RMP uważali, że miał on na celu skłócenie środowiska opozycji. Kolejnym politycznym ugrupowaniem, z którym związał się Dębski, było Narodowe Odrodzenie Polskie. Został przewodniczącym łódzkich struktur NOP. W 1990 r. był już w Unii Polityki Realnej, a następnie w… Kongresie Liberalno-Demokratycznym. Będąc w KLD Dębski został prezesem RSW „Prasa – Książka – Ruch”. Zaraz po objęciu tej funkcji, w październiku 1991 r., został współzałożycielem spółki EMPIK. Dębski, jako reprezentant państwowego przedsiębiorstwa (Ruch był wówczas jeszcze niesprywatyzowany), w zamian za 40 procent udziałów wniósł aportem Klub Międzynarodowej Prasy i Książki i 10 nieruchomości, które mieściły się w centrum największych polskich miast. Większość udziałów, 60 procent, objęła irlandzka firma Kaufring, która należała do biznesmena Yarona Brucknera. Udziały irlandzkiej spółki miały być opłacone gotówką: 1,17 miliona złotych. Jednak prawnicy zakwestionowali wycenę aportu RSW „Prasa – Książka – Ruch” i do całkowitej zapłaty nie doszło. Brakowało ponad 400 tys. zł. Najwyższa Izba Kontroli, która kontrolowała RSW „Prasa – Książka – Ruch” skierowała zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa do warszawskiej prokuratury. Z kolei prokuratura umorzyła postępowanie ze względu na znikomą społeczną szkodliwość czynu. W czerwcu 1992 r. rada nadzorcza „Ruchu” odwołała Jacka Dębskiego z funkcji prezesa spółki i członka zarządu. „Przedsiębiorstwo było w fatalnym stanie, zawierano skrajnie niekorzystne umowy, dlatego ówczesny prezes został odwołany” – wspomina Krzysztof Wyszkowski. Legendarny działacz opozycji był wówczas członkiem rady nadzorczej RSW „Prasa – Książka – Ruch”. Inni członkowie rady dodają, że Dębski zajmował się głównie grą w piłkę ze swoim partyjnym szefem – Donaldem Tuskiem. O grze obydwu panów w jednej drużynie pisała m.in. w maju 1992 r. „Gazeta Wyborcza” przy okazji rozegrania towarzyskiego meczu pomiędzy politykami KLD a dziennikarzami „GW” na stadionie warszawskiej Polonii. Jacek Dębski stał wówczas na bramce, Donald Tusk grał w ataku. Jacek Dębski w połowie lat 90. był także konsulem honorowym Litwy w Polsce, o czym mało kto dzisiaj chce pamiętać. Miał doskonałe kontakty z ówczesnymi władzami w Wilnie i z litewskimi służbami. W 1994 r., dwa lata po odejściu z RSW „Prasa – Książka – Ruch”, Jacek Dębski dzięki poparciu KLD został prezesem Łódzkiej Wytwórni Papierosów S.A., która miała podpisaną umowę z duńskim koncernem House of Prince na wyłączność produkcji marek Prince i Prince Light. W lutym 1995 r. House of Prince kupił większość akcji spółki tytoniowej Alliance spod Krakowa. Koncern rozpoczął też starania o rozwiązanie współpracy z Łódzką Wytwórnią Papierosów. Duńczycy chcieli to zrobić jak najszybciej, jednak obowiązywał ich dziewięciomiesięczny okres wypowiedzenia. Negocjacje prowadził dyrektor handlowy duńskiego koncernu Henrik J. W lipcu 1995 r. doszło do rozmowy pomiędzy ówczesnym prezesem ŁWP Jackiem Dębskim a Henrikiem J. Duńczyk zaproponował „rekompensatę” – 30 tys. dolarów w zamian za odstąpienie od umowy. Rozmowę Dębski potajemnie nagrał, a kasetę przekazał do Urzędu Ochrony Państwa. Kilka dni później Henrik J. został zatrzymany przez UOP i spędził miesiąc w areszcie pod zarzutem próby przekupienia prezesa ŁWP. Ostatecznie sprawa zakończyła się uniewinnieniem Duńczyka w 2003 r. Sąd wprawdzie uznał, że na kasecie, na której zarejestrowano rozmowę między Dębskim a Henrikiem J. uwieczniono złożenie propozycji łapówki, jednak, gdy przestępstwo popełniono, kodeks karny nie precyzował, kim jest osoba pełniąca funkcję publiczną. Sąd nie mógł więc ustalić, czy taką osobą był Jacek Dębski – wówczas prezes państwowego przedsiębiorstwa. W 1996 r. Jacek Dębski został pełnomocnikiem firmy Bagbud, która chciała w Łodzi wybudować luksusowy hotel Bobrowiecki. Inwestycji sprzeciwił się UOP, gdy okazało się, że Bagbud kontrolowany był przez Siergieja Gawriłowa, przedsiębiorcę z byłego ZSRR, a w rzeczywistości sowieckiego szpiega. Po latach okazało się, że interesy z Gawriłowem prowadzili funkcjonariusze polskich służb specjalnych, jednak skończyły się one niepowodzeniem. Wywiad założył spółkę Światowe Centrum Finansów i Handlu ze Wschodem, której udziałowcem był Gawriłow. Centrum miało być przykrywką dla działalności wywiadu gospodarczego, ale jego aktywność zakończyła się fiaskiem i stratami finansowymi polskich służb specjalnych. Ostatecznie Siergiej Gawriłow opuścił Polskę w związku postawieniem mu zarzutu nielegalnego posiadania broni. W rzeczywistości chodziło o jego o pracę dla rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU i pranie pieniędzy. Po nagłośnieniu historii z ujawnieniem próby przekupstwa Jacek Dębski zyskał ogromną popularność. Przylgnął do niego wizerunek niezłomnego, walczącego z korupcją „szeryfa”. Po wygranych przez AWS wyborach, dzięki poparciu wicepremiera Janusza Tomaszewskiego, w 1997 r. Dębski został prezesem Urzędu Kultury Fizycznej i Sportu (ministrem sportu). Kilka miesięcy później rozpoczął walkę z władzami Polskiego Związku Piłki Nożnej, na którego czele stał wówczas Marian Dziurowicz – „nieusuwalny” prezes PZPN. Dębski wyszedł z tego pojedynku zwycięsko. Został okrzyknięty reformatorem PZPN. Rok później Dziurowicza odwołali działacze Związku. Zła passa dla Dębskiego rozpoczęła się kilka miesięcy po tym, jak z funkcji wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych i administracji został odwołany Janusz Tomaszewski. Stało się to we wrześniu 1999 r. po tym, jak sędzia Bogusław Nizieński, Rzecznik Interesu Publicznego, złożył wniosek o lustrację Tomaszewskiego. Okazało się, że wicepremier figuruje w archiwach komunistycznej bezpieki jako tajny współpracownik o pseudonimie Bogdan. Nie zachowała się jego teczka. Pozostały jednak karty rejestracyjne. Ostatecznie w 2003 r. sąd lustracyjny (niejednogłośnie) oczyścił Tomaszewskiego z zarzutu kłamstwa lustracyjnego. Pod koniec lutego 2000 r. do redakcji „Gazety Wyborczej” zadzwonił prezes Urzędu Kultury Fizycznej i Sportu. Powiedział, że chce udzielić wywiadu, że ma już wszystkiego dosyć. Rozmowę z ministrem sportu przeprowadził Jarosław Kurski. Dębski zarzucił politykom AWS grę polityczną skierowaną przeciwko ówczesnemu prezydentowi Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. „Na przełomie października i listopada przyszedł do mnie wysoki funkcjonariusz AWS i zadał mi pytanie: »Czy w UKFiT znajdują się jakieś ‘kwity’ na Aleksandra Kwaśniewskiego i na Stanisława Paszczyka?« [obaj byli kiedyś szefami tego urzędu – red.]. […] Nie po to zostałem powołany na to stanowisko, by na kogoś szukać papierów, ale by zajmować się sportem. Wtedy usłyszałem: »Jeśli ty nie znajdziesz ‘kwitów’ na Kwaśniewskiego, to my znajdziemy ‘kwity’ na ciebie«. […] Mam dosyć. Jest próg odporności psychicznej, poniżej którego nie można zejść. Chce się ze mnie na siłę zrobić agenta. Ja znam swój życiorys. Od dwóch lat, a szczególnie po odejściu Janusza Tomaszewskiego, nasiliły się wobec mnie pomówienia. Przecież nikt nie musi mi wierzyć. Ja twierdzę, że nie byłem agentem, ale ktoś inny twierdzi, że byłem. Co stoi na przeszkodzie, by co najmniej od roku – od kiedy działa rzecznik interesu publicznego – zbadać moje papiery i sprawdzić, czy mówię prawdę. Proszę bardzo, niech rzecznik zbada moje papiery!” – mówił „GW” Jacek Dębski. Po publikacji rozpętała się ogromna awantura polityczna. Dębski został zdymisjonowany i wyrzucony z partii. Prezydent Kwaśniewski zażądał wyjaśnień od ówczesnego premiera Jerzego Buzka. Politycy AWS wszystkiemu, o czym mówił Dębski, zaprzeczyli. Śledztwo wszczęte na polecenie i prowadzone pod nadzorem ówczesnego ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Lecha Kaczyńskiego zostało umorzone – Jacek Dębski nie chciał powiedzieć, kto mu kazał „szukać kwitów na Kwaśniewskiego”, nie wiadomo też, czy w ogóle taka sytuacja miała miejsce. Z perspektywy czasu można przypuszczać, że podłożem działania Jacka Dębskiego była lustracja. Wielu polityków było przekonanych, że w 1989 r. bezpieka spaliła wszystkie teczki. Okazało się jednak, że ślady współpracy z SB pozostały w postaci kart rejestracyjnych. Tak było w przypadku zarówno Janusza Tomaszewskiego, jak i Jacka Dębskiego. Po odejściu z rządu Jacek Dębski rzadko udzielał wywiadów mediom. Jednego z ostatnich udzielił kontrolowanej przez SLD „Trybunie”. Coraz częściej w politycznych kuluarach słychać było o związkach Dębskiego ze światem przestępczym. Miało to pokrycie w faktach. Okazało się, że w lutym 2001 r. policjanci zajmujący się zwalczaniem przestępczości zorganizowanej, zatrzymali samochód Jacka Dębskiego, w którym był także Krzysztof K., ps. Nastek, pruszkowski gangster, który trudnił się handlem narkotykami i zbieraniem haraczy. 11 kwietnia 2001 r. Jacek Dębski obchodził swoje 45. urodziny. Zaczął w warszawskim hotelu Victoria w Zielonym Barze. Było to ulubione miejsce spotkań biznesmenów i polityków. Około 21.00 Jacek Dębski wraz z Haliną G. i dwoma znajomymi pojechali do restauracji Casa Nostra, która mieściła się przy Wale Miedzeszyńskim w Warszawie. Dwie godziny później Halina G. poprosiła Dębskiego, by wyszedł z nią na spacer. Kilka minut później usłyszano strzał. Właściciel lokalu wybiegł na zewnątrz i zobaczył dwie uciekające sylwetki. Podbiegł do leżącego na chodniku Jacka Dębskiego. Mężczyzna był nieprzytomny, postrzelony w głowę. Po dziewczynie pozostał jedynie płaszcz w szatni. Karetka pogotowia zabrała rannego do szpitala. Nie udało się go uratować. Zmarł po kilku godzinach. Nie odzyskał przytomności. Halina G. została aresztowana dwa dni później. Sama zgłosiła się do warszawskiej prokuratury, ale stwierdziła, że niczego nie pamięta, bo była pijana. Niedługo po aresztowaniu policjanci z wydziału zabójstw, którzy przyjechali po Halinę G., by ją zabrać na przesłuchanie, usłyszeli, że… podejrzana została już wydana policjantom z jakiegoś komisariatu. Na szczęście Halina G., ps. Inka, nie opuściła aresztu. Nie ustalono, czy była to próba uwolnienia kobiety (by ją np. zabić), ale na wszelki wypadek wzmocniono jej ochronę. Śledztwo w sprawie zabójstwa byłego ministra sportu prowadził prokurator Andrzej Komosa (zmarł po ciężkiej chorobie w listo­padzie 2011 r.). Sprawa egzekucji Jacka Dębskiego była dla Komosy śledztwem życia. To dzięki niemu znaleziono nie tylko zabójcę, ale także zleceniodawcę zabójstwa. Komosa, wspólnie z policjantami z Centralnego Biura Śledczego, nakłonił „Inkę” do współpracy z prokuraturą i rozpracował polski odłam gangu Jeremiasza Barańskiego, ps. Baranina, który na stałe mieszkał w Wiedniu. „Inka” pracowała dla „Baraniny” od połowy lat 90. i dzięki jej zeznaniom można go było aresztować pod zarzutem zlecenia zabójstwa ministra sportu. Jeremiasz Barański był kuzynem Jacka Dębskiego. Z dokumentów wynika, że ich matki nosiły to samo nazwisko panieńskie. Polski wymiar sprawiedliwości nawiązał kontakty ze swoim austriackim odpowiednikiem i dzięki zastosowanej technice (m.in. podsłuchom telefonicznym) szybko ustalono główny motyw zabójstwa. Okazało się, że jednym z motywów zabójstwa były pieniądze. 400 tys. dolarów, które Jacek Dębski ulokował w austriackim banku na wspólnym koncie z „Baraniną”, a które gangster sobie przywłaszczył. 25 czerwca 2002 r. prokurator Andrzej Komosa postawił 41-letniemu Tadeuszowi M., ps. Sasza, zarzut zabójstwa byłego ministra sportu Jacka Dębskiego. Dzień później Tadeusza M. znaleziono powieszonego we własnej celi na sznurze z prześcieradła. Wkrótce pojawiły się wątpliwości, czy było to rzeczywiście samobójstwo i w związku z tym miesiąc później dokonano ekshumacji ciała „Saszy”. Śledztwo w sprawie śmierci gangstera trwało osiem miesięcy. Ekspertyzy w zakładach medycyny sądowej w Warszawie, Lublinie i Gdańsku wykluczyły porażenie prądem i otrucie. I chociaż oficjalnie nie znaleziono nic, co wskazywałoby na udział osób trzecich w śmierci „Saszy”, to wątpliwości pozostały. „Baraninę” pogrążyły bilingi telefoniczne (Barański rozmawiał 15 razy na przemian z „Saszą” i „Inką” w dniu zabójstwa Dębskiego), zeznania Haliny G. oraz założony podsłuch w celi wiedeńskiego aresztu, gdzie był osadzony. Okazało się, że siedząc w areszcie Barański próbował manipulować śledztwem, kontaktując się m.in. z mediami. „To prawa ręka Urbana. To, co napisze »Nie«, to pan Miller o tym wie, pan Kwaśniewski o tym wie, pan minister sprawiedliwości o tym wie. Po wyjściu z prokuratury spotkasz się, opowiesz” – instruował Barański Joannę N., konkubinę Tadeusza M. Zapis podsłuchów ujawnił w sądzie Andrzej Komosa podczas przesłuchania Joanny M. Na kontakt z redakcją „Nie” mogła wskazywać seria artykułów opublikowanych w tygodniku Jerzego Urbana, w których podważano kluczowe ustalenia prokuratury dotyczące roli Jeremiasza Barańskiego jako zleceniodawcy i Tade­usza M. jako wykonawcy zabójstwa Jacka Dębskiego. Proces Haliny G. trwał pięć lat. Osiem lat po śmierci Jacka Dębskiego, 11 kwietnia 2009 r., opuściła więzienie na warszawskim Grochowie po odbyciu całego wyroku za pomoc w zabójstwie byłego ministra sportu. Na wolności została objęta austriackim programem ochrony świadka koronnego. W ramach programu ochrony świadków dostała nową tożsamość i prawo zamieszkania w wybranym przez siebie kraju. Jeremiasz Barański nie dożył końca procesu. Znaleziono go powieszonego w celi wiedeńskiego aresztu w maju 2003 r. Do dziś nie ustalono głównego powodu zabójstwa Jacka Dębskiego. Dorota Kania Tekst jest fragmentem książki Doroty Kani "Cień tajnych służb", wydanej nakładem Wydawnictwa M. Publikujemy go za zgodą wydawcy, dziękując za jego udostępnienie. Książkę zamówić można w księgarni Wydawnictwa M... Czytaj wywiad z autorką książki, Dorotą Kanią...