Nadzieja i krytycyzm

Z wielką nadzieją sięgnąłem po książkę Grzegorza Malinowskiego >>Nierówności i wzrost gospodarczy<<, jako że tytuł wielce obiecujący, a tematyka bliska moim zainteresowaniom Czytaj więcej »

 

Wolny rynek górą

Wrogowie wolnego rynku wytaczają przeciwko niemu różne argumenty. Twierdzą m.in. że jest niesprawiedliwy, że promuje bogatych kosztem biednych, że sprzyja przestępczości, złodziejstwu itp. Jednym słowem, nie ma – ich zdaniem – na świecie niczego gorszego niż wolny rynek.

Większość z tych zarzutów warta jest funta kłaków. Jeśli w systemie wolnorynkowym zdarzają się przeróżne wynaturzenia i nieprawidłowości, ich winowajcą nie jest akurat rynek, lecz człowiek, z natury skażony grzechem pierworodnym. Dla każdego chrześcijanina powinno to być sprawą oczywistą. Wolny rynek jest natomiast umownym określeniem przestrzeni, w której stykają się ze sobą różni ludzie, po to m.in., by zawierać dobrowolne umowy i przeprowadzać różne transakcje. Mogą więc i tu trafiać się krętacze oraz zwykli złodzieje. Rolą państwa jest wówczas sprawiedliwie takich drani osądzić, uniemożliwiając im dokonywanie kolejnych oszustw.

Ustrój wolnorynkowy, opierający się m.in. na prawie własności i wolności ludzi do samodzielnego dokonywania wyborów, zdaje się najpełniej odpowiadać naturze ludzkiej. Wolni ludzie, tacy jakimi stworzył ich Pan Bóg, zdolni są – jak wiadomo – do czynów wielkich ale i nikczemnych. Tego nie zmieni żaden dyktator czy system prawny, bowiem prawo do wolności jest jednym z naturalnych praw człowieka. Socjalizm dowiódł, że nie jest w stanie przetrwać, gdyż w założeniach swych opierał się on na zanegowaniu wolności i własności. A prawo do własności to także naturalne prawo człowieka. Wolny rynek najpełniej umożliwia realizację tych praw.

Nawet „za komuny” wielu ludzi potrafiło zachować instynkt samozachowawczy i nie dało się zwariować. Wśród nich byli m.in. wyklęci przez system, zwani pogardliwie „spekulantami”, kupcy, czy też bohaterowie „czarnego rynku” oraz antykomunistycznego podziemia. O tym, że nawet w PRL-u dało się dostrzec wyższość wolnego rynku nad centralnym sterowaniem świadczyć mógł chociażby niezwykle żywiołowy rozwój podziemnych wydawnictw, zwłaszcza w początkowej fazie stanu wojennego. Podczas gdy półki w oficjalnych księgarniach świeciły pustkami, a dobrych książek było jak na lekarstwo, podziemni kolporterzy mieli nie lada dylematy z wyborem najlepszych tytułów do sprzedaży. Było tego całe mnóstwo – i to w warunkach konspiracji! Wiele wydawnictw prosperowało na tyle dobrze, że prowadzący je w realiach komunistycznego terroru ludzie przez długi czas mogli się utrzymywać wyłącznie z wydawania podziemnych książek. Podczas, gdy w sklepach nie można było kupić nawet papieru toaletowego, podziemni wydawcy nie mieli problemów z zakupem papieru, na którym drukowali książki. Często robili to właśnie na „czarnym rynku”, który uznać można za wolnorynkową oazę realnego socjalizmu. W świetle obowiązujących wówczas przepisów, ci, co handlowali papierem, i ci, co go kupowali byli przestępcami, zasługującymi na więzienie, w istocie jednak stanowili żywy dowód na istnienie praw wolnego rynku nawet tam, gdzie komuniści na to nie zezwalali.

Ustrój, który mamy w dzisiejszej Polsce wielu mylnie uważa za wolnorynkowy. A mylnie dlatego, gdyż trudno mówić o wolności zawierania umów i transakcji tam, gdzie aż 200 dziedzin działalności gospodarczej obwarowanych jest koncesjami. Znaczy to, że nie każdy może założyć np. stację radiową, telewizyjną, czy chociażby handlować paliwem. Nawet gdyby bardzo tego pragnął, dysponował wystarczającym kapitałem i przy tym nikomu nie szkodził. Dlatego, jeśli dziś, wielu ludzi za problemy Polski gotowych obarczać jest wolny rynek, trzeba im głośno mówić, że się mylą. Winni są co najwyżej politycy, którzy rozwój wolnego rynku w naszym kraju skutecznie starają się blokować.

Paweł Sztąberek
(2002 rok)


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *