Tag Archives: zjednoczenie

„Tej siły już nie zatrzymacie!” – Czy ktoś to jeszcze pamięta?

Żal mi wielu działaczy (bo czy polityków?) różnych partii prawicy, którzy mają ambicje większe niż bycie liderem lokalnego kółka dyskusyjnego, deliberującego wciąż o wyższości ich koncepcji nad koncepcją kolegów z kółka z sąsiedniego miasteczka.

Prawica po wyborach – zjednoczeniowe mity

Niedawno na portalu konserwatyzm.pl mieliśmy okazję przeczytać artykuł Adama Wielomskiego pt. „Prawica po wyborach prezydenckich”*, w którym Autor zastanawia się, czy Janusz Korwin-Mikke wykorzysta swój wynik wyborczy, by budować szeroki blok prawicowy. Zgadzam się z Autorem, że JKM stanął przed szansą objęcia przywództwa po prawej stronie sceny politycznej i budowy szerokiego porozumienia prawicowego, w którym po raz pierwszy w najnowszej historii Polski akcent padłby na potrzebę głębokich reform strukturalnych państwa. Pozostaję jednak sceptyczny co do możliwości powstania i realnej efektywności takiego porozumienia. I to bynajmniej nie brak chęci, ani sama osoba JKM jest tu przeszkodą. Nie mogę oczywiście wypowiadać się za pana Janusza, nie znam wszystkich jego planów politycznych. Mogę jednak wykazać pewne słabości rozważań Adama Wielomskiego. Adam Wielomski pisze o dwóch hipotetycznych scenariuszach. Pierwszy miałby polegać na konsolidacji i odbudowie podzielonego dziś obozu konserwatywno-liberalnego, drugi na budowie właśnie szerszego obozu prawicowego. I tu dwie uwagi wstępne: po pierwsze możliwych scenariuszy jest więcej, choćby podłączenie się i próba budowy „frakcji prawicowych” wewnątrz PiS lub PO (nie twierdzę, że to sensowne i właściwe, ani że w ogóle rozważane – ale czysto hipotetycznie możliwe); po drugie przedstawione przez Adama Wielomskiego scenariusze wcale się nie wykluczają. „Umocnienie hegemonii” w obozie konserwatywno-liberalnym może być wstępem (lub przebiegać równolegle) z budowaniem szerokiego obozu prawicowego. Po pierwsze – z kim? W Polsce za prawicowe uchodzą (lub też same się tak określają) również środowiska o poglądach lewicowych, a czasem wręcz skrajnie lewicowych. Przykładem może być choćby Kornel Morawiecki, człowiek mający piękną kartę z czasów walki z komuną i osobiście uczciwy. Przy okazji wyborów prezydenckich ujawnił on nieco swoje poglądy i okazało się, że zarówno w sferze gospodarczej, jak i społeczno-światopoglądowej są one mocno lewicowe. Spośród wszystkich kandydatów w ostatnich wyborach prezydenckich najbliżej mu do tow.Ziętka. „Prawica” to też część pierwotnej LPR o rodowodzie socjalno-związkowym i poglądach narodowo-bolszewickich, jak związkowy watażka Zygmunt Wrzodak czy orędownik złupienia Polaków monopolem cukrowym Gabriel Janowski. Nie kwestionuję broń Boże dobrych chęci tych panów, ich osobistej uczciwości ani też możliwości, że w pojedynczych sprawach mogą nawet mieć czasem słuszność. Nie potrafię sobie jednak wyobrazić konstruktywnej współpracy ze środowiskami tak bardzo odległymi programowo. Nie kwestionuję też zasług J.R.Nowaka w demaskowaniu kłamstw Grossa, ale polityka to walka o konkretne rozwiązania ustrojowe, a nie dywagacje o przekłamaniach historii. Jaki jest sens budowy wspólnej formacji politycznej z ludźmi, z którymi praktycznie w każdej sprawie mamy zdanie nawet nie tyle różne, co wręcz przeciwstawne? Śmiesznie musiałaby wyglądać kampania wyborcza, w której kandydaci jednego bloku udzielaliby skrajnie odmiennych odpowiedzi na te same pytania. Jeszcze śmieszniej byłoby w przyszłym Sejmie, kiedy posłowie tej samej listy głosowaliby zupełnie odwrotnie w przypadku każdej ustawy. Nie da się ustalić wspólnego mianownika między WiP/UPR i panami Janowskim, Wrzodakiem, Nowakiem czy Morawieckim, nie da się ustalić żadnego programu-minimum. Możemy oczywiście przyjąć wspólne hasło typu „żeby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej”, ale nie ma absolutnie żadnej szansy, by wspólnie ten slogan wypełnić jakąkolwiek treścią. Osobiście uważam, że porozumienie UPR z częścią środowisk prawicowych ma sens ideowy. W szczególności środowisko stanowiące trzon dawnej LPR, być może PR Marka Jurka, część mitycznej „frakcji konserwatywnej” w PiS, a także niektórzy dawni członkowie UPR, obecnie w PO, zapewne dogadaliby się z nami (czyli WiP/UPR) w sprawach programowych. W końcu niektórzy posłowie „frakcji konserwatywnej” PiS to dawni członkowie UPR, podobnie jak część działaczy Ligi. Również sam Roman Giertych w 1993 startował z list UPR do Sejmu. Sam znam i cenię sporo działaczy LPR, a współpracę z nimi w wyborach 2007 wspominam pozytywnie. Poza tym, raz już udało się nam porozumieć, właśnie przed wyborami 2007. Zwracam też uwagę, że wówczas to LPR było podmiotem dominującym, z konieczności więc to my musieliśmy wykazać się większą elastycznością programową. Kłopot w tym, że potencjalni partnerzy też musieliby wyrazić taką wolę współpracy. Tymczasem dawni UPR-owcy w PiS i PO mają się najwyraźniej nieźle (w przeciwieństwie do idei, do których przywiązanie deklarują). Obóz Marka Jurka już złożył hołd lenny Kaczyńskiemu. LPR zaś będący najwyraźniej w stanie zupełnego rozkładu (o czym świadczy chociażby brak jakiejkolwiek aktywności w wyborach prezydenckich) sprawia wrażenie, jakby dążył do jakiegoś cichego porozumienia z PO (o czym może świadczyć chociażby przejście krakowskich radnych tej partii do klubu PO). Po drugie – po co? No dobrze, abstrahując od absurdu sojuszów ugrupowań programowo antagonistycznych, skupmy się na kwestiach taktycznych. Teoretycznie możliwe jest oczywiście stworzenie bloku wyborczego ugrupowań zupełnie różnych tylko i wyłącznie w celu osiągnięcia sukcesu wyborczego. Potem każdy idzie swoją drogą, nie próbujemy tworzyć wspólnego klubu w parlamencie (bo i po co?). Pomińmy śmieszność ewentualnej kampanii wyborczej w takiej sytuacji. Tak się jednak składa, że wspomniany antagonizm programowy wymienionych środowisk pozostaje w ścisłej korelacji z antagonizmem poglądów ich zwolenników. Zwykło się czasem uważać, że elektoraty ugrupowań działających w koalicji sumują się, a cały blok dostaje jeszcze „premię za zjednoczenie”. Niestety, wybory 2007 roku udowodniły, że często jest odwrotnie – przeciwstawne elektoraty, nawet relatywnie bliskich programowo partii, nie tylko się nie uzupełniają, ale wręcz wykluczają. Dla sporej części zwolenników UPR (a nawet części działaczy partii) nasz koalicyjny partner w wyborach 2007 to zbieranina „pobożnych socjalistów” i to wbrew oczywistym faktom mówiącym, że to LPR była w poprzedniej kadencji parlamentu najbardziej wolnorynkową formacją. Z kolei dla sporej części elektoratu LPR nasza strona to „liberalne” zło. Nie potrafiliśmy przekonać wyborców, że do siebie pasujemy. Wspólna lista otrzymała o wiele mniej głosów, niż każda z partii mogła oczekiwać samodzielnie. Dotychczasowi wyborcy LPR w większości przerzucili swoje poparcie na PiS, a większość zwolenników UPR została w domach. Projekt poniósł całkowitą klęskę. Doświadczenia zatem nie są zachęcające i nie sądzę, żeby sytuacja radykalnie się zmieniła. Nie wróżę sukcesu ewentualnej powtórce... Po trzecie – kiedy ? Przed nami wybory samorządowe i to na nich właśnie należy się obecnie skupić. W gminie, zwłaszcza małej, łatwiej jest zawierać koalicje ponad podziałami politycznymi. Tu nie liczy się stosunek do EU, aborcji, VAT – tymi sprawami samorząd się zwyczajnie nie zajmuje. Liczy się za to prywatyzacja mienia komunalnego, racjonalizacja finansowania oświaty, stan dróg miejskich itp. Teoretycznie zwolennik głębokiej integracji europejskiej i Traktatu Lizbońskiego, który jest naszym wrogiem w ogólnopolskiej polityce, może być naszym partnerem w gminie, jeżeli będzie zarazem zwolennikiem bonu oświatowego. I odwrotnie – ktoś, kto marnotrawi gminne pieniądze na budowę nikomu niepotrzebnych stadionów, może teoretycznie być naszym sojusznikiem w Sejmie w sprawach sprzeciwu wobec dyktatu EU. Chcę przez to powiedzieć, że w wyborach samorządowych sprawy lokalne mają zdecydowanie większe znaczenie, niż podziały polityczne na poziomie ogólnokrajowym. Wobec tego też kryteria doboru sojuszników są zupełnie inne, niż zwykły podział na „prawicę” i „lewicę”. Moim zdaniem to właśnie miasta i gminy są miejscem, gdzie nasz obóz mógłby poszukać szansy na dokonanie zmian w polskiej rzeczywistości. Wbrew pozorom w samorządzie można dużo zrobić. Jasno pokazuje to przykład Stefana Oleszczuka, legendarnego już upeerowskiego burmistrza Kamienia Pomorskiego, który całkowicie zmienił oblicze swojej gminy**. Do tego potrzeba jednak efektywnej koalicji. Stefan Oleszczuk nie został burmistrzem dlatego, że UPR wygrała w Kamieniu wybory, lecz dzięki porozumieniu z różnymi siłami. Chcąc zaistnieć w gminnej polityce potrzebne są koalicje efektywne, zapewniające udział w podziale mandatów radnych. W praktyce potrzeba do tego znacznie więcej głosów niż pozwalające teoretycznie pokonać próg wyborczy 5%. W Krakowie czy Warszawie jest to co najmniej 8-10 %. Nie widzę szansy na budowę jeszcze przed tymi wyborami ogólnopolskiego efektywnego prawicowego bloku, który miałby odnieść sukces. Oczywiście, nie wyklucza to takiego porozumienia w niektórych samorządach. Zasadniczo celem w wyborach do rad gmin i miast ma być otrzymanie mandatów, a środkiem zawarcie skutecznej koalicji. Możliwe, że w każdym samorządzie innej, ale generalnie w zdecydowanej większości przypadków nie widzę innego wyjścia, niż porozumienie z większymi partiami (PiS albo PO). Samodzielna lista do sejmików wojewódzkich ma sens, dając szansę na ogólnopolski czas antenowy, pokazanie się wyborcom, wypromowanie lokalnych liderów itp. Ale „szeroki blok samorządowy” prawicy w gminach, składający się z samego planktonu, który zdobędzie 2% głosów, to zwyczajne marnowanie sił i środków. Z pewnością nie stanowi to sensownej alternatywy dla porozumień samorządowych z dużymi partiami. Podsumowując – próby budowania szerokiego, trwałego, ogólnokrajowego porozumienia politycznego prawicy uważam w tej chwili za mało racjonalne i skazane na porażkę. Być może po wyborach samorządowych i po uporządkowanie sytuacji w łonie samego obozu konserwatywno-liberalnego będzie można wrócić do tematu. Nie znaczy to oczywiście, że odepchniemy bliskie nam programowo osoby i organizacje, które będą szukały porozumienia, ale nie liczyłbym na jakieś kompleksowe inicjatywy. Powyższym tekstem nie roszczę sobie pretensji do wypowiadania się w imieniu Janusza Korwin-Mikke, ani tym bardziej całego naszego środowiska, jego celem jest jedynie zwrócenie uwagi na słabości hurraoptymistycznych dążeń jednoczących „prawicę” z udziałem obozu konserwatywno-liberalnego. Tomasz Dalecki

Kogo czy czego? – czyli jednoczenia prawicy ciąg dalszy

Wokół kogo powinna jednoczyć się prawica – takie pytanie postawił portal prokapitalizm.pl. Takie refleksje pojawiły się po wynikach wyborów. Mamy dla przypomnienia: obóz nazywany przez lewicowe jądro prawicą tj. Platformę z panami Tuskiem i Komorowskim, około 40-50 procent głosów poparcia, drugi obóz nazywany prawicą i J. Kaczyński ok. 35-45 procent w zależności od tury, obóz kiedyś UPR, na razie WiP i pan Janusz Korwin-Mikke ok. 2,5 procent i Prawica Rzeczypospolitej z panem Markiem Jurkiem, ostatnio ok. 1 procent. Są też pozostałości po zwanej też prawicą LPR – nie byli w stanie wystawić kandydata, podobnie jak UPR - ktokolwiek zostanie uznany przez sąd rejestrowy za jej prezesa. Portal dał do wyboru jeszcze trochę znanych na prawicy nazwisk. Nawet i ja otrzymałem taką propozycję, ale nie skorzystałem sądząc, że na odpowiedź czeka znacznie ważniejsze dziś pytanie: Wokół czego powinna jednoczyć się prawica? Odpowiedź z jednej strony jest oczywista – ładnie to ujęto w dokumencie Tożsamość Prawicy http://tiny.pl/f8hq . Z drugiej, praktyczne negocjacje z w/w formacjami przekonały nas, że uzgodnienie choćby fundamentalnych kwestii trwa dłużej niż sprawy personalne. Choć i te ostatnie prowadzą do wrzenia u wielu, zwłaszcza gdy w perspektywie „przekroczenie 3 procent” lub twardawy fotel w sejmie. Jest to tym ważniejsze, gdy w uzgadnianiu fundamentu zechce się zrobić odniesienie do współczesnych, konkretnych szans i zagrożeń, ograniczeń i możliwości i co być może nie mniej ważne – sposobów podejścia do nich dla osiągnięcia fundamentalnych celów. Paradoksalnie proste pytanie - Czego chce dziś polska prawica i w jakiej kolejności i hierarchii? – staje się pytaniem najtrudniejszym. Ale uzgodnienie odpowiedzi w szerokim kręgu pozwoli dopiero na dokonanie odpowiedzialnego zaciągu na służbę tej sprawie. Kolejnym ważnym pytaniem jest rozważenie sił i środków a więc sposobów działania. Każdy poczuwający się do bycia prawicą może zrobić prosty test. Odpowiedzieć na kilka pytań: Ile osób w okresie roku nakłoniłem do przyjęcia prawicowego punktu widzenia i osądu spraw mową, uczynkiem i zaangażowaniem w sprawę? Ile pieniędzy własnych przeznaczyłem na realizację prawicowych celów – wsparłem fundacje, kupiłem wydawnictwa: gazety, książki, itp.? Czy własną pracą, wiedzą i życiem wspieram wartości bliskie szeroko i wąsko pojętej prawicy? Ile godzin tygodniowo strwoniłem na bicie piany w internetowych komentarzach pod tekstami? Ile bym mógł w tym czasie zarobić pieniędzy dla budowania silniejszej pozycji finansowej prawicowców? Może się okazać, że prawicowy rachunek sumienia potwierdzi: ręce mamy może i czyste, ale jakieś takie puste… Ostatnim zaś, to prawda że ważnym, pytaniem są personalia. Ludzie bowiem ani nie są wieczni – i zmiana pokoleniowa czeka wkrótce każdą polską formację – ani nie można być pewnym, że za pół roku, rok czy pięć ciągle będą mogli i chcieli działać na pierwszej linii frontu. Gdyby udało się uzgodnić jakiej i jak działającej prawicy współcześnie chcemy – wówczas po zarządzeniu zbiórki można będzie, z trudem lub bez, dostrzec lidera. Można też zrobić jeszcze lepiej: bez zbędnego gadulstwa, chciejstwa i gdybania: zdać się prokapitalistycznie na „wolny rynek”. Każdy może zebrać 1000 podpisów i założyć formację swoich marzeń z sobą jako liderem z idealnym programem, idealnym logo, idealnym PiaRem, idealnym modelem finansowania i genialnym statutem organizacji. A konsumenci politycznego targowiska swoimi pieniędzmi (częściowo zgarnianymi przez partyjne oligarchie sejmowe) i swoimi głosami wybiorą za kim chcą pójść. Zdaje się, że tego byliśmy świadkami na przełomie czerwca i lipca. Czy w ich wyniku pojawi się nowy produkt, konsolidacje i wrogie przejęcia? – czas i oczekiwania chcących płacić za dobry produkt konsumentów pokażą. Dobrze przy tym nie zapomnieć, że gra w „demokratyczny wybór”, pomijając nawet zaangażowanie służb wielopłciowych i wielonarodowych, ma swoje zasady, z których na czoło wysuwa się liczba i kłamstwokracja. Być może więc dla rozpowszechnienia prawicowych postaw i osiągnięcia prawicowych celów można lepiej wykorzystać kapitał konieczny do udziału w demokratycznych rozgrywkach? Gdy one będą królowały (prezydentowały) nasz będzie i prezydent i premier, a wraz z nimi Wolna Polska z ludźmi gotowymi oddać za nią życie… Cel odleglejszy, ale o ileż bardziej budujący Dom Wolności niż frustrujące wieloletnie wypatrywanie czy prawicowy kandydat po kampanijnym wykrwawieniu się swojego wojska uzyskał przychylność jednego czy aż dwóch procent głosujących? Wojciech Popiela

Nowy sondaż Prokapa: wokół kogo prawica?

Zapraszamy Czytelników naszego portalu do wzięcia udziału w nowej sondzie Prokapa. Tym razem pytamy o to, wokół kogo powinna jednoczyć się prawica. Wśród osób, na które można oddać swój głos znaleźli się nie tylko politycy: Jacek Bartyzel, Roman Giertych, Grzegorz Braun, Jerzy Robert Nowak, Adam Wielomski, Zbigniew Ziobro, Marek Jurek, Magdalena Kocik, Jarosław Kaczyński, Tomasz Sommer, Roman Kluska, Rafał A. Ziemkiewicz, Robert Gwiazdowski, Stanisław Michalkiewicz i Janusz Korwin-Mikke. Przynajmniej kilka z tych nazwisk budzić może kontrowersje przy używaniu ich w kontekście pojęcia "prawica", przyjęliśmy jednak założenie, że nowa, zjednoczona prawica powinna składać się z wielu nurtów: konserwatywnego, prokapitalistycznego i narodowego. Nie wspominamy tu o nurcie antykomunistycznym, bo uważamy, że jeśli ktoś ma poglądy prawicowe to z natury rzeczy powinny one być antykomunistyczne i antysocjalne. Wybory prezydenckie pokazały wzmocnienie pozycji Jarosława Kaczyńskiego w ramach PiS-u. Jednocześnie p. Janusz Korwin-Mikke uzyskał wynik, który - jak twierdzą niektórzy - daje mu mandat do budowania prawicowej koalicji wokół swojej osoby. Czy taka nowa koalicja powinna być ugrupowaniem autonomicznym, czy też winna ona poszukiwać porozumienia np. z PiS-em? Czy zjednoczenie prawicy tak szeroko rozumianej w ogóle jest możliwe, a jeśli tak to czy będzie ono trwałe? Nasza sonda na pewno nie da odpowiedzi na te pytania, ale być może da choć trochę do myślenia niektórym politykom i wskaże im właściwy kierunek działania. Zapraszamy do udziału w nowej sondzie Prokapa, która zamieszczona jest na stronie głównej, w środkowej kolumnie na dole. (Foto. wykorzystano fragment okładki książki Patricka Buchanana "Prawica na manowcach", Wyd. WEKTORY)

Czerwona legenda

Bożyszcz XIX-wiecznych rewolucjonistów, jeden z ojców odrodzonej Italii, Giuseppe Garibaldi, przez wiele wiosen swej niespokojnej epoki pozostawał w lewicowym panteonie heroicznych bojowników o „wolność i demokrację”. W istocie jednak płaszczyzna działań militarno-politycznych generała była znacznie bardziej prostolinijna, podobnie zresztą jak jego potencjał intelektualny oraz wolicjonalne fundamenty niezbyt skomplikowanej osobowości Włocha. Giuseppe Garibaldi przyszedł na świat w Nicei w 1807 roku. Wywodził się z marynarskiej rodziny, toteż sporą część swego życia spędził na morzu. Posiadał zupełnie niewłoską urodę – był smukłym blondynem o jasnobrązowych oczach, a dzięki swej przystojnej aparycji jego facjatę wypiekały gorące z namiętności spojrzenia nienasyconych kobiet. Uwodził swą szczerością i prostotą, ale sam też generował niezliczone iskry uczuć. Niepohamowany temperament [caption id="attachment_8360" align="alignleft" width="281" caption="Czerwone koszule oddziałów Garibaldiego utrwaliły ewolucjonistyczną wymowę czerwieni. Paradoksalnie, żołnierze stosowali taki ubiór, ponieważ mieli dostęp jedynie do bluz rzeźników z Buenos Aires (zdj. Wikipedia.pl)"]Czerwone koszule oddziałów Garibaldiego utrwaliły ewolucjonistyczną wymowę czerwieni. Paradoksalnie, żołnierze stosowali taki ubiór, ponieważ mieli dostęp jedynie do bluz rzeźników z Buenos Aires (zdj. Wikipedia.pl)[/caption] Garibaldi uchodził za człowieka czynu, który nie zwykł popełniać głębszych refleksji. Niezwykle istotny dla kształtowania wojowniczej, zapalczywej osobowości Włocha był flirt z ortodoksyjnymi saint-simonistami, dla których znamienna była apoteoza skrajnego kolektywizmu. Jednak Garibaldi nie miał zamiaru przysposabiać tej doktryny, lecz światopogląd pieczołowicie przekazany przez Emilla Bareulta – było to postrzeganie świata w kontrastowych, zantagonizowanych barwach czerni i bieli. Idea walki stała się szczególnie bliska jego sercu. W zasadzie zdecydowanie bardziej istotna, aniżeli potrzeba stabilizacji, co sprzyjało niezliczonym tułaczkom po świecie – Garibaldi zagościł m.in. w Urugwaju, Argentynie, Peru, Stanach Zjednoczonych, Egipcie, Anglii oraz Chinach. Zapach krwi, integralna część bitewnych pól, permanentnie łechtał jego niespokojne zmysły podczas awanturniczych wojaży po Ameryce Południowej. Dlatego też republikańskie aspiracje, które zdawały się kierować bohaterem „dwóch światów” (Ameryki Łacińskiej i Europy) przez cały okres jego polityczno-wojskowej działalności, miały de facto drugorzędne znaczenie, czego przykładem jest irracjonalne uczestnictwo w batalii o niepodległość Republiki Rio Grande do Sul (nie znał nawet tego kraju) czy w walce o demokrację w czasie oblężenia Montevideo. Zatrute owoce roziskrzonej geopolityki Ameryki Łacińskiej były na tyle istotnym elementem w życiu Włocha, że nawet jego pierwsza żona, Anita, nie omieszkała partycypować w tych egzotycznych konfliktach. Czerwone koszule Fanatyczny Garibaldi odegrał ważką rolę w kształtowaniu tożsamości lewicy, mianowicie utrwalił immanentną symbolikę czerwieni. Genezy tejże korelacji należy szukać w połowie lat 40., od kiedy to południowoamerykańskie legiony Garibaldiego (walczące najpierw w Urugwaju, a potem w Argentynie) przywdziewały czerwone koszule. Nie płodziło to jednoznacznych skojarzeń z lewicą i rewolucjonistami, którzy wówczas bardziej lubowali się w głębokiej czerni, stanowiącej przeciwieństwo dla konserwatywnej bieli (poza tym doskonale wpasowywało się w konspiracyjną formę działań), symbolizującej monarchię francuskich Burbonów. Nastąpił więc zwrot w lewicowej kolorystyce, ostatecznie ukształtowany w trakcie Wiosny Ludów, choć pamiętajmy, że czerwień już wcześniej kojarzono z insurekcyjnymi radykałami z okresu Rewolucji Francuskiej. Ponadto czerwień to kolor krwi i czapki frygijskiej – symbolu rewolucji. Jednakże legioniści Garibaldiego przywdziewali czerwone koszule z iście kuriozalnej przyczyny – do dyspozycji żołnierzy były jedynie bluzy rzeźników z Buenos Aires. Osiągnięcia włoskich jednostek przysporzyły tej oryginalnej stylistyce ubioru niebywałą popularność w Europie, utrwalając jednocześnie symbolikę czerwieni w latach 1848-1849. Kto wie, gdyby nie Garibaldi, to może Sławomir Sierakowski nie przyozdabiałby swego torsu czerwoną, bawełnianą koszulką podczas wszystkich wystąpień telewizyjnych. Risorgimento Od samego początku Garibaldi brał prężny udział w długiej, siermiężnej drodze ku zjednoczeniu Włoch. Chociaż kształt ustrojowy zjednoczonej Italii uważał za sprawę daleką od priorytetowej, to nie potrafił ułożyć swej współpracy z Camillo Cavourem (zwolennikiem idei federacyjnej, opozycyjnej w stosunku do idei republikańskiej), którego poczytywał za swego osobistego wroga oraz przeciwnika zjednoczenia Włoch. Nie potrafił też dojść do ostatecznego porozumienia z otoczeniem króla Wiktora Emanuela II, który zresztą traktował go oschle, a nawet pogardliwie. [caption id="attachment_8361" align="alignright" width="300" caption="Garibaldi, jako nieprzejednany rewolucjonista, nie potrafił odnaleźć się w demokratycznym świecie, o który przez lata zaciekle walczył (zdj. Wikipedia.pl)"]Garibaldi, jako nieprzejednany rewolucjonista, nie potrafił odnaleźć się w demokratycznym świecie, o który przez lata zaciekle walczył (zdj. Wikipedia.pl)[/caption] Bez wątpienia trwałe miejsce w historii wywalczył w roku 1860, kiedy to stanął na czele Wyprawy Tysiąca Czerwonych Koszul. Jest to doskonały przykład improwizatorskiej poetyki, która wypełniała wszelkie działania gorącokrwistego Włocha. W czasie, gdy Garibaldi bezskutecznie oponował w parlamencie przeciwko aneksji Nicei przez Francję, a następnie planował zamienić siłę argumentu na argument siły, w Palermo wybuchło powstanie mazzinistów. Insurekcja została błyskawicznie zdławiona i Garibaldi postanowił niechybnie przybyć na odsiecz, zostawiając tym samym bliskie jego sercu sprawy znad Lazurowego Wybrzeża. Król Wiktor Emanuel II wydał milczącą zgodę na ekspedycję, mając w głębokiej nadziei ujarzmienie niepohamowanego temperamentu republikanów w toku, wydawać by się mogło, katastrofalnej wyprawy. Warto zaznaczyć, wspominał o tym sam Garibaldi w swoich pamiętnikach, właściwym organizatorem tej sławetnej wyprawy był Nino Bixio, bliski współpracownik nicejczyka. Garibaldi, doprowadzając do upadku Burbonów w południowych Włoszech, zupełnie nieoczekiwanie przyczynił się do zwieńczenia stadium zjednoczenia Włoch w dawnym Królestwie Obojga Sycylii. Kończąc swą szarżę w Neapolu, miał jednak przygnębiające przekonanie, że zjednoczenie nie dopełniło się. Polacy Co ciekawe, Garibaldi odnosił się z rezerwą do Polaków, którzy razem z Włochami dzierżyli przecież łatkę wrodzonych konspiratorów, pozostając pod skrępowanymi zaborami trzech mocarstw „ancien regime” przez cały okres XIX stulecia. Mimo, że Polacy walczyli w 1849 roku w obronie Republiki Rzymskiej, a także mieli kilkuosobową reprezentację w Wyprawie Tysiąca, to Garibaldi (człowiek, któremu dalekie były przecież doktrynerskie wiwisekcje) nie potrafił zdzierżyć doniosłej wagi katolicyzmu i tradycji szlacheckiej w życiu żywiołowych Polaków, choć potrafił odnieść się do nich życzliwie w trakcie powstania styczniowego. Przekleństwo demokracji Garibaldi, w istocie, nie był w stanie odnaleźć się w świecie, o który przez lata zaciekle walczył. Nie rozumiał demokracji, posiadał do niej nieprzejednany, wrogi stosunek. Parlamentarne debaty urągały jego poczuciu estetyki, a wystąpienia Włocha podczas publicznych dysput żenowały słuchaczy, obnażając jednocześnie braki intelektualne Garibaldiego, podobnie jak późniejsza, nieudolna działalność literacka i publicystyczna. Jako genialny improwizator nie zdołał kierować normalną administracją – wyraźnie gubił się podczas dyktatorskich rządów na Sycylii i w Neapolu. Jego porywczą, labilną osobowość, ortodoksyjny pragmatyzm oraz nonszalancką drogę obcowania z kobietami znakomicie charakteryzuje następujący cytat: „Cóż za głupota ze strony mężczyzny zabijać się dla kobiety, skoro świat jest pełen kobiet! Kiedy jakaś kobieta podziała na moją wyobraźnię, mówię jej po prostu – kochasz mnie? Bo ja cię kocham. Nie kochasz mnie? Tym gorzej dla ciebie!”. Adam Karpiński