Tag Archives: złotówka

Inflacja w lutym 2018 – jak spada siła nabywcza złotówki

Ponad 6 lat temu wybrałem pewien koszyk produktów, a następnie postanowiłem śledzić ich ceny. Kilka dni temu postanowiłem sprawdzić jak w czasie ostatnich 6 lat ceny tych samych produktów, nabywanych w tym samym miejscu uległy zmianie.

Prawdziwe oblicze „ratingowej” zawieruchy

Agencja Standard & Poor to firma która w lutym 2015 roku musiała zapłacić 1,5 MILIARDA dolarów odszkodowania USA za błędne manipulujące rankingi oraz przegrała przed australijskim sądem za to samo.

Olśniewający sukces Ewy Kopacz – dolar kosztuje już 3 zł 50 groszy!

Telewizje prorządowe, czyli TVP1, TVP2, TV-Info, Polsat, TVN itd. ogłaszają coraz to nowe sukcesy premier Ewy Kopacz. Niektórzy redaktorzy nawet wyją z zachwytu o rzekomym... efekcie Ewy Kopacz!

Dlaczego nie warto oszczędzać w żadnej walucie

Złotówka, dolar amerykański, euro, funt brytyjski, japoński jen, chiński juan - żadne z tych walut ani jakiekolwiek inne nie są bezpieczne i nie warto w nich oszczędzać.
Poprzez oszczędzanie rozumiem długoterminowe zabezpieczenie finansowe na przyszłość. Jeśli jakiś inwestor, a raczej trader zarabia na zmianach kursu par walutowych to co innego. My tu mówimy o oszczędzaniu, czyli trzymaniu oszczędności na koncie bankowym lub pod materacem naszego wygodnego łóżka w cyferkach czy papierkach zwanych walutami. Wyżej wymieniony trader też powinien zwrócić uwagę na zabezpieczenie swoich zarobków na przyszłość, jak każdy inny człowiek, który za swoją pracę otrzymuje owe cyferki i papierki. Te cyferki i papierki to waluta, a nie pieniądz… W Twoim obecnym rozumieniu między walutą i pieniądzem stawiasz zapewne znak równości, ale muszę cię rozczarować, ponieważ to dwie odrębne sprawy. Spójrz na poniższą tabelę, która podsumowuje wszystkie cechy waluty i pieniądza: Jak widzisz różnica jest niewielka. Pieniądz może być walutą, ale odwrotnie już nie. Waluta to prawie pieniądz, ale jak wiemy ze starej reklamy pewnego piwa prawie robi wielką różnicę. Rzeczywiście tak jest. Już w starożytności słynny filozof Arystoteles zwracał uwagę na to, iż prawdziwy pieniądz musi przechowywać wartość. Różne waluty w naszej historii próbowały zostać pieniądzem, muszle, ozdoby, papier itd., ale tylko dwa metale szlachetne złoto i srebro w pełni spełniają  powyższe cechy pieniądza. Przede wszystkim tą najważniejszą - przechowywanie wartości. Dlatego w czasie wszystkich kryzysów finansowych w historii chroniły siłę nabywczą ludzi, którzy je posiadali. Prawo Kopernika-Greshama, gorszy pieniądz wypiera ten lepszy, który jest przechowywany na przyszłość. Najpierw Grecy potem Rzymianie i średniowieczne królestwa zaczęły niszczyć wartość pieniądza, zamieniając go w zwykłą walutę poprzez obniżanie zawartości kruszcu oraz mieszanie złotych i srebrnych monet z miedzią. Później pojawiły się banknoty, które były odzwierciedleniem stojącego za nimi złota. W końcu w 1971 r. ówczesny prezydent USA Richard Nixon zerwał ze standardem złota, odcinając wartość od dolara i reszty walut, które zostały z nim powiązane kursami. Wszystkie oficjalne waluty na świecie działają w obecnym systemie finansowym i są prawnymi środkami płatniczymi emitowanymi przez banki centralne z nakazu rządowego. Ich produkcja opiera się na wytwarzaniu ogromnego długu. Cały system utrzymuje się tylko na naszym zaufaniu do cyferek na koncie i papierków w portfelu. Właśnie w tym tkwi problem, że obecne waluty nie mają nic wspólnego z pieniądzem i przysparzają nam więcej kłopotów niż korzyści. Bezpieczna waluta to mit! Bezpieczną walutą określa się taką, która zachowuje mniej więcej stałą siłę nabywczą i stabilny kurs. Przez lata różne waluty pełniły taką rolę, w czasach PRLu w Polsce ludzie wybierali dolara, kiedy złotówka była pod wpływem hiperinflacji. Później nastał czas marki niemieckiej i euro na samym początku istnienia. Ostatnio prym wiodły frank szwajcarski i japoński jen wśród najbezpieczniejszych walut świata, po które chętnie sięgali Polacy i inne nacje. Dziś dolar znacząco słabnie, marka niemiecka nie istnieje, euro okazało się zamkiem z piasku, a frank szwajcarski i jen japoński za sprawą interwencji banków centralnych straciły swoją pozycję bezpiecznych walut. Dlaczego tak jest? Z powodu wojny, ale nie interwencji militarnej tylko monetarnej. Dzisiejszy system finansowy oparty na pustych walutach bez pokrycia i ogromnym długu zmusza wszystkich jego uczestników do tzw. Wojen Walutowych. Dziś mocarstwa nie walczą ze sobą na froncie. Zaniżają kursy swoich walut, aby to ich towary zalewały światowe rynki. Robią to prowadząc luźną politykę monetarną, czyli drukując walutę i obniżając stopy procentowe, stymulując w ten sposób sztuczny wzrost gospodarczy na podupadającej gospodarce. Początek kryzysu w 2008 r. pokazał wszystkim, że obecny system finansowy jest poważnie zagrożony. Zamiast realnie rozwiązywać problemy to bankierzy i politycy zamietli je pod dywan wzmagając sztuczny wzrost. Cały system finansowy jest oparty głównie na naszym zaufaniu i rosnącym długu, który wkrótce doprowadzi do jego ruiny. Zaufanie jest tu kluczowym elementem, bo już teraz powoli się wyczerpuje. Spójrzmy choćby na sytuację z bankami cypryjskimi, gdzie obywatele byli zmuszeni zapłacić własnymi oszczędnościami za błędy popełnione przez bankierów i polityków. Podsumujmy to wszystko. Nasz obecny system finansowy nie ma żadnej solidnej podstawy. Mamy puste waluty produkowane w oparciu o dług, które funkcjonują pod nakazem prawnym. Kiedyś zabezpieczenie stanowiło złoto czy srebro zapewniając bezpieczeństwo i wartość systemowi. Po płynnym wyeliminowaniu tego czynnika włodarze monetarni i polityczni liczą na to, że wszystko się jakoś utrzyma działając jedynie na naszym zaufaniu. Niestety to jest ekonomicznie nie możliwe, jak i nasze zaufanie już więcej tego nie wytrzyma. Zwykli ludzi tracą na tym całym kryzysie najwięcej i mają już tego po prostu dość. Do tego ciągłe dodrukowywanie obniża wartość poszczególnych walut, które są już coraz bliżej nominalnej wartości równej zeru. Właśnie dlatego nie warto oszczędzać w walutach i coraz więcej ludzi stawia na realizm względem iluzji pieniądza z jaką mamy dziś do czynienia. Oni wybierają złoto, srebro, ziemię, nieruchomości, wino i inne realne aktywa, na których realnie zaoszczędzą i mogą się wzbogacić. Czasy się zmieniają, pogoń za iluzorycznym pieniądzem zwalnia. Teraz liczą się prawdziwe aktywa w ręku. Oczywiście zarabiać trzeba i póki co posługiwać się środkami płatniczymi, ale tylko jeśli chodzi o bieżące potrzeby. Oszczędzanie w walutach mija się z celem. W takim przypadku warto brać przykład z takich ludzi jak mój znajomy Vernon Adkison. Znany na Alasce inwestor i przedsiębiorca. Właściciel kilku pogłębiarek, które wydobywają złoto z morza Beringa. Mogłeś go zobaczyć w serialu dokumentalnym „Morze Złota” na Discovery, który pokazuje jego zmagania. Zainwestował całą swoją emeryturę w wysokości ponad 500 tys. dolarów, aby wydobywać złoto i trzymać w nim swoje oszczędności. Nie w dolarach, nie w euro, frankach, juanach, ale w złocie. On dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że aby zapewnić dobrą przyszłość sobie, swojej żonie i małej córce Chloe musi oszczędzać z głową. Michał Wróblewski Michał Wróblewski jest inwestorem, autorem książki „Zadbaj o Swoją Finansową Przyszłość Inwestując w Złoto i Srebro”, przedsiębiorcą. Pisuje m.in. do serwisów „Transfer Bogactwa”, „Golden Times”, „OnetBiznes”, „Puls Biznesu” „wGospodarce” i innych. Foto.: ceoworld.biz

Euro dla Polski: tak czy nie?

Czy Polska powinna przystąpić do strefy euro? Raport poświęcony tej właśnie kwestii przygotowali eksperci Instytutu Misesa. Zawiera on zarówno pozytywy ewentualnego przyjęcia przez nasz kraj wspólnej waluty oraz jego negatywy.
Na wstępie autorzy raportu zauważają, że mimo wielu problemów z jakimi borykają się poszczególne kraje strefy euro, takie chociażby jak Grecja, Hiszpania czy Portugalia, dla pozostałych państw wspólna waluta nadal wydaje się ciekawym projektem. Również celem władz III RP jest - czytamy w raporcie - ostatecznie przyjęcie euro. Raport Instytutu Misesa składa się z kilku części. Pierwsza to prezentacja argumentów przeciwników wprowadzania Polski do strefy euro. Jak zauważają autorzy raportu, przeciwnicy wspólnej waluty podnoszą często argument o niemożności dostosowania europejskiej polityki pieniężnej do potrzeb polskiej gospodarki. Podkreśla się również kwestię utraty możliwości wpływania przez polskie organy na politykę EBC. Zdaniem przeciwników wstępowania Polski do strefy euro, niedopuszczalne jest aby kraj tracił wpływ na możliwość prowadzenia aktywnej polityki monetarnej celem chociażby pobudzenia wzrostu gospodarczego. Ważna rolę ma tu odgrywać krajowy bank centralny. Autorzy raportu nie do końca podzielają ten pogląd. Podkreślają, że równie dobrze a nawet lepiej gospodarka może się rozwijać bez banku centralnego w warunkach tzw. wolnej bankowości. Osiąganie takich celów, jak wzrost, stabilność cen, niska inflacja czy minimalne bezrobocie możliwe jest do uzyskania w warunkach, gdzie bank centralny nie istnieje. Autorzy raportu zdają się zatem kwestionować siłę tego argumentu przeciwników zastępowania złotówki euro. Także inne argumenty przeciwników euro nie do końca przekonują ekspertów Instytutu Misesa. Argument mówiący o tym, iż zarówno Polska jak i cała strefa euro nie tworzą tzw. optymalnego obszaru walutowego mógłby być słuszny o tyle, o ile w ogóle uznamy za słuszną teorię o optymalnych obszarach gospodarczych. Jeśli bowiem poddać ją można w wątpliwość, wówczas ten argument upada (w celu zapoznania się ze szczegółową analizą odsyłamy do raportu). Inny argument przeciwników euro, wśród których autorzy raportu wymieniają ekonomistów Andrzeja Kaźmierczaka i Eryka Łona, to utrata kontroli nad polityką fiskalną państwa. Chodzi m.in. o wymogi narzucane przez Traktat z Maastricht nakazujący państwom Unii Europejskiej utrzymywanie deficytu finansów publicznych na poziomie poniżej 3% PKB, oraz że ich dług publiczny powinien nie przekraczać 60% PKB. Eksperci Instytutu Misesa zauważają, że ta kwestia nie powinna jednak stanowić istotnego problemu ponieważ polskie prawo jest podobne i do tego zapisane jest w konstytucji. Ponadto "(...) zalecenia z Maastricht, przed którymi przestrzegają niektórzy polscy ekonomiści, były do tej pory przez wiele europejskich państw ignorowane i nie spotykało się to zazwyczaj ze zdecydowaną reakcją europejskich władz. Ten problem dostrzeżono także w Brukseli i dlatego zdecydowano się na wprowadzenie paktu fiskalnego, który lepiej dyscyplinowałby finanse państw Unii Europejskiej. Pytanie, czy okaże się on bardziej skuteczny od Paktu Stabilności i Wzrostu, jest jak na razie sprawą otwartą". Ważniejsze, zdaniem autorów raportu, jest pytanie, czy aktywna polityka fiskalna może być rzeczywiście dla Polski korzystna? Zarówno wzrost deficytu budżetowego, aktywną politykę państwa w kwestii zatrudnienia czy ogólny wzrost wydatków budżetowych uważają autorzy raportu za przedsięwzięcia raczej wątpliwe i dla gospodarki niekorzystne. W raporcie czytamy, iż pewne: "(...) czynniki produkcji nie są zatrudnione z konkretnych przyczyn – nikt nie chce zapłacić stawek za wynajem ich usług, jakich żądają właściciele. Mówiąc inaczej, przedsiębiorcy wyceniają produktywność tych czynników niżej niż ich posiadacze. Jeśli ktoś nie może wynająć swojej powierzchni biurowej, żądając określonej stawki za metr kwadratowy, to znaczy, że przedsiębiorcy nie widzą projektów, które byłyby zyskowne przy takiej cenie". Eksperci Instytutu Misesa podkreślają, że wydatki rządowe tej sytuacji nie zmienią – "nie sprawią, że stworzone zostaną rentowne projekty inwestycyjne – powstaną raczej projekty inwestycyjne, które nie mogły się utrzymać bez wsparcia państwa. Tym samym raczej zwiększy się, a nie zmniejszy, poziom niedostosowań". Poddając w wątpliwość sensowność polityki wydatków publicznych, tę część raportu kończy konkluzja, że "(...) ewentualne ograniczenia nałożone na politykę fiskalną w Polsce, wcale nie muszą być dla naszej gospodarki szkodliwe, trudno zaliczać je zatem do kosztów integracji ze strefą euro". Następnie raport poddaje analizie argumenty zwolenników przystąpienia Polski do strefy euro. Wśród nich są takie jak: eliminacja kosztów transakcyjnych, rozwój wymiany handlowej, obniżenie stóp procentowych i napływ inwestycji oraz ten, że integracja ze strefą euro wymusi reformy. Pierwszy z nich autorzy określają jako niezaprzeczalny i bez wątpienia korzystny dla międzynarodowego handlu. Jednak - jak podkreślają - te same korzyści osiągnie się wstępując do każdej innej unii walutowej i strefa euro nie ma tu nic do rzeczy. Wręcz w logice zwolenników rezygnacji ze złotówki forsujących argument o "kosztach transakcyjnych" widać pewną sprzeczność. Jeśli bowiem kontrolę nad finansami są oni gotowi przekazać EBC, to tak jakby kwestionowali kompetencje krajowego banku centralnego (w naszym przypadku NBP). Powinni być zatem przeciwni delegacji w przyszłości przedstawicieli NBP do EBC. O niczym takim nie ma jednak mowy. "Jeśli kłopot leży nie w ludziach, a w rozwiązaniach systemowych, to wówczas mogłoby wystarczyć skopiowanie tych ostatnich" - zauważają autorzy raportu. Zwracają oni jeszcze uwagę na polityzację gospodarek. Dodają jednocześnie, że ma ona miejsce tylko wówczas, gdy wolny rynek próbuje się zastąpić aktywna polityką państwa, uniemożliwiającą na przykład bankructwa "zbyt dużych by upaść". Autorzy raportu podkreślają, że choć możliwość zmniejszenia kosztów transakcyjnych jest dla gospodarki korzystna to jednak te same cele można osiągnąć bez wstępowania do strefy euro. "Możliwością zmniejszenia znaczenia kosztów transakcyjnych" - czytamy w raporcie - "niewymagającą wstępowania do strefy euro – a ze wszech miar korzystną, a która powinna być ze względów oczywistych priorytetem dla wszystkich rządów – jest (...) wzmocnienie polskiej gospodarki poprzez konsekwentną realizację reform uwalniających rynek. Koszty transakcyjne tracą znaczenie dla handlu choćby przez wzgląd na obecność bezpieczniejszych i tańszych dzięki efektom skali instrumentów ochrony przed ryzykiem walutowym. Taka sprawniejsza gospodarka mogłaby wolą swoich uczestników nadal przystąpić do strefy euro, gdyby było to korzystne, choć jej przedstawiciele przy stole negocjacyjnym startowaliby już z silniejszej pozycji". Omawiając dalej argumenty zwolenników wstąpienia Polski do unii walutowej, eksperci z Instytutu Misesa zauważają, że o ile unie walutowe bywają dla gospodarek korzystne, o tyle nie można zapomnieć, że strefa euro nie jest czystą unią monetarną, lecz częścią szerszego projektu, strukturą będącą tylko jednym z elementów bardzo rozbudowanej instytucji Unii Europejskiej. I tego faktu nie można tracić z oczu, gdy omawia się argumenty zwolenników wspólnej waluty euro. Konsekwencje przystąpienia do strefy euro mogą być bowiem różnej natury, nie tylko gospodarczej. Eksperci Instytutu Misesa zauważają, że skoro korzystne dla gospodarki mają być kryteria konwergencji, których spełnienie ma otworzyć drogę do eurozony, to równie dobrze można by je przyjąć bez konieczności wstępowania do strefy euro. Wystarczy tylko wola polityczna. "(...) argument o prowadzeniu zdrowej polityki monetarnej nie ma związku z przystąpieniem do strefy euro. Przestaje to zatem być argument za przyjęciem euro, a zaufanie inwestorów Polska może zdobyć (poza reformami) np. wpisując kryteria konwergencji do konstytucji" - czytamy w raporcie. Zwolennicy przyjęcia przez Polskę euro podkreślają niekiedy, że wymusi to na lokalnych politykach (i społeczeństwie) reform, których inaczej by nie podjęto. Autorzy raportu kwestionują jednak wagę tego argumentu twierdząc, że decyzję o przystąpieniu do strefy euro podejmują ci sami politycy, którzy mają być własną decyzją zmuszeni do przeprowadzenia wspomnianych reform. Ponadto nie wszystkie reformy mogą być dla Polski korzystne. Część z nich może być dla gospodarki wręcz szkodliwa. "Warto wymienić w tym kontekście przykłady kwot produkcyjnych, rygorystycznych regulacji dotyczących hodowli, produkcji żywności czy ograniczeń wynikających z polityki ochrony środowiska, takich jak ograniczenia emisji CO2, które są niezwykle kosztowne dla względnie słabo rozwiniętego i w dużym stopniu uzależnionego od węgla kraju. Tak głęboka ingerencja w swobodę działalności gospodarczej jest znaczącą przeszkodą dla potencjału rozwoju gospodarczego Polski" - czytamy w raporcie. Poważnym kontrargumentem obalającym nadmierny optymizm tych, co są za wejścia Polski do strefy euro jest obawa podzielenia losu Grecji czy Hiszpanii, gdzie przez lata nie przykładano wagi do dyscypliny budżetowej. W obecnych warunkach funkcjonowania UE jest to wielce prawdopodobne. "Jak pokazały niedawne wydarzenia, na czele ze zniesieniem ustawowego progu relacji długu publicznego do PKB, także polscy politycy są zarażeni wirusem nonszalancji wobec kwestii zadłużania obecnych i przyszłych pokoleń podatników. Natomiast politycy Unii Europejskiej, jak pokazują doświadczenia ostatnich lat, dbają raczej o unijny projekt polityczny niż powodzenie gospodarcze swoich krajów, stąd skłonni są raczej do tymczasowego zasypywania problemów strumieniami łatwych pieniędzy z EBC. Wykupując niewiarygodne obligacje rządów lub dokonując pośredniego bailoutu banków znajdujących się w kłopotach, nie pozwalają na ich bolesną, lecz krótkotrwałą i potrzebną z ekonomicznego punktu widzenia porażkę" - czytamy w raporcie. W dalszej części raportu omawiane są różnice w stosunku do waluty euro wewnątrz szkoły austriackiej (Philipp Bagus kontra Jesús Huerta de Soto) oraz porównanie polityk monetarnych Narodowego Banku Polskiego oraz Europejskiego Banku Centralnego. Wszystkich, którzy chcą się zapoznać ze szczegółami tej analizy odsyłamy do pełnej treści raportu Instytutu Misesa. Na koniec oddajmy głos autorom raportu, którzy tak oto podsumowują swój raport: "Wspólna waluta niesie ze sobą liczne korzyści dla osób i firm działających w ramach gospodarki rynkowej. Wspólny pieniądz ułatwia handel i inwestycje, co przyczynia się do stworzenia lepszego, bardziej wydajnego systemu podziału pracy. Żeby jednak ten potencjał wykorzystać w pełni wspólna waluta nie może iść w parze z politycznymi naleciałościami w postaci: nadmiernych regulacji gospodarki, inflacyjnej polityki pieniężnej, zwiększonej roli polityki fiskalnej. Wspólnota gospodarcza z jednym pieniądzem powinna charakteryzować się wspólnym rynkiem sprowadzającym się do likwidacji ceł, utrudnień przepływu towarów, usług i pracowników – opierać się na swobodzie ruchu transgranicznego i otwarciu się na handel z krajami spoza strefy. Niestety, strefa euro w dużej mierze nie spełnia tych wymagań i razem z przyjęciem euro państwa członkowskie strefy godzą się na wzmożoną regulację działań gospodarczych i uzależniają swój dobrobyt od dobrej woli urzędników z Frankfurtu i Brukseli. Alternatywa w postaci zachowania własnego banku centralnego też nie jest satysfakcjonująca. Narodowy Bank Polski wcale nie musi okazać się dla polskich obywateli instytucją bardziej godną zaufania niż Europejski Bank Centralny. Monopol złotego i NBP ma bardzo podobne szkodliwe konsekwencje dla gospodarki co monopol euro i EBC. Wszystkie korzyści z integracji walutowej da się osiągnąć bez angażowania się w polityczne, zbiurokratyzowane twory o ponadnarodowym zasięgu. Wymagałoby to jednak gruntownej przebudowy obecnego systemu bankowego w stronę radykalnej poprawy ochrony praw własności prywatnej i poszanowania wolności gospodarczej. Nie wydaje nam się jednak, by taka opcja była dana Polakom w najbliższym czasie". Paweł Sztąberek Czytaj cały raport "Czy Polska powinna przystąpić do strefy euro?" Za pafere.org