Skandaliczne przemówienie burmistrza Esslingen w Piotrkowie

Poczułem się jakby w moim własnym domu Gość, Przyjaciel i Brat, spoliczkował mnie i właściwie nie bardzo wiem dlaczego Czytaj więcej »

 

Ze wspólnego gara – rzecz o „unijnych funduszach”

Margaret Thatcher powiedziała kiedyś: Unia Europejska jest skazana na niepowodzenie, gdyż jest czymś szalonym, utopijnym projektem, pomnikiem pychy lewicowych intelektualistów.” Pani Premier Jej Królewskiej Mości Królowej Elżbiety II, miała całkowitą rację. Dlaczego? Po kolei.



Jest ponoć w Afryce takie plemię, które większość swej dziennej aktywności przeznacza na poszukiwanie czegoś do zjedzenia. Wyruszają więc tubylcy w całodzienną wędrówkę. A to jeden szczęściarz znajdzie kreta, a inny wykopie kilka dżdżownic, jeszcze inny znajdzie przysmak w postaci lokalnych bulw. Prawdziwym rarytasem jest upolowanie jakiegoś grubego zwierza, który wyróżnia się z reguły tym, że jest większy od wiewiórki. Wracają tedy myśliwi i zbieracze do swej rodzinnej wioski i wrzucają łup do wspólnego gara. Gar zawiera ciągle gotujące się resztki wczorajszych łupów, ale nie ma to znaczenia. Z gara biorą wszyscy – i duzi i mali. Wszyscy dostają według potrzeb. Tylko od czasu do czasu komuś trafi się jakiś bardziej kaloryczny fragment wyłowionego ścierwa. Nie ma zatem nic bardziej sprawiedliwego prawda?

Problemy są dwa:

  • Po pierwsze, strawa ta smakuje obrzydliwie i gdyby nie konieczność zapchania pustego żołądka, nikt przy zdrowych zmysłach nie skosztowałby tego lokalnego specjału.
  • Po drugie, społeczność taka nigdy nie dorobi się umiejętności hodowli czy uprawy roli, o umiejętności jedzenia z talerzy nożem i widelcem nie wspominając.

Podobnie też działa system dystrybucji środków publicznych, zwanych niekiedy unijnymi, o zaletach którego zapewniają nas od wielu lat propagandziści od lewa i prawa. Pierwszy problem polega na tym, że nie mamy tak naprawdę do czynienia ze środkami unijnymi, lecz z obietnicą spłaty zaciągniętego kredytu na określonych warunkach. Realizując inwestycję z projektu, nie ma ona i długo jeszcze nie będzie miała nic wspólnego z Unią, poza ustawioną tablicą informującą o tym, że inwestycja jest właśnie z tych środków finansowana. Ustawienie tablicy to warunek późniejszego zwrotu środków. A działa to tak:

Unia zatwierdza opracowane przez dany kraj programy operacyjne, w których tenże kraj zobowiązuje się do realizacji takich, a nie innych typów inwestycji, zgodnych rzecz jasna z unijną polityką. Unia zatwierdza programy operacyjne, które mieszczą się w ramach siedmioletnich okresów programowania. Polski rząd uradowany tym faktem zastanawia się jak sfinansować to dobrodziejstwo, gdyż pieniądze przyjdą (o ile przyjdą w ogóle) dopiero po rozliczeniu części programu. Pieniądze na realizację projektów, (a dokładnie ściśle określona część poniesionych wydatków) są zwracane po realizacji inwestycji. Czyli skądeś Rząd musi te pieniądze uzyskać. Podobno spora część dzieci zapytana, skąd biorą się jajka odpowiada, że z lodówki. Rząd zastanawiając się nad tym problemem, znajduje dostawcę środków w postaci Banku Gospodarstwa Krajowego. A skąd tenże bank czerpie te środki? Oczywiście z puli Ministra Finansów, a ten niechybnie z komercyjnego kredytu.

Z wielkim hukiem uruchamia się programy operacyjne, które „mają zbawić kraj i uczynić z niego krainę mlekiem i miodem płynącą”, informując oczywiście wszystkich, że dzięki „dobrodziejstwom Unii Europejskiej” jest to możliwe. Programów operacyjnych jest mnogość. Część z nich realizowanych jest na poziomie centralnym, część regionalnym, a jeszcze inne w systemie mieszanym. Wszystkie poparte stosownymi analizami, prognozami i wskaźnikami.

Dla łatwiejszego zilustrowania procesu posłużmy się przykładem dziarskiego wójta pewniej gminy, który uzyskuje wsparcie na budowę drogi. Po okresie wielkiej radości zdaje sobie sprawę, że na wykonanie drogi, a więc rozpisanie na nią przetargu potrzebuje pieniędzy. Pieniędzy w budżecie nie ma, bo budżet gminy podobnie jak budżet państwa to twór wirtualny, a zwrot środków z obiecanej na razie dotacji (podobnie jak w przypadku relacji państwo – Unia Europejska) uzyska dopiero wtedy, gdy rozliczy inwestycję. Co więc czyni ów wójt? Czyni to samo co państwo: bierze kredyt na obsługę, tym razem projektu. Oczywiście nie wie on często, że owe wsparcie nie pochodzi z Unii lecz z komercyjnego kredytu, który wzięło już państwo. Ale kto by się tam interesował takimi szczegółami? Trzeba przecież „budować nowe”, „modernizować kraj” i „wykorzystywać unijne środki, bo szansa się już może nie powtórzyć”. Przetarg na budowę drogi wygrywa uradowana firma, która często musi…. wziąć kredyt na realizację inwestycji, gdyż dopiero odebrana i rozliczona inwestycja podlega sfinansowaniu.

Łatwo jest więc zauważyć, że w przypadku grantów inwestycyjnych mamy do czynienia z sytuacją, w której w grę wchodzą trzy kredyty, brane mniej więcej w tym samym czasie na tych samych pieniądzach. Oczywiście nikt nie bierze pod uwagę kosztów obsługi tych kredytów w bilansie zysków i strat naszego członkostwa. W takiej sytuacji nie ma zatem lepszego biznesu niż być… lichwiarzem. I to oni właśnie zyskują na całej zabawie najbardziej. Mamy do czynienia z pustoszeniem gospodarczym kraju, choć z pozoru jest odwrotnie, gdyż efekt w postaci zamówień publicznych oddziaływuje pozytywnie na kondycję firm, więc nikt specjalnie nie narzeka. O tym, że to efekt chwilowy nie trzeba nikogo przekonywać.

Wszystko to tworzy kolejne kręgi biurokratycznych piekieł, w których potrafią się poruszać wyłącznie osoby z tymże piekłem obeznane. Nic więc dziwnego, że na lep „unijnej kasy za darmo” łapie się wielu. Schwytani muszą korzystać z usług profesjonalnych firm założonych przez byłych urzędników. Mamy więc do czynienia z pseudorynkiem pseudousług. Jednak gdy zdamy sobie sprawę, że napisanie wniosku, który uzyska dofinansowanie kosztuje ok. 5% wartości samego projektu, mamy do czynienia już nie z pseudo pieniędzmi.

Paradoks: im więcej wykorzystujemy tzw. unijnych funduszy, tym bardziej jesteśmy zadłużeni i tym większej armii urzędników potrzebna do realizacji projektów i do zarządzania systemem. Nawet jeśli ktoś zdaje sobie sprawę z destrukcyjnej dla gospodarki i publicznych funduszy roli, jaką odgrywa owa „pomoc”, to siedzi cicho zahukany dogmatycznością propagandy.

Nie można oprzeć się wrażeniu, że całość przypomina zatem także bieg sztafetowy przez płotki. Po drodze istnieje tyle możliwości przewrotu, zgubienia pałeczki, czy kontuzji, że tylko prawdziwi zawodowcy są w stanie przebrnąć przez to wszystko bez szwanku. Oto kilka mniej lub bardziej istotnych problemów dotyczących funkcjonowania tej piramidy finansowej.

Problemy formalno prawne

Podstawową zasadą zwrotu wydatków w ramach tzw. funduszy unijnych jest zgodność z prawem realizowanych przedsięwzięć lub inwestycji. Wydaje się to proste i oczywiste, ale tylko z pozoru. Co w sytuacji, gdy prawo krajowe jest niespójne z unijnym? Oczywiście poniesione wydatki nie mogą zostać uznane za te podlegające zwrotowi przez Unię, a więc nie są „zcertyfikowane”. Beneficjent realizujący projekt na podstawie prawa polskiego nie poniesie z tego tytułu żadnego uszczerbku, lecz państwo zapłaci Komisji Europejskiej „frycowe”. Jakie są wielkości „niescertyfikowanych” dotychczas wydatków? Dokładnie nie wiadomo. Lecz dwie pozostają znane i obrazują dość dokładnie istotę tego problemu.

1. Do niedawna obowiązujące w Polsce przepisy budowlane nakazywały w czasie procedury uzyskania pozwolenia na budowę przeprowadzenie analizy oddziaływania danej inwestycji na środowisko naturalne. Komisja Europejska stwierdziła, że taka sytuacja jest niedopuszczalna. Ich zdaniem tego rodzaju studium powinno być przeprowadzone przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji o realizacji inwestycji. W międzyczasie zaczęto już wiele prac na podstawie uzyskanych legalnie pozwoleń na budowę. Ile ten problem kosztował dodatkowo podatnika? Nie wiadomo, lecz kwoty na pewno szły w miliardy.

2. Obowiązujące w Polsce Prawo Zamówień Publicznych okazało się niespójne z unijnym prawem o ochronie konkurencyjności. Chodzi o kwestę, czy wykonawca musi dysponować sprzętem i doświadczeniem niezbędnym dla wykonywania przewidzianych w zamówieniu prac i usług. Według przepisów UE, nie musi. Tak więc wszelkie przetargi, w których zamawiający wpisał ten warunek można uznać za niekwalifikowane z punktu widzenia europejskiego prawa. Według wstępnej oceny audytorów, tylko w okresie 2004- 2006 można zakwestionować z tego powodu minimum 2% wszystkich wydatków.

Oddzielny problem stanowi tzw. luka finansowa. Opiera się ona na prostej zasadzie mówiącej, że projekty przynoszące przychód powinny mieć ograniczony poziom dotacji. W praktyce, gdy przykładowy wójt chce wybudować kino, musi uwzględnić we wniosku ilość sprzedanych na organizowane tam seanse biletów w określonym czasie. W praktyce zamiast grantu mamy do czynienia z bardzo drogim kredytem, więc nikt przy zdrowych zmysłach nie składałby takiego projektu. Zasada ta dotyczy szerszej gamy realizowanych projektów. Między innymi za przychód projektu kanalizacyjnego traktuje się zakup określonej ilości ścieków. Dlatego często gminy podejmują się realizacji tego typu inwestycji ze własnych środków.

Zaburzenie rynku

W przypadku tak szerokiego zakresu interwencji publicznej mamy do czynienia z zaburzeniem rynku. Jednym przykładem tego zjawiska jest windowanie cen, a to z powodu planowanej realizacji w tym samym czasie dużej ilości podobnych inwestycji. Gdyby nie interwencjonizm, zamawiający odczekaliby okres zwyżek cen i zrealizowali zamówienie po okresie owej „górki”. Niestety, pieniądze muszą być wydane zgodnie z harmonogramem.

Drugi przykład zaburzeń rynku dotyczy dotacji dla przedsiębiorstw. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy w danej miejscowości działają cztery drukarnie. Przedsiębiorstwa te uzupełniają swoją ofertę, wykonując nieco inne rodzaje usług. Nagle jedno z nich otrzymuje publiczną dotację. Oczywiście tworzy nowe miejsca pracy, kupuje maszyny i … wykasza z rynku trzy pozostałe firmy. Żywot tej firmy także nie jest prosty, gdyż warunkiem otrzymania dotacji jest często zwiększenie zatrudniania i utrzymanie go przez określony okres tzw. trwałości projektu. A co w sytuacji, gdy przychodzi dekoniunktura? Zwolnienie kogokolwiek jest niemożliwe, gdyż wtedy należy zwrócić uzyskaną dotację. Jedynym wyjściem pozostaje często znalezienie inwestora lub sprzedaż firmy. Dlatego ogłoszenie pt. „sprzedam firmę z dotacją” nie jest niczym niezwykłym.

Europejski Fundusz Społeczny

Waldemar Łysiak w powieści „Kielich” opisał scenę, w której samotny hinduski duchowny broni świątyni przed atakiem tłumu biedaków żądnych grabieży. Stał on na schodach do świątyni. Gdy tłum biedaków zbliżał się do schodów, kapłan wyciągał z sakiewki garść drobnych monet i sypał nimi w tłum. Biedacy zaczynali się wtedy kłębić, bić między sobą wydzierając rzucone miedziaki. Gdy sytuacja się uspokoiła, a tłum znowu zbliżał się niebezpiecznie do świątyni, kałan czynił to samo. W ten sposób potrafił utrzymać się na swojej samotnej placówce wystarczająco długo, aż do czasu przybycia wojska, które w tradycyjny sposób rozpędziło ciżbę.

Podobnie działa najbardziej niebezpieczny z funduszy: EFS. Nie jest on niebezpieczny skalą środków, którą dysponuje, lecz jego z założenia ideologicznym charakterem. Powstał on bowiem już w 1960 roku dla zmiany struktury społecznej w Europie. Religą tego programu są bowiem tzw. „zasady równości”, które wyrastają w prostej linii z zasad kulturowego marksizmu. Wiele instytucji, organizacji i stowarzyszeń niczym ów kłębiący się tłum przed świątynią realizuje cały szereg projektów. Nagle okazuje się, że owe instytucje i organizacje nie realizują swoich celów statutowych, lecz cele przewidziane w programie, z którego czerpią środki. Społecznym efektem tego stanu rzeczy jest zauważalna fasadowość instytucji i pogłębiająca się przepaść instytucjonalna. Co więcej. Na miejsce zmutowanych instytucji nie powstają nowe, w wyniku czego przestrzeń instytucjonalna staje się pustynią.

W powyżej przedstawionych przykładach, obserwacjach, jak i w sposobie działania systemu interwencji publicznej mamy do czynienia z czymś, co nazywam efektem końskich klapek. Chodzi o to, że poza samym obserwowanym procesem, nikt nie widzi lub nie chce zauważyć zjawisk występujących obok, lub pośrednio mu towarzyszących.

Co zatem pcha naszych decydentów, tych dużych i tych małych w ową otchłań? Odpowiedź jest stara i banalna: propaganda, chciwość, ignorancja i chęć sukcesu. Poza tym jak mawiał niezapomniany prezes Ryszard Ochódzki: „Prawdziwe pieniądze robi się na wielkich, słomianych inwestycjach”.

Porzućmy zatem wszelką nadzieję na uzdrowienie czegokolwiek przez chore instytucje i chory z założenia socjalistyczny system. I nie chodzi nawet o to, że jesteśmy okradani w sposób perfidny. Chodzi także o to, że jesteśmy oszukiwani w sposób systemowy i to przez kolejne elity naszego kraju, których jedyną powinnością wobec nas winno być mówienie nam prawdy, a nie wciskanie propagandowego kitu. Największym problemem jest jednak to, że w ową „mannę z nieba” i „deszcz Euro” uwierzyli nieomal wszyscy.

Adam Kalicki

P.S. Ponoć Indianie sprzedali Manhattan Holendrom w 1629 roku za szklane paciorki o równowartość ok. 24$. W tej transakcji obie strony były przekonane, że robią świetny interes. Holendrzy kupowali potężną połać ziemi za nie warte nic świecidełka, Indianie zaś sądzili, że także robią deal życia. Przecież nieba, ziemi i gwiazd nie można sprzedać ani kupić, należą do wszystkich. Ale jeśli ktoś chce zapłacić za coś takiego ładnymi koralikami, czemu nie. Tak więc cała transakcja przypominała bardziej sprzedaż Kolumny Zygmunta, a więc była bardziej wyrazem cwaniactwa Indian, a nie ich głupoty. Godząc się na uczestnictwo w tym systemie z jego dobrodziejstwami i wynikającymi problemami postępujemy podobnie jak Indianie. Jaką cenę zapłacił tubylczy lud za pazerność, krótkowzroczność i głupotę swoich wodzów? Przestali istnieć.

Od redakcji: Zapraszamy Czytelników do debaty na temat poruszony w powyższym artykule. Warto podzielić się swoimi doświadczeniami, spostrzeżeniami i uwagami w dziedzinie tzw. funduszy unijnych. Zapraszamy do zabierania głosu zarówno w komentarzach jak i w formie nadsyłanych do redakcji artykułów.


9 Responses to Ze wspólnego gara – rzecz o „unijnych funduszach”

  1. Logik !!! napisał(a):

    sprawa Indian nie jest taka, jak ją autor przedstawił …

    Tak NAPRAWDĘ, to te paciorki uratowały Indianom życie: gdyby stawili opór – zostaliby zabici, a tak, to przynajmniej zachowano pozory …

    Dodam też, że zasada „kto silniejszy, ten włada ziemią” była przez Indian stosowana, więc biali tylko dostosowali się do ich zasad …

  2. tomo napisał(a):

    Witam
    Zainspirowany artykułem przeglądam strony funduszowe i szukam jakichś ciekawych informacji ale nic nie moge znaleźć.
    Moje pytanie: gdzie można znaleźć informacje o tym jak przepływają pieniądze i ile z nich gubi się po drodze.Jak finansowane są projekty itd.

  3. Adam Kalicki napisał(a):

    @Logik !!!
    „Lepiej żyć jeden dzień jak lew niż sto jak owca”
    Jeśli strasznie Pana irytuje zakończenie, to proszę sobie wyobrazić, że powyższy tekst nie ma post scriptum.

    @tomo
    Wiedza na ten temat jest dość rozproszona. Każdy program operacyjny ma w pewnym sensie swoją wewnętrzną logikę (o ile o logice można tu w ogóle mówić). Polecam zacząć od NSRP czyli Narodowych Strategicznych Ram Odniesienia. Centralne planowanie w pełnej krasie. http://pl.wikipedia.org/wiki/Narodowe_Strategiczne_Ramy_Odniesienia
    Poza tym każdy program ma tak zwaną pomoc techniczną, jest to około 3%. Całe te pieniądze idą na biurokrację i propagandę.
    Odpowiadając na pytanie gdzie giną pieniądze? Poza opisanymi w tekście przykładami „grzechów zaniedbania” i nie tylko, wydaje mi się, że głównym źródłem wszelkiego marnotrawstwa jest Prawo Zamówień Publicznych. To też temat na szerszą wypowiedź. Poza tym sądzę (i to staram się udowodnić w tekście), że nadrzędnym problemem jest sama filozofia interwencji publicznej i centralnego planowania. Rząd powinien budować drogi i basta. Reszta to sprawa obywateli, organizacji i przedsiębiorstw. To co najbardziej niepokojące, to powolne „wdzieranie się” administracji (także poprzez projekty) we wszelkie obszary społecznej i gospodarczej aktywności, czyli budowanie socjalizmu.Odpowiadając na pytanie gdzie giną pieniądze? Poza opisanymi w tekście przykładami „grzechów zaniedbania” i nie tylko, wydaje mi się, że głównym źródłem wszelkiego marnotrawstwa jest Prawo Zamówień Publicznych. To też temat na szerszą wypowiedź. Poza tym sądzę (i to staram się udowodnić w tekście), że nadrzędnym problemem jest sama filozofia interwencji publicznej i centralnego planowania. Rząd powinien budować drogi i basta. Reszta to sprawa obywateli, organizacji i przedsiębiorstw. To co najbardziej niepokojące, to powolne „wdzieranie się” administracji (także poprzez projekty) we wszelkie obszary społecznej i gospodarczej aktywności, czyli budowanie socjalizmu.

  4. elemental napisał(a):

    Adam Kalicki
    Akurat składam oferty do przetargów w firmie budowlanej. Nie wiem jak jest z drogami ale przy obiektach kubaturowych rzadko spotykam się aby fakturowanie było inne niż w okresach miesięcznych, tak więc nie trzeba kredytować inwestycji.
    Co by nie mówić teraz i tak jest o niebo lepiej niż przed zmianą ustawy w 2004. Jako zwolennik leseferyzmu wiem, że moja praca tak naprawdę nie jest potrzebna i wiem ile mój szef by zaoszczędził (np. na mnie) gdyby nie ten cały państwowy syf.

  5. Adam Kalicki napisał(a):

    To co napisałem jest na pewnym poziomie ogólności. Inaczej się nie da. Wszystko zależy od tego jak jest napisany projekt, z którego jest programu i co jest w umowie między beneficjentem a wykonawcą. Oznacza to, że znaczną część ewentualnych kredytowych obciążeń (kredyt na inwestycję jest wystarczająco długi) bierze właśnie beneficjent. Musimy jednak pamiętać, że są inwestycje, w których zamawiający chce jedną fakturę na koniec realizacji projektu, bo tak ma ułożony harmonogram, że rozlicza się jednym wnioskiem o płatność.
    Można sobie wyobrazić także sytuację, gdy całość odbywa się bez żadnych kredytów, bo zarówno beneficjent jak i wykonawca posiadają stosowny potencjał finansowy. Od tego jest w końcu wyobraźnia, aby sobie wyobrażać. 🙂

  6. Marko napisał(a):

    Artykul po raz kolejny pokazal, ze cala konstrukcja oparta jest na prostym systemie oszustwa: damy wam (my lichwiarze..) nic nie warty papier zwany pieniadzem, wy zbudujecie nam cos trwalego, prawdziwego i cennego, za to oddacie najpierw „pozyczke” z narzutem, a potem albo przejmiemy to co zbudowaliscie albo bedziemy tym zarzadzac a wy dalej bedziecie nam za to placic (autostrady..). Dziwne, ze niewielu potrafi zobaczyc tak prosty mechanizm hosztaplerski obecne niemal wszechobecny nie tylko w Polsce.

  7. max napisał(a):

    lewaki to głupki i nieroby !!

  8. Grześ napisał(a):

    @Marko nareszcie coś do RZECZY w Twoim komentarzu.

  9. pawel napisał(a):

    Chciałbym zauważyć, że artykuł powstał i był opublikowany w 2011 roku. Od tamtego czasu sporo unijnych funduszy przepultano w III RP. Może ktoś z Czytelników ma jakieś doświadczenia, jak wydaje się te fundusze, czy rzeczywiście służą one wzrostowi innowacyjności, czy przyspieszają postęp technologiczny, rozwój cywilizacyjny, czy zwiększają dobrobyt Polaków oraz konkurencyjność naszej gospodarki? Proszę nie traktować tych pytań jako retorycznych ale rzeczywiście zachęcających o dyskusji i dzielenia się doświadczeniami. Może gdzieś i komuś dzięki funduszom unijnym się poprawiło?

    Pozdrawiam
    redaktor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *