Tag Archives: zakaz handlu

„Solidarność” w roli ZOMO-wca? Na marginesie ustawy o zakazie handlu

Choć ustawa ograniczająca handel w niedzielę na dobre jeszcze nie weszła w życie, już widać, że wkrótce będzie wymagała nowelizacji. Szybkie uchwalanie ustaw oraz ich równie szybkie nowelizacje, stały się chyba ulubionym sportem rządzących.

Czas na nonsensy

Jak zmienić 50% chętnych w 100% niezadowolonych? To proste – wystarczy wprowadzić co drugą niedzielę zamkniętą dla handlu. W ten sposób ci, którzy liczyli na wszystkie wolne niedziele w supermarketach, będą zawiedzeni, podobnie jak wszyscy ci, którzy woleliby, żeby to im pozostawiono wybór, kiedy mają robić zakupy.

Żeby nie było niczego, czyli o zakazie handlu w niedzielę

Pojawił się kolejny wspaniały pomysł – wolna niedziela. W sumie to logiczne – "niedziela" to dzień "nie pracowania" (od ros. не делать), więc w czym problem? W tym, że zostanie nam jeszcze pracujący poniedziałek, pracujący wtorek, zarobiona środa, urobiony czwartek, utrudzony piątek i… Jest! wreszcie wolna sobota.
A zatem dlaczego tak skromnie, towarzyszki posłanki i towarzysze posłowie? Czemu ten nasz biedny uciśniony naród ma mieć tylko wolną niedzielę? Przecież moglibyśmy mieć wolny każdy dzień. Argument, którym posługują się pomysłodawcy tej recepty na dorżnięcie polskiej gospodarki, wydaje się do bólu logiczny i nie do przebicia – ludzie mają ograniczoną ilość forsy, a więc jeden dzień zakupów mniej nie zmniejszy obrotów sklepów. Pójdźmy tropem tego genialnego odkrycia. Zakaz pracy w niedzielę absolutnie nie może ograniczać się do handlu. Złośliwi ludzie mogliby wówczas pójść do kina, do restauracji, na jakiś koncert albo wręcz do burdelu. Nie da się ukryć, że pracownicy tych placówek też chcieliby odpocząć i spędzić czas z rodziną. Albo z alfonsem na spacerze w parku, jeśli chodzi o pracownice ostatniej wymienionej placówki. Tak czy owak człowiek to człowiek – w czym lepsza jest kasjerka w supermarkecie czy ekspedientka w obuwniczym od kelnera w knajpie czy kasjerki w kinie? Idąc tym tropem, nie możemy zapomnieć o lekarzach na dyżurze, policjantach, strażakach, pracownikach elektrowni itp. I jeszcze o tych  "gupkach" z telewizora! Też ich wywalić – przynajmniej będzie można w spokoju zjeść obiad. Zatem zakaz pracy w niedzielę nie powinien ograniczać się tylko do handlu. Druga sprawa – zakaz pracy w niedzielę nie powinien ograniczać się do niedzieli. Przecież to logiczne – jeden dzień z rodziną to zdecydowanie za mało. Nawet się człowiek porządnie w sobotę nie nawali, bo nie zdąży wytrzeźwieć przed pójściem do kościoła. A po pijaku nie wypada. A potem dla odmiany człowiek nie zdąży ostygnąć przed poniedziałkową robotą. Dwa dni wolnego to byłoby coś! Tylko trzeba będzie pomyśleć nad logistyką, bo w sobotę i niedzielę ani autobusu, ani taksówki, człowiek nie uświadczy. Mniejsza o to – grunt, że będzie można będzie spokojnie urżnąć się już w piątek, rzucić pawiem w niedzielę, aby w poniedziałek rano jak skowronek stawić się w robocie. W tej sytuacji postulat wolnego piątku i poniedziałku narzuca się sam i w zasadzie nie wymaga uzasadnienia. Towarzysz przewodniczący "Solidarności" czy innego OPZZu uważa, że wolna niedziela to świetne rozwiązanie. Gdyby przeczytał tego posta, pewnie wiedziałby, w jak strasznym żyje błędzie, nie wiedząc, że wolna niedziela to prawie nic, byle co, ochłap zaledwie, który spasiony burżuj rzuca pogardliwie robotnikowi pod nogi. Towarzyszu przewodniczący, niech się Pan nie ogranicza do wolnej niedzieli! Zwłaszcza że praca to dla Pana egzotyczne pojęcie – tak samo zresztą jak dla każdego działacza związkowego. Niech Pan przebije reakcjonistów z Sejmu – wolny piątek, sobota, niedziela i poniedziałek! Zdaniem autorów pomysłu wolna niedziela nie odbije się negatywnie na zatrudnieniu. Bowiem jeśli mam sklep, w którym handluję cały tydzień od rana do wieczora, to jeśli każą mi go zamknąć w niedzielę, to co prawda będę miał jeden dzień handlowy mniej, ale ludzie podobno w pozostałe sześć dni zostawią u mnie te same pieniądze. Pewnie tak. Tylko w takim razie po co mi ta sama ilość pracowników? Jeśli starcza ich do pracy przez siedem dni w tygodniu, to na sześć dni będzie ich za dużo. Przecież nie zatrudniam ludzi dlatego że mam dobre serce. Jestem krwiożerczym kapitalistą, który żyje z wyzysku klasy robotniczej. Jeden dzień pracy mniej to jeden dzień mniej wyzyskiwania. Gdzie tu zatem radość ciemiężenia klasy robotniczej, kiedy jeden dzień odpada? Moralni bankruci spod znaku wolnego rynku mogliby przy tej okazji sięgnąć do argumentów, że duży sklep to nie tylko pracownicy, ale też dostawcy, transport, logistyka, handlowcy itd., ale to są wszystko argumenty oparte o logikę, a więc całkowicie bezbronne w zderzeniu z jedynie słusznym ustrojem sprawiedliwości społecznej. Zresztą, argumenty te i tak nie trafiłyby do wyznawców socjalizmu, bo prawdziwy marksista nigdy nie ma wątpliwości. Co najwyżej strzela do przeciwnika. Parę lat temu był w wyborach taki cokolwiek egzotyczny kandydat – nazywał się bodajże Kononowicz. Osobnik dość oryginalny i nietuzinkowy, ale hasło miał udane – "żeby nie było niczego". I tak się teraz zastanawiam – to był prorok czy coś mnie ominęło i facet jednak wygrał te wybory? "Żeby nie było niczego". I nie będzie. A bilet do Kanady już od 2500 złotych (z przesiadką w Nowym Jorku). Bilet w jedną stronę, oczywiście. Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl