Fabryki – jak to się zaczęło?

Są wszędzie i długo jeszcze będą. Dzięki nim powstał i trwa kapitalizm. Historia fabryk jest krótka, ale tak frapująca, że nic tylko ją zgłębiać Czytaj więcej »

 

Wolność jest tylko innym imieniem Władzy

Spoglądając dziś na Stany Zjednoczone wielu obywateli Starego Świata odczuwa zazdrość. Jej przedmiotem jest wręcz mitycznie pojmowana Wolność, głównie w aspekcie gospodarczym, ale też i w innych sferach życia. Wprawdzie dziś zakres tej wolności stopniowo się zawęża (widać to zwłaszcza po narastającej politycznej poprawności), niemniej jednak w porównaniu z coraz większym totalitaryzmem panującym w Unii Europejskiej, dla mieszkańców Starego Kontynentu, Stany Zjednoczone wciąż są wzorem.

 

Jest to jednak pogląd błędny, bowiem państwo, na które spoglądamy z podziwem dla panującej tam wolności, nie jest w rzeczywistości żadnym wzorem wolności. Co więcej jest ono pilotażowym projektem państwa oświeceniowego, któremu my, Europejczycy, zawdzięczamy to, że dziś uginamy się pod jarzmem totalitaryzmu znacznie większego, niż obywatele Ameryki.

 

Zanim jednak czytelnik wyrazi swoje powątpiewanie albo i nawet oburzenie tak postawioną tezą, powinien sięgnąć po książkę Christophera Ferrary „Wolność, bóg który zawiódł. Walka z sacrum i budowanie mitu świeckiego państwa od Locke'a do Obamy”, która ukazała się w ubiegłym roku nakładem wydawnictwa Wektory. Autor ukazuje krok po kroku w jaki sposób kształtowała się idea państwa i nowego, oświeceniowego ładu społecznego, począwszy od czasów Thomasa Hobbesa i jego kontynuatora Johna Locke'a, uznawanych za ojców republikanizmu i demokratyzmu. Udowadnia również, że ten powszechnie hołubiony i uznawany za najlepszy z możliwych ustrój społeczno-polityczny, był zwyczajnym skokiem na władzę i co za tym idzie także na kasę obywateli. Wprawdzie książka skupia się na przykładzie Stanów Zjednoczonych, ale każdy uważny czytelnik zda sobie sprawę, jak wielki wpływ miały one na kształt nie tylko Nowego, ale i Starego Świata.

 

Od filozofii greckiej do chrześcijańskiego porządku świata

 

Autor rozpoczyna swoją opowieść od nakreślenia tła filozoficznego. Widzimy więc, jak harmonijnie myśl chrześcijańska połączyła, się z myślą filozofów greckich. To, co niejako po omacku, intuicyjnie wyczuwali już pogańscy myśliciele, znalazło swoje potwierdzenie i rozwinięcie w nauczaniu Kościoła, opartym na Objawieniu Bożym. Ta synteza filozoficzna stała się podstawą do stworzenia chrześcijańskiego porządku świata, idei państwa i społeczeństwa podporządkowanym prawu Bożemu i prawu naturalnemu. Życie całych narodów i państw oparte było na wypełnianiu obowiązków względem Boga i wypływających stąd obowiązków względem bliźniego (I pomyśleć, że nie było jeszcze żadnych Praw Człowieka i Obywatela! Jak ci ludzie sobie bez tego poradzili?)

 

Do czasów tzw. Reformacji, a nawet jeszcze pewien czas potem, ład chrześcijański został, zdaniem autora, zachowany. Dopiero wywrotowe teorie Thomasa Hobbesa i Johna Locke'a, które znalazły zagorzałych wielbicieli, zdołały naruszyć dawny porządek, aby ostatecznie doprowadzić do jego upadku. Z tą tezą można się jednak nie zgodzić, bowiem już sam fakt podporządkowania władzy duchownej władzom świeckim, a ponadto odrzucenie autorytetu Kościoła na rzecz subiektywnego „odczuwania” Boga i osobistego interpretowania Pisma Św. jest dowodem, że porządek chrześcijański, oparty na obiektywnie pojmowanym, uniwersalnym Objawieniu, już się skończył. Ten właśnie subiektywizm był bardzo widoczny w oświeceniowej wizji świata. Nic w tym zresztą dziwnego, w końcu jej twórcy - Hobbes i Locke - są przesiąknięci duchem rewolucji protestanckiej, która dokonała się w Anglii za czasów Henryka VIII.

http://prokapitalizm.pl/wp-content/uploads/2018/06/ferrara_wolnosc_okl.jpg

 

Destrukcyjna Reformacja – wyższy poziom zniewalania

 

Mamy więc „Reformację”. Jedna cegiełka wyciągnięta z muru twierdzy, jakim był chrześcijański ład w Europie, doprowadziła do obruszania się kolejnych i zachwiała całą konstrukcją. Odrzucenie władzy papieskiej w sferze duchowej, będące skutkiem jakże błahej przesłanki – kaprysu króla, było pierwszym zamachem na autorytet, na którym cała ta twierdza się wspierała. Królowi zapewne się wówczas nie śniło, że ten nierozważny krok doprowadzi wkrótce do obalenia monarchii, jako ustroju państwa (monarchie oczywiście nadal gdzieniegdzie istnieją, jednak pozbawione są jakiejkolwiek realnej władzy, którą sprawują wybierane w demokratycznych wyborach rządy)

 

Jak wiadomo reformacyjny radykalizm przybrał formę antykatolickiej histerii. Polowania na katolików, publiczne, okrutne egzekucje ludzi do końca wiernych Kościołowi Katolickiemu, grabienie katolickich majątków i inne prześladowania były na porządku dziennym. Można by powiedzieć, że choć protestanci podzielili się na setki różnych odłamów, często wrogich sobie nawzajem, zawsze łączyło ich jedno – nienawiść do Kościoła Katolickiego. Doszło od tego, że rewolucja protestancka zaczęła zjadać własny ogon. Oto gorliwa „kasta samozwańców” - jak ich określa Ferrara – wpadła do pałacu królewskiego i oskarżyła Karola I (jakby nie patrzeć głowę kościoła anglikańskiego) o katolicyzm. Egzekucja została wykonana „w imieniu ludu”, choć zwykli mieszkańcy Anglii byli wręcz oburzeni takim obrotem sprawy (ileż to w późniejszych wiekach dokonano zbrodni „w imieniu ludu”, który faktycznie nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia?).

 

Na krótki czas w Anglii zapanowała Republika pod rządami Olivera Cromwella, który okazał się być jednak większym despotą niż dotychczasowi władcy. I tu pojawia się kolejna prawidłowość, która ujawni się w czasach republikańsko-demokratycznych – oto ci piewcy Wolności wprowadzą ciemiężenie ludu na nowy, wyższy poziom. My dziś już się z tym oswoiliśmy, że niemal się nad tym nie zastanawiamy, ale w porównaniu z czasami monarchii jesteśmy już tylko masą niewolników, która ma coraz mniejszy obszar swobody osobistej.

 

Prekursorzy Nowego Porządku Świata

 

Kiedy nastąpiła restauracja monarchii, część z obywateli, pobudzonych niezdrowo biegunką intelektualną oświeceniowych filozofów, utworzyła nowy ruch, opierający się, z grubsza rzecz ujmując, na antykatolicyzmie i antymonarchizmie, część z nich wyruszyła „za Ocean”, by z pierwszym rzutem emigrantów purytańskich z lat 1620-1640 przygotowywać grunt pod rewolucję amerykańską. Do ruchu jaki utworzył się w Anglii dołączył John Locke, uznawany za jednego z Ojców współczesnego republikanizmu i demokratyzmu. Od razu zaznaczył w historii swoją obecność biorąc udział w nieudanym spisku na życie króla Karola II, za co musiał uciekać do Holandii, gdzie w ukryciu, pod pseudonimem, stworzył swój ideowy manifest „Dwa traktaty o rządzie”. Treść dzieła stała się podwaliną pod Deklarację Niepodległości Stanów Zjednoczonych i Konstytucję tego kraju.

 

W tym miejscu zatrzymajmy się na chwilę nad filozoficznymi założeniami nowego ładu, zapoczątkowanego przez Thomasa Hobbesa i Johna Locke'a. Zbudowanie „nowego, wspaniałego świata” wymagało wszak przede wszystkim odrzucenia obowiązującej dotychczas w świecie chrześcijańskim filozofii scholastycznej, która wyrastała z Objawienia Bożego. To wiele wyjaśni, kiedy spojrzymy, jak kształtowała się historia ostatnich 200 lat.

 

Po pierwsze zanegowano więc możliwość poznania rzeczywistości jako takiej i wymyślono sobie, że jedyne co człowiek może poznać o świecie i o samym człowieku to „tylko nazwy, jakie nadaje ideom, które powstają w jego mózgu”, na podstawie danych, dostarczanych przez zmysły. Jak się mają owe idee do rzeczywistości - tego nie sposób już ustalić. A zatem to, jak postrzegamy świat, jest całkowicie subiektywne, co - jak łatwo się domyśleć - pociąga za sobą daleko idące skutki. Obrazowo rzecz biorąc np. czy dziecko przed narodzeniem jest już dzieckiem czy zlepkiem komórek, które można „wyskrobać” i wyrzucić jak śmiecia, jest skutkiem tego, że w głowach tej bądź innej strony sporu powstaje taka czy inna idea, w oparciu o dane, jakich dostarczają im zmysły.

 

Ciekawą koncepcją jest pojęcie „stanu natury”, nieznane dotąd w dorobku intelektualnym starożytności czy średniowiecza. Chodzi o stan, w jakim rzekomo znajduje się człowiek po narodzeniu „bez jakichkolwiek inklinacji ku życiu w społeczeństwie politycznym”, bez odniesienia do religii czy polityki, „gdyż te nie zdążyły jeszcze zaistnieć”. Człowiek miał więc być wolny od jakichkolwiek zasad i celów wyznaczonych przez Boga. Tak czy inaczej musiał mieć jednak jakieś wytyczne co do swojego postępowania. Istnieją oczywiście prawa naturalne, ba, nawet oświeceniowi filozofowie łaskawie uznają Boga, jako stwórcę tych praw. Ale cóż to za prawa, któż je poznał, skoro rzeczywistość jest tylko zbiorem subiektywnych sądów? Spokojnie. Państwo ustali, co to za prawa i powie, co jest dobre, co złe, w zależności od tego, jakie akurat idee zakwitną w głowie rządzących, na skutek takiej czy innej percepcji otaczającej rzeczywistości. A o tym, jaka jest rzeczywistość, zadecyduje „wola ludu”, który tę władzę wybierze. I tak oto moralność stała się płynna i zależna od woli większości.

 

Narodziny oświeconej „Wolności”

 

Prawa naturalne, według lockeańskiej wizji rzeczywistości, postawiły w centrum „niezbywalne prawa człowieka”, w oderwaniu od jakichkolwiek obowiązków względem Boga i bliźniego. Tu pojawia się kluczowe dla nas pojęcie - „wolność”. Czym jest wolność w rozumieniu Hobbesa i Locke'a? „Człowiek wolny to ten, któremu w tych rzeczach, jakie przy swojej sile i dowcipie jest on zdolny uczynić, nic nie przeszkadza, by uczynił to, co ma ochotę uczynić” - pisze Thomas Hobbes w swoim dziele „Lewiatan”. Nie ma mowy o jakimkolwiek obowiązku dążenia do dobra i unikania zła. Jedynym wyznacznikiem jest dążenie do własnego szczęścia, czemu - zdaniem Locke'a - nie wolno przeszkadzać. A co z dobrem drugiego człowieka? Należy o nie zabiegać tylko wtedy, gdy nie kłóci się z naszym własnym dobrem. Mamy więc do czynienia ze skrajnym egoizmem i egocentryzmem. Niech nikt się nie dziwi, słysząc o zabijaniu dzieci nienarodzonych w imię zapewnienia sobie wyższego komfortu życia, czy adopcji dzieci przez zboczeńców – sodomitów, bo ci ludzie działają właśnie w myśl tej zasady - „moje szczęście najpierw, twoje dobro może później, jeśli w ogóle będzie mnie to obchodzić.”

 

Żeby jednak mieć zapewnioną ochronę swoich praw, człowiek musi uciec ze stanu natury pod opiekę państwa. W chrześcijańskiej koncepcji władza pochodzi od Boga i jesteśmy jej w sposób oczywisty podporządkowani. W koncepcji locke'ańskiej władza pochodzi z „umowy społecznej”. Człowiek sam (rzekomo) poddaje swoją wolność pod władzę państwa. Powstaje pytanie, co z tymi, którzy wcale nie chcą uciec ze stanu natury, żeby poddać się pod władzę państwa? Oczywiście nie ma takiej możliwości. Skoro nie ma, o jakiej umowie mówimy? Kto, z kim, na co się umawiał i czy można się z tej umowy wycofać? Umowa to akt dobrowolny, tu jednak o żadnej dobrowolności nie ma mowy. Na te pytania żaden z filozofów oświeceniowych nie dał zadowalającej odpowiedzi. To potwierdza absurd, jakim jest rzekomy stan natury, będący tylko chwytem erystycznym, mającym „wyzwolić” człowieka spod Bożego panowania i poddać go pod panowanie władzy oświeceniowego państwa.

 

Co jednak, gdy władza sama dopuszcza się nadużyć względem obywateli? Hobbes i Locke twierdzą, że obywatele mają wówczas prawo do wzniecenia rewolucji. Św. Tomasz z Akwinu mówił wprawdzie, że niesprawiedliwej, działającej niemoralnie władzy, można wypowiedzieć posłuszeństwo, ale rewolucję potępiał jako grzech. Tymczasem Locke przyznał prawo do walki z prawowitą władzą każdemu, kto chce np. bronić swojego życia przed zasądzoną karą za zbrodnię. Powodem do obalenia władzy może być także nałożenie podatków bez zgody większości, próba wprowadzenia „arbitralnej władzy”, skryte faworyzowanie jednej z religii (oczywiście głównym celem miał być katolicyzm) itd. Mało tego, nie musi to być nawet działanie permanentne, wystarczy jednorazowe naruszenie prawa, nie trzeba nawet niezadowolenia zbiorowości, wystarczy zbuntowana jednostka. Droga do rewolucji stanęła więc otworem. Najbliższe stulecia stały się więc okresem nieustannego wrzenia społecznego i następujących po sobie rewolucji.

 

Tolerancja

 

Oczywiście myliłby się ten, kto sądziłby, że dziś to prawo jest przez władzę respektowane. O nie! To prawo miało uzasadnienie jedynie w okresie walki z monarchią, dawało bowiem sposobność do odrzucenia ówczesnych rządów pod byle pretekstem. Historia jednak pokazała, że nikt bardziej bezwzględnie nie tępił rewolucji uderzających we władzę jak państwa oświeceniowe. Świetnie jest to ukazane w książce Christophera Ferrary, który opisuje przykład Stanów Zjednoczonych jako wzór takiego właśnie państwa.

 

Ostatnia kwestia, które chcę poruszyć, dotyczy tolerancji, którą szczycą się do dziś wszystkie szanujące się państwa na świecie. Jak to się dzieje, że w tych tak tolerancyjnych państwach wybitnie nie toleruje się jakichkolwiek znamion chrześcijaństwa, spychając je do sfery prywatnej, do zacisza domowego (a być może już wkrótce będzie się śledzić chrześcijańską myślozbrodnię, do czego powoli już zmierzamy)? Na czym polega tolerancja oświeceniowa? Na przyzwoleniu na wszystko, co się nie sprzeciwia tzw. „dobru społecznemu”. Ale czym jest „dobro społeczne”? Jest tym, co aktualna władza uznaje za konieczne i społecznie użyteczne, nawet jeśli w świetle chrześcijańskiej moralności jest to złe i grzeszne. Tak więc jeśli za społecznie użyteczne państwo uzna wprowadzenie rozwodów, aborcji, eutanazji, „małżeństw homoseksualnych” i innych tego typu pomysłów „to niech Bóg broni (jeśli istnieje) tych, którzy odważyliby się piętnować, wzywać do opamiętania i wywierać naciski na władzę, aby takie prawo zmieniła!”. Któż jak nie Kościół Katolicki jest właśnie tym głosem narodowego i „państwowego” sumienia i przypomina o obowiązkach względem Boga i bliźniego? W myśl tej zasady Kościół, jeśli nadal chce uczestniczyć aktywnie w życiu społecznym narodu czy państwa, musi zaakceptować fakt, że świat idzie naprzód i moralność znacznie się zmieniła od czasów Chrystusa, albo parafrazując słowa klasyka: „niech skorzysta z okazji i siedzi cicho”. (Kościół dosyć dobrze pojął tę lekcję i w latach 60-tych ubiegłego wieku wstąpił na drogę aggiornamento, sukcesywnie doprowadzając do rozkładu doktrynę, dyscyplinę i moralność katolicką. Oczywiście nie wszędzie jest to proces w jednakowym stopniu zaawansowany, ale nieuchronny). Dlatego większą życzliwością cieszą się wszelkie sekty chrześcijańskie i niechrześcijańskie i religie pogańskie, jako że mają swoje osobiste powody niechęci do Kościoła Katolickiego i są nieocenionym sojusznikiem w tej sprawie. Innymi słowy jeśli już społeczeństwo szuka jakiegoś pierwiastka duchowego, to niech ma w czym wybierać. Jakby tego było mało Kościół nie chce uznać nad sobą innej (czyt. świeckiej) władzy tylko władzę papieską, co poważnie ogranicza możliwość wpływania na postawy samych katolików. (Oczywiście jest to bzdura, czego dowodem był choćby św. Tomasz More, który mimo że pozostał wierny papieżowi w kwestiach wiary i moralności, pod innymi względami do końca dochował przecież wierności Henrykowi VIII).

 

Rewolucja Amerykańska

 

Tak z grubsza rysuje się ideologia państwa oświeceniowego. Jak natomiast kształtowało się w praktyce państwo oświeceniowe? Przyjrzyjmy się początkom państwowości Stanów Zjednoczonych, powstałych w wyniku rewolucji, która zrzuciła „jarzmo” brytyjskie nad koloniami amerykańskimi. Dziś w świecie panuje mit „dobrej rewolucji”, jaką miała być rewolucja amerykańska. Tę opinię powtarzają nawet ci, którzy są krytycznie nastawieni do rewolucji francuskiej czy bolszewickiej i dostrzegają ich zgubne owoce. Tu jednak większość ludzi zgodnie twierdzi, że rewolucja amerykańska była jakościowo inna od tych wyżej wymienionych. Czy naprawdę tak było?

 

Podstawowa „inność” polega na tym, że była to nieco mniej krwawa rewolucja, choć nie bezkrwawa. To jest oczywiście prawda. Ale dramat rewolucji nie polega na ilości ofiar (a przynajmniej nie przede wszystkim), a na stopniu destrukcji porządku społecznego, jaki się dokonuje i którego skutki są widoczne w dłuższym okresie czasu. „My Amerykanie utwierdzamy się w przekonaniu, że nasza rewolucja nie była radykalna” - pisze Gordon Wood w nagrodzonej Pulitzerem książce o Rewolucji Amerykańskiej - „(...) uważamy, że była ona z gruntu konserwatywna. Jeżeli jednak oceniać jej radykalizm wedle miary zmiany społecznej, jaka się wtedy dokonała (…) była radykalniejsza i bardziej rewolucyjna niż jakakolwiek inna w dziejach ludzkości”. Podobnie twierdził libertarianin Murray Rothbard, apologeta rewolucji amerykańskiej: „wszystkie rewolucje masowe (..) przywodząc masy do aktów przemocy, z racji tego są per se wydarzeniami wysoce radykalnymi”, a także: „(...) z racji masowej przemocy, a także jej libertariańskich celów, amerykańska rewolucja była nieuniknienie radykalna”.

 

Zwykłego mieszkańca kolonii nie było łatwo przekonać do włączenia się w rewolucyjną walkę. Postanowiono więc przedstawić sprawę, jako walkę o Wolność, bo przecież każdy ją sobie bardzo ceni i nie pozwoli jej tak łatwo odebrać. Uruchomiono natychmiast machinę propagandową. Nieuświadomionemu ludowi wtłaczano do głowy zbitkę pojęciową, gdzie „despotyzm” Korony Brytyjskiej automatycznie miał być kojarzony z „papistowską” tyranią, gdyż obok „papizmu” drugim celem rewolucji stała się monarchia. Już Locke pisał o monarchii dziedzicznej, że jest tyranią „sama w sobie” i „z racji samego istnienia” należy ją obalić. Temat „pociągnął” w broszurze zatytułowanej „Zdrowy rozsądek” słynny pamflecista Thomas Paine, którego Murray Rothbard nazwał wręcz „głosem amerykańskiej rewolucji” i którego gorąco popierał w tej kwestii: „ (…) jakim sposobem bowiem - pytał w „Conceived in Liberty” - naturalną równość wobec prawa można pogodzić z poddaństwem monarsze?”. Wiadomo jednak było, że ktoś tym całym „bałaganem” rządzić będzie musiał. Należało więc zastąpić znienawidzoną monarchię inną ”władzą najwyższą”, do której naturalnie przebierali nogami piewcy filozofii Johna Locke'a, koryfeusze rewolucji amerykańskiej, nie troszcząc się specjalnie o poparcie ludu dla swojej kandydatury. I w ten oto sposób jarzmo monarchii brytyjskiej zamieniono na jarzmo Kongresu Kontynentalnego, które z czasem okazało się być cięższe dla ludu zamieszkującego kolonie za Oceanem.

 

Ważną rolę w rewolucyjnej propagandzie odegrał Sam Adams, klasyczny nieudacznik, sadząc po ilości porażek na polu zawodowym, do tego fałszerz ksiąg podatkowych, który okazał się jednak zręcznym propagandystą i politykiem, przywódcą ruchu rewolucyjnego o nazwie Synowie Wolności. Wsławili się oni „rabowaniem i niszczeniem domostw urzędników Korony” oraz rozróbami podczas „Pope Day”, dorocznej imprezy, kiedy to niszczono i palono kukły papieża. Organizowali też sądy nad urzędnikami Korony i osobami uznanymi za wrogów Wolności. Wkrótce sami za swoje rozboje trafili z przed sąd. To Sam Adams jest również autorem słynnej „Bostońskiej Herbatki” czyli utopienia w oceanie setek worków wyśmienitej indyjskiej herbaty w proteście przeciwko nałożeniu przez Koronę cła na ten towar. Była to oczywista prowokacja przeciw rządowi Anglii, która zradykalizowała nastroje rewolucyjne wśród kolonialistów.

 

Nowa religia i nowi święci. „Wolność” w praktyce

 

Istotnym elementem rewolucyjnego etosu była deifikacja Wolności. Tak jak podczas rewolucji francuskiej miejsce Boga zajął kult Rozumu, tak rewolucja amerykańska ubóstwiła Wolność. I nie był to bynajmniej tylko symbol. Ferrara ciekawie rozwija wątek nowej religii, która również miała swoich „świętych oraz swych wyznawców, a także rzeszę męczenników”, swoją „teologię” i symbolikę o wyraźnych inspiracjach chrześcijaństwem, a w zasadzie będących jego parodią. Szybko rozwinął się też kult rewolucyjnego „świętego”, którym był pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych George Washington - nawiasem mówiąc pospolity oszust i krętacz, o czym za chwilę. Ale w pamięci amerykańskich patriotów jest to do dziś wielki Ojciec Założyciel. Kult jego osoby rozpoczął się wraz z jego śmiercią. Warto przytoczyć w tym miejscu słowa mowy pogrzebowej, wygłoszonej na cześć pierwszego prezydenta USA przez masona Harry'ego Lee: ”Pierwszy w walce, pierwszy w czasach pokoju, najważniejszy w sercach rodaków (…) występek drżał w jego obecności, cnocie zaś zawsze pomocną dłoń podawał.” I tak oto zapoczątkowano legendę „świętego” Ojca Założyciela. Dla wzmocnienia przekazu, ku pamięci potomnych, 65 lat później w rotundzie gmachu Kapitolu wykonano fresk pod znamiennym tytułem „Apoteoza Washingtona”, ukazujący postać pierwszego prezydenta „wstępującego do nieba w otoczeniu żeńskich postaci symbolizujących Wolność oraz Zwycięstwo/Sławę”. Co ciekawe kilka lat przed śmiercią to właśnie Washington dokonał wmurowania kamienia węgielnego pod gmach Kapitolu w przedziwnej masońskiej ceremonii, wystrojony w masoński fartuszek, zdobny haftem, uczynionym rękami samej pani Lafayette, żony słynnego francuskiego generała – masona. Również swoją przysięgę prezydencką Washington złożył na masońską biblię. Masońska aura towarzyszyła mu właściwie od początku kariery politycznej.

 

Warto również pokrótce przyjrzeć się pewnym wydarzeniom porewolucyjnym, które pokazują jak bardzo zakłamana była narracja przesiąkniętych oświeceniowymi ideami koryfeuszy rewolucji amerykańskiej. Jak pamiętamy jednym z kluczowych punktów filozofii Locke'a było prawo do rewolucji, jakie miało przysługiwać każdemu, kto był z czegoś tam niezadowolony i uznał za słuszne przeciwstawić się władzy. Bardzo szybko okazało się, że co wolno poddanemu króla, to już nie obywatelowi republiki. Kiedy obywatele zaczęli mocno odczuwać politykę „silnego pieniądza”, skutkującą niemożliwymi do spłacenia długami, oraz nadmierne obciążenie podatkowe, wybuchły zamieszki, sformowano nawet oddziały milicji, które zaatakowały gmach sądu i arsenał federalny w Springfield. I tu się okazało, że jednak władza nie do końca jest konsekwentna w realizacji ideałów oświeceniowych. Nie poznano się na słusznym „prawie do rewolucji” i do przeciwstawienia się władzy, jeśli ta ludowi w jakiś sposób dokuczy. Daniel Shays, przywódca rebelii, zasłużony weteran Wojny o Niepodległość Stanów Zjednoczonych, odznaczony szablą przez samego Lafayette'a, a więc bez wątpienia zasłużony dla sprawy rewolucji, został zmuszony przez sąd do zapłacenia zaległych podatków i zagrożony widmem utraty farmy. Podobnie się rzecz miała z innymi buntownikami, którzy tracili całe mienie na rzecz „republikańskiego rządu”. Pewnej kobiecie zabrano nawet jej własne łóżko. Na kilkorgu uczestników rebelii wykonano karę śmierci. Podobnie spacyfikowano Rebelię Friesa i przykładnie ukarano sprawców.

 

Nie inaczej rzecz się miała w przypadku tzw. Rebelii Whiskey, której przyczyną było opodatkowanie domowej produkcji alkoholu, z których to pieniędzy rząd miał sfinansować wykup stanowych obligacji i innych długów wojennych. Natychmiast wkroczyła więc milicja i spacyfikowała rebelię. Rebelia miała jednak jeszcze jedną przyczynę. Otóż powszechne było zjawisko tzw. absetee owners, czyli spekulacja polegająca na zawłaszczaniu ogromnych połaci ziemi, rugowaniu z nich drobnych farmerów i wieloletnich dzierżawców. Właściciele tych nieruchomości – owi spekulanci - nie zamieszkiwali ich, ani nimi osobiście nie zarządzali. W swojej zachłanności bezprawnie zabierali ziemię mniejszym posiadaczom ziemskim. Wysiedleńcy tracili ziemię, czasem jedyne źródło dochodów. Jednym z najbardziej bezwzględnych spekulantów był nie kto inny jak bohater Stanów Zjednoczonych, co to „występek drżał w jego obecności, cnocie zaś zawsze pomocną dłoń podawał”, czyli George Washington. Był to, jak się okazuje, pospolity kłamca, manipulant, przestępca, który nabywał ziemie ze złamaniem prawa i obłudnie oburzając się na osadników, że to oni nie szanują prawa, wytaczał im procesy sądowe, zastraszał i zmuszał do uległości. To właśnie Washington jako prezydent wydał rezolucję potępiającą Rebelię Whiskey, domagając się, a jakże, respektowania prawa i płacenia akcyzy.

 

Znamienne są tu słowa Sama Adamsa, pamiętnego rzezimieszka z organizacji Synowie Wolności, które stanowią kwintesencję myślenia „oświeceniowych reformatorów społecznych”: „w monarchiach zbrodnia zdrady i buntu może być wybaczona bądź ukarana łagodnie, ale człowiek który ośmiela się stawać przeciwko prawu republiki, powinien ponieść śmierć”. „Trudno o wypowiedź – pisze Ferrara – wyraźniej uzasadniającą prawdziwość tezy, że Wolność jest tylko innym imieniem Władzy.” Dziś powiedzielibyśmy, że niegdysiejsi rewolucjoniści „dorwali się do koryta” i cytując klasyka Grzegorza Brauna „trzeba by piły łańcuchowej, żeby te ryje od koryt poodrywać”. To była wielka lekcja dla wszystkich zwolenników rewolucji, którzy nie mieli tego fartu, żeby znaleźć się u władzy, a zarazem mieli wątpliwą przyjemność żyć pod jarzmem „republikańskiego rządu”.

 

Mit wolnościowej konstytucji – coraz większy rząd

 

Nie można nie wspomnieć tu o zjawisku tzw. big government , które pojawiło się wraz z nastaniem porewolucyjnego „ładu”, które Ferrara opisuje tak: „Jako suwerenne odzwierciedlenie woli powszechnej, nowe republikańskie rządy zyskały autonomiczną władzę w sferze publicznej w zakresie, w jakim ich wcześniejsze monarchiczne odpowiedniki nie posiadały, ani go sobie nie rościły”. Innymi słowy nasi oświeceniowi dobroczyńcy, twórcy nowoczesnego ładu bez Boga, ojcowie demokracji, zafundowali nam w imię Wolności największą w historii ingerencję w obszary, zarezerwowane dotąd wyłącznie dla osób prywatnych – dodajmy, zjawisko w czasach „tyranii” monarchów niespotykane. Za „tyranii” monarchów obowiązywały natomiast nienaruszalne przywileje dla poddanych. Takich przywilejów próżno oczywiście szukać u republikańskich „władców”, którzy bardziej byli skorzy sobie przyznawać kolejne prawa, niż obywatelom przywileje.

 

Warto również przyjrzeć się słynnej amerykańskiej Konstytucji, która była przedmiotem wielu kontrowersji i niezgody między przedstawicielami poszczególnych stanów. Aż 16 z 55 przedstawicieli zgłosiło swoje veto do dokumentu, dostrzegając, że za pięknymi frazesami czai się tyrania przekraczająca swoim rozmiarem „despotyzm króla Jerzego III.”. Ostatecznie Konstytucję przepchnięto obietnicą poprawki, która miała gwarantować obywatelom pewien obszar wolności, w którą nie mógłby ingerować rząd federalny. Stworzono więc słynną dziesiątą poprawkę, mówiącą, że „uprawnienia, których Konstytucja nie powierzyła Stanom Zjednoczonym ani nie wyłączyła z właściwości poszczególnych stanów, przysługują poszczególnym stanom albo narodowi”. Poprawka ta, jak dowodzi Ferrara, dawała jedynie złudzenie samostanowienia. Zarazem bowiem Konstytucja gwarantuje rządowi „prerogatywę stanowienia koniecznych i odpowiednich zapisów prawa, aby dbać o podniesienie ogólnego dobrobytu”. Innymi słowy to, co dziś nie leży w gestii rządu, jutro może zostać uznane za sprawę mogąca mieć wpływ na „podniesienie dobrobytu ogółu” i objęte odpowiednią ustawą. A więc chwilowo obywatele mogą korzystać z wolności w tych obszarach, dopóki władza nie zarządzi inaczej. Ferrara przedstawia dosyć dokładnie całą listę zapisów, zamieszczonych w Konstytucji amerykańskiej, które dziś może nikomu włosów nie jeżą na głowie, ale w czasach, gdy pamiętano jeszcze stare, dobre czasy monarchii, zapisy owe budziły otwarty sprzeciw.

 

To zaledwie niewielka część „dobrodziejstw” rewolucji amerykańskiej i pierwszego państwa oświeceniowego. W ciągu kolejnych dwu wieków historii największego światowego mocarstwa można dostrzec, jak władza stopniowo rościła sobie coraz większe prawa do ingerowania w życie obywateli, aż do prezydentury Baracka Obamy, czasów nam już dosyć dobrze znanych i nie wymagających większego komentarza. Faktem jest, że dziś niewielu ma odwagę kwestionować „zdobycze” rewolucji amerykańskiej, z obawy o ostracyzm, z jakim mógłby się spotkać. Dotyczy to również prac naukowych na ten temat.

 

Warto więc sięgnąć po książkę Christophera Ferrary (jednej z niewielu rzetelnych prac na ten temat), żeby uświadomić sobie, jak bardzo nasze wyobrażenie o rewolucji amerykańskiej i jej skutkach rozmija się z rzeczywistością. Jest to oczywiście efekt uprawianej od samego początku propagandy, w którą do dziś wierzą zarówno najgorętsi amerykańscy patrioci jak i reszta świata, która uwierzyła w mit o „amerykańskiej Wolności”. Z jaką tęsknotą wzdychamy do tego „amerykańskiego snu”, życząc sobie, by u nas było „tak dobrze jak tam”. Pytanie tylko z czego wynika nasza tęsknota, czy aby nie z tego, że paradoksalnie Europa dużo lepiej przyswoiła sobie idee Locka i Hobbesa, a ich wizja państwa i społeczeństwa ziściła się dużo bardziej właśnie na Starym Kontynencie?

 

Iwona Sztąberek

 

Christopher Ferrara - „Wolność, bóg który zawiódł. Walka z sacrum i budowanie mitu świeckiego państwa od Locke'a do Obamy”, Wydawnictwo WEKTORY, Wrocław 2017


2 Responses to Wolność jest tylko innym imieniem Władzy

  1. 82838485 napisał(a):

    Fajnie że tanio. Można kupić kilka kilo malin na sok albo kompocik
    i nie zostać w skarpetkach jak na stacji benzynowej.

    Dajcie więcej tej wolności gospodarczej i kapitalizmu 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *