Michalkiewicz kontra Płużański – w sprawie reparacji wojennych

W sprawie reparacji wojennych niektórym endorfiny za bardzo uderzyły do głowy - stwierdził St. Michalkiewicz podczas spotkania w Bełchatowie w dniu 23 września br. Czytaj więcej »

 

Żeby nie było niczego, czyli o zakazie handlu w niedzielę

Pojawił się kolejny wspaniały pomysł – wolna niedziela. W sumie to logiczne – „niedziela” to dzień „nie pracowania” (od ros. не делать), więc w czym problem? W tym, że zostanie nam jeszcze pracujący poniedziałek, pracujący wtorek, zarobiona środa, urobiony czwartek, utrudzony piątek i… Jest! wreszcie wolna sobota.



A zatem dlaczego tak skromnie, towarzyszki posłanki i towarzysze posłowie? Czemu ten nasz biedny uciśniony naród ma mieć tylko wolną niedzielę? Przecież moglibyśmy mieć wolny każdy dzień.

Argument, którym posługują się pomysłodawcy tej recepty na dorżnięcie polskiej gospodarki, wydaje się do bólu logiczny i nie do przebicia – ludzie mają ograniczoną ilość forsy, a więc jeden dzień zakupów mniej nie zmniejszy obrotów sklepów. Pójdźmy tropem tego genialnego odkrycia.

Zakaz pracy w niedzielę absolutnie nie może ograniczać się do handlu. Złośliwi ludzie mogliby wówczas pójść do kina, do restauracji, na jakiś koncert albo wręcz do burdelu. Nie da się ukryć, że pracownicy tych placówek też chcieliby odpocząć i spędzić czas z rodziną. Albo z alfonsem na spacerze w parku, jeśli chodzi o pracownice ostatniej wymienionej placówki. Tak czy owak człowiek to człowiek – w czym lepsza jest kasjerka w supermarkecie czy ekspedientka w obuwniczym od kelnera w knajpie czy kasjerki w kinie? Idąc tym tropem, nie możemy zapomnieć o lekarzach na dyżurze, policjantach, strażakach, pracownikach elektrowni itp. I jeszcze o tych  „gupkach” z telewizora! Też ich wywalić – przynajmniej będzie można w spokoju zjeść obiad. Zatem zakaz pracy w niedzielę nie powinien ograniczać się tylko do handlu.

Druga sprawa – zakaz pracy w niedzielę nie powinien ograniczać się do niedzieli. Przecież to logiczne – jeden dzień z rodziną to zdecydowanie za mało. Nawet się człowiek porządnie w sobotę nie nawali, bo nie zdąży wytrzeźwieć przed pójściem do kościoła. A po pijaku nie wypada. A potem dla odmiany człowiek nie zdąży ostygnąć przed poniedziałkową robotą. Dwa dni wolnego to byłoby coś! Tylko trzeba będzie pomyśleć nad logistyką, bo w sobotę i niedzielę ani autobusu, ani taksówki, człowiek nie uświadczy. Mniejsza o to – grunt, że będzie można będzie spokojnie urżnąć się już w piątek, rzucić pawiem w niedzielę, aby w poniedziałek rano jak skowronek stawić się w robocie.

W tej sytuacji postulat wolnego piątku i poniedziałku narzuca się sam i w zasadzie nie wymaga uzasadnienia.

Towarzysz przewodniczący „Solidarności” czy innego OPZZu uważa, że wolna niedziela to świetne rozwiązanie. Gdyby przeczytał tego posta, pewnie wiedziałby, w jak strasznym żyje błędzie, nie wiedząc, że wolna niedziela to prawie nic, byle co, ochłap zaledwie, który spasiony burżuj rzuca pogardliwie robotnikowi pod nogi. Towarzyszu przewodniczący, niech się Pan nie ogranicza do wolnej niedzieli! Zwłaszcza że praca to dla Pana egzotyczne pojęcie – tak samo zresztą jak dla każdego działacza związkowego. Niech Pan przebije reakcjonistów z Sejmu – wolny piątek, sobota, niedziela i poniedziałek!

Zdaniem autorów pomysłu wolna niedziela nie odbije się negatywnie na zatrudnieniu. Bowiem jeśli mam sklep, w którym handluję cały tydzień od rana do wieczora, to jeśli każą mi go zamknąć w niedzielę, to co prawda będę miał jeden dzień handlowy mniej, ale ludzie podobno w pozostałe sześć dni zostawią u mnie te same pieniądze. Pewnie tak. Tylko w takim razie po co mi ta sama ilość pracowników? Jeśli starcza ich do pracy przez siedem dni w tygodniu, to na sześć dni będzie ich za dużo. Przecież nie zatrudniam ludzi dlatego że mam dobre serce. Jestem krwiożerczym kapitalistą, który żyje z wyzysku klasy robotniczej. Jeden dzień pracy mniej to jeden dzień mniej wyzyskiwania. Gdzie tu zatem radość ciemiężenia klasy robotniczej, kiedy jeden dzień odpada?

Moralni bankruci spod znaku wolnego rynku mogliby przy tej okazji sięgnąć do argumentów, że duży sklep to nie tylko pracownicy, ale też dostawcy, transport, logistyka, handlowcy itd., ale to są wszystko argumenty oparte o logikę, a więc całkowicie bezbronne w zderzeniu z jedynie słusznym ustrojem sprawiedliwości społecznej. Zresztą, argumenty te i tak nie trafiłyby do wyznawców socjalizmu, bo prawdziwy marksista nigdy nie ma wątpliwości. Co najwyżej strzela do przeciwnika.

Parę lat temu był w wyborach taki cokolwiek egzotyczny kandydat – nazywał się bodajże Kononowicz. Osobnik dość oryginalny i nietuzinkowy, ale hasło miał udane – „żeby nie było niczego”. I tak się teraz zastanawiam – to był prorok czy coś mnie ominęło i facet jednak wygrał te wybory?

„Żeby nie było niczego”. I nie będzie. A bilet do Kanady już od 2500 złotych (z przesiadką w Nowym Jorku). Bilet w jedną stronę, oczywiście.

Paweł Budrewicz

Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl


6 Responses to Żeby nie było niczego, czyli o zakazie handlu w niedzielę

  1. Grzegorz napisał(a):

    Argument o tym, że przy 6 dniach pracy jest mniejsze zapotrzebowanie na pracowników jest dobry.

    Ale poza tym, to przepraszam, niech pan przeczyta drugi warunek indukcji matematycznej lub artykuł „Manowce futurologii” Krzysztofa Dzierżawskiego. Przesada w tym tekście jest … zbyt duża 😉

  2. Marko napisał(a):

    Panie Budrewicz schodzisz pan na psy. To chyba najgorszy BONK jak pan puscil do tej pory na lamach Pana Redaktora. Poprzednie tez byly mocne, ale ten jest wyjatkowy smierdzacy…

  3. Paweł Budrewicz napisał(a):

    Nie wydaje mi się, aby ten tekst był przesadzony. Skoro – jak twierdzi strona lewicowo-związkowa – rezygnacja z jednego dnia pracy nie będzie miała żadnego wpływu ani na rynek w ogólności, ani na rynek pracy, to by znaczyło, że niepracowanie jest co najmniej obojętne dla gospodarki. To ile możemy nie pracować, zanim dojdziemy do wartości granicznej? Dwa dni w tygodniu, trzy? Może cztery? Im gorzej, tym lepiej – tak wygląda „logika” towarzyszy związkowców.

  4. Marko napisał(a):

    Panie Budrewicz panskie popisy „logiczne” to gospodarcze smieci. O gospodarce masz pan tyle pojecia co swinia o gwiazdach – widzi, ale nie rozumie… Poza oratorskimi popisami nic pan tutaj nie wnosisz. Jak pan jestes taki fachowiec to niech pan obali moja teze: Tylko nieplacenie podatkow moze doprowadzic do rozkwitu panstwa (gospodarczego)… Pokaz pan swoja (prawdziwa wiedze)!

  5. Marko napisał(a):

    Poza tym towarzyszu Budrewitz, zwolenniku tezy „pracowac do zaje…”, sterowanie gospodarka oznacza jak najmniej pracy a jak najwieksza wydajnosc. Wychodzac z tego drugiego zalozenia, pracowac mozna 2-3 razy w tygodniu i to po 3-4 godziny, bowiem wysoka wydajnosc jest gwarantem utrzymania wysokiej podazy i jakosci oraz wysokiej konsumpcji. Po kiego grzyba zasuwac np. w fabryce fiata czy opla przez okragly miesiac po 10 h dziennie na 3 zmiany skoro 80 % samochodow z tej produkcji trafia na przyfabryczny parking a nie do odbiorcow, bo nie ma na nie takiego poptyu?

  6. Marko napisał(a):

    Pan Budrewicz sie nie pokazuje. Nie ma pan nic do zaoferowania na powyzsze pomysly?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *