Sery, de Gaulle i Anne

Najmłodsza córka de Gaulle’a, Anne, cierpiała na zespół Downa. W wyniku obrażeń porodowych nigdy nie mogła poprawnie chodzić Czytaj więcej »

 

Wojna czwartej generacji

Od niepamiętnych czasów cel wojny sprowadza się do dwóch rozwiązań: długotrwałego opanowania terenu i podporządkowanie sobie tubylczej ludności, albo krótkotrwałego zajęcia terenu, złupienia go i uprowadzenia ludności w niewolę.



Wielki teoretyk wojskowy, pruski generał Carl von Clausewitz pisał, że wojnę prowadzi triada: rząd-armia-naród. Rząd podejmuje decyzję wypowiedzenia wojny i wytycza jej cele, armia realizuje zadania postawione przez rząd, a naród wspiera armię rekrutem i dostarcza środków koniecznych do prowadzenia działań zbrojnych.

Zawarte w dziele „O wojnie” przemyślenia Clausewitza sprawdzały się jeszcze do niedawna. Teraz, gdy wkraczamy w epokę wojen IV generacji, kanony dyrektora berlińskiej akademii wojskowej przestają obowiązywać.

W wojnach pierwszej generacji, gdzieś na dogodnych błoniach potykały się uszykowane w czworoboki, linie i kolumny skoncentrowane pułki konnicy i piechoty, by własnoręcznie, fizycznie wyeliminować wroga. Była to konfrontacja wielkich mas ludzkich wystawionych przez królestwa jedno lub wielonarodowe. Tak było pod Grunwaldem i jeszcze na początku I wojny światowej.

Drugą generację wojen charakteryzowała zmasowana siła ognia. Ostrzał artyleryjski z dział o gwintowanych lufach i ogień broni maszynowej, przy ograniczonej możliwości atakowania tyłów przeciwnika za pomocą dział i moździerzy dalekiego zasięgu, sterowców i raczkującego lotnictwa bombowego. Żołnierze na wyznaczonej linii frontu maskowali się w mundurach o barwie zbliżonej do kolorytu pola walki, kryli się w okopach i atakowali tyralierą. Opanowanie lub zniszczenie ważnych aglomeracji miejskich i ośrodków przemysłowych decydowało o powodzeniu kampanii, a wojennym profitem było przede wszystkim przejęcie kontroli nad źródłami surowców. W totalnych konfliktach zmagały się całe narody suwerennych państw połączonych w koalicje. Generacja ta zrodziła się na początku I wojny światowej, a zestarzała w trakcie II wojny światowej.

Osią wojen trzeciej generacji była zdolność manewrowa oraz uzbrojenie umożliwiające precyzyjne atakowanie wybranych celów poza linią frontu, głównie ośrodków dowodzenia oraz węzłów komunikacji i łączności. Doktryna zalecała, żeby zamiast ataku frontalnego i przełamywania linii obronnych, omijać silnie bronione punkty i otaczać zgrupowania sił wroga. Uczestnikami krótkich operacji o dużej intensywności były często siły ekspedycyjne ponadnarodowych sojuszy. W konfliktach uczestniczyły całe społeczeństwa zagrożone w równej mierze na froncie i na tyłach. Można przyjąć, że konflikty trzeciej generacji rozpoczęła wojna polsko-bolszewicka 1920 roku (jako wojna manewrowa), ich szczytowym punktem był niemiecki Blitzkrieg, a definicyjną wręcz formą – tak zwana pierwsza wojna w Zatoce Perskiej, czyli wojna o Kuwejt.

Trzy pokolenia konfliktów zbrojnych mieściły się jeszcze w ramach kanonu generała von Clausewitza, w myśl którego suwerenne państwo kontrolowało działania narodowej armii wspartej przez przeważającą większość społeczeństwa.

Obecnie rządy w coraz większym stopniu same rezygnują z suwerenności i czynią się podległymi organizacjom, takim jak ONZ, NATO lub Unia Europejska. Jednocześnie trwa proces erozji państw narodowych, ich atomizacja na regiony, klany polityczne i grupy interesów. Armie wpisane zostały przez polityków w struktury wojskowych sojuszy, których statuty ograniczają suwerenny monopol państwa nad własnymi siłami zbrojnymi. Granice międzypaństwowe rozmyły się i dokładnie nie wiadomo, czego armie mają bronić, a narody błąkają się szukając wyznaczników lojalności. Jeszcze do niedawna, kiedy w Europie ścierały się wpływy dwóch potężnych bloków militarnych – NATO i Układu Warszawskiego – można było mówić o wspólnym interesie obronnym żołnierza tureckiego i norweskiego. Obu zagrażała wówczas ta sama Armia Czerwona, ale obecnie nawet to psychologiczne spoiwo zmurszało.

Post-zimnowojenne migracje ludnościowe zatarły klarowność narodowych podziałów. Interesy wielkich grup finansowych lub wytwórczych i lojalności grupowe (np. obrońców środowiska naturalnego lub piłkarskich kibiców) mają często transgraniczny charakter, a lojalność w stosunku do koszulki klubowej bywa czasem silniejsza niż wobec godła państwowego widniejącego na okładce paszportu noszonego aktualnie w kieszeni.

Równolegle z kruszeniem się ram państwowych na rzecz tworów ponadnarodowych trwa proces rozpadu państw narodowych na ziemstwa, co na naszym kontynencie przyspiesza polityka regionalizacji Unii Europejskiej. W życiu społecznym i politycznym zacierają się linie podziału między tym, co publiczne, a co prywatne, co rządowe, a co korporacyjne, a także między tym, co wojskowe, a co cywilne. Galopuje ewolucja systemów politycznych, gospodarczych i struktur społecznych zwykle stanowiących oparcie dla sił zbrojnych.

Szybka i de facto pozbawiona geograficznych granic komunikacja (w 24 godzin można dolecieć do dowolnego dużego miasta na świecie), obfitość informacji (Internet, telewizje satelitarne), łatwość dostępu do wiadomości i ich rozpowszechniania, tworzą wielorakie powiązania transgraniczne, których sieci przenikają się wzajemnie zachowując przy tym daleko posuniętą autonomię.
Jeszcze całkiem niedawno społeczna rozgłośnia, a raczej ośrodek informacyjno-edukacyjno-kulturowy, łączący słuchaczy w jedno, jakim jest „Radio Maryja”, był wprost nie do pomyślenia. I to nie ze względu na komunistyczny monopol informacji z jego cenzurą, lecz z przyczyn technicznych. Podobną funkcję społecznego oddziaływania pełniła w swych najlepszych latach BBC, kiedy była informacyjnym zwornikiem brytyjskiego imperium, nad którym nigdy nie zachodziło słońce. Jedna i druga rozgłośnia ma transgraniczny zasięg i globalne audytorium. Najważniejsza róznica polega na tym, że BBC powołał rząd za ogromne pieniądze w celu związania z metropolią ekspatriowanych urzędników kolonialnych, natomiast „Radio Maryja” powstało z potrzeby ducha, stworzone przez grupę ofiarnych ludzi i miliony słuchaczy utożsamiających się z rozgłośnią i samoorganizujących się w Rodzinę Radia Maryja. Można zatem zaryzykować twierdzenie, że we współczesnym świecie zanika powoli wertykalny system kontroli państwowej na rzecz horyzontalnego systemu oddziaływania. Kto tych zmian nie pojmuje, temu pozostaje utyskiwanie na „mohairowe berety”.

Od strony czysto militarnej rosnąca siła uzbrojenia (broń jądrowa) i precyzja środków rażenia (samonaprowadzanie się pocisków na cel) sprawiły, że wojny przestały być opłacalne. Zwycięzca współczesnej wojny konwencjonalnej opanuje wprawdzie terytorium, ośrodki przemysłowe i surowce przeciwnika, ale w najlepszym razie dostanie w nagrodę ruiny oraz chmary uchodźców. W wojnie nuklearnej ewentualnym łupem może być radioaktywna pustynia, na którą wejść będzie można dopiero po wielu dziesięcioleciach. Odtajniony niedawno brytyjski dokument z okresu „wczesnojądrowego”, raport z wiosny 1953 roku, szacował, że w wyniku sowieckiego ataku bombami atomowymi „typu Nagasaki”, w najważniejszych aglomeracjach miejskich Zjednoczonego Królestwa zginie 1 milion 378 tysięcy osób, a 785 tysięcy zostanie rannych. I to w sytuacji, kiedy władze będą miały czas przeprowadzić ewakuację miast, z których wywiezionych zostanie ponad 5 milionów kobiet, dzieci i ludzi w starszym wieku, a ponad 4 miliony mieszkańców wyjedzie na własną rękę. Według tej samej oceny, atak nuklearny zniszczy do fundamentów 2 miliony 163 domów, a 10 milionów 163 tysiące domów zostanie uszkodzonych takim stopniu, że będą niezdatne nawet do tymczasowego zasiedlenia.

Przy takich rozmiarach potencjalnych zniszczeń „tradycyjne” wojny przestały się kalkulować. Rozpoczęto poszukiwania rozwiązań umożliwiających podbicie przeciwnika przy maksymalnym zachowaniu jego siły żywej i minimalnych szkodach dla jego substancji materialnej. W co inteligentniejszych kołach wojskowych zdano sobie również sprawę z nieprzystosowania sił zbrojnych do zmieniającego się świata. Wyszkolone na tradycyjnych wzorcach armie, przygotowane były do niszczenia pionowych systemów dowodzenia, łączności i kontroli wojsk przeciwnika oraz do opanowywania równie pionowych struktur wrogiego państwa. Tymczasem we współczesnym świecie coraz częściej stają przed koniecznością zwalczania poziomych organizacji o strukturze sieciowej, często pozbawionych hierarchii, a nawet jasno zdefiniowanych przywódców. Do takich zadań nie jest przygotowana nawet armia amerykańska, która swego czasu wymyśliła przecież trudny do zniszczenia sieciowy system łączności strategicznej, który stał się prekursorem internetu.

Zmierzch wojen „według Clausewitza”, brytyjskie służby wywiadowcze przepowiadały krótko po zakończeniu II wojny światowej. W prognozie sowieckich planów strategicznych datowanej 1 marca 1946 roku, brytyjski Wspólny Komitet Wywiadowczy (Joint Intelligence Committee) oceniał, że dla utrzymania świeżo zagarniętych krajów Europy Środkowej oraz dla opanowania Turcji i Iranu, Moskwa nie ucieknie się do otwartej wojny, ale „wykorzysta w pełni propagandę, naciski dyplomatyczne oraz zagraniczne partie komunistyczne”. Przewidywano również, że Kreml prowadzić będzie „agresywną politykę z użyciem wszelkich środków, z wyjątkiem wojny”, a dla osiągnięcia dominującej pozycji na świecie wykorzysta partie komunistyczne oraz „określone organizacje międzynarodowe”. Świat wkraczał w nową wojnę, tylko tym razem miała to być wojna „zimna”, w której najistotniejszym orężem miały być: informacje wywiadowcze, szantaż, propaganda oraz dywersja ideologiczna i polityczna.

Doświadczenia „zimnej wojny” skłoniły teoretyków wojskowych do konkluzji, że mija era konfrontacji wielkich machin wojennych, a zaczyna się epoka konfliktów niskiej intensywności (low intenisty conflict) oraz wojen pośredników (war by proxy), czyli walk partyzanckich i działań terrorystycznych. Ppłk Thomas Hammes z amerykańskiej piechoty morskiej sporządził analizę porównawczą różnych konfliktów drugiej połowy XX wieku wychodząc od instrukcji mobilizacji politycznej mas Mao Tse-tunga. W opinii Mao mobilizacja polityczna to wstęp do regularnych działań wojennych i podstawowy warunek wygrania wojny, to element bardziej istotny niż umiejętności militarne. Mao wyróżnił trzy fazy zwycięskiej kampanii partyzanckiej.

W pierwszej, głównym zadaniem jest tworzenie silnej bazy politycznej, natomiast działania zbrojne ograniczone są do akcji nękających przeciwnika oraz do fizycznej likwidacji przeciwników politycznych.

Druga faza, to pat strategiczny. Partyzanci konsolidują kontrolę nad opanowanym terenem, na którym wprowadzają własną administrację. Aktywizują się również militarnie, jednakże pod warunkiem, że ich działania przyniosą konkretne korzyści polityczne.

Faza trzecia, to rozpoczęta, po osiągnięciu przewagi, ofensywa strategiczna, podczas której partyzanci uformowani w regularne oddziały dążą do obalenia rządu siłą w „tradycyjny sposób”.

Według zaleceń Mao (wzorowanych na przemyśleniach Lenina), partyzanci powinni tworzyć zjednoczony front różnych ugrupowań politycznych i organizacji społecznych. Tą drogą należy budować sieć powiązań propagandowo-wywiadowczych, dzięki którym każdy członek społeczeństwa zostanie wpisany w wysiłek wojenny. Równolegle należy prowadzić dwutorową kampanie propagandową prowadzącą z jednej strony do erozji woli politycznej przeciwnika oraz zniechęcenia jego sojuszników do udzielania pomocy, a z drugiej, do zjednania sobie przyjaciół i sojuszników.

Koncepcje Mao rozwinęli wietnamscy przywódcy Ho Chi Minh oraz generał Vo Nguyen Giap. Ho Chi Minh uważał, że czynnikami decydującymi o przebiegu i wyniku wojny są międzynarodowa sytuacja polityczna oraz światowa opinia publiczna. Dlatego poszedł dalej niż Mao i w trakcie wojny wietnamskiej zbudował sieć powiązań międzynarodowych, dzięki którym mógł wywierać wpływ na społeczeństwo amerykańskie i zmieniać jego stosunek do wojny. Manipulując umiejętnie mediami i akcjami partyzanckimi Ho i Giap potrafili zaprezentować konflikt wietnamski jako problem niemożliwy do rozwiązania przez Stany Zjednoczone i tym samym zniechęcić Amerykanów do szukania dróg zwycięstwa. Ho i Giap nie dążyli do militarnego pokonania przeciwnika. Skruszyli jego wolę walki pośrednio, poprzez oddziaływanie światowej opinii publicznej i w ten sposób zmusili USA do wycofania się.

Kilka lat później w Nikaragui, Front Wyzwolenia Narodowego im. Sandino (FSLN) nawet nie planował zwycięstwa militarnego. Zamierzał przejąć realną władzę stojąc w cieniu, drogą wywierania wewnętrznego i zewnętrznego nacisku na rząd prezydenta Anastasio Somozy. W ocenie płk Johna Waghelsteina, analityka działań wywrotowych z Instytutu Studiów Strategicznych, Sandiniści obalili Somozę i przejęli władzę, ponieważ stworzyli inspirowany przez siebie ruch organizacji politycznych, który zdobył szerokie poparcie wewnątrz kraju i gorącą sympatię za granicą. Zadbali przy tym, żeby ich zagranicznych sympatyków nie można było powiązać z Kubą, Związkiem Sowieckim, czy państwami bloku wschodniego. Legitymację moralną uzyskali powołując się na teologię wyzwolenia modną wówczas wśród części duchownych Kościoła Katolickiego w Ameryce Łacińskiej. Po takich przygotowaniach wzięli szturmem opinię publiczną Stanów Zjednoczonych manipulując umiejętnie lewicującymi dziennikarzami amerykańskich i światowych mediów, aż do podsuwania im nie tylko tematów, ale nawet gotowych tekstów. Osobną kampanię (wzorowaną w sporej mierze na działaniach Kominternu) prowadzili wykładowcy i mówcy wykreowani przez Sandinistów na autorytety moralne i naukowe. Odwiedzali oni amerykańskie organizacje akademickie, społeczne i kościelne tłumacząc „drugie dno” informacji napływających z Nikaragui i apelując o naciski na kongresmanów zasiadających w Waszyngtonie w komisjach odpowiedzialnych za kwestie bezpieczeństwa i polityki zagranicznej USA.

Utworzona przez Sandinistów sieć propagandowa skutecznie wytworzyła obraz Frontu Wyzwolenia jako organizacji demokratycznej opierającej się krwawemu reżymowi Somozy. Wielokierunkowe oddziaływanie tej sieci doprowadziło do zbudowania szerokiej koalicji wewnątrz i na zewnątrz Nikaragui, która otorbiła i sparaliżowała ekipę Somozy. Militarnie miała ona nadal przewagę nad Sandinistami, ale straciła wolę walki, wolała oddać władzę i uciec z kraju. Sandiniści przejęli władzę, odsunęli niedawnych sojuszników i zdławili protestujących, którym marzyła się prawdziwa demokracja. Zachowali jednak międzynarodową sieć zwolenników, dzięki której sparaliżowali poparcie dla opozycyjnych Contras montowane w Waszyngtonie przez administrację prezydenta Ronalda Reagana. Sandiniści tak skutecznie opanowali umysły „różowych” intelektualistów Europy zachodniej, że kiedy druzgocąco przegrali wybory, prezenterzy dzienników telewizyjnych BBC założyli czarne krawaty przed podaniem rezultatów głosowania.

Wnikliwie analizowanym, chociaż jeszcze nie do końca rozpracowanym konfliktem o charakterystyce zbliżonej do wojen czwartej generacji była palestyńska intifada. Dysponujące zdecydowaną przewagą militarną, stechnicyzowane izraelskie siły zbrojnie zostały w niej pokonane przez zgraję nastolatków z kamieniami. Intifada rozpoczęła się spontanicznie 9 grudnia 1987 roku i w ciągu kilku dni rozszerzyła się na całe terytoria okupowane. Po kilku tygodniach miała już kierownictwo na trzech niezależnych poziomach. Lokalnie protestem kierowały „komitety sąsiedzkie”. Adaptowały one do swoich warunków ogólne wytyczne centralnego ośrodka koncepcyjnego – Zjednoczonego Narodowego Dowództwa Powstania. Oddziaływanie na zewnątrz i do wewnątrz społeczności palestyńskiej zapewniali naukowcy, dziennikarze i politycy. Wymienione tu trzy środowiska istniały przed intifadą, ale działały oddzielnie. Protest połączył ich wysiłki. Komitety sąsiedzkie zaopatrywały manifestujących na ulicach w wodę, żywność i organizowały pomoc medyczną dla rannych. Zjednoczone Dowództwo luźno koordynowało działalność komitetów, natomiast środowisko intelektualistów skoncentrowało się na oddziaływaniu na światową opinię publiczną – przede wszystkim amerykańską i izraelską. W sumie wypracowano strategię: ograniczonej przemocy (zakaz używania materiałów wybuchowych i broni palnej), maksymalnego wykorzystania środków masowego przekazu (przede wszystkim telewizji), podział terenu konfliktu na strefę niebezpieczną dla przeciwnika (tereny okupowane) oraz strefę względnego spokoju (terytorium Izraela).

Odrzucenie przemocy i eksploatacja mediów sprawiły, że w ciągu kilku miesięcy Izrael, który cieszył się dotychczas powszechną sympatią, jako mały naród zagrożony przez otaczających go wrogów, zaczął być postrzegany jako brutalny okupant stosujący powszechnie terror wobec dzieci. Natomiast koncepcja dwóch stref przekonała wielu Izraelczyków, że korzystniej jest wycofać się i żyć na terenach, gdzie panuje spokój. Trudno jeszcze mówić o finalnych rezultatach intifady, która z przerwami i zmienną siłą trwa nadal, ale jak się wydaje Palestyńczycy osiągnęli dzięki niej więcej, niż w prowadzonych wcześniej tradycyjnych działaniach zbrojnych.

Kształt wojny czwartej generacji jest nadal mgławicowy. W dotychczasowych dyskusjach przewiduje się, że będzie to raczej starcie idei i informacji niż stechnicyzowanych środków rażenia. Prognozuje się, że będzie to wojna bez linii frontu. Zanikają bowiem rozgraniczenia na „wojskowe” i „cywilne”. Naprzeciw tradycyjnych sił zbrojnych stają nieuzbrojeni cywile, a nawet uzbrojeni przeciwnicy szukają schronienia wśród ludności cywilnej, która ponosi we współczesnych konfliktach wyższe straty niż regularni, „frontowi” żołnierze. W wymiarze wojny czwartej generacji trudno jest o tradycyjny cel, który można obezwładnić i zniszczyć ogniem. Walka toczy się przede wszystkim w sferze informacji, nowym polem walki jest ludzka świadomość, a powodzenie zależy od opanowania zasobów informacji i wiedzy przeciwnika lub skutecznego manipulowania tą wiedzą. Dotyczy to zarówno wiedzy o sobie jak i o świecie zewnętrznym. Informacyjny atak może koncentrować się na wszystkich obywatelach danego kraju lub tylko na jego elicie rządzącej i kręgach opiniotwórczych, które po „przełknięciu” informacji podsuniętej potajemnie przez przeciwnika (lub skonsumowanej za wynagrodzeniem) wtórnie niejako manipulują współobywatelami.

Cel wojny czwartej generacji nie zmienił się. Jest nim nadal podporządkowanie sobie innego społeczeństwa i złupienie go. Zmieniły się tylko metody osiągnięcia tego celu. Zamiast przemocy i siły rażenia stosuje się środki nie powodujące zniszczeń fizycznych, co umożliwia przejęcie w poddaństwo nie tylko ludzi, ale również zagarnięcie nienaruszonego majątku narodowego. Kontrolę nad ludźmi osiąga się potajemnie, w możliwie niezauważalny sposób, najczęściej przy pomocy zwerbowanej w tym społeczeństwie agentury wpływu. Wykorzystuje się przy tym kanały dyplomatyczne, propagandę, oddziaływanie psychologiczne, dywersję polityczną, kulturalną i obyczajową, a także manipulowanie historią i lokalnymi mediami, infiltracje sieci komputerowych, baz danych, itp.

Zadaniem prowadzących działania wojenne czwartej generacji jest doprowadzenie, bez jawnej przemocy, do samozniszczenia się atakowanego narodu. Do takiego skorumpowania jego elity rządząco-opiniotwórczej, żeby skutecznie sprała mózgi własnego społeczeństwa, tak by bez oporu, samo oddało kontrolę nad sobą, własnym krajem i majątkiem.

dr Rafał Brzeski

Artykuł pochodzi z serwisu http://niepoprawni.pl


4 Responses to Wojna czwartej generacji

  1. Bobola napisał(a):

    Interesujacy punkt widzenia ale tez troche wyidealizowany jesli chodzi o czwarty etap konfliktu.
    Na przyklad trudno mowic o zwyciestwie palestynskiej intifady bo jej celem glownym jest odzyskanie ziem utraconych na korzysc Izraela a celem minimalnym jest uzyskanie wlasnej panstwowosci. Zaden z tych celow nie zostal osiagniety. Dla Zydow zwyciestwem byloby „ostateczne rozwiaznie” problemu arabskiego ale chwilowo nie moga sobie na to pozwolic ze wzgledu na opor USA.
    Jesli chodzi o „utajniony” podboj to przykladem jest Polska podbijana przez Niemcow dzialajacych pod „falszywa flaga ” Unii Europejskiej. Tu sytuacja idzie zgodnie z zamierzeniami agresora glownie dzieki temu, ze obecna elita polityczna kolaboruje z agresorem. No ale podobna sytuacja byla juz za czasow Konfederacji Targowickiej. Nic nowego pod sloncem!

  2. Marko napisał(a):

    Pan dr przyznal jawnie o istnieniu Ligi Oszustow. Oczywiscie jest to „teoria spiskowa” niejakiego Marko. Pan Bobola ma dobre checi, ale zle interpretuje fakty. Izrael wcale nie chce zniszczenia P. bo nie mialby czym straszyc swoich obywateli i na czym zarabiac (wojna I-P to swietna sorzedaz uzborjenia obu stronom). Co wiecej, palestynska wierchuszka to najlepsi kolesie wladcow panstwa wybranego w interesach, ze soba skumani i spowinowaceni. Taki Arafat np. – pseudobojownik o wolnosc P. (oczywiscie nie umral, ma sie swietnie a jego „pogrzeb” to typowa inscenizacja). Co do podbijania PL przez DE to tez sie p. Bobola myli. PL jest podbita przez ruski dwor Romanovow, rzadzacy takze Niemcami (Gazprom to ich gl. biznes w DE, Schalke to ich glowny klub a polowa reprezentacji pilkarskiej DE to ruscy -albo jawni albo z przybranymi nazwiskami). Gdyby pan Bobola znal pochodzenie Putinowskiego i Miedviediowskiego (korzenie w Darmstadt), swietnie wladajacych niemieckim niemieckim (ich jezykiem ojczystym…) to by nie pisal takich bajek. Nie ma to jak teorie spiskowe niejakiego Marko…

  3. Bobola napisał(a):

    @Marko
    Aby zobaczyc ktore imperium jest agresorem a ktore sie cofa wystarczy przesledzic kierunek zmian granic zasiegu imperiow. Wiezy pomiedzy Rosja i Niemcami istnieja od dawna. Dynastia Romanovych byla spokrewniona z dynastia Hohenzollernow ale to nie przeszkodzilo I WS. Rosja Radziecka byla wielkim sojusznikiem III Rzeszy do roku 1942 co nie przeszkodzilo operacji Barbarossa. W interesie Niemiec jest opanowanie dawnych, przedrozbiorowych polskich ziem wschodnich. I ta polityke kontynuuja przez wieki.

  4. Marko napisał(a):

    Wszystkie tzw wojny -WS I i WS II byly inscenizacja. Oczywiscie najechano i zrabowano pol Europy, ale w zuplenie innym celu. Dlaczego Pan wierzy w oficjalne bajki zwane historia? Te cale NRD, mur berlinski itd itd to tylko zaslona dymna do roznych interesow. Polska juz dawno opanowana jest przez uklad rusko-niemiecki. Tego Pan nie wie i nie widzi, ale Niemcy wschodnie (wraz z Berlinem) sa zarzuszczane – co roku naplywja tutaj setki tysiecy ruskich z wielka kasa od gaspromu (placi za to niemiecki obywatel, uzytkujac gaz), stolica DE to jest juz Moskwa bis, a ruski jezyk bardziej powszechny na ulicy niz niemiecki i turecki. Niech Pan porzuci bajki o niemieckich checiach podboju PL.To idzie z zupelnie innego zrodla i kierunku. W polityce jedynie sie to kamufluje – chcesz kogos zaskoczyc odwroc jego uwage…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *