Tag Archives: związki zawodowe

Niedziela i gwiazdy czyli z politykami lepiej nie robić interesów

Wszystko wskazuje na to, że od przyszłego roku sklepy będą zamknięte w co drugą niedzielę. Rząd poszedł na kompromis. Nie wszyscy, którzy są za wolnymi niedzielami, w tym dniu odpoczywają, a przedsiębiorcy i właściciele sklepów, którzy popierają handel w niedzielę, sami w tym dniu często nie pracują. Kościół poprał związki zawodowe i dostał od rządu przysłowiową świeczkę. Liczył na więcej, ale z politykami lepiej nie robić interesów. Oni zawsze zmieniają zdanie w ostatniej chwili, a przesłanki religijne nie są jedynymi, którymi się kierują.

Pułapka płacy minimalnej z „burzą” w tle…

Od razu na początku chciałbym zaznaczyć, że artykuł, który poniżej prezentuję został napisany przeze mnie dla jednego z lokalnych tygodników północnego Mazowsza (Tygodnika Ilustrowanego). Akurat tutaj, w gronie czytelników Prokapitalizm.pl, poruszony w artykule problem i jego analiza, mogą co najwyżej zostać uznane za rzecz przestarzałą, oczywistą – „zjeżdżony wątek”. Dlatego nie sam temat popycha mnie do zamieszczenia go tu, lecz pewne osobliwe, związane z artykułem, zdarzenie.

Gdzie tkwi przyczyna obecnych strajków?

Polskę zalewa fala protestów i to taka, z jaką od kilku co najmniej lat nie mieliśmy do czynienia. Początek roku przyniósł protesty w służbie zdrowia. Wiele przychodni lekarskich było zamkniętych, ponieważ lekarze rodzinni nie godzili się na warunki proponowane im przez Narodowy Fundusz Zdrowia.

Stanisław Michalkiewicz: To Niemcy mogą prowokować niepokoje na Śląsku!

Stanisław Michalkiewicz ocenia protesty górników na Śląsku, a także spekuluje, kto może za nimi stać i dlaczego to robi. Koniecznie obejrzyj! (fragment spotkania z mieszkańcami Bełchatowa w dniu 15 stycznia 2015 roku - relacja własna)

Prof. Wojciechowski: Związkowcy dobrze diagnozują, ale nie wiedzą jak leczyć

Portal Pafere.org pyta prof. Michała Wojciechowskiego z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, Przewodniczącego Rady Programowej Fundacji PAFERE, o krótki komentarz do protestów związków zawodowych, które odbyły się w dniach 11-14 września 2013 roku w Warszawie. Publikujemy fragment tej rozmowy.
Pafere.org: Czy widzi Pan w dzisiejszej Polsce jakąś pozytywną rolę, którą mogłyby spełniać związki zawodowe? Związki zawodowe, jak w okresie komunizmu, stanowią znowu namiastkę politycznej, oddolnej samoorganizacji. Ich znaczna rola świadczy o zepsuciu systemu politycznego, w którym wola obywateli nie może się wyrazić w inny sposób. Jak ocenia Pan ostatnie protesty związkowców w Warszawie? Czy rzeczywiście związkowcy reprezentowali w stolicy cały naród, jak starali się to na każdym kroku podkreślać? Większość narodu faktycznie reprezentują.  I ta większość, i związki, dobrze widzą objawy kryzysu politycznego i gospodarczego, ale są bezradne, gdy trzeba zaproponować receptę gospodarczą na kryzys. Bo polityczną receptę mają: usunąć skorumpowane i nieudolne rządy. Związkowcy domagali się w stolicy m.in. podwyżki płac, wzrostu pensji minimalnej, obniżenia wieku emerytalnego, wzrostu emerytur, oskładkowania umów cywilnoprawnych i zniesienia elastycznego czasu pracy. Czy takie postulaty są w obecnej sytuacji możliwe do spełnienia? I czy w ogóle są one uzasadnione? Postulaty te są nieuzasadnione i szkodliwe. Po niezłej diagnozie sytuacji fatalne propozycje co do leczenia. Chcą jeszcze bardziej utrudnić życie robiącym bokami przedsiębiorstwom. Skutkiem byłyby bankructwa, wzrost bezrobocia i szarej strefy, jeszcze większy dług publiczny (....) Czytaj cały wywiad...

Rozmowa o dialogu, czyli o niczym

Jadąc w piątek samochodem w okolicach Wrocławia słucham 3 Programu Polskiego Radia... a tam akurat wypowiada się przedstawiciel związków zawodowych (niestety nazwiska nie przytoczę). Wsłuchuję się i... i ku mojemu zdumieniu przedstawiciel ów mówi całą prawdę o związkach zawodowych, o tym jak się tam pracuje! Choć robi to zupełnie nieświadomie...
Mianowicie przedstawiciel ów, na pytanie o sens istnienia Komisji Trójstronnej, odpowiada, że na ostatnim spotkaniu owej instytucji „rozmawiali o dialogu”. Jakże piękne podsumowanie pracy związków zawodowych! „Rozmowa o dialogu...”. Rozwińmy może myśl. Najpierw spójrzmy do słownika synonimów i znajdźmy w nim wyrażenie „dialog”. Co my tutaj mamy.... - dyskusja; - konwersacja; - rozmowa; - gadka. Zastąpmy teraz wyraz „dialog” każdym w powyższych wyrażeń kolejno: - rozmowa o dyskusji; - rozmowa o konwersacji; - rozmowa o rozmowie (!!!); - rozmowa o gadce. Nie ma sensu? No jasne, że nie ma sensu, tak samo jak sensu istnienia nie mają związki zawodowe. Bo ich praca opiera się głównie na rozmowach o gadkach, na rozmowach o dyskusjach, czyli na rozmowach o rozmowach (!!!)... a mówiąc po ludzku, na ciągłym gderaniu, popychaniu plot (plotkowaniu), na pogawędkach przy kawce i herbatce. Tak właśnie widzę pracę związkowca – na garbie pracowników (których praw niby chroni) siedzi w ciepłym biurze (patrząc z wyższością na roboli, którzy „zapierniczają z łopatą”), szarpiąc wypłatę od pracodawcy, nie wnosząc w tym żadnej nowej jakości, ni to technicznej, ni ideowej, a do tego jeszcze spija śmietankę z doppio albo latte sponsorowanej przez fundusz reprezentacyjny firmy. ------- P.S. Swoją drogą, w owej Komisji Trójstronnej udział biorą m.in. przedstawiciele Pracodawców RP. Dla przypomnienia powiem Państwu, że to ta sama organizacja, którą zarządzają ludzie powiązani z polityką (m.in. prowadzący ją Andrzej Malinowski, ex-PSL-owiec), a która na początku obecnego roku uhonorowała ZUS nagrodą „Wektory 2012” za „przysłużenie się gospodarce i wyznaczenie kierunków mogących być wzorem dla innych”. Oleg Siewierny Foto.: logistyka-blog.pl

Związki zawodowe – ofiary własnych metod

A miało być tak pięknie... Długi rosną, gospodarka się wali, na socjał brak kasy, więc związki zawodowe umyśliły sobie ponownie wystąpić w roli męża opatrznościowego. I poszły na wojnę z rządem domagając się jego dymisji. Ba, na wrzesień zapowiedziały zablokowanie Warszawy, chociaż nie bardzo wiadomo, co im to miasto i jego mieszkańcy złego zrobili?
Nadto, logicznie rzecz biorąc, Tusk jest z Pomorza, a HGW zablokowała poruszanie się po stolicy lepiej, niż wszystkie związki zawodowe razem do kupy. Zatem – gdzie tu sens, gdzie logika? No i się szanowni związkowcy przeliczyli. Premierowi Tuskowi najwyraźniej donieśli w porę, że w policji i straży miejskiej też są związki zawodowe, więc nie poszedł za radą Lecha Wałęsy, by związkowców tradycyjnie pałować. Premier wykorzystał przeciwko związkom dokładnie ten sam mechanizm, który stosują one od lat: władzę ustawodawczą. W efekcie pojawił się projekt nowelizacji ustawy o związkach zawodowych, likwidujący różnorakie przywileje związkowców, takie jak: prawo do płatnego zwolnienia z obowiązku świadczenia pracy na czas pełnienia funkcji związkowych, pozbawienie związków prawa do korzystania z pomieszczeń i urządzeń technicznych na terenie zakładu oraz zwolnienie pracodawców z obowiązku przekazywania składek związkowych na konta organizacji. Projektu zmian rząd nie raczył skonsultować ze związkami. Na takie dictum związkowcy zareagowali nerwowo. Piotr Duda stwierdził, że spowoduje to gwałtowne zahamowanie rozwoju ruchu związkowego i grozi jego likwidacją. Problem w tym, czego najwyraźniej nie rozumie Piotr Duda, że tak właśnie działa państwo – kto ustanowił, ten może zmienić, a nawet znieść. Skoro związki zawodowe wymuszały na rządzie porozumienia dotyczące sposobu zatrudniania, płacy minimalnej czy przywilejów związkowych (np. tych, które rząd chce zlikwidować) itp. dzieląc cudze, czyli ponad głowami pracodawców, to nie powinny się teraz dziwić, że rząd chce im to odebrać. I nie robi tego w imię interesu przedsiębiorców, tylko dla własnej korzyści. Tak po prostu działa „demokratyczne państwo prawa realizujące zasady sprawiedliwości społecznej”, gdzie urzędnicy decydują o wszystkim - wedle własnego uznania i aktualnych potrzeb konstruując takie czy inne rozwiązania prawne. Jedynym sposobem, by spełnić marzenie przewodniczącego Dudy o „związkach zawodowych niezależnych od pracodawców i partii politycznych” jest wprowadzenie zasady, że państwo nie miesza się w sprawy prywatne obywateli; nie miesza się do tego co, za ile i na podstawie jakich umów robią, również na wniosek związków zawodowych. Inaczej przedsiębiorcy, pracownicy i związki zawodowe zawsze będą w pełni zależni od partii politycznych. Z widocznym skutkiem. Michał Nawrocki Fot.: internet  

Obrzydliwy świat zysku

Chęć zarobienia szmalu to jak wiadomo najgorsza cecha obrzydliwego kapitalisty. Tłusta burżuazyjna świnia nie kiwnie nawet palcem, jeżeli wskutek tego kiwnięcia nie zarobi choćby grosza. A przecież każdy szanujący się komunista wie, że zysk budzi w ludziach jak najgorsze instynkty i pcha do najbardziej podłych zachowań.
Czy jest możliwy wspaniały świat bez zysku? Kiedy? Jak? Gdzie? Oczywiście, że taki świat jest możliwy. Wszystko jest możliwe. Czy świat powstał z wielkiego bum, czy z woli Boga, jest tak niesamowitym tworem, że nie można się ograniczać. Zostając przy akcie stworzenia i parafrazując Julesa Winnfielda z "Pulp Ficiton", możemy spodziewać się dosłownie wszystkiego – nawet zamiany coli w pepsi. Czemu zatem nie stworzyć świata, w którym nie będzie zysku? Zresztą, co tam świat! Jedno państwo chociażby! Jasne, proszę bardzo – pofantazjujmy. Najsamprzód, jak mawiał Pawlak w "Samych Swoich", trzeba poddać kontroli cały handel, produkcję, usługi, generalnie – cały biznes. Dlaczego i po co? Bo jak się tych łajdaków kapitalistów nie kontroluje, to cholery zaraz cichaczem ubiją jakiś geszefcik. Człowiek ani się obejrzy, a zaraz jeden drugiemu coś sprzeda i na tym zarobi. Choćbyś ich nie wiem jak pilnował, to te prywaciarze potrafią przehandlować cokolwiek – miejsce do robienia biznesu, metodę produkcji, dane kontaktowe klientów, a nawet informację, co zamierza konkurencja albo jaki robi procent. Normalnie rzygać się chce. Tylko całkowita państwowa kontrola może wyeliminować zysk, bo tylko w takiej sytuacji możliwe jest prześledzenie całej ścieżki produkcji – od pierwszego pierdnięcia towarzysza dyrektora w papier pod nazwą "zapotrzebowanie na produkcję" aż do ostatniego "i pan mnie też" wypowiadanego przez ekspedienta w państwowym sklepie w odpowiedzi na "pocałuj mnie pan w dupę". W realnym socjalizmie był to najczęściej spotykany zwrot "grzecznościowy" na pożegnanie w sklepie. Jako że wówczas w sklepie był wyłącznie tzw. sprzedawca oraz grupa mocno potencjalnych klientów, a nie było towaru, wymiana informacji handlowej polegała głównie na dzieleniu się tego rodzaju uprzejmościami. Okay, co dalej? Skoro państwo kontroluje cały proces dostarczania produktu konsumentowi (fuj, zabrzmiało zgniłokapitalistycznym marketingiem), to znaczy, że już w chwili owego pierwszego pierdnięcia państwo musi wiedzieć, ile i czego ludzie będą chcieli kupić, gdzie mieszkają ci ludzie, ile będzie kosztować produkcja, opakowanie, transport i logistyka oraz – uwaga! bo to najważniejsze – że wartości te nie zmienią się przez cały proces wytwarzania i dostarczania dóbr. To ostatnie ociera się już cokolwiek o metafizykę, ale to nieistotny szczegół. Ten cudowny sposób dystrybucji budzi dwie wątpliwości. Pierwsza jest dość oczywista – co się stanie, jeśli w trakcie tego procesu część ludzi nie kupi jednak towaru albo część będzie chciała kupić więcej? W pierwszym przypadku będzie można odtrąbić sukces (produkcja rośnie – wiadomo: dostatek!), w drugim trzeba będzie znaleźć winnego (sabotaż, wroga propaganda, sytuacja światowa itp.). Problem prawdziwy to jednak opinia publiczna i media – ci mogą po prostu nie uwierzyć w tak proste wyjaśnienia. Mogą na przykład zakwestionować sukces nadmiaru, argumentując, że skoro mamy towar, którego nikt nie chce kupić, to ponieśliśmy stratę. Aby zaradzić temu problemowi, wystarczy uciszyć media, czyli wprowadzić cenzurę i państwową kontrolę środków przekazu. Druga wątpliwość dotyczy ludzi. Część kosztów to zarobki, a więc nie niezbędne koszty materiałowe i techniczne, tylko miękki pieniądz na miękkie wydatki. Co więcej – wynagrodzenia pracowników można odczytać jako element udziału w zysku, a przecież państwo powszechnej szczęśliwości społecznej pokonało tę chorobę. Stąd pomysł, że to wyłącznie od pracowników zależy sukces przedsiębiorstwa, a wynagrodzenia to nic innego jak udział w tworzeniu środków produkcji. Jak widać, zysk nie jest potrzebny do produkowania czegokolwiek. Wystarczy tylko ustalić, ile czego trzeba wyprodukować, wyprodukować to, dostarczyć ludziom, a potem już tylko cieszyć się wyższością socjalizmu nad kapitalizmem. W ten sposób zbudowana była gospodarka PRL. Skąd zatem powszechny w tym systemie niedobór wszystkiego, od papieru toaletowego zaczynając, poprzez szynkę na święta, a na samochodach osobowych skończywszy? Zaiste, potężne musiały być macki wrogów ludu, że udało im się przez ponad czterdzieści lat sabotować dosłownie każdy aspekt produkcji każdego produktu. Że też po 1989r. zaprzestali tej działalności… Przecież byli już u celu. Dziwnym zaś trafem wszystko, co nas otacza, zostało wyprodukowane i sprzedane wyłącznie z jednego powodu – z chęci zysku. Jako że sprzedać można wszystko, przesądzające znaczenie ma wyłącznie potrzeba konsumenta, a nie dyrektorskie pierdnięcia w plan produkcji. Tak długo jak istnieją ludzie, którzy chcą coś kupić, znajdą się inni ludzie, którzy im to sprzedadzą. Nie po to, żeby budować gospodarkę narodową, tworzyć PKB, uszczęśliwiać czy zbawiać ludzkość ani pokazywać wyższość jednego systemu nad drugim, ale wyłącznie po to, żeby nachapać się szmalu, nabić sobie kiesę, natłuc mamony. Gdyby nie ten obrzydliwy zysk, nawet nie ruszyliby tyłka, żeby cokolwiek komukolwiek sprzedać. Amerykanie stworzyli powiedzenie "robić pieniądze". Robienie biznesu to robienie pieniędzy, czyli generowanie zysku. Jeśli nie umiesz robić pieniędzy, zajmij się czymś innym, bo tylko marnujesz czas. A czasu – w przeciwieństwie to innych aktywów – kupić się nie da. Można kupić cudzy czas, ale nigdy swój – dlatego należy robić maksymalnie duży zysk. Tylko po co? Tym, czego lewactwo kompletnie nie jest w stanie zrozumieć, jest istota zysku. Wyobraźmy sobie pana Henia, który sprzedaje jakieś graty – na przykład kosiarki do trawników (tak, tak, przykład jest specjalnie z kręgów burżuazji – kiedy przyjdzie socjalizm, skończą się trawniczki, ogródeczki i inne dupersznyty). Wynajmuje sklep wraz z zapleczem magazynowym, zatrudnia dwóch ludzi, płaci za wodę, prąd i gaz, trzyma na stanie (tzn. kupił od hurtownika albo producenta) po cztery sztuki każdego rodzaju kosiarek, a do tego – masę dodatków typu zamienna rączka, kabel, ostrza, pojemniki na trawę czy inne badziewia. Jak mu co zejdzie, dokupuje, żeby konsument nie marudził. Jeśli pan Henio skalkuluje w cenie kosiarki jedynie koszty, jakie ponosi bezpośrednio, osiągnie niewątpliwie sukces – nie zapłaci podatku dochodowego (zapłaci podatek ZUS i NFZ, ale powiedzmy, że rzecz dzieje się na jakimś cywilizacyjnym zadupiu, gdzie te cudowności jeszcze nie dotarły). Nie zapłaci, bo dochodu nie będzie. Problem jest taki, że brak dochodu oznacza nie tylko to, że pan Henio marnuje czas (bo gdyby nic nie robił, jego dochód byłby dokładnie taki sam), ale że po prostu zdechnie z głodu. Jeśli pan Henio tak skalkuluje cenę, żeby nie zdechnąć z głodu (uwzględniając podatek dochodowy), np. generując zysk w wysokości tej samej, ile wynosi pensja netto jego pracowników, pojawi się kolejny problem. Za co pan Henio kupi następne kosiarki, skoro przychód ze sprzedaży będzie równy już poniesionym kosztom? Część zysku musi zostać w firmie, żeby w następnym miesiącu kupić towar, zapłacić koszty i wypłacić wynagrodzenie pracownikom. Kiedy pan Henio upora się z tym problemem, pojawi się następny. Może się bowiem okazać, że trzeba będzie przyjąć zwrot kosiarki od klienta, albo jedną kosiarkę ktoś nomen omen zakosi, albo się zepsuje, albo transport nawali i trzeba będzie oddać pieniądze klientowi, który pójdzie do konkurencji itd. itd. W przeciwieństwie do wszechwiedzącego wielkiego planisty pan Henio nie wie, ile kosiarek ludzie kupią. Ba! pan Henio nie ma żadnej pewności, czy w następnym miesiącu w ogóle ktoś kupi chociaż jedną cholerną kosiarkę. Te wszystkie zdarzenia kosztują, a pan Henio będzie musiał zostawić kolejną porcję zysku na sfinansowanie tych wszystkich przykrych okoliczności. Jeśli odda pieniądze klientowi za uszkodzoną kosiarkę, to albo zabraknie na zakup sprawnej w przyszłym miesiącu, albo w tym – zabraknie mu forsy na żarcie. Kolejna pozycja do sfinansowania z zysku. I wreszcie ostatnia kwestia. Może się okazać, że pan Henio wydaje co miesiąc kilka tysięcy złotych na zakup kosiarek, kilka tysięcy na pracowników i kilka tysięcy na inne koszty, po to tylko, żeby zarobić na czysto tyle, ile jego pracownicy, czyli tysiąc złotych. Bez urlopu i chorobowego oraz ryzykując cały ten biznes własnym majątkiem. Ma to sens? Żadnego. Skoro tysiąc złotych można zarobić u kogoś, to po cholerę męczyć się z własnym biznesem? Dla zasady? Jest tylko jedna zasada – robisz biznes, rób pieniądze. Za każdym razem, kiedy słyszę jakiegoś mądralę z OPZZ "Solidarność" czy jak to się nazywa, który mówi, że to pracownicy w całości tworzą zysk firmy, więc to im wszystko się należy, mam propozycję nie do odrzucenia. Czy ktoś was, do cholery, trzyma siłą w robocie? Załóżcie własną firmę i tłuczcie szmal. Bez ograniczeń, bez szefa, bez kapitalistycznego krwiopijcy. Mechanizm zysku jest prosty, ale spróbujcie go wytłumaczyć lewakowi, związkowcowi czy innemu "intelektualiście" ich pokroju. To już prościej zmienić colę w pepsi :) Paweł Budrewicz Foto.: Jan Bodakowski Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

Urzędnicy specjalnej troski

Urzędnicy UE strajkują. Kolejny raz, tym razem związkowcy z administracji europejskiej zamierzają uderzyć uczestników szczytu UE w czwartek i piątek po korycie. I to dosłownie – kanapki zamiast obiadu. Horror! To zresztą nie pierwszy strajk urzędników instytucji unijnych – Rady UE, Komisji Europiejącej, oraz Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych. Przyczyna wciąż ta sama – żądania cięć w administracji UE postulowane przez kraje członkowskie.
Rzecz dotyczy również „zmniejszenia datków dla urzędników” - podwyższenie wieku emerytalnego z 63 do 67 lat, przywrócenie dodatkowego opodatkowania części dochodów w wysokości 6 proc., zamrożenie pensji na dwa lata oraz zwiększenie czasu pracy z 37,5 godz. do 40 godz. tygodniowo. Dodać należy, że nowo zatrudniona sekretarka w instytucjach UE zarabia 2,6 tysiąca euro, dyrektorzy generalni i ich zastępcy – 18 tysięcy euro brutto; komisarze i sędziowie Trybunału UE dostają ponad 20 tys. euro, zaś pracownicy kontraktowi (czyli na tzw. śmieciówkach) zarabiają od 1850 do 6 tysięcy euro. Przedstawiciel związku zawodowego Rady UE, Felix Geradon, tłumaczył: „Protestujemy przeciwko stanowisku państw członkowskich, które chcą pogorszenia warunków naszej pracy, m. in. jeśli chodzi o emerytury i możliwości rozwoju […] Jeśli ograniczenia zostaną przyjęte, będzie to oznaczało, że w ciągu 15 lat nasza siła nabywcza zmniejszy się o 60 proc.” a w rezultacie „niemożliwe byłoby rekrutowanie kompetentnych osób, a zatrudniani byli tylko ci, którzy nie mogą znaleźć innej pracy". Z tą troską o emerytury to raczej przesada – zawszeć można przeprowadzić cypryjską kontrybucję depozytów na „ratowanie strefy euro”, co od 2016 r. ma być rozwiązaniem modelowym. Normalnie nasuwa się pytanie o problemy ze wzrokiem, gdyż najwyraźniej biurokratom UE trudno jest dostrzec powiązania pomiędzy własną działalnością, a obecną sytuacją gospodarczą wymuszającą cięcia w administracji. Jednak kluczem do zrozumienia jest tu troska o dalszy „rozwój”, co zresztą potwierdzają sami zainteresowani – skoro to tacy kompetentni ludzie, to raczej nie powinni się martwić o pracę i emerytury – kompetentny człowiek zawsze znajdzie sobie jakieś dochodowe zajęcie. Chyba, że się jeszcze w pełni nie rozwinął. Gorzej z tymi, którzy do żadnej normalnej pracy się nie nadają z tytułu, hm... problemów rozwojowych. A że Polacy nie gęsi i swą biurokrację mają, więc u nas wesoło. Hanna Gronkiewicz – Waltz w związku ze zbieraniem podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie jej odwołania postanowiła poprawić sobie notowania. I wybrała się do Wilanowa. Tam obejrzała wystawę „Primus inter pares”, na którą miała wejściówkę, a potem bez biletu usiłowała wejść do ogrodu powołując się na nieprzysługujące jej urzędowi uprawnienia. Zrobiła się afera, biuro prasowe tłumaczy się więcej niż nieudolnie: „Pani prezydent interweniowała z powodu złej organizacji przy zwiedzaniu”. Bo była kolejka, więc trzeba się było wpychać bez biletu poza kolejką. Tak czy siak interesujące jest coś innego – otóż Hanna Gronkiewicz – Waltz niezaprzeczalnie odniosła korzyść majątkową (5 złotych). Pytanie więc, którą z kolei korzyść podczas drugiej kadencji i czy ujmuje takie „drobne korzyści” w rozliczeniu podatkowym i czy – zgodnie z obowiązującym prawem – odprowadza od nich obowiązkowy podatek? Skoro kioskarkę można było ukarać grzywną za niepołożenie paragonu na 20 groszy za ksero, to w tym przypadku tym bardziej wydaje się konieczna kontrola organów skarbowych. W końcu tyle się mówi o równości, równym traktowaniu etc. Michał Nawrocki

Znałem robotnika, był niepiśmienny…

…nie poznał nawet, co to A, B i C. Lecz słuchał, co mówił Lenin – i teraz wszystko już wie! Przypomniała mi się ta perełka poezji zaangażowanej, bo parę tygodni temu miałem okazję wypowiadać się w Polskim Radiu 24 na temat rajów podatkowych. Przy okazji poruszaliśmy też inne zagadnienia, m.in. bezrobocie, biedę, korupcję i inne dobrodziejstwa socjalizmu.
Pod koniec wystąpienia dodałem, że współczesnemu robotnikowi żyje się teraz znacznie gorzej niż robotnikowi w XIX wieku. Wówczas niepiśmienny robotnik pracujący w fabryce utrzymywał z pensji siebie, żonę zajmującą się domem oraz kilkoro-kilkanaścioro dzieci, z których co najmniej troje-czworo dożywało dorosłości i miało własne dzieci. Czy robotnik w XXI wieku może z jednej pensji utrzymać tyle osób? Nie, nie może. Współczesnemu specjaliście, a co dopiero mówić o robotniku, trudno byłoby utrzymać siebie i choćby jedno dziecko tylko z jednej pensji. Na to, aby mieć kilkoro dzieci i niepracującego zarobkowo partnera, stać obecnie wyłącznie wąską grupę dobrze zarabiających osób. No dobrze, a co z umieralnością niemowląt w XIX wieku, ogólną jakością życia, ciasnotą mieszkań robotników, wspólnymi sraczami na podwórku, dramatem osób kalekich, brakiem bezpieczeństwa i higieny pracy i innymi nieszczęściami? Wszystkie minusy życia w XIX wieku są prawdziwe i niepodważalne. Dodałbym jeszcze fatalną opiekę dentystyczną, czarną ospę i brak żelazek elektrycznych. I nie jest to pełna lista niedogodności. Z pewnością poziom życia kogoś, kto miał wypadek przy pracy, a nie był ubezpieczony, był nie do pozazdroszczenia. Jego bliskich również – zamiast ojca rodziny, który do tej pory ich utrzymywał, mieli teraz kalekę, który sam wymagał pomocy. Już chyba najłatwiej było sobie poradzić z sytuacją śmierci kobiety. Zaś najlepsza polisa emerytalna, czyli dzieci, mogła zginąć na wojnie – chłopcy na froncie, a dziewczynki po przesunięciu linii frontu. Nowoczesne ubezpieczenia zdrowotne pojawiły się dopiero w drugiej połowie XIX wieku – właśnie jako reakcja na rosnące problemy industrializacji, a także w odpowiedzi na częściowo związany z industrializacją rozwój medycyny i potanienie usług medycznych. Różnica pomiędzy wiekiem XIX a poprzednimi stuleciami była pod względem demograficznym różnicą ilościową. Nigdy wcześniej cywilizacja nie znała tak dużych skupisk ludności, dlatego dość szybko okazało się, że dotychczasowe rozwiązania nie przystają do nowej sytuacji i nowych problemów. Chciałbym, aby to było jasne – powstanie i rozwój ubezpieczeń, zwłaszcza zdrowotnych, to w dużej mierze zasługa tego krwiożerczego kapitalizmu przemysłowego i potrzeb, które ten kapitalizm wytworzył, m.in. ochrony zdrowia dostępnej masowo (w pewnym sensie masowo, tj. uwzględniając dobrowolność umów). Natomiast za prowadzenie wojen kapitalizmu proszę nie winić – to zawsze była, jest i będzie zabawka najbardziej zbrodniczej instytucji świata, czyli rządów państwowych. Żadna prywatna organizacja przestępcza ani nawet najbardziej maniakalny lider grupy oszołomów nie wysłali na tamten świat tylu ludzi, ilu wysłały rządy realizujące politykę pokoju światowego, przestrzeni życiowej czy obrony jedynie słusznej prawdy. Czytając większość publikacji na temat XIX wieku, można najczęściej spotkać jedną wersję historii – że dopiero rozwój związków zawodowych, planowania społecznego, prawa pacy i ubezpieczeń socjalnych oraz wprowadzenie podatku dochodowego (też końcówka XIX wieku) pozwoliło utorować drogę rozwiązaniom podnoszącym standard życia i bezpieczeństwo robotników. Jakby powiedział niejeden marksista – ograniczenie wszechwładzy burżuazyjnego aparatu ucisku otworzyło masom drogę do bezpiecznego i godnego życia bez wyzysku klasy robotniczej. Innymi słowy – gdyby nie związki zawodowe i myśl marksistowska, zwulgaryzowana i sprowadzona do czystego bełkotu przez Lenina, bylibyśmy wciąż gnębieni przez tłuste kapitalistyczne świnie. Śmiem jednak twierdzić, że właśnie te wszystkie zdobycze były gwoździem do trumny XIX-wiecznego rozwoju i przyczyną obecnej nędzy. Powód – nawiązując do Marksa i Lenina oraz wierszyka we wstępie – jest dość prosty. Największy błąd Marksa polegał na tym, że nie zrozumiał tego, co pisał Adam Smith na temat wymiany handlowej. Według Smitha dobrowolność wymiany opiera się na tym, że każdy wymienia produkt, bo ten, który posiada, ma mniejszą wartość niż ten, który otrzymuje w zamian. Tylko pod tym warunkiem transakcja jest opłacalna dla obu stron. Tymczasem Marks skupił się na "ekwiwalentności towaru", tym samym całkowicie pozbawiając produkt wartości wymiennej, a ograniczając się wyłącznie do jego wartości użytkowej. Skoro zatem praca robotnika ma wyłącznie wartość użytkową, robotnik zawsze będzie podmiotem słabszym, który wymaga instytucjonalnej ochrony. Ten błąd powtarza do dziś całe lewacko-związkowe środowisko, które tak samo jak Marks kompletnie nie rozumie istoty najważniejszego aspektu gospodarczego, czyli wolnej wymiany handlowej. Z tego błędu wynika też niezrozumienie podstawowego mechanizmu – że owa ochrona robotników (rzeczywista czy iluzoryczna) zawsze kosztuje. Ochronę miejsc pracy finansują bezpośrednio pracodawcy, a pośrednio – bezrobotni. To dlatego każde hasło "chrońmy miejsca pracy" w rzeczywistości oznacza "zwiększajmy obszar biedy i bezrobocia". Wolność została skojarzona przez lewicę jako przeciwstawienie dobrobytu, a niewolnictwo (zwane też socjalizmem) jest gloryfikowane jako największy dar. Wskutek dobrodziejstw owego daru wprowadzanego sukcesywnie od stu kilkudziesięciu lat mamy dzisiaj raj na ziemi. W efekcie w tym raju tylko nielicznych bogatych stać na to, na co było stać niepiśmiennego robotnika w XIX wieku. Zatem dzisiejsza bieda jest ceną, jaką płacimy za bliżej nieokreślony postęp i wątpliwe zdobycze socjalne. Sto pięćdziesiąt lat temu jako prosty robotnik w fabryce mógłbym utrzymać niepracującą żonę i kilkoro dzieci. Dzisiaj – jako czynnego zawodowo prawnika – nie stać mnie na taki luksus. Obecny dobrobyt uczynił mnie nędzarzem w porównaniu choćby do majstra w XIX-wiecznej fabryce, nie mówiąc już o osobach ze sfer przedsiębiorczości czy burżuazji. Nie powinno to dziwić, skoro żyjemy w systemie niewolniczym. Niewolnik, zarówno ten w czasach rzymskich, jak i w świecie nowożytnym, również miał ograniczone pole rozwoju. Z jedną różnicą – pan mógł niewolnika wyzwolić. Dzisiaj widoków na to raczej nie ma. Czy mimo to jest szansa na zastąpienie obecnego dobrobytu XIX-wiecznym wyzyskiem? Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

Kasia Tusk reklamowała fiata na blogu, który reklamował jej tatuś

Cóż w tym złego, że tata pomaga swoim dzieciom? Jest to normalne i godne zachowanie pod warunkiem, że dzieje się to z dala od polityki! Nie tak dawno prasa pisała szeroko o tym gdzie i na ilu posadach równocześnie pracował syn Donalda Tuska.  Nie będę dzisiaj do tego wracał, bo póki co nic nowego nie wyszło w tej sprawie na jaw. Na szerokie wody wypłynęła natomiast córka premiera pani Katarzyna Tusk!
Stało się to za sprawą prowadzonego przez nią blogu http://www.makelifeeasier.pl . Dopóki były tam poruszane tylko sprawy mody, kosmetyków i wycieczek, to był to faktycznie blog apolityczny. Gdy jednak blog Kasi Tusk obchodził w lutym b.r. 2. urodziny, to z tej okazji Kasia napisała specjalne podziękowania, w których ujęła swojego tatę. Ktoś mi powie, że się czepiam, a ja wiem, że był to zabieg czysto reklamowy, bo jeśli ktoś nie wiedział przedtem, że tatą pani Kasi jest sam Premier RP, no to w końcu dowiedział się tego z jej własnego wpisu. Komu jak komu, ale własnemu ojcu powinno się składać podziękowania osobiście, a niekoniecznie na blogu, który z dodatku zajmuje się m.in. reklamą . Donald Tusk również postanowił uczcić sukces Kasi, pisząc na Twitterze: - Dzisiejszy post na make life easier. To najpiękniejszy prezent. Bardzo Cię kocham Kasiu i gratuluję! Zamiast zadzwonić do córki i z nią pogadać, to postanowił jeszcze bardziej spopularyzować nazwę jej blogu na własnym Twitterze!  Wiadomo, że jak coś ukaże się nawet na prywatnym Twitterze Prezesa Rady Ministrów, to wzbudzi ciekawość nie tylko polityków, ale i przedsiębiorców! W rezultacie poczytność bloga rośnie i to właśnie w reklamie się rozchodzi, aby ilość „wejść” na określoną stronę była jak największa, bo to przyciąga nowych reklamo-dawców! Córka premiera tak oto przedstawia samą siebie: Założycielka serwisu Makelifeeasier.pl. Choć imała się wielu zajęć, choć ma wiele pasji i zainteresowań, a z wykształcenia jest psychologiem, to prowadzenie tej strony sprawia jej najwięcej radości. Stronę w ciągu miesiąca odwiedza ponad 800 000 indywidualnych użytkowników. Nie pozostaje nic, tylko pogratulować, ale... jeszcze we wtorek 23 kwietnia na pierwszej stronie tego blogu zamiast modnej odzieży widniały takie oto obrazki : Podpis pod zdjęciem: Po wczesnej pobudce pędziłyśmy udostępnionym nam Fiatem do stolicy (więcej informacji o autku znajdziecie tutaj). [caption id="attachment_21375" align="alignnone" width="460"] Jupi! Po prawie pięciogodzinnej drodze dojechałyśmy całe i bezpieczne, a pogoda zrobiła nam prezent! Na termometrze 5 stopni i piękne słońce! Moja stylizacja w stylu lat 50 była strzałem w dziesiątkę! Gdybyśmy wybrały się do Warszawy po świętach prawdopodobnie mogłabym zrobić zdjęcia tylko w towarzystwie zasp śnieżnych:).[/caption] Czytając zapis autorki pod powyższym zdjęciem można byłoby wnioskować, że chodzi tylko o modę, ale... fotografia przedstawia samochód konkretnej marki Fiat i nawet średnio-inteligentny  czytelnik widzi na własne oczy, że jest to reklama FIAT-a, a nie promocja sukni czy butów! Tak samo jest na następnej fotografii: Bardzo umiejętnie zasłonięta marka aparatu fotograficznego aby w centrum uwagi pozostał samochód! Najbardziej zabawne jest natomiast zakończenie fotoreportażu z samochodem Fiat 500L w roli głównej. [caption id="attachment_21377" align="alignnone" width="460"] Słońce powoli zachodzi więc czas zbierać się do drogi. Tuż przed wyjazdem skoczyłyśmy jeszcze na szybką wizytę do atelier Macieja Zienia (naprawdę można stracić głowę:)). Po takim dniu czekała nas jeszcze podróż do domu, ale za to ile materiału na bloga! :)[/caption] Czy wbrew temu co widzimy na fotografii chodzi faktycznie o reklamę „atelier..” czy raczej ukazanie przestronności wnętrza jednego z egzemplarzy  Fiat’a 500L ? Pracowałem 30 lat w motoryzacji i nie mam żadnych wątpliwości, że tak właśnie się robi profesjonalną promocję samochodów! Po zapoznaniu się z tym reportażem pani Katarzyny Tusk zadzwoniłem do Kancelarii Premiera RP. Skierowano mnie do rzecznika rządu, ale okazało się, że pan minister Graś będzie przez najbliższe dwa tygodnie nieuchwytny. Połączono mnie natomiast z zastępującą pana Grasia Starszą Specjalistką Justyną Hryckiewicz, która stwierdziła, że pan Premier Donald Tusk nie wtrąca się do działalności gospodarczej prowadzonej przez jego córkę i poprosiła abym przekazał pytania pocztą elektroniczną. Natychmiast wysłałem E-mail następującej treści: "Starszy Specjalista Sekretariatu Prezesa Rady Ministrów Justyna Hryckiewicz Szanowna Pani, W związku z  następującym wpisem córki Pana Premiera pani Katarzyny Tusk na http://www.makelifeeasier.pl : Po wczesnej pobudce pędziłyśmy udostępnionym nam Fiatem do stolicy ... i następującym potem fotoreportażu reklamującym samochód Fiat 500L oraz wypowiedzią Premiera Donalda Tuska na  Twitterze: - Dzisiejszy post na make life easier. To najpiękniejszy prezent .... Zwracam się o odpowiedź na następujące pytania: 1.Czy Pan Premier Donald Tusk chwaląc publicznie wpis na blogu Pani Katarzyny Tusk,  sprawdził wcześniej, czy jest tam m.in.: reklama samochodu Fiat 500L ? 2. Jakie jest stanowisko KPRM dotyczące udostępnienia ( jak sama to określiła) Katarzynie Tusk samochodu Fiat 500L? 3. Jaka jest opinia KPRM o takim geście dyrekcji FAP? 4. Czy to jest zgodne z polityką rządu, aby córka premiera RP korzystała z " uprzejmości" dyrekcji FAP? 5. Jakie jest stanowisko KPRM na temat  jawnego reklamowaniu przez córke premiera samochodu firmy, która zwolniła w tym roku 1450 pracowników na bruk? 6. Czy reklama Fiata 500L na blogu   make life easier będzie miała wpływ na decyzje Premiera Tuska w sprawach: rozliczenia Fiata z ulg celnych, podatkowych, kontyngentowych, Specjalnych Stref Ekonomicznych itp. w okresie 20lat działalności Fiat Auto Poland w Polsce? 7. Czy reklama Fiata 500L na blogu http://www.makelifeeasier.pl  skłoni Premiera Donalda Tuska do unieważnienia umowy definitywnej z Fiatem z 1992roku, która jak wykazała Najwyższa Izba Kontroli naraziła na znaczne straty Skarb Państwa Rzeczypospolitej Polskiej ? 8. Czy reklama Fiata 500L na blogu http://www.makelifeeasier.pl  skłoni Premiera Donalda Tuska do zażądania od koncernu Fiat rekompensat dla ponad 25.000 pracowników FSM SA za pozbawienie ich należnych akcji pracowniczych m.in. Fiat auto Poland S.A. 9. Czy reklama Fiata 500L na blogu http://www.makelifeeasier.pl  skłoni Premiera Donalda Tuska do sprawdzenia ile Fiat Auto Poland zlikwidował miejsc pracy w Polsce od 1992roku, a ile stworzył nowych stanowisk. 10. Czy reklama Fiata 500L na blogu http://www.makelifeeasier.pl  skłoni Premiera Donalda Tuska do wystąpienia do Unii Europejskiej o pozbawienie koncernu FIAT jakichkolwiek dofinansowań do czasu aż Polacy we Fiat Auto Poland będą traktowani tak samo jak Włosi we Fiat Auto Italia? Proszę o możliwie szybkie odpowiedzi. Z wyrazami szacunku publicysta tygodników: Warszawska Gazeta i Śląska Gazeta Rajmund Pollak" Do dnia 2maja 2013 r. nie otrzymałem odpowiedzi z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów na żadne z tych pytań, ale... reklama samochodu Fiat 500L nagle zniknęła z portalu córki premiera! W międzyczasie dowiedziałem się z Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ „Solidarność”, że przygotowywany jest właśnie kolejny strajk generalny! Jeżeli otrzymam odpowiedź z Kancelarii Premiera Tuska, to zamieszczę ją w całości w następnym wydaniu tygodnika Śląska Gazeta. Dziś chciałbym natomiast poinformować, że pracownicy Fiat Auto Poland, przy całkowitej bierności związków zawodowych zostali pozbawieni w kwietniu wolnych sobót i wbrew obietnicom dyrekcji FAP nie będą mieli długiego weekendu ! Oto dokumenty pochodzące z Dyrekcji Personelu FAP. Najpierw dyrekcja FAP zarządziła: "Bielsko-Biała dn. 22.03.2013r KOMUNIKAT Dyrekcja Fiat Auto Poland informuje, że w oparciu o.....regulaminu pracy FAP ulega zmianie rozkład czasu pracy w II kwartale b.r. Dniami roboczymi ustala się 6, 13, 20, 27 kwietnia, natomiast dni 29 i 30 kwietnia oraz 2 i31 majabr. Ustala się dniami wolnymi. Zmiana rozkładu czasu pracy dotyczy pracowników Fiat Auto Poland, zatrudnionych w podstawowym rozkładzie czasu pracy". Zatem po co Dyrekcja FAP zwolniła 1450 Polaków skoro zamówienia są tak duże, że pozostali muszą pracować we wszystkie wolne soboty kwietnia? Otóż w tym szaleństwie jest metoda, bo im mniej pracowników tym mniejsze koszty pracy, a że dzieje się to kosztem zdrowia i zakłóca życie rodzinne zatrudnionych w FAP, to już dyrekcji nie obchodzi! Arogancja dyrekcji Fiat Auto Poland sięga jeszcze głębiej, bo decydenci Fiata nie respektują nawet własnych zarządzeń! Oto najnowszy dowód na to: Ten sam człowiek, który podpisał w marcu w Bielsku-Białej poprzedni komunikat wydał w Tychach zupełnie nowe zarządzenie w kwietniu br. Cytuję: "Tychy 19.04.2013r KOMUNIKAT Dyrekcja Fiat Auto Poland informuje, że   dni 29 i 30 kwietnia będą dniami pracy zbiorowej. Obowiązek świadczenia w tych dniach pracy dotyczy pracowników zatrudnionych w bezpośredniej produkcji oraz pracujących na rzecz zabezpieczenia produkcji, wskazanych przez kierownictwo Spółki". Zatem reklama samochodów przynosi efekty w postaci wzrostu sprzedaży i wzrostu dochodów FAP, natomiast pracownicy nie mają podwyżek płac, tylko muszą harować nawet w wolne soboty kwietnia i w dni, które dyrekcja FAP wyznaczyła wcześniej jako ...wolne w zamian za te właśnie soboty pracujące. Jeżeli ktoś uwierzył w komunikat dyrekcji z dnia 22.03.2013r i zaplanował wyjazd na dni 29 i 30 kwietnia, to pozostało mu do wyboru: Albo zrezygnować z wyjazdu, albo ryzykować zwolnienie z pracy! I nikt z liderów związkowych nie stanie w jego obronie, bo żaden  związek zawodowy nie ogłosił sporu zbiorowego po ogłoszeniu przez dyrekcję FAP zwolnień zbiorowych. Dyrekcja Fiat Auto Poland robi co chce z pracownikami i nie szanuje nawet własnych zarządzeń! Co na to Premier Donald Tusk? Chwali bloga, na którym reklamowano samochód Fiat 500L. Pracownicy polscy są 7 razy bardziej wydajni od włoskich i dlatego Fiat postanowił wycisnąć z nich jeszcze więcej potu i jeszcze więcej zdrowia! Rajmund Pollak Foto.: Blog Kasi Tusk

Platforma Oburzonych – autentyczny bunt czy kolejny blamaż?

Wywiad jakiego Tygodnikowi "Solidarność" udzielił niedawno przewodniczący związku, Piotr Duda, pokazuje, że "S" wybiera się na wojnę z rządem Donalda Tuska. Niestety, wypowiedzi szefa "Solidarności" nie zostawiają złudzeń. Jeśli nawet tę wojnę wygra, nie zmieni Polski. Bo żeby Polskę zmienić trzeba zlikwidować koryto. Najprawdopodobniej jednak skończy się na przejęciu koryta przez tzw. "naszych".
Lider "S" zapowiada powołanie Platformy Oburzonych. Inauguracją nowego ruchu ma być spotkanie w słynnej sali BHP Stoczni Gdańskiej. Zdaniem szefa związku powołać trzeba szeroki front tych wszystkich, którzy dostali "od rządzących po tyłku". Spraw jakimi chciałby się zająć Duda i jego współpracownicy jest kilka: "Na początek mamy trzy sprawy. Po pierwsze – zmianę ustawy o referendum ogólnokrajowym. My zebraliśmy 2,5 mln podpisów pod wnioskiem o referendum emerytalne, a koalicja rządowa wywaliła to do kosza. W ubiegłym roku łącznie zebrano 4,6 mln podpisów pod różnymi inicjatywami obywatelskimi i wszystkie zostały odrzucone. Dlatego musimy zmienić ustawę tak, by po zebraniu odpowiedniej liczby podpisów referendum było obligatoryjne i nie mógł go odrzucić sejm. Bo teraz trudzimy się, zbieramy 2,5 mln podpisów, a rządzący mówią „nie” i lekką ręką odrzucają. Po drugie – chcę rozmawiać o referendum w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych. System proporcjonalny ogranicza nasze prawa, bo to szefowie partii decydują, kto znajdzie się na liście wyborczej i na którym miejscu – biorącym czy niebiorącym. (...) I trzecia sprawa – referendum w sprawie skrócenia kadencji sejmu. Ten parlament nie zdał egzaminu". Jak widać, część postulatów Platformy Oburzonych godna jest wsparcia i poparcia. Jednak w dalszych wypowiedziach, Piotr Duda jawi się jako typowy związkowiec, który za całe zło jakie się wokół dzieje obwinia "liberalizm" rządu Tuska. Szef "Solidarności" zarzuca rządowi, że prowadzi zbyt słabą politykę przemysłową, mało interweniuje na rynku, że mało angażuje się w walkę z bezrobociem. "We Francji Arcellor Mittal zamyka stalownię, ale nie zwalnia ludzi. Mimo że to prywatna firma, rząd jest aktywny. Tylko u nas rząd pozostaje bierny." - twierdzi. Lider "S" broni również płacy minimalnej, nie zdając sobie jakby sprawy, iż jest ona jednym z czynników przyczyniających się do wzrostu bezrobocia i powiększania się "szarej strefy". "Dobrze też wiemy, na jakie wynagrodzenia mogą liczyć młodzi w Polsce, a ze strony neoliberalnego rządu i ekspertów słyszymy, że 1600 zł brutto płacy minimalnej to za dużo i przedsiębiorcy nie mogą tyle płacić!" - podkreśla Duda. Trudno się jednak temu dziwić. Jako związkowca czyli reprezentanta grup ludzi pracujących, bezrobotni mogą zupełnie nie obchodzić. Dalej, szef "Solidarności" ubolewa nad tym, że w III RP nie jest realizowany jeden z artykułów konstytucji. "W konstytucji jest zapisana społeczna gospodarka rynkowa, tylko teraz społecznej jest 1 proc. a rynkowej 99 proc. Coraz więcej pracowników naprawdę ciężko pracuje, a na koniec miesiąca idzie do pomocy społecznej, bo im nie wystarcza na utrzymanie rodziny" - twierdzi Duda. Część powyższej wypowiedzi, dotycząca tego, że bieda dotyka również ludzi pracujących, jest oczywiście prawdziwa, jednak twierdzenie, że odpowiada za to gospodarka rynkowa, której w Polsce jest rzekomo 99 procent, jest już - mówiąc delikatnie - pomyleniem skutków z przyczyną, nie mówiąc już o zawartym w tym zdaniu fałszu dotyczącym skali gospodarki rynkowej w III RP. Ale nie to jest w sumie najważniejsze.... W końcu Piotr Duda reprezentuje związek zawodowy, a nie ugrupowanie prawicowe. Martwi jednak, że lider organizacji, którą chociażby portal wpolityce.pl widzi już niemalże w roli nowego lidera "prawicy", stwierdza pod koniec wywiadu: "Do UE weszli już politycy i cały establishment, a czas najwyższy, by weszli zwykli Polacy" (podkreślenie - red. PROKAPA). Przerażające! Okazuje się bowiem, że cała ta Platforma Oburzonych okazać się może jeszcze jednym blamażem, jakich w III RP mieliśmy już wiele. Miałem nadzieję, że coś, co powstać ma na gruzach rządu Donalda Tuska będzie czymś nowym, czymś co dążyć będzie do obalenia tego zgniłego systemu. Tymczasem okazuje się, że chodzi chyba tylko o obalenie tego rządu, a następnie o wejście w jego buty. Osobiście oczekiwałbym, że nowa siła będzie dążyła do tego, by wyciągnąć Polskę i Polaków z tego gówna jakim jest Unia Europejska. Jednak okazuje się, że chodzi o to, by jeszcze bardziej nas w nim unurzać. Czy aby Platforma Oburzonych nie powstaje zatem po to, by skanalizować narastające antyunijne i antysystemowe nastroje wielu, zwłaszcza młodych Polaków? Wiele na to wskazuje. Ale z drugiej strony to dobry znak... Wskazuje bowiem, że wciąż jest na naszej scenie politycznej miejsce na ugrupowanie, które poprowadzi Polaków do prawdziwego zwycięstwa. Nie takiego, które po pewnym czasie okaże się klęską. A ta grozi nam, jeśli narastający, autentyczny bunt Polaków zostanie zagospodarowany przez tandem Duda-Kaczyński. Naprawdę szkoda by było kolejnych lat... Paweł Sztąberek Foto.: solidarnosc.org.pl