Ubezpieczenia emerytalne – oto, za co jeszcze można podziwiać Szwajcarię

Szwajcarię można podziwiać za wiele rzeczy, szczególnie w porównaniu z jej rozrzutnymi sąsiadami Czytaj więcej »

 

Z deszczu pod rynnę

W niedzielę na Krymie odbyło się referendum w sprawie przyłączenia Autonomicznej Republiki do Federacji Rosyjskiej, w którym 96,8 procent głosujących opowiedziało się za aneksją - frekwencja wyniosła około 80 procent.


Tak wysoki wynik wydaje się na pierwszy rzut oka niewiarygodny, zbliżony bardziej do rezultatów niedawnych, demokratycznych wyborów parlamentarnych w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej - gdzie frekwencja wyniosła sto procent, i sto procent głosujących poparło tamtejszego dobrodzieja, Kim Dzong Una - niż wybory na modłę zachodnią, w których przeważnie blisko połowa obywateli woli spędzać czas w supermarkecie, zamiast kreślić znaki na karcie wyborczej.

Zgadzałoby się to zresztą z rosyjską szkołą demokracji, propagowaną jeszcze przez samego Stalina, mówiącą, że „nie ważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy” - zważywszy jednak na to, że 60% mieszkańców Krymu stanowią Rosjanie, a niemal 80% Krymian deklaruje język rosyjski jako ojczysty, sprawa nie wydaje się aż tak oczywista. Gdy do powyższej układanki dołożymy bojkot referendum przez tamtejszych Tatarów może okazać się, że te „nielegalne wybory” o których trąbi zachodnia prasa były w rzeczywistości całkowicie uczciwe. Albo i nie.

Jak tam było, tak tam było - mniejsza bowiem o drobiazgi. Ważniejsze od legalności referendum - niezależnie od wszystkiego, zachód i tak uznałby je za bezpodstawne; Rosja natomiast, nawet gdyby tamtejsi oficjele sfałszowali wszystkie głosy, z całą pewnością nadal utrzymywałaby, że wszelkie procedury były zachowane - są jego konsekwencje, a te mają ogromną wagę dla europejskiej, a nawet światowej, geopolityki. W poniedziałek prezydent Rosji, Władimir Putin, podpisał dekret o uznaniu Krymu za suwerenne państwo, a już we wtorek podpisał traktat o przyjęciu Półwyspu do Federacji Rosyjskiej. I już. Choćby zatem nie wiem jak bardzo teraz premier Tusk, „ramię w ramię” z Joe Bidenem, machał szabelką z drewienka Putinowi przed nosem, nic nie zmieni faktu, że wszystkie obecne działania będą niczym więcej, aniżeli musztardą po obiedzie. Zarówno dygnitarze jednomyślnej Unii Europejskiej, jak i mędrkowie z miłującej pokój Ameryki - oraz oczywiście nasi mężowie stanu, niezależnie od ugrupowania politycznego - a nawet demokratyczne władze Ukrainy, mogą się dziś zarzekać, że aneksji Krymu do Rosji „nie uznają nigdy” - bo cóż z tego wszystkiego, kiedy Symferopol zacznie po prostu płacić podatki Kremlowi, a ten obejmie go swoją opieką. Ku przerażeniu części opinii publicznej wierzącej, że żyjemy przecież w czasach (wiecznego?) pokoju okazało się, że silniejsze państwo może bezkarnie najechać terytorium innego - no, może nie tak do końca okazało się, bo to akurat wiemy od rozpoczęcia amerykańskiej „wojny z terroryzmem” - i na oczach świata zmienić jego granice. Co prawda dla nas również i owa bierność zachodnich mocarstw nie jest niczym nowym, zważywszy jednak na to, że spora grupa osób w naszym kraju nie chce pamiętać o tym, jak w 1939 roku Wielka Brytania przybyła nam z pomocą, można również te nazbyt subtelne sankcje Unii Europejskiej uznać za zaskoczenie.

I rzeczywiście, zachód w tej sprawie nie zrobił - i nie zrobi - nic poza groźną miną, zarówno ze względów politycznych jak i ekonomicznych. Należy sobie zatem zadać pytanie, czy ten „triumf demokracji” o którym czytaliśmy jeszcze kilka tygodni temu w mediach głównego nurtu był rzeczywiście triumfem, i czy Ukraińcy nie wpadli przypadkiem z deszczu pod rynnę? Oraz o to, kto miał interes w podziale Ukrainy do którego już przecież doszło - a możliwe, że dojdzie w jeszcze większym stopniu, nie wykluczając nawet prawdopodobieństwa wojny domowej.

Wbrew pozorom sytuacja nie jest oczywista, a w mediach dominują dwa przeciwstawne opisy sytuacji. Pierwszy, przedstawiający Władimira Putina, jako wcielenie lucyfera, krwiożerczego dyktatora zawładniętego rządzą odbudowania imperialnej Rosji; z drugiej obraz wybitnego stratega i prawdziwego męża stanu, który niczym wytrawny szachista pozbawia swoich politycznych oponentów kolejnych pionków. Co prawda nie jestem fanem stwierdzenia, że prawda leży pośrodku - bo często leży na skrajnych pozycjach - ale w tym przypadku jest ono dość zasadne. Nie jest bowiem tak, jak chcieliby sytuację na Ukrainie widzieć niektórzy, że Putin od początku zaplanował przebieg ruchów wyzwoleńczych, by później wykorzystać Euromajdan do odłączenia Krymu od Ukrainy. Banderowcy, i w ogóle całość manifestujących na Majdanie Niepodległości, nie byli inspirowani przez Rosję - dopóki to było możliwe Putin targował się z Janukowyczem, by ten odrzucił umowę stowarzyszeniową, co ostatecznie się udało. Niepoważnym jest zatem twierdzić, iż tak jawnie antyrosyjski przewrót był wspierany przez Kreml. Z drugiej strony nie jest również i tak, że Rosja jest tutaj wyłącznie broniącą swej mocarstwowości ofiarą, a za całością zamachu stanu - bo ten “triumf demokracji” był przecież niczym innym, jak zamachem stanu właśnie - stoi międzynarodowa finansjera, wspierana przez zachodnie kraje. Dopiero przeanalizowanie tych dwóch skrajnych postaw myślowych pozwoli uchwycić istotę ukraińskiego węzła gordyjskiego.

Żeby jednak tego dokonać, musimy zdać sobie sprawę z kwestii zasadniczej: ukraiński Euromajdan w żadnym wypadku nie był ruchem spontanicznym - bo takie we współczesnej polityce są równie rzadkie, jak cuda w kwestii wiary. Oczywiście w znacznej mierze był ruchem autentycznym, a może nawet szczerym - z całą jednak pewnością nie spontanicznym. Przykładowo, Władimir Iljicz Uljanow twierdził, że aby w jakimś kraju pojawiła się sytuacja rewolucyjna powinny wystąpić jednocześnie trzy warunki: ogólne powody do społecznych niepokojów; masowe demonstracje, i w końcu, jakiś zewnętrzny ośrodek musi być zainteresowany dokonaniem przewrotu w tymże państwie. Czy zatem na Ukrainie mieliśmy do czynienia z sytuacją rewolucyjną według Lenina? Dwa pierwsze punkty są dość oczywiste, nieskuteczność Pomarańczowej Rewolucji dała się ludziom we znaki i na gruncie społecznego niezadowolenia wyrósł Majdan, który zradykalizował się po odrzuceniu przez Janukowicza umowy stowarzyszeniowej. Czy jednak jakiś „zewnętrzny ośrodek” mógł mieć interes w obaleniu panującego na Ukrainie, legalnie wybranego rządu? Warto powrócić do wspomnianej Pomarańczowej Rewolucji, bo może być ona bardzo cenną lekcją dla wszystkich obserwatorów dzisiejszych wydarzeń na Krymie. Otóż jak podał swego czasu brytyjski „Guardian”, na finansowanie protestów z przełomu 2004 i 2005 roku 20 milionów dolarów przeznaczył znany finansista George Soros - a przecież to tylko jeden przypadek, bo o wszystkich pomocnikach demokracji „Guardian” wiedzieć przecież nie mógł, a nawet jeśli wiedział - to nie powiedział! Trudno zatem przypuszczać, że skoro pierwsza rewolucja była wspomagana zewnętrznie, to druga jest niezaplanowaną paradą - tym bardziej, kiedy zwróci się uwagę na wypowiedzi samych uczestników, którzy często twierdzili, że porzucili swoje zajęcia zarobkowe, by na wiele tygodni oddać się wesołym protestom. Jasne jest, że ktoś na ten teatrzyk wykładał okrągłe sumy - pytanie tylko, czy byli to wyłącznie tubylczy oligarchowie, czy może zadbać o swoje przyszłe żerowisko postanowili także inni darczyńcy. Z początku wydawać się mogło, że w sytuację zaangażowały się Niemcy - choć trudnym do wyjaśnienia było, że byłyby one gotowe psuć dobre relacje, jakie od dłuższego czasu utrzymywały z Rosją - widzimy przecież, że Angela Merkel od czasu do czasu co prawda pokrzyczy w mediach, że Putin „stracił kontakt z rzeczywistością”, ale jak na razie poza telewizyjną pokazówką niemiecka kanclerz nie podjęła żadnych wyraźnych ruchów, by rosyjskiego niedźwiedzia poskromić! - lecz spore zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w ochronę ukraińskiego złota (ponad 42 tony zostało w zeszłym tygodniu przetransportowane do USA) każe przypuszczać, że to właśnie ten kraj może być głównym prowodyrem całego zamieszania. No i oczywiście wszędzie obecna społeczność bankierów - z MFW na czele - którzy z każdego kryzysu doją, niczym z ciepłego wymienia.

Skoro zatem przewrót na Ukrainie prowokowały siły zewnętrzne, z Ameryką na czele, to trudno oczekiwać od Putina, by bezradnie przyglądał się, jak NATO zyskuje praktycznie całkowitą kontrolę kontynentu - bo tym w rzeczy samej byłoby przyjęcie Ukrainy pod skrzydła Unii Europejskiej. Sytuację można doskonale odwrócić zastanawiając się, jak zareagowałby - i jaką kinetyczną operację militarną by tym razem wymalował - Barack Obama, gdyby to Rosja dokonała przewrotu na przykład na Kubie. Ojojojoj ależ byśmy wówczas, wraz z Amerykanami, walczyli o pokój! Co prawda pojawiają się głosy mówiące, że działania Putina są krótkowzroczne i skutkują destrukcyjnie na gospodarkę Rosji - co jest w znacznej mierze prawdą, wystarczy spojrzeć na gwałtowną utratę wartości rubla, by przekonać się jak szybko zagraniczny kapitał z Rosji ucieka - jednak nie samą przecież ekonomią państwo żyje. Poczynania Putina są racjonalne z punktu widzenia obrony rosyjskiej mocarstwowości - bezkarne przejęcie Krymu będzie straszakiem dla całego regionu, na którym Rosja może sporo w przyszłości ugrać, a także dla podzielonego zachodu. Skoro bowiem prezydent Federacji Rosyjskiej miał do wyboru znaczną utratę swobody ruchów w Europie - która zapewne i tak skończyłaby się prędzej czy później utratą części wpływów ekonomicznych - w zamian za tymczasowe ocalenie gospodarki, wybrał wariant przeciwny: poświęcenie gospodarki, kosztem zachowania kontroli nad “własną” częścią kontynentu. Naturalnie była to potworna decyzja dla Ukraińców i równie niepokojąca dla nas, ale przecież Putin nie deklarował troski o kraje ościenne, lecz o poczciwą Mateczkę Rosję! A jak ową troskę o ojczyznę rozumie człowiek służb, to już inna para kaloszy - można przypuszczać, że bieda i zacofanie narodu nie jest w tej grze żadnym ogniwem. Rzecz jasna wtargnięcie na Krym i późniejsza aneksja Półwyspu do Rosji była złamaniem wielu gwarancji i umów międzynarodowych - na marginesie widzimy, ile takie umowy znaczą, gdy rozgrywa się prawdziwa polityka - a sam Putin wykorzystuje pozycję Kremla na rynku energetycznym z jednej strony, i słabość oraz podział Unii Europejskiej z drugiej - jednak ani o jotę nie zmienia to sytuacji w jakiej się dziś znaleźliśmy.

Największym błędem w sprawie Ukrainy było z perspektywy polskiego interesu narodowego jednoznaczne, ostentacyjne wręcz, poparcie rewolucyjnych ruchów w tym kraju, jakie wyrazili praktycznie wszyscy polscy parlamentarzyści - od lewa do lewa, bo przecież prawicy w naszym kraju nie uświadczy. Już nawet nie chodzi o to, że nie było jeszcze wiadomo, kto z tego wewnętrznego konfliktu wyjdzie zwycięsko - a zatem, jak polityczne poparcie Majdanu przez władze Polski byłoby odebrane, gdyby Janukowycz pozostał u władzy - a nasi politykierzy już robili sobie zdjęcia na kijowskich barykadach, krzycząc bezmyślnie: “chwała Ukrainie” - ale o samo poparcie niekontrolowanego przez nas puczu w sąsiednim kraju! Bo gdyby to nasza agentura sterowała Majdanem, gdyby to nasi politycy pociągali za sznurki wśród rewolucyjnej władzy - a po całej operacji, to nasza gospodarka czerpałaby z bogactw Ukrainy - to oczywiście nie byłoby w tym momencie pola do krytyki. Tak od lat postępują z naszym krajem choćby Niemcy, uzależniając polską gospodarkę od niemieckiej w stu procentach - a robią to tak sprawnie, że jeszcze się z tego powodu cieszymy! Ale nasi politykierzy o kreowaniu wydarzeń w Europie mogą przecież jedynie pomarzyć, i to przez krótką chwilę - kiedy Angela Merkel skinie głową w geście przyzwolenia - jaki zatem jest sens destabilizowania bezpośredniego sąsiada, a może nawet wpędzanie go w wojnę domową, kiedy nie jesteśmy w stanie przewidzieć konsekwencji tychże działań? Przecież to kręcenie bicza nad własnymi plecami, z tym, że jak zwykle cięgi zbiorą obywatele.

Drugą sprawą jest natomiast precedens, jaki przy okazji aneksji Krymu został stworzony. Putin wstawił się za “uciskaną mniejszością rosyjską”, zamieszkującą historycznie rosyjski półwysep - a nasz rząd popierając Euromajdan przyłożył do tego rękę. Czy naprawdę trudno sobie wyobrazić, jak mniejszość niemiecka zamieszkująca Śląsk - pod wpływem niemieckich pieniędzy oczywiście - również poczuje się uciskana? Przecież znana z dobrego serduszka pani Merkel nie pozostawi wtedy swoich rodaków na pastwę polskiej dyktatury, a skądże! I co jeśli, przykładowo, objęłaby obszar Górnego i Dolnego Śląska niemiecką kuratelą pozostawiając nas w obliczu faktów dokonanych - jak we wtorek z Krymem uczynił Władimir Putin? Niemożliwe? Czy aby na pewno? Czy jeszcze rok temu ktokolwiek poważnie potraktowałby stwierdzenie, że Krym zostanie odłączony od Ukrainy i przyłączony do Rosji?

Oczywiście możemy liczyć na NATO i pomoc zachodu, tyle tylko, że Ukraińcy również na nią liczyli - tymczasem jedyną reakcją Europy były słowa potępienia kierowane do Putina. Zachód nie potrafi nawet wykluczyć Rosji z członkostwa w G8 - kiedy doskonale wiadomo, że kluczowe dyskusje prowadzone są w gronie G20, a jeszcze ważniejsze na spotkaniach grupy Bilderberg - a za plecami, nieprzerwanie z Putinem handluje: tu wieprzkami, tam bronią. Wracając jednak do naszych dobrodziejów - trzeba ich zrozumieć. Wybory za pasem - muszą szykować kiełbasę wyborczą i stroszyć pióra… nawet za cenę wplątania kraju w niepotrzebne kłopoty.

Jakub Bijan

Foto.: singlevoice.me/


5 Responses to Z deszczu pod rynnę

  1. Marko napisał(a):

    Nieznajomosc realiow przez autora jest zastraszajaca. tyle czasu zmarnowal na popisanie sie a wyszlo tradycyjne nic. Ile razy mozna tutaj mowic,ze zamieszanie jest tylko medialne, wojny nie budziet, a cala Liga Oszustow siedzi razem przy stole z Wladymirem Hohenzollernem „Putinem” (klon nr ???) i zapijajac samogonem smieje sie do rozpuku, zwlaszcza nad takimi rozprawkami jak ta. Panie Redaktorze ile jeszcze pusci pan tych rozprawek mijajacych sie prawda? Dlaczego ludzie uparcie wierza w istnienie jakiegos zachodu i USA walczacych z Rosja i w potege Niemiec, grozacych komukolwiek palcem skoro tym kolchozem rzadzi jedna i ta sama banda oszustow. zaden z tych politykow wymienionych przez autora nie istnieje naprawde to tylko aktorzy wynajeci do odegrania roli. Niejaki Soros to przeciez David Rocke feller we wlasnej osobie, znany taze jako „zabojca” Lee Oswald. Wystarczy wejsc w google wpisac te 3 nazwiska, poprosic o foto zeby sie przekonac, ze 3 geby tych gosci naleza do jednego i tego samego osobnika. Niech pan to wyprobuje Redaktorze zeby sie przekonac. David Rickefeller to blef taki sami jak cala reszta. To Matrix, w ktorym zyjemy, robiacy ludziom wode z mozgu. Za tym stoi ktos zupelnie inny, i to jest najbardziej intrygujace pytanie – kto!

  2. PoKo napisał(a):

    Gdybyś zaczął sprzedawać, to co palisz chłopie – to byś był bogaty jak ten „Rickefeller”.

  3. Marko napisał(a):

    Swiat oszustwa opiera sie na takich jak ty obywatelu Niepotrzebny. Nawet nie wiesz, ze szykuja ci juz prezent po ktorym udasz sie w daleka podroz bez powrotnego biletu. Ale szerokiej drogi i doborowego towarzystwa, bo sam nie bedziesz.

  4. marek napisał(a):

    @Marko,

    no to dałeś po bandzie ;] Nie wiem co bierzesz, ale daj troche 🙂

    Co do artykułu, Krym był rosyjski i będzie. Widać było nie tyle po wyborach co po manifestacjach, które miały miejsce na ulicach przed i po wyborach. Ludzie nie bali sie karabinów przed głosowaniem, ale tego, że stracą pracę. W Polsce jest identycznie. Jeśli dostałeś stołek za PO, musisz głosować za PO bo jak wejdzie PiS to go stracisz i na odwrot.

  5. Marko napisał(a):

    Dalem ci troche wiedzy a ty zareagowales podobnie jak 90 % oglupionego stada. Nic dziwnego, ze was strzyga jak chca a to co sie dzieje teraz to nic innego jak wielkie strzyzenie baranow. Czym sie to skonczy strach pomyslec. Ale jak mowia, kazdy baran sam wybiera sobie rzeznika…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *