Koniec ery mas

Wszyscy mamy świadomość, że przeżywamy rewolucję technologiczną, której symbolami są mikroinformatyka i mikrobiologia, to znaczy połączenie tego, co nieskończenie małe z tym, co nieskończenie potężne Czytaj więcej »

 

Zakład Ubezpieczeń Argentyńskich

W ramach zwiększania wolności obywateli poprzez jej zmniejszanie, Parlament i podpisujący wszystkie jego pomysły Prezydent zakazali ludziom zawierania dobrowolnych umów hazardowych o popularnej nazwie „umów kredytowych w systemie argentyńskim”.

Najogólniej polegały one na tym, że ludzie wpłacali co miesiąc raty do wybranego przez siebie zakładu organizującego system, a wypłatę puli w postaci kredytu mieli otrzymać w bliżej nieokreślonym terminie. Chyba, że ktoś miał więcej szczęścia. Szczęście człowieka polegało na tym, że padł na niego los, albo przyszła jego kolej. Ponieważ jednak niewiele na świecie rzeczy jest za darmo i tu, by wypłacić, najpierw należało wpłacić. Wpłacający musieli też utrzymać dobrodziejów, którzy całość gry zorganizowali.

Kto w państwowej szkole posiadł trudną umiejętność czytania i rozumowania, ten starał się trzymać od tego z daleka, wiedział bowiem, że rachunek prawdopodobieństwa i skłonność ludzka do kradzieży nie dają mu wielkich szans na upragniony kredyt, a jeśli już go otrzyma, to wcześniej zapewne sam wpłaci z naddatkiem całość uzyskanej kwoty.

Nikt nikogo nie zmuszał. Brali udział ci, którzy chcieli, dorośli, posiadający na ogół wszelkie zdolności do czynności prawnych. Organizatorzy nie wymagali żadnych dokumentów dających nadzieję, że wchodzący do gry będzie w stanie wpłacać, choć oczywiście na to liczyli. Niewiele więc wymagali, a jeszcze mniej obiecywali. Ale braki te, jak w każdym hazardzie uzupełniała matka-nadzieja.

Oczywiście wśród organizatorów nie brakowało oszustów, którzy nawet nie dotrzymywali warunków zawartych w tych drakońskich umowach. Czasami jednak zwyczajnie nie było już do tego hazardu chętnych, więc zabawa będąca dla wielu nieszczęściem, kończyła się niejako z przyczyn naturalnych – braku klientów.

Władze państwowe twierdziły, że oszustów trudno schwytać więc łatwiej będzie zakazać w ogóle możliwości gier hazardowych rytu „argentyńskiego”.

Choć nieszczęsnej Argentynie obrywa się przy każdym wspomnieniu tego systemu, nazwa wydaje się niesłuszną. Jest to bowiem esencja systemu… polskiego, niemieckiego, francuskiego, brytyjskiego, włoskiego… Mówię o państwowym systemie umów ubezpieczeniowych.

Przyjrzyjmy się istocie tego procederu. Najogólniej polega on na tym, że ludzie wpłacają co miesiąc raty-składki do państwowego, monopolistycznego systemu. Wypłatę puli w postaci emerytury mają otrzymać w bliżej nieokreślonym terminie, zależnym od humoru parlamentu za kilkadziesiąt lat, o ile całość nie runie znacznie wcześniej. W przeciwieństwie do właśnie zakazanych systemów, w tym nawet nie wiadomo na jaką pulę człowiek oddający własne pieniądze może liczyć. Nikt nie powie mu ile otrzyma! Inaczej jest, gdy ktoś ma więcej szczęścia. Szczęście w tym wypadku polega na tym, że ktoś należy do grupy uprzywilejowanej, kupi sobie stałą rentę za łapówkę lub też jakiś znajomy premier okradnie wszystkich wpłacających i przyzna komuś emeryturę specjalną, na którą obdarowany nie musiał wpłacić ani grosza.

Ponieważ niewiele na świecie rzeczy jest za darmo, i tutaj, by kiedyś coś wypłacić, najpierw należy całe życie wpłacać. Wpłacający muszą też utrzymać dobrodziejów, którzy całość gry zorganizowali i bezlitośnie na nich żerują. Jeśli wpłacający ma pecha i umrze przed wypłatą puli, pieniądze przepadają, nie licząc „trumny gratis”.

Kto w państwowej szkole posiadł trudną umiejętność czytania i rozumowania, ten stara się trzymać od tego złodziejstwa z daleka, wie bowiem, że rachunek prawdopodobieństwa, prognozy demograficzne, socjaliści pobożni i bezbożni w kolejnych rządach i skłonność ludzka do kradzieży nie dają mu wielkich szans na odzyskanie własnych pieniędzy. A jeśli już przez parę lat wypłacą mu trochę emerytury, to wcześniej sam przecież wszystko to wpłacił i to z olbrzymim naddatkiem.

W przeciwieństwie do zakazanych właśnie systemów argentyńskich, gdzie nikt nikogo nie zmuszał, tu przymus jest bezwzględny, a kto się uchyla jest ścigany wszelkimi siłami i środkami jakie posiada w swoim arsenale państwo. W tej odmianie rosyjskiej ruletki udział muszą brać wszyscy, i ci którzy chcą i ci, którzy nie lubią gdy się ich w biały dzień okrada.

Organizatorzy wymagają tu wszystkich dokumentów i zmuszają pracodawców do współuczestnictwa w tym procederze niekorzystnego rozporządzania własnym majątkiem milionów ludzi. Bardzo wiele wymagają i bardzo niewiele obiecują. I tu nadzieja ma spore znaczenie. Uczestnicy mają nadzieję, że całość, wraz z państwem, nie runie za ich życia.

Oczywiście wśród organizatorów nie brakuje oszustów, którzy nawet nie mieli i nie mają zamiaru dotrzymywać warunków zawartych w tych drakońskich umowach. Albo fałszują pieniądz przez inflację i nie rewaloryzują wypłat, albo podnoszą wiek emerytalny, albo zwyczajnie kradną, jak czerwoni, którzy okradli całe pokolenie budując za składki PRL, na którym się później uwłaszczyli.

I tu pojawia się problem braku chętnych do tego hazardu, więc zabawa będąca dla rzeszy ludzi nieszczęściem wydaje się kończyć z przyczyn naturalnych – drastycznego spadku urodzeń i ucieczki ludzi w KRUSy lub szarą strefę .

Władze państwowe stoją na straży tego rabunku. Twierdzą cynicznie, że pomysł gry jest szczytem postępu, świadczy o ludzkiej solidarności i wspaniałomyślności władzy. I nie wahają się podtrzymywać tego gigantycznego oszustwa z pieniędzy podatników. Tak trwa ten idealny dla demagogów system. I ani myślą, by zakazać działalności ogólnopolskiego Zakładu Ubezpieczeń Argentyńskich, dla zatarcia śladów nazywanego ZUSem. Wiadomo, gdy Kali ukraść stado krów, to dobrze.

Wojciech Popiela
(16 sierpnia 2004)


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *