Michalkiewicz o przebierańcach w średniowiecznych łachach – czyli wymiar sprawiedliwości III RP

To kupa gówna - tak wymiar sprawiedliwości określa znany publicysta Stanisław Michalkiewicz Czytaj więcej »

 

Z Oleandrów w świat

W 95 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości publikujemy tekst prof. Andrzeja Nowaka, stanowiący wstęp do książki Joanny Wieliczki-Szarkowej „Żołnierze Niepodległości 1914 – 1918”. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa AA w Krakowie.



Z Oleandrów w świat: Tak właśnie miała być zatytułowana książka wspomnień, opisująca drogę jednego ze strzelców – chłopców i mężczyzn, którzy w sierpniu 1914 roku wyszli z tego miejsca bić się o niepodległość Polski: najpierw jako 1 Kompania Kadrowa, potem 1 Pułk Legionów, I Brygada, potem II i III, także jako POW (Polska Organizacja Wojskowa), wreszcie – Wojsko Polskie.

Tę książkę dostałem do ręki we wrześniu 1978 roku, kiedy jej autor, major Antoni Stanisław Tomaszewski, żołnierz drugiej Drużyny Strzeleckiej, przyniósł ją do mojej Babci, do której smalił cholewki 60 lat wcześniej. Książka nosiła inny tytuł, bo cenzura PRL nie pozwalała wspomnieć tej nazwy: Oleandry. Za bardzo kojarzyła się z niepodległością, z Piłsudskim, z walką przeciw rosyjskiej dominacji nad Polską. Dostałem więc od Babci książkę zatytułowaną „Własną ścieżką przez życie”. Była na niej dedykacja – trochę dla mnie, a trochę dla każdego, kto zechce przeczytać o wspaniałej lekcji pokolenia tych, którzy wyszli z Oleandrów – i doszli do wolnej Polski. Czytam tę dedykację dziś ze wzruszeniem: „… z wyrazami serdecznych uczuć i zachęty do kształcenia woli, bo dopiero człowiek z charakterem może być w pełni pożyteczny rodzinie i krajowi. Tę myśl kieruję do dzieci państwa Nowaków, a wnuków kochanej Honoraty… 5 IX 1978”.

Major Tomaszewski przyszedł wtedy do nas do domu – na ulicę Oleandry w Krakowie, gdzie mieszkałem od urodzenia. Woźnym w przylegającej do naszego domu szkole był jeszcze wtedy inny legionista, pan Pogan, z sumiastym siwym wąsem, podobnym do tego, jaki nosił Komendant. Inny legionista był w tej samej szkole palaczem w kotłowni: pan Bobulski – z podkrakowskiej wsi, w której mieszkał, przynosił nam jajka, starannie opakowane w popołudniową gazetę. Co rok, 6 sierpnia, kiedy wychodziłem na pobliski przystanek tramwajowy, przy Domu Legionisty na Oleandrach, zabranym przez komunistyczne władze legionistom i zagospodarowanym przez przedsiębiorstwo naftowe, widziałem kurczącą się z rocznicy na rocznicę gromadkę siwych, coraz bardziej zgarbionych Żołnierzy Niepodległości – tych, którzy byli w tym samym miejscu w sierpniu roku 1914. Spotykali się pod gołym niebem na Oleandrach, żeby ruszyć stąd do krypty pod wieżą Srebrnych Dzwonów na Wawelu, oddać hołd Komendantowi. Oni sami po 1945 roku na żaden hołd nie mogli liczyć w państwie, które wciąż nazywało się polskim. Inaczej niż Powstańcy Styczniowi, uczczeni z rozkazu Józefa Piłsudskiego honorami wojskowymi w II Rzeczpospolitej, żołnierze tego powstania, które zaczęło się 6 sierpnia 1914 roku od wyjścia 1. Kompanii Kadrowej z Oleandrów, a skończyło się odzyskaniem niepodległości w Listopadzie 1918 i jej skuteczną obroną w Sierpniu 1920 – żołnierze najwspanialszego, bo uwieńczonego największym zwycięstwem powstania, mieli być skazani na zapomnienie. Mieli być wymazani z pamięci, bo sama niepodległość, a także przypomnienie tej siły woli, siły charakteru, którą pokolenie Oleandrów w walce o wolność wykazało – to wszystko przeszkadzało władzy, która chciała Polski znijaczonej, biernej, poddanej.

Tej pamięci nie udało się jednak zgasić. Jak owoc zakazany, korciła tysiące młodych ludzi w tamtych latach, szukających śladów Polski wielkiej, ambitnej, nieugiętej, dzielnej – i odnajdujących je w tradycji czynu niepodległościowego, w symbolu, którym stał się Józef Piłsudski i jego żołnierze. Mieszkając na Oleandrach, nie miałem daleko, by te ślady odnaleźć. Na piętrze naszego domu przy ulicy Oleandry 6 (jedynego domu mieszkalnego na tej uliczce przy krakowskich Błoniach) mieszkał pan Władysław Krygowski, autor wielu znakomitych przewodników turystycznych po polskich górach. Choć urodził się na ulicy świętego Marka, tuż przy krakowskim Rynku, to jednak pamiętał Oleandry ze swego dzieciństwa i wycieczek z początku wieku XX w ich stronę. Tak opisywał genezę tego miejsca:

„Gdzie dziś ulica Oleandry, Biblioteka Jagiellońska i Rotunda […] sporo było mokradeł, a nawet niewielki staw, zamieniający się w zimie w ślizgawkę. Stawiałem tam pierwsze kroki na łyżwach, gdy starsi już holendrowali na halifaxach. […] W sąsiedztwie stały secesyjne, białymi kolumienkami podparte budynki wzniesione w 1912 roku w związku z wystawą architektoniczną. […] Wyróżniał się kilkoma kondygnacjami letni teatrzyk Oleandry. Oleandrami nazywano kiedyś nadwiślańskie zarośla po stronie klasztoru Norbertanek, gdzie zwierzynieckie andrusy zażywały kąpieli i innych przyjemności. Kiedy szukano nazwy dla nowego teatrzyku, który był właściwie kabaretem, Leon Haraschin, urzędnik kolejowy, znany już wtedy pod pseudonimem aktorskim Leon Wyrwicz, zaproponował Oleandry. Nazwa się przyjęła i z czasem objęła całość budynków. W tym to teatrze, gdzie w 1912 roku Leon Wyrwicz produkował się w swych słynnych monologach, dwa lata później nocowali legioniści Pierwszej Kadrowej przed wyruszeniem 6 sierpnia do Kielc” (Władysław Krygowski, „W moim Krakowie nad wczorajszą Wisłą”, Kraków 1980, s. 94-95).

Oleandry – dziś mała, schowana za Biblioteką Jagiellońską  uliczka w Krakowie – weszły do historii 6 sierpnia 1914 roku o godzinie 3 rano. Choć od krakowskiego Rynku oddalone są o mniej niż półtora kilometra, w granice miasta włączone zostały zaledwie cztery lata wcześniej, wraz z całym Półwsiem Zwierzynieckim i wielkimi Błoniami, na których wypasano krowy, ale też chętnie organizowano wojskowe ćwiczenia i defilady (w 1809 roku taką defiladę odbierał na Błoniach książę Józef Poniatowski, a w 1849… car Mikołaj I, wyprawiający swe wojska na Węgry). Bliskość Błoń była powodem, dla którego to właśnie na Oleandrach usadowili się strzelcy przygotowywani pod komendą Józefa Piłsudskiego do zbrojnej walki o Polskę. Sam Komendant rezydował najczęściej w kawiarni Esplanada na rogu niedalekiej ulicy Krupniczej i Podwala. W tej atmosferze młodopolskiego Krakowa, kawiarni, teatrzyków, pięknych kwiatów, zaraz obok swojskich krów na Błoniach, pod Kopcem Kościuszki, tworzyło się pierwsze ochotnicze wojsko walczącej o odrodzenie Rzeczypospolitej. Na Oleandrach ćwiczyli swoje umiejętności militarne młodzi chłopcy (najmłodsi, którzy wyjdą stąd w bój, mieli lat 14), rzemieślnicy, studenci, zbiegowie z zaboru rosyjskiego.

Kiedy 28 lipca 1914 roku Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii, a następnie Rosja rozpoczęła mobilizację, w Oleandrach zaczął się wielki ruch. 1 sierpnia Piłsudski wydał polecenie mobilizacji strzelców – rozkaz roznosili gońcy. Strzelcy, odprowadzani przez dziewczyny, siostry, rodziców, spotkali się na Oleandrach. Major Antoni Tomaszewski, wtedy młodziutki chłopak z krawieckiego warsztatu z ulicy Karmelickiej, od roku ochotniczo ćwiczący umiejętności wojskowe w Polskich Drużynach Strzeleckich, tak wspominał ten moment:

„Dnia 1 sierpnia 1914 roku, odprowadzony przez trzy panienki, moje młodsze koleżanki [czy była wśród nich moja Babcia? – AN], przybyłem do Oleandrów. Było tu już bardzo rojno. Wyczuwało się atmosferę radosnego podniecenia, które ogrania przybywających. Krótkie powitania. ‘Serwus, Syrek’ lub ‘serwus, Bartosik’ (mój pseudonim), czy też, ‘cześć, kolego 101’, po czym każdy zajmował się sobą. Na murawie w różnych miejscach widniały rozrzucone koce, bielizna, swetry, skarpetki, obuwie, manierki i tym podobne artykuły potrzebne żołnierzom. Były to dary różnych firm prywatnych i poszczególnych osób. Każdy brał z tego to, co mu było potrzebne. […] Gdy wszyscy uzupełnili swoje braki w wyekwipowaniu, nastąpiło pewne odprężenie i już przy najbliższym posiłku żarty i dowcipy, tworzone ad hoc, zastępowały nam deser. Lato 1914 roku było wyjątkowo ciepłe i pogodne, nie trzeba było więc stawiać namiotów na te kilka dni pobytu w Oleandrach. Posłanie ze słomy i plecak pod głową zapewniały nam dostateczne warunki do krzepiącego snu i przygotowywały do wojaczki.

Dnia 4 sierpnia odbyła się na krakowskich Błoniach przysięga. Odbierał ją od nas generał austriacki Baczyński [Rajmund]. To historyczne wydarzenie opiewała później utworzona piosenka, śpiewana na nutę dziadowską:

Austryjacki generał
Som przysiengie odbiroł.
Wiara bardzo się cieszyła,
Ręce nogi podnosiła,
A to ci heca była.

Czy na morzu, czy londzie,
Czy kto stoi, czy siondzie,
Czy kto tłusty, czy mizerny,
Zawsze Austrii będzie wierny.
O Boże miłosierny!”

(Antoni S. Tomaszewski, Własną ścieżką przez życie, Kraków 1978, s. 20-21)

Dzień wcześniej odbyła się na Oleandrach inna uroczystość, bardziej serio przez młodych chłopców traktowana. Opisu tej uroczystości cenzura PRL już jednak majorowi Tomaszewskiemu nie przepuściła. 3 sierpnia Piłsudski połączył chłopców z nowosądeckiego kursu Polskich Drużyn Strzeleckich i członków Związku Strzeleckiego. Utworzył oddział bojowy, który zasłynie pod nazwą 1. Kompanii Kadrowej. „Patrzę na was jako na kadry, z których rozwinąć się ma przyszła armia polska” – przemówił do jej żołnierzy Piłsudski.  Pierwsza Kompania Kadrowa powstała z połączenia najlepszych żołnierzy Polskich Drużyn Strzeleckich (pod komendą Stanisława Burhardta „Bukackiego”) oraz Związku Strzeleckiego (dowodzonych przez Tadeusza Kasprzyckiego).

Przypomnieć tu warto, że Związek Strzelecki, legalna organizacja paramilitarna, założona została w zaborze austriackim we Lwowie w kwietniu 1910 r., a wkrótce potem, pod nazwą Towarzystwo „Strzelec”, także w Krakowie. Powołana z inicjatywy tajnego, utworzonego dwa  lata wcześniej Związku Walki Czynnej (ZWC), miała faktycznie przygotowywać młodych ludzi do walki o niepodległość Polski w momencie wybuchu wojny między zaborcami. Komendantem Głównym „Strzelca” był Józef Piłsudski (formalnie organizację nadzorował początkowo Wydział Związku Strzeleckiego z Władysławem Sikorskim na czele); funkcję szefa sztabu pełnił (od 1912) Kazimierz Sosnkowski; komendantem Okręgu Lwowskiego i zrazem redaktorem odpowiedzialnym pisma „Strzelec” był Edward Śmigły-Rydz. Ochotnicy – w większości pochodzenia chłopskiego i inteligenckiego – utworzyli blisko 200 kół, przede wszystkim w okręgu krakowskim (blisko 4 tys. członków) i lwowskim (ponad 1200). Ubrani w szare (później szaroniebieskie) mundury, wyróżniające się od armii austriackiej, polscy strzelcy ćwiczyli umiejętności wojskowe mając do dyspozycji ok. 800 karabinów, w większości przestarzałych. Każdy był dumny z charakterystycznej dla ich formacji czapki-maciejówki z orzełkiem.

Równolegle od lipca 1911 tworzyły się Polskie Drużyny Strzeleckie (PDS), wywodzące się z tajnej Armii Polskiej, w której pierwszoplanowe role odgrywali Marian Żegota-Januszajtis oraz Mieczysław Norwid-Neugebauer.  Odrębną formację stanowiły działające od 1908 w Galicji Wschodniej Drużyny Bartoszowe. PDS organizował od 1913 wspólne ćwiczenia ze Związkiem Strzeleckim (m.in. we Lwowie i w Tyńcu), uznając zwierzchnictwo Piłsudskiego. Wspólne ćwiczenia ochotników i ich nadrzędny cel tworzyły specyfikę pamięci i legendy „strzeleckiej”. Składała się na nią przede wszystkim duma z tworzenia pierwszego zalążka odrodzonego Wojska Polskiego, demokratyczny etos, ugruntowany w czasie szkoleń, ćwiczeń i wspólnych zabaw, wreszcie towarzysząca ochotnikom od początku piosenka i wiersz. Anonimowy „Hymn strzelecki” („Naprzód, drużyno strzelecka, / Sztandar do góry swój wznieś…”), powstała w kwietniu 1913 podczas ćwiczebnego marszu z Lanckorony do Krakowa piosenka „O mój rozmarynie…” („…Ułani werbują, / Strzelcy maszerują, / Zaciągnę się”), a nawet jeszcze sławniejsza piosenka Feliksa Gwiżdża „Przybyli ułani” – te i inne jeszcze, śpiewane do dziś utwory powstawały w ścisłym związku ze strzelecką przygodą, zapisując jej ślad w pamięci Polaków. Także „siwy strzelca strój” i maciejówka, przeniesione dalej – już w czasie I wojny światowej – do Legionów, wryły się w wyobraźnię zbiorową jako symbole ochotniczej walki o niepodległość.

Utworzoną 3 sierpnia 1914 roku „Kadrówkę” tworzyli wyłącznie ochotnicy. „Spotkał was ten zaszczyt niezmierny, że pierwsi pójdziecie do Królestwa i przestąpicie granicę rosyjskiego zaboru, jako czołowa kolumna wojska polskiego, idącego walczyć za oswobodzenie ojczyzny. […] Pozdrawiam was, jako pierwszą kadrową kompanię”. Te słowa z krótkiego przemówienia Komendanta Związku Strzeleckiego, Józefa Piłsudskiego, oddają najlepiej patos łączony z misją tej garstki młodych ludzi. Jak mała to była garstka? 144 do 174 osób, wedle różnych szacunków. Była to na pewno jednostka elitarna. Nie tylko w wymiarze liczbowym.

Najmłodszy, Jerzy Morris-Malcolm, miał zaledwie 14 lat (swój wiek naturalnie ukrywał). Najstarszy, Ignacy Boerner, miał lat 39. W większości oddział tworzyli ludzie w wieku 19-24 lat. Byli w tej grupie ewangelicy, grekokatolik, Żyd (Bronisław Mansperl), ludzie pochodzenia czeskiego, rosyjskiego, a nawet obywatel brytyjski (Malcolm-Morris). Przeważali naturalnie katolicy, byli i bezwyznaniowcy. Łączyła ich jedna wiara: w niepodległość Polski. Pochodzili z drobnego ziemiaństwa, inteligencji (wielu było studentów), rzadziej ze środowisk robotniczych i chłopskich. Przeciętny poziom wykształcenia w Kompanii był na pewno wyjątkowy. Wyjątkowe były także swoiście demokratyczne, mało „wojskowe” stosunki panujące w oddziale. Choć przed wymarszem powołani zostali formalni dowódcy: Kompanii – Tadeusz Kasprzycki (po nim Kazimierz Piątek „Herwin”), plutonów (m.in. Henryk Paszkowski „Krok”, Stanisław Burhardt „Bukacki”, dowódca patrolu konnego – Władysław Prażmowski „Belina” czy sanitarnego – Stanisław Rouppert), to jednak Komendant nie naznaczał szarż. Szarże mieli uzyskać w bitwach.

6 sierpnia, kilkanaście godzin po okrągłej, 50 rocznicy stracenia na stokach warszawskiej Cytadeli Romualda Traugutta, ostatniego dyktatora Powstania Styczniowego, młodzi żołnierze ruszyli o świcie z Oleandrów znowu walczyć o wolną Polskę. Szli w szarych mundurach, uzbrojeni w austriackie karabiny Mannlicher i 105 nabojów „na głowę”. Do 9.45 rano doszli do granicy zaboru rosyjskiego pod Michałowicami, obalili słupy graniczne dzielące Polskę. Tak zaczynała się ta droga. Zapisywać ją od początku zaczęła literacka i artystyczna legenda. Inauguruje ją skromna piosenka o „kadrówce”, ułożona zaraz po wymarszu przez jednego z żołnierzy (Tadeusza Ostrowskiego): „Raduje się serce, raduje się dusza, gdy pierwsza kadrowa na wojenkę rusza…”.

Żołnierze Kompanii doszli 9 sierpnia do Jędrzejowa, a trzy dni później, wzmocnieni kolejnymi kompaniami strzeleckimi (wśród nich był nasz przewodnik – Antek Tomaszewski), do Kielc. Spodziewane powstanie narodowe przeciwko Rosji jednak nie wybuchło. By ratować swą inicjatywę, Piłsudski zgodził się na przyjęcie nowej jej formy – Legionów Polskich. „Kadrówka” dała im pierwsze kadry. „A jak się szczęśliwie zakończy powstanie, / To pierwsza kadrowa gwardyją zostanie…” – nadzieje wyrażone w popularnej już od sierpnia 1914 piosence Tadeusza Ostrowskiego, ziściły się nie w powstaniu, ale w kolejnych bitwach legionowych, w których wyróżnili się „kadrówkowicze”. Takie wyróżnienie miało swoją cenę: do końca działań wojennych, z wojną polsko-sowiecką włącznie, zginęło ich 34 (w II wojnie światowej – jeszcze ponad dwudziestu ). W innym sensie wspomniane nadzieje miały się spełnić w wolnej Rzeczypospolitej: z Pierwszej Kompanii wyszło 13 generałów, w tym 4 generałów dywizji (Kasprzycki, Burhardt-Bukacki, Janusz Głuchowski i Bolesław Wieniawa-Długoszowski), ministrowie i ambasadorowie. Nie wszyscy stali się „gwardyją” w takim znaczeniu, ale wszyscy przeszli do niepodległościowej legendy – jako ci, którzy śmiało rozpoczęli marsz do wolności.

„Kadrówka” rozrosła się szybko w I Brygadę Legionów. Idea legionowa, świadomie nawiązująca do czynu legionów Dąbrowskiego i Kniaziewicza z epoki napoleońskiej, miała uratować rozpoczętą przez Piłsudskiego akcję. Kiedy nie powiódł się jego plan wywołania wielkiego, ogólnonarodowego powstania przez wkraczających na teren zaboru rosyjskiego strzelców, reprezentacja polityczna Polaków z Galicji powołała Naczelny Komitet Narodowy (NKN) na czele z prezydentem Krakowa Juliuszem Leo. NKN zapowiedział 16 sierpnia właśnie utworzenie dwóch Legionów Polskich, które miały walczyć dalej u boku Austrii: Zachodniego (w Krakowie) i Wschodniego (we Lwowie). Ten drugi, mimo napływu prawie 4 tys. ochotników, nie został ostatecznie sformowany z powodu oporu niechętnych tej idei środowisk narodowodemokratycznych oraz szybkiego zajęcia Lwowa przez Rosjan. Dla Legionu Zachodniego kluczowe było stanowisko Piłsudskiego. Ten 22 sierpnia zaakceptował rozwiązanie wymuszone przez pierwsze niepowodzenie powstańczej idei: chciał utrzymać narodowe oddziały, nawet pod zwierzchnością austriacką (jednocześnie powołał jednak konspiracyjnie działającą pod zaborem rosyjskim Polską Organizację Wojskową).
Po niepowodzeniu formowania Legionu Wschodniego nominowana została nowa Komenda Legionów z gen. Karolem Trzaską-Durskim na czele i kpt. Władysławem Zagórskim jako szefem sztabu. Dowódcą 1. Pułku został Piłsudski, a 2. – płk. Zygmunt Zieliński. Dowodzony przez Piłsudskiego Pułk toczył do grudnia walki z Rosjanami m.in. pod Nowym Korczynem i Opatowcem (16-21 września), pod Anielinem i Laskami (w końcu października), pod Krzywopłotami i Uliną Małą (w listopadzie), a wreszcie na Podhalu –  pod Limanową, Marcinkowicami, Pisarzową (na przełomie listopada i grudnia). Pułk został zreorganizowany w I Brygadę podczas postoju w Nowym Sączu.
Jednocześnie formowane były kolejne pułki. 3. Pułk, tworzony w znacznej części z ochotników niedoszłego Legionu Wschodniego, skierowany został na front węgierski we wrześniu 1914. 4. Pułk stworzony został wiosną 1915 w Piotrkowie Trybunalskim. 5. Pułk uzupełnił siły I Brygady. W podkrakowskich Przegorzałach szkolili się legionowi ułani (pod komendą Zbigniewa Dunin-Wąsowicza) i artylerzyści (dowodzeni przez Czecha z urodzenia, a Polaka z wyboru – Ottokara Brzezinę, którego rozsławić miała jeszcze jedna piosenka). Komenda austriacka nie chciała początkowo używać wszystkich legionowych jednostek łącznie. 1. Pułk (potem I Brygada) walczył od września 1914 między ujściami Dunajca i Nidy do Wisły, a następnie na Podhalu, wieńcząc swój szlak bojowy w pierwszym roku wojny pod Łowczówkiem. W tym czasie równie ciężkie boje toczyły na Huculszczyźnie, w obronie przełęczy karpackich na północno-wschodnich przedpolach Węgier, oddziały 2. i 3. Pułku Legionów, dowodzone przez płk. Z. Zielińskiego i mjr. Józefa Hallera. Walki w październiku pod Pasieczną i Nadwórną zakończyły się krwawą bitwą pod Mołotkowem (29 X 1914 – zginęło tam ponad 200 legionistów, a blisko 500 zostało rannych). Kolejne boje – pod Rafajłową (w grudniu 1914 i styczniu 1915) i Kirlibabą (18-21 I 1915) – przyniosły tej części Legionów, która wkrótce (na przełomie kwietnia i maja 1915) przeformowana została w II Brygadę, przydomek „żelaznej” i „karpackiej” zarazem. Najgłośniejszym wyczynem bojowym nowej Brygady stała się 13 czerwca 1915 szarża pod Rokitną. Zaznaczała się już wtedy swoista rywalizacja o bohaterską legendę między I Brygadą, związaną ściśle z Piłsudskim, a II Brygadą, w której do roli lidera urastał jej kolejny dowódca (po komendancie Legionów gen. Trzasce-Durskim i austriackim pułkowniku Ferdynandzie Küttnerze, Józef Haller. Podobnie jak Brygada Piłsudskiego, także II Brygada miała swoich partykularnych piewców w piosence i popularnej poezji – m.in. Józefa Relidzyńskiego, Rajmunda Bergela, Józefa Mączkę. Utworzona w maju 1915 w rejonie Piotrkowa Trybunalskiego III Brygada brała udział w usuwaniu Rosjan z Królestwa Polskiego, przechodząc w lipcu chrzest bojowy w bitwie pod Jastkowem koło Lublina. Jej pierwszym dowódcą był płk Wiktor Grzesicki, najbardziej jednak z historią tej Brygady złączyło się nazwisko późniejszego jej komendanta, płk. Bolesława Roi. Wszystkie trzy Brygady połączyły się ostatecznie na froncie wołyńskim, gdzie stoczyły wspólnie najcięższą bitwę w historii Legionów: pod Kostiuchnówką (4-6 VII 1916).

Piłsudski domagał się wycofania Legionów z frontu i zorganizowania na ich podstawie Wojska Polskiego. Rezultatem tego nacisku była decyzja austriackiego naczelnego dowództwa z 20 IX 1916, zapowiadająca przekształcenie legionów w Polski Korpus Posiłkowy, ale zarazem przyjmująca zgłaszaną wcześniej protestacyjnie dymisję Piłsudskiego ze służby. Część oficerów z I i III Brygady złożyła wówczas także dymisje w akcie solidarności ze zwolnionym Piłsudskim. Legiony zostały wycofane z frontu do Baranowicz, a następnie do Królestwa Polskiego (Łomży, Modlina, Pułtuska, Dęblina i in.).

Po rewolucji lutowej w Rosji, Piłsudski nie chciał dalszego uzależnienia od państw centralnych: całość I Brygady, zgodnie z jego poleceniem, odmówiła w lipcu 1917 roku przysięgi zobowiązującej bezwzględnie do dalszego braterstwa broni z Niemcami i Austro-Węgrami. Po tym wydarzeniu oficerowie Brygady zostali internowani w obozie w Beniaminowie, zaś szeregowcy w Szczypiornie, znów dzieląc los ze swym Brygadierem – internowanym przez Niemców w Magdeburgu. Rola sprawdzonych w boju i w niewoli niezawodnych towarzyszy walki Komendanta łączyła się w tworzonej wokół Brygady swoistej pamięci z poczuciem wyższości wobec tej części społeczeństwa, która nie przyjęła z otwartymi rękami jej czynu niepodległościowego, a także wobec pozostałych dwóch, utworzonych w 1915 roku brygad Legionów, które nie szły tak wiernie z Piłsudskim. Tę pamięć najzwięźlej oddaje jedna z dziesiątków piosenek związanych z tą niezwykłą jednostką –  My, Pierwsza Brygada: „Nie chcemy już od was uznania, / Ni waszych mów, ni waszych łez. / Skończyły się dni kołatania / Do waszych dusz – jebał was pies!”. Autor dumnych słów o tych, którzy „rzucili swój życia los – na stos…”,  Andrzej Tadeusz Hałaciński, układał je jesienią 1917 roku na froncie włoskim, wcielony po kryzysie przysięgowym do armii austriackiej; zginął w 1940 r. w Katyniu… To był los pokolenia I Brygady, opiewany w duchu romantycznej legendy bohaterskiego czynu Drużyny Wodza. Jeszcze w czasie trwania I wojny legendę tę, przetykaną swoistym, „hultajskim” humorem, zapisywały piosenki i wiersze Jerzego Żuławskiego, Edwarda Słońskiego, Bolesława Lubicz-Zahorskiego, amatorskie rymowanki żołnierzy Brygady – Wacława Kostka-Biernackiego (Jedzie, jedzie na Kasztance…) czy Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego, reportaże i opowiadania Andrzeja Struga, Juliusza Kaden-Bandrowskiego…

Kiedy państwa centralne zawarły w lutym 1918 pokój z Ukrainą, odstępujący Kijowowi m.in. polską Chełmszczyznę, żołnierze II Brygady pod dowództwem Józefa Hallera zdecydowali się na bunt. 15 II 1918 przebili się przez oddziały austriackie pod Rarańczą i przeszli na drugą stronę frontu. Żołnierze artylerii i taborów Brygady, którym nie udało się przebić, zostali internowani w obozach na Węgrzech (Huszt, Marmarosz-Sziget, Szeklencsze i Dulfalva). Ok. 1600 żołnierzy II Brygady, którzy przeszli na drugą stronę frontu, forsownym marszem przez Chocim, Żwaniec, Kamieniec Podolski dołączyło do tworzonego od połowy 1917 roku w republikańskiej Rosji II Korpusu Polskiego. Ostatnią swą bitwę – pod Kaniowem (11 V 1918) – stoczyli przeciwko Niemcom, którzy postanowili rozbroić polski Korpus. Większość trafiła po bitwie do obozu internowania w Brześciu. Płk Haller szczęśliwie uciekł Niemcom i przez Rosję przedostał się do Francji, gdzie stanął na czele tworzonej tam polskiej Armii Ochotniczej. W ten sposób dopełnił się drugi wątek opowieści o czynie niepodległościowym, jaki związał się na trwałe z historią Legionów Polskich.

Zrodzone z entuzjazmu strzelców-ochotników Legiony skupiły w swych szeregach ludzi, którzy stworzyli swoistą elitę owego czynu. W czasach II RP bardzo wielu z nich weszło do elity władzy odnowionego państwa, którego historię zdominowała sylwetka Brygadiera Piłsudskiego.  Z grona legionistów wyszli m.in. marszałek Edward Śmigły-Rydz, kilku premierów (od gen. Władysława Sikorskiego po gen. Felicjana Sławoja-Składkowskiego), kilkunastu ministrów (m.in. Józef Beck), kilkudziesięciu generałów… Wielu z legionowych bohaterów dało świadectwo swej ofiarności w służbie Polsce podczas II wojny. Wystarczy wymienić generałów Kazimierza Sosnkowskiego, Stefana Grota-Roweckiego, Emila Fieldorfa-Nila, prezydenta Stefana Starzyńskiego (wszyscy z I Brygady), zamordowanych w Katyniu generałów Henryka Minkiewicza i Mieczysława Smorawińskiego (obaj z II Brygady)… Byli i tacy, którzy wybrali w końcu służbę u nowych, komunistycznych panów, jak Zygmunt Berling (z II i III Brygady) czy Michał Żymierski (najpierw z I, a następnie z II Brygady). W pamięci zbiorowej Legiony utrwaliły jednak swe miejsce przede wszystkim jako symbol postawy niepokornej, dumnej wolności, odwagi, honoru, zawadiackiej fantazji – były wszak pierwszym realnym spełnieniem śnionego od powstania styczniowego polskiego snu o szpadzie – snu, który w dodatku znalazł w 1918 roku swój szczęśliwy finał. Nie tylko i nie przede wszystkim dzięki legionistom ten finał nastąpił – to oczywiste, ale oni lepiej niż ktokolwiek inny wcielili zbiorowe marzenia o niepodległości.

Stało się tak również dlatego, że w zbiorowej wyobraźni i pamięci utrwaliły ich czyn, postawę i ofiary setki piosenek i wierszy – zarówno tych najpopularniejszych, amatorskich, pióra samych legionistów, jaki i  tworzonych przez najznakomitszych poetów tamtego pokolenia: Kazimierza Przerwę-Tetmajera, Władysława Orkana, Kazimierę Iłłakowiczówną, Kazimierza Wierzyńskiego… Legendę ochotniczej formacji budowały również symboliczne obrazy Jacka Malczewskiego (m.in. Nike Legionów), towarzyszyli legionistom także swą sztuką m.in. Leon Wyczółkowski, Julian Fałat, Teodor Axentowicz, Józef Mehoffer, Zofia Stryjeńska, Konstanty Laszczka, Wojciech Kossak… Żadna inna formacja w historii polskich oddziałów wojskowych nie miała takiego, jak dzisiaj się mówi, p. r.

Co z tego zostało? „Na Oleandrach zamek karabinu / Nie szczęka więcej i Błonia są puste. / W piechurskich butach odeszli esteci…” – te słowa z Traktatu poetyckiego (1957) Czesława Miłosza mówią nie tylko o przemijaniu ludzi, dźwięków i miejsc, związanych z legionową historią. Świadczą one także, podobnie jak inne, wciąż ponawiane nawiązania literackie do tej historii, o jednym z istotnych sposobów trwania legendy, jaką zostawili po sobie „esteci” polskiej niepodległości.

Ale zostało coś więcej niż legenda. Powstało na nowo państwo polskie. Powstało przez  wysiłek dyplomatyczno-propagandowej akcji, którą kierował Roman Dmowski. Powstało przez ogromny wysiłek setek tysięcy ludzi, którzy coś dla tej niepodległości zrobili, poświęcili – niezależnie od tego, czy świeciła im gwiazda Komendanta, „Pana Romana”, czy wiara w chłopskiego przywódcę – Witosa. Powstało jednak także, a może przede wszystkim dlatego, że młodzi Polacy powstali do zbrojnej walki o swoją Ojczyznę. I byli potem, w roku 1918, w roku 1920 gotowi bronić jej, walczyć o nią.

Z ich poświęcenia wyrosła duma II Rzeczpospolitej. Został z tego poświęcenia etos żołnierza niepodległości. Ten sam, który odezwał się na frontach II wojny – od Westerplatte do Monte Cassino i Powstania Warszawskiego. Ten sam, który w nowej formie, wzmocnionej błogosławieństwem Jana Pawła II, odrodził się w „Solidarności”,  w Sierpniu 1980. Został etos – czyli charakter. Ten, o formowanie którego apelował już do mojego pokolenia żołnierz z Oleandrów, major Tomaszewski.

Piękna książka Joanny Wieliczki-Szarkowej ten etos odnawia, przypomina, portretując najpiękniejsze chwile w życiu najszczęśliwszego pokolenia Polaków w XX wieku: tego, które wywalczyło niepodległość. Niektórzy swe życie oddali w walce już w roku 1914, 1915, 1918, 1920. Inni żyli jeszcze długo – świadkowie tego etosu.

Czy coś jesteśmy im winni? Może namysł nad dzisiejszym sensem niepodległości, nad tym, co my możemy dla niej zrobić. I pracę nad charakterem – naszym i naszych dzieci: żeby do niepodległości dorastać.

Prof. dr hab. Andrzej Nowak

Joanna Wieliczka-Szarkowa, „Żołnierze Niepodległości 1914 – 1918”. Książkę zamówić można w księgarni internetowej…


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *