Media, czyli o oddzielaniu ziarna od plew

Oddziaływanie ideologiczne i propagandowe przynosi znacznie lepsze i trwalsze rezultaty, bez konieczności utrzymywania licznych sił policyjnych Czytaj więcej »

 

Życie codzienne Wydawnictwa „Kurs” St. Michalkiewicza i M. Miszalskiego – funkcjonowanie prywatnej firmy w warunkach nielegalności i konspiracji

 Niezależna działalność wydawnicza w PRL uchodzi za jedyny w swoim rodzaju fenomen, nie spotykany na podobną skalę w żadnym z państw byłego bloku sowieckiego.

Pierwsze ważniejsze niezależne przedsięwzięcia będące próbą przełamywania monopolu informacyjnego państwa zaczęły pojawiać się w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, jednak okres największego ich rozkwitu przypadł na czas stanu wojennego, to jest po 13 grudnia 1981 r. Intensywny rozwój nielegalnej działalności wydawniczej w tym wyjątkowo represyjnym okresie to - jak można sądzić - między innymi konsekwencja szesnastu miesięcy wolności, sprzyjających samoognizacji społeczeństwa oraz tworzeniu i poszerzaniu technicznych możliwości zaistnienia niezależnego obiegu informacyjnego, jak również oznaka postępującego rozkładu systemu komunistycznego.

W niniejszym artykule odwołuję się do przykładu jednego z drugoobiegowych wydawnictw - istniejącego i działającego w latach 1983-1991 Wydawnictwa "Kurs".

 Założycielami Wydawnictwa "Kurs" były dwie osoby: Stanisław Michalkiewicz z Warszawy oraz Marian Miszalski z Łodzi. W ciągu ośmiu lat istnienia wydawnictwo opublikowało na podziemnym rynku czterdzieści numerów Niezależnego Miesięcznika Literackiego "Kurs" oraz dwadzieścia sześć tytułów książkowych, o objętości od kilkudziesięciu do kilkuset stron. Przez cały czas kierowane ono było przez wspomniane dwie osoby. One również redagowały 62-stronicowy miesięcznik, korzystając ze wsparcia niewielkiej grupy publicystów oraz współpracowników.

Wydawnictwo "Kurs", plasujące się w szeregu inicjatyw radykalnie antykomunistycznych, jako jedno z nielicznych wówczas lansowało poglądy konserwatywno-liberalne. Wydawcy, sami określający swoją inicjatywę jako prawicową, podjęli się zadania popularyzacji idei wolnego rynku w gospodarce oraz konserwatyzmu społecznego.

Jeśli chodzi o zagadnienie pierwsze, to obydwu redaktorom przyświecała wizja Polski kapitalistycznej, w której cała gospodarka znajduje się w rękach prywatnych właścicieli i w której przestrzegane są najbardziej elementarne prawa jednostki. Uważali oni, że nie ma i nie może być demokracji bez respektowania własności prywatnej .

 Natomiast jeśli chodzi o pojęcie konserwatyzmu, to rozumiane ono było przez twórców Wydawnictwa "Kurs" jako przeciwieństwo pojęcia "postęp", w takim znaczeniu, w jakim rozumieli je socjaliści. Pojęcie konserwatyzmu odnosiło się zarówno do poszczególnych jednostek, jak i do grup społecznych, instytucji oraz państwa. Wiązał się z nim pogląd, że skoro człowiek jest istotą ułomną, a jego natura nie jest doskonała, to nie istnieje również doskonały system społeczny. Według tej koncepcji należy raczej troszczyć się o to, aby ograniczyć do minimum uzależnienie człowieka od innych, a zwłaszcza od państwa, niż budować wymarzony ład społeczny, opierający się - zgodnie z myślą socjalistyczną - na potędze państwa. Ograniczeniu tej zależności służyć miałaby autonomiczność jednostek i grup społecznych, kształtujących samodzielnie i dobrowolnie swoje życie i opierających się na starych, sprawdzonych instytucjach. Ponadto twórcy Wydawnictwa "Kurs" uznawali za fundamentalne etos chrześcijański i wartości cywilizacji europejskiej.

Redaktorzy Wydawnictwa "Kurs" - oprócz wspomnianego wcześniej miesięcznika, popularyzującego poglądy takich myślicieli jak Friedrich von Hayek, Raymond Aron czy Milton Friedman - wydali wiele książek zawierających treści konserwatywno-liberalne. Do najważniejszych i zarazem najpopularniejszych pozycji w kilkuletniej działalności wydawnictwa należą książki Guy Sormana, a wśród nich Rewolucja konserwatywna w Ameryce, Państwo - minimum, Nowe bogactwo narodów i Wyjść z socjalizmu.

Wydano ponadto Wolny wybór Miltona Friedmana i Intelektualną historię liberalizmu Pierre'a Manenta, a wśród książek z poza tego obszaru znalazły się Nie trzeba głośno mówić Józefa Mackiewicza, 100 zabobonów Józefa Marii Bocheńskiego, Foksal '81 Dariusza Fikusa i Droga do Ostrej Bramy Jana Erdmana.

Przytoczone wyżej tytuły świadczą o tym, iż publikacje Wydawnictwa "Kurs" skierowane były do szerokiego grona czytelników, a nie tylko do jakiejś jednej grupy czy środowiska. W warunkach konspiracji rzeczywisty zasięg nie był zresztą łatwy do sprawdzenia. Mimo że spora część nakładu miesięcznika i książek wydawnictwa kolportowana była w Łodzi, w środowisku akademickim, w kolekcji wydanych przez "Kurs" pozycji znalazły się także powieść dla dzieci Bohaterski miś Bronisławy Ostrowskiej oraz komiks 500 pierwszych dni "Solidarności". Świadczyło to o otwartości wydawnictwa.

Wydawnictwo "Kurs" było - co należy tu zaznaczyć - inicjatywą w pełni prywatną. Podobnie jak Oficyna Liberałów była prywatną własnością Janusza Korwina-Mikke, tak Wydawnictwo "Kurs" było własnością Stanisława Michalkiewicza i Mariana Miszalskiego. Zyski, jakie wpływały ze sprzedaży wydawanych publikacji, przeznaczano na nowe pozycje, a także na pensje dla drukarzy kolporterów i maszynistek oraz na honoraria dla publicystów, autorów książek i tłumaczy. Wydawnictwo było także jedynym źródłem utrzymania dla jego właścicieli.

W historii wydawnictwa dwukrotnie tylko zdarzyło się, że otrzymało ono wsparcie finansowe z zewnątrz: pierwszy raz od Jerzego Giedroycia z Paryża, w 1983 r., gdy brakowało funduszy na wydanie pierwszego numeru miesięcznika "Kurs", drugi raz w 1987 r. od Czesława Bieleckiego, członka Społecznej Rady Wydawnictw Niezależnych.

Przyjęcie przez redaktorów "Kursu" formuły wydawnictwa prywatnego świadczyć miało - według jego właścicieli - o możliwości urzeczywistnienia głoszonych przez nich idei. "Kurs" na niezmienionych zasadach przetrwał aż do 1991 r.

Abstrahując jednak od politycznego oblicza wydawnictwa i od zasad jego funkcjonowania stwierdzić należy, iż pod pewnymi względami sytuacja jego była podobna do położenia szeregu innych działających w tym czasie podziemnych wydawnictw. Prawno-ustrojowy kontekst funkcjonowania niezależnego ruchu wydawniczego w PRL sprawiał, że działalność drugobiegowych wydawnictw była nielegalna. Nie wystarczyło zatem mieć pieniądze, wydrukować czasopismo czy książkę i rozpowszechnić je. Najpierw należało stworzyć możliwości pominięcia państwowych organów kontroli prawnej, do których należała niewątpliwie cenzura prewencyjna.

Obszar, na który chciałbym tutaj zwrócić uwagę, określić można najprościej jako "życie codzienne" podziemnego wydawnictwa. Mam tu na myśli głównie takie zagadnienia jak: organizacja pracy redakcyjnej, baza lokalowa, zdobywanie papieru i dostęp do urządzeń drukarskich, środki finansowe na działalność, tworzenie kanałów kolportażowych, a także pewne normy postępowania oraz zwyczaje obowiązujące w nielegalnej działalności wydawniczej.

Wprowadzenie w świat konspiracyjnej codzienności to ukazanie jednego ze sposobów oddolnego kreowania rzeczywistości, to jednocześnie próba zrozumienia pewnych ludzkich zachowań w warunkach rzeczywistości zdominowanej przez represyjny system prawno-ustrojowy, to wreszcie przybliżenie jednej z form obrony przed tym systemem.

Organizacja pracy redakcyjnej i baza lokalowa

Gdy rozważa się sposób funkcjonowania podziemnego wydawnictwa, wówczas trudno jest mówić o strukturze typowej dla normalnie działających redakcji. Wiele określeń, takich jak: redaktor naczelny, zastępca, sekretarz redakcji czy też zespół redakcyjny, nie ma tu pełnego odzwierciedlenia, choć pewne analogie są dostrzegalne, a wynikają one ze specyfiki toku pracy.

Wpływ na merytoryczno-ideowy kształt drukowanych przez Wydawnictwo "Kurs" publikacji miały tylko dwie - wcześniej wspomniane przeze mnie - osoby. Punkt, do którego spływała większość materiałów zamawianych u współpracujących z wydawnictwem publicystów, mieścił się w Łodzi, w prywatnym mieszkaniu, spełniającym funkcję pomieszczenia redakcyjnego. Tam materiały te podlegały wstępnej selekcji oraz redakcyjnemu opracowaniu, a następnie przepisywane były na maszynie. Najczęściej czynności te wykonywał jeden człowiek, lecz gdy było to niezbędne, dobierał on sobie współpracowników w zależności od potrzeb, na przykład tłumaczy i maszynistki .

Jednym z podstawowych należących do niego obowiązków było przygotowanie makiety mającej iść do druku publikacji. Kolejna faza powstawania publikacji - zanim przygotowana w maszynopisie makieta trafiała do drukarni - odbywała się już w innym mieszkaniu, również spełniającym funkcję pomieszczenia redakcyjnego. Osoba odpowiedzialna za zredagowanie publikacji oraz przygotowanie makiety po wykonaniu tych czynności przekazywała ją redaktorowi odpowiedzialnemu za dalszy jej los, między innymi za dostarczenie jej do drukarni. Punkt redakcyjny, w którym realizowany był pierwszy etap powstawania publikacji, znajdował się - jak wcześniej już wspomniałem - w prywatnym mieszkaniu w Łodzi, natomiast mieszkanie, do którego następnie docierała makieta, znajdowało się w Warszawie. Dodatkowym utrudnieniem w takiej sytuacji była więc konieczność przetransportowania makiety z miasta do miasta.

Pochłaniające wiele czasu redagowanie makiety oraz terytorialne rozproszenie punktów redakcyjnych narzucały taki a nie inny podział pracy w Wydawnictwie "Kurs". Poza tym podział ten sprzyjał zachowaniu elementarnych wymogów bezpieczeństwa, do których zaliczyć można chociażby ograniczenie wzajemnych kontaktów między redaktorami do niezbędnego minimum.

Redaktor wydawnictwa nieobecny przy układaniu makiety, do którego docierała ona po pewnym czasie, posiadał ostateczny wpływ na jej kształt, mając możliwość korygowania wcześniejszych postanowień swojego redakcyjnego kolegi. Zdarzało się niekiedy że dokonywał on pewnych zmian, eliminując niektóre teksty i zastępując je nowymi. Ewentualne zmiany nie wynikały jednak z różnic ideowych między nim a współredaktorem, podyktowane były jedynie względami merytorycznymi i miały na celu podniesienie poziomu kierowanej do druku publikacji.

Na podstawie powyższego opisu stwierdzić można, iż pewne kategorie funkcji występujących w legalnych wydawnictwach, dają się w przybliżeniu zastosować do wydawnictwa podziemnego. Redaktor, który odpowiadał za pierwszy etap produkcji danej publikacji, pełnił w nim funkcję zbliżoną do tej, jaką w oficjalnych redakcjach pełnią ich sekretarze, natomiast ten, który decydował o ostatecznym kształcie publikacji, był - w przybliżeniu - redaktorem naczelnym.

Relacje pomiędzy redaktorami podziemnego Wydawnictwa "Kurs" nie były sformalizowane, a układ wytworzony w obrębie zespołu charakteryzował się ścisłą współpracą, pozbawioną rywalizacji. Tylko w ten sposób nielegalnie działające wydawnictwo realizować mogło postawione sobie wcześniej cele.

Niezwykle ważne z punktu widzenia strategii działania wydawnictwa było pomieszczenie służące jako magazyn. Mieściło się ono, podobnie jak punkty redakcyjne, w prywatnym mieszkaniu. Mieszkanie to znajdowało się w Warszawie i należało do osoby blisko współpracującej z wydawnictwem. Był to lokal niezamieszkiwany na co dzień i odwiedzany tylko wówczas, gdy zachodziła taka potrzeba. Potrzebę tę wyznaczał moment zakończenia druku danych publikacji oraz konieczność przetransportowania całych nakładów właśnie do magazynu. Tam odbywał się ostatni, przed przekazaniem do kolportażu, etap ich estetycznego wykończenia.

Mieszkanie przeznaczone na magazyn Wydawnictwa "Kurs" wyposażone było w duży stół, na którym publikacje składano, cięto i zszywano. W pomieszczeniu znajdować się więc musiały przyrządy do zszywania oraz gilotyna. Wówczas gdy cięcie obejmowało grubsze pozycje książkowe, potrzebna była duża gilotyna, wykonywana często samodzielnie przez wydawców z samochodowego resoru.

W pomieszczeniach, w których publikacje były cięte, składane i zszywane, jednorazowo znajdowało się niekiedy kilka tysięcy książek i czasopism, które rozdzielano do kolportażu. Zarówno wnoszenie do mieszkania paczek przywiezionych z drukarni, jak i wynoszenie gotowych już produktów do kolportażu nastręczało wiele kłopotów. W związku z tym, że magazyn wydawnictwa usytuowany był w jednym z mieszkań znajdujących się w większej kamienicy, problem stanowiło skuteczne zakonspirowanie prowadzonej działalności przed osobami postronnymi. Sąsiedzi, którzy przypadkowo mogli być świadkami wnoszenia i wynoszenia paczek, niekoniecznie musieli się orientować, że chodzi tu o nielegalną działalność wydawniczą. Czynności te równie dobrze kojarzyć im się mogły na przykład z działalnością spekulacyjną. Niezależnie jednak od tego na wydawcach spoczywał obowiązek zachowania szczególnej ostrożności.

Wszelkie zabiegi zmierzające do estetycznego wykończenia publikacji, jeśli wykonywane w warunkach legalności, odbywają się zwykle w drukarniach. Z nich następnie publikacje przewożone są do lokali wydawnictw i rozdzielane do kolportażu. W typowych, legalnie funkcjonujących wydawnictwach istnieją duże, dobrze zorganizowane magazyny, w których pracują wyznaczone do ich obsługi ekipy ludzi. W normalnej redakcji nie zdarza się, aby jej sekretarz czy redaktor naczelny zajmował się cięciem, zszywaniem itp. Natomiast w podziemnym wydawnictwie - takim jak "Kurs" - było to codziennością. Względy bezpieczeństwa i konspiracyjne uwarunkowania nie pozwalały na wykonywanie tych czynności w profesjonalnie wyposażonej drukarni, nie sprzyjały ponadto rozpraszaniu związanych z nimi zadań na większą grupę ludzi. W związku z tym, to czym w legalnych redakcjach zajmuje się zazwyczaj odrębny sztab ludzi, tutaj wykonywane było przez samych redaktorów wydawnictwa i ewentualnie współpracownika, do którego należało przeznaczone na magazyn mieszkanie.

Dostęp do urządzeń drukarskich i zdobywanie papieru

Gdy jeden z redaktorów Wydawnictwa "Kurs" dostarczał swojemu współpracownikowi makietę przygotowanej do druku publikacji, ten dokonywał niezbędnych korekt, a następnie organizował kolejny etap produkcji, za który był odpowiedzialny: wykonanie blach kserograficznych dostarczenie ich wraz z makietą do drukarni.

Ponieważ redaktor wydawnictwa, na którym spoczywał obowiązek ułożenia i dostarczenia na czas makiety, nie był obciążony takim zadaniem jak kontakt z drukarniami, jego styczność z makietą urywała się na tym etapie produkcji. Wracał on do Łodzi, do swojego mieszkania i przystępował do przygotowywania kolejnej publikacji, bądź - w zależności od rozmiarów przedsięwzięcia - odczekiwał kilka dni w mieszkaniu swojego współpracownika w Warszawie, organizującego w tym czasie druk, a następnie włączał się w ostatnią fazę procesu produkcji książki czy czasopisma.

Nielegalnie funkcjonujące wydawnictwa zmuszone były do szukania również nielegalnych sposobów drukowania redagowanych przez siebie publikacji. Przemycane z Zachodu offsetowe maszyny drukarskie umożliwiały druk w warunkach domowych. Ze względu jednak na pewne procesy technologiczne, nieodłącznie związane z pracą maszyny drukarskiej, a trudne do ukrycia, takie jak duży pobór mocy czy opary farby drukarskiej, wydawnictwa drukujące swoje publikacje techniką offsetową w większości korzystały z nielegalnych usług drukarni państwowych. Wymagało to nawiązania kontaktu z drukarzami. W przypadku Wydawnictwa "Kurs" byli to drukarze należący do podziemnej "Solidarności", za świadczone usługi otrzymujący od wydawców finansowe wynagrodzenie.

Operację drukowania podziemnych publikacji w państwowych drukarniach określano - w żargonie konspiracyjnym - jako drukowanie "na dojściu". Towarzyszące jej ryzyko było tym większe, im bardziej długoterminowa i regularna miała być współpraca. Wysokość płaconego drukarzom wynagrodzenia wydawcy ustalali z nimi bezpośrednio.

Uprzednio, z przygotowanych w maszynopisie publikacji wykonywano - również "na dojściu" - blachy kserograficzne, które wraz z makietą przemycane były do drukarni w umówionym z drukarzami terminie. Aby przedsięwzięcie mogło się powieść, konieczny był samochód. Wydawnictwo "Kurs" początkowo korzystało z samochodu pożyczanego, jednak po pewnym czasie dysponowało już własnym. Nim wjeżdżano na teren drukarni.

Zdarzało się, że osoby, na których spoczywał obowiązek dostania się na teren drukarni, wyposażone były w fałszywe faktury, mające pozorować legalność całego przedsięwzięcia. Były to najczęściej fikcyjne zlecenia na druk i na wywóz publikacji z drukarni. Na ogół jednak nie musiano czynić z nich użytku, gdyż portierzy widząc, że osoby wjeżdżające na teren drukarni trzymają w ręku jakąś kartkę, wpuszczali je bez kontroli. W niektórych drukarniach zdarzało się nawet, iż w ogóle nie było portierów.

W trakcie realizacji tego etapu produkcji podziemnych publikacji, któremu - jak w przypadku wydawnictwa "Kurs" - towarzyszyło szczególnie wiele emocji, należało postępować ostrożnie i jednocześnie mimo całego ryzyka zachowywać się jak najbardziej naturalnie. Operację tę przeprowadzano w taki sposób, aby jak najmniej zwracać na siebie uwagę. W ciągu dnia odważnie podjeżdżano do drukarni, przy pomocy fabrycznego wózka dokonywano załadunku czekających już, świeżo wydrukowanych publikacji, a następnie - równie odważnie - opuszczano teren drukarni. Wywóz gotowego nakładu uchodził wśród wydawców "Kursu" za moment najtrudniejszy i najbardziej emocjonujący. Odnosiło się to w mniejszym stopniu do kilkudziesięciostronicowego czasopisma, lecz przede wszystkim do obszernych, kilkusetstronicowych książek, gdyż niekiedy oznaczało wywożenie z drukarni niemal tony papieru.

Wiele zakładów graficznych w tamtym czasie znajdowało się pod stałą obserwacją funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. W tych natomiast, w których inwigilacji takiej nie prowadzono, SB dokonywała rutynowych kontroli. Jeżeli w którejś z nich drukowano akurat coś dla podziemia, to od refleksu drukarzy zależało, czy zdołano to ukryć na czas. W historii Wydawnictwa "Kurs" raz tylko zdarzyło się, że w trakcie drukowania jednego z numerów niezależnego miesięcznika do drukarni weszła kontrola SB. Drukarze zdążyli wprawdzie ukryć cały nakład pisma, jednak czynnik strachu spowodował, że nigdy nie wywieziono go z drukarni i prawdopodobnie został zniszczony. Udało się przemycić na zewnątrz jedynie blachy kserograficzne i dzięki temu pechowy numer miesięcznika wydrukowano w innej drukarni.

Czas druku kilkudziesięciostronicowego miesięcznika "Kurs" techniką offsetową trwał - od momentu dostarczenia do drukarni blach - około dwóch-trzech dni, natomiast obszerniejsze pozycje książkowe odbierane były zwykle po około tygodniu.

Konspiracyjna rzeczywistość, w jakiej funkcjonowało nielegalne wydawnictwo, wymuszała konieczność wypracowania również nielegalnych sposobów zdobywania papieru. Papier ten czerpano z państwowych zakładów graficznych. Drukarze w sposób nielegalny zawłaszczali taką jego ilość, która starczyć miała na nakłady, jakich życzyli sobie wydawcy. Ponadto istniał także czarny rynek papieru, jednak nie posiadam wystarczających informacji, by móc opisać sposób jego funkcjonowania. Przypuszczać jednak można, że w wyniku trudności będących następstwem zakupienia papieru na czarnym rynku, wiążących się z koniecznością samodzielnego dostarczania go do drukarni, także inne podziemne wydawnictwa korzystające z usług drukarni państwowych wybierały tę możliwość zdobycia papieru, która trudności takich nie sprawiała.

Mniej więcej od połowy lat osiemdziesiątych rozwój niezależnego ruchu wydawniczego zaczął przybierać na sile. Obok istniejących dotychczas wydawnictw, w tym prywatnych, samofinansujących się, takich jak "Kurs", zaczęto podejmować wiele nowych przedsięwzięć, funkcjonujących często dzięki dotacjom z zewnątrz. W przydzielaniu takich dotacji specjalizowała się na przykład Społeczna Rada Wydawnictw Niezależnych, określająca kryteria finansowania oraz udzielająca funduszy na powstawanie nowych wydawnictw.

Sytuacja, jaka się wytworzyła, spowodowała - zdaniem redaktorów "Kursu" - pewną zmianę obyczajów panujących na rynku papieru, co odbiło się chociażby na wysokości pensji płaconych drukarzom. Nastąpiła instrumentalizacja stosunków na linii wydawca - drukarz. Gdy drukarze zorientowali się, że za te same usługi mogą zarobić więcej pieniędzy, wówczas podnosili ceny, czemu tylko wydawnictwa zamożniejsze, często dotowane, były w stanie sprostać. Taki stan rzeczy odbijał się niekorzystnie na kondycji wydawnictw niekoniecznie mniejszych czy drukujących mniej wartościowe pozycje, ale - tak jak "Kurs" - samofinansujących się i nie mogących pod względem materialnym dorównać tamtym wydawnictwom. Skutkiem tego było najczęściej ograniczanie planów wydawniczych, a w najgorszym wypadku zawieszenie działalności .

Środki finansowe i kolportaż

Posiadanie nawet dużych zasobów finansowych nie było równoznaczne z rozpoczęciem działalności wydawniczej, o ile wcześniej nie zdołano stworzyć niezbędnego zaplecza organizacyjno-technicznego, takiego jak baza lokalowa, możliwości druku czy kanały kolportażowe. Dopiero po spełnieniu tych warunków można było uruchomić zgromadzone środki finansowe i zainwestować w wydanie danej publikacji.

Pieniądze na rozkręcenie podziemnej działalności wydawniczej zdobywano w różny sposób. Często były to oszczędności własne, dotacje płynące z Zachodu, dobrowolne wpłaty od osób życzliwych bądź też - jak wcześniej wspomniałem - dotacje Społecznej Rady Wydawnictw Niezależnych. Przykładem dużej determinacji w uzyskiwaniu funduszy na działalność jest sytuacja, jaka miała miejsce w Wydawnictwie "Kurs" w 1983 r., jeszcze przed ukazaniem się pierwszego numeru miesięcznika. Gdy brakowało pieniędzy na jego wydanie, jeden z założycieli "Kursu" sprzedał swój samochód, by tym sposobem zasilić budżet tworzącego się wydawnictwa.

Finansowe wpływy Wydawnictwa "Kurs", o ile chciało ono utrzymywać w miarę regularną działalność, musiały być na tyle wysokie, aby można było inwestować w kolejne publikacje. Pieniądze pochodzące z ich sprzedaży napływały za pośrednictwem kolporterów. Niezależne wydawnictwo takie jak "Kurs", które nie otrzymywało dotacji z zewnątrz, działało na takich zasadach - niczym prywatne przedsiębiorstwo - przez cały czas swojego istnienia. Oprócz kapitału, jaki inwestowano na bieżąco w nowe przedsięwzięcia wydawnicze, wydawnictwo wytwarzało zysk, który pozwalał jego redaktorom na wypłacanie sobie regularnych pensji oraz honorariów osobom współpracującym, to jest publicystom, drukarzom, maszynistkom, tłumaczom i kolporterom.

Wydawnictwo "Kurs" zarabiało także, świadcząc różnorakie usługi wydawnicze tym, którzy posiadali środki finansowe, ale na przykład nie mieli dostępu do drukarni czy kolportażu.

Ceny wydawanych przez "Kurs" publikacji kalkulowano tak, aby zapewnić zysk. Postępująca od drugiej połowy lat osiemdziesiątych inflacja oraz zapełnienie niezależnego rynku dużą liczbą drugoobiegowych książek i tytułów prasowych powodowało, że kondycja finansowa "Kursu" zaczęła się pogarszać. Wzrost kosztów wytwarzania pociągał za sobą wzrost cen, a jednocześnie ogólne pogorszenie się sytuacji gospodarczej kraju ograniczało możliwości finansowe społeczeństwa. Wszystko to sprawiło, że drukowane w podziemiu publikacje wydawnictwa sprzedawały się dużo wolniej niż w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych .

Istotnym czynnikiem wpływającym na kondycję Wydawnictwa "Kurs" był także kolportaż. Od jego sprawności zależało bardzo wiele. Na przykład wielkość nakładów drukowanych publikacji, będąca poniekąd wyznacznikiem ich popularności oraz pozycji finansowej wydawnictwa, zależała między innymi od możliwości kolportażowych. Kolporter najlepiej wiedział, ile egzemplarzy książki czy czasopisma jest w stanie sprzedać. Gdy jakaś publikacja rozchodziła się bardzo dobrze, wówczas istniała możliwość jej dodrukowania, a jeśli nie, to w porozumieniu z wydawcami obniżano cenę lub rozdawano ją za darmo, co odbijało się zarówno na zyskach wydawnictwa, jak i na zarobku kolportera .

Trudno jest precyzyjnie opisać system kolportażu istniejący w podziemnych strukturach wydawniczych. Wśród kolporterów panowała rotacja. Na przestrzeni lat wielu wycofywało się, a na ich miejsce przychodzili nowi. Początkowo kolportażem zajmowały się konspiracyjne komórki "Solidarności", później zaś włączyli się indywidualni hurtownicy, czerpiący z tego zajęcia spore zyski, ale jednocześnie sporo ryzykujący.

Hurtownik zajmował się rozprowadzaniem publikacji wielu wydawnictw jednocześnie. Część nakładu, którą zobowiązywał się rozprowadzić, pobierał od wydawców na kredyt. Zarobek jego wynikał z procentu od liczby sprzedanych egzemplarzy, a procent ten ustalał z wydawcą. Sieć kolportażu obejmowała całą Polskę. Hurtownicy organizowali sobie pracę, dobierając zaufanych współpracowników, pomiędzy których rozdzielane były nakłady podziemnych publikacji.

Zdarzali się również tacy hurtownicy, którzy pobierając od wydawców nakłady czasopism lub książek byli w stanie płacić za nie od razu gotówką. Rozwiązanie takie było dla Wydawnictwa "Kurs" wielkim udogodnieniem, szczególnie w początkowej fazie jego rozwoju, gdy dopiero wkraczano na rynek. Ułatwiało rozruch wydawnictwa. Pieniądze przeznaczać można było na kolejne inwestycje wydawnicze, co - w przypadku czasopisma - zapewniało względną jego regularność .

Redaktorom podziemnego Wydawnictwa "Kurs" znani byli na ogół tylko hurtownicy i na nich właściwie kończyła się ich wiedza co do dalszych losów przeznaczanych do obiegu publikacji. Jednak w Łodzi obowiązek rozprowadzania drugoobiegowych druków wydawnictwa spoczywał nie tylko na "zawodowych" kolporterach, ale także na jednym z redaktorów "Kursu". W miarę możliwości organizował on kolportaż w bliskich sobie środowiskach, a pieniądze, jakie uzyskiwał ze sprzedanych egzemplarzy, stanowiły jego pensję.

W rozliczeniach z kolporterami wydawcy z "Kursu" nie prowadzili księgowości. Nie sporządzano rachunków, jedynie luźne notatki na temat wierzytelności u kolporterów. Wszelka formalizacja procedur rozrachunkowych nie była konieczna, a wręcz niewskazana z uwagi na niebezpieczeństwo. Właśnie te względy przemawiały za tym, aby zostawiać po sobie jak najmniej śladów, a ludzi, z którymi Wydawnictwo "Kurs" współpracowało, na ogół cechowała uczciwość. Raz tylko zdarzyło się, że jeden z łódzkich kolporterów pobrał część nakładu, po czym zniknął, nigdy nie rozliczając się z pieniędzy.

Struktury kolportażowe przez dłuższy okres lat osiemdziesiątych były silnie zakonspirowane, dopiero w latach 1988-1989 rozprowadzanie podziemnych druków stało się bardziej jawne, czego przejawem były organizowane na terenach wielu uczelni stoiska, na których sprzedawano drugoobiegową prasę oraz książki.

Normy postępowania i zwyczaje

Działalność konspiracyjna nielegalnego wydawnictwa niosła z sobą szczególny klimat międzyludzkich doświadczeń. Organizatorzy podziemnego życia, poruszający się po rzeczywistości prawnie zakazanej, wchodząc ze sobą w relacje, tworzyli specyficzną przestrzeń wzajemnych kontaktów, stawali się autorami niepisanych zasad, podziemnej etyki działania, twórcami konspiracyjnych zwyczajów. Odwołując się do przykładu Wydawnictwa "Kurs" niektóre z nich postaram się opisać.

Jedną z niepisanych zasad obowiązujących w pracy redakcyjnej niezależnego wydawnictwa była zasada milczenia. Oznaczało to, że w obszarze działania poszczególnych osób tworzących daną strukturę istniała sfera pewnych zachowań, o której szczegółach nawet najbliżsi współpracownicy nie informowali się wzajemnie. Zasada owa przejawiała się na przykład w tym, że redaktor odpowiedzialny za wprowadzanie ewentualnych korekt do makiety danej publikacji oraz za dostarczenie jej do drukarni niewiele wiedział na temat tego, jak jego współpracownik organizuje sobie pracę redakcyjną i jakie osoby ewentualnie mu w tym pomagają. Ten z kolei nie był poinformowany co do miejsc, w których publikacje wydawnictwa były drukowane. Była to elementarna norma obowiązująca w tej materii i niewiele miała wspólnego z brakiem wzajemnego zaufania. Jeden z redaktorów Wydawnictwa "Kurs" ujął ją następująco: wiedzą te osoby, które muszą wiedzieć, aby mogły wykonywać swoje obowiązki i nikt poza nimi wiedzieć nie musi.

Pewien zakres nieświadomości w obszarze obowiązków nie powodował wzajemnych pretensji. Działalność w wydawnictwie podziemnym, choć pod pewnymi względami podobna do toku pracy legalnej redakcji, wymagała istnienia niepisanych zasad, składających się na minimum bezpieczeństwa, do których należało się przystosować i na które trzeba się było godzić. Wola współpracy, uwzględniająca również i te zasady, musiała przewyższać wszelkie animozje, spory czy rywalizację, aby mimo trudnych warunków można było realizować cele wydawnicze.

Konspiracyjne uwarunkowania wytwarzały - w sferze międzyludzkich kontaktów - typ stosunków opartych bardziej na więzi emocjonalnej niż formalnej. Członkowie podziemnej struktury nie zmuszali się wzajemnie do uczestnictwa w niej, a aktywność ich zasadzała się przede wszystkim na wewnętrznym poczuciu obowiązku.

Dużą rolę w funkcjonowaniu podziemnego wydawnictwa odgrywało wzajemne zaufanie. Ten nierozerwalnie związany z konspiracją aspekt podziemnej działalności, rzutujący w pewnym sensie na charakter interakcji, ułatwiał pracę i przyczyniał się do zwiększenia efektywności działania. Mógł on jednak mieć także drugie, bardziej destrukcyjne oblicze. W pracy podziemnego wydawnictwa czy innej podziemnej organizacji niełatwo było zachowywać postawę krytyczną w stosunku do swojego współpracownika, a już na pewno niełatwo było okazywać ją w sposób bezpośredni. Cała nieprzewidywalność i niepewność wpleciona w realia podziemnej działalności przejawiała się na przykład w tym, że nawet bliski współpracownik, na pozór sumienny w pracy i budzący zaufanie, okazać się mógł konfidentem Służby Bezpieczeństwa. Postawa wzajemnego zaufania była więc z konieczności godzeniem się na wielką niewiadomą .

Redaktorzy podziemnego wydawnictwa, w obliczu zagrożeń płynących ze strony represyjnych organów państwa i konfidenckiej inwigilacji, zobowiązani byli do zachowania szczególnej ostrożności. W przypadku takiej formy organizacyjnej jak podziemne wydawnictwo, gdzie większa hermetyczność składów redakcyjnych hamowała napływ nowych ludzi, prawdopodobieństwo przeniknięcia konfidentów było na pewno mniejsze niż w organizacji bardziej masowej, jak na przykład "Solidarność". Margines niepewności istniał jednak zawsze. Należało się wystrzegać zarówno nadmiernego zaufania, jak i nadmiernej ostrożności. Pierwsze prowadzić mogło do łatwego przeniknięcia w szeregi podziemnych struktur agentów SB, a drugie przerodzić się mogło w manię prześladowczą czy chorobliwą nadpodejrzliwość, wprowadzającą chaos w działania struktury organizacji czy wydawnictwa. Przykładem właściwego rodzaju ostrożności może być przywołany już wcześniej epizod z działalności Wydawnictwa "Kurs", dotyczący sytuacji załadowywania i wywożenia z drukarni gotowych publikacji. Przystępujące do tych czynności osoby musiały zachowywać się - przy całym towarzyszącym temu napięciu - w sposób swobodny i jak najbardziej naturalny. Rola, jakiej się podejmowano, wymagała bezwzględnego i wyrachowanego aktorstwa. Zewnętrzna gra nie mogła obnażyć wewnętrznego napięcia. Był to wymóg, który należało spełnić, aby zapewnić względne bezpieczeństwo sobie, a tym samym całemu wydawnictwu.

Rodzaj więzi typowy dla podziemnego wydawnictwa obowiązywał nie tylko w obrębie ścisłego grona redakcyjnego, ale przenoszony był także na jego dalszych lub bliższych współpracowników. Związki z piszącymi dla wydawnictwa publicystami zasadzały się na kontaktach nieformalnych i mimo że zarówno oni, jak i drukarze czy kolporterzy za świadczone usługi pobierali honoraria, to jednak umowy, jakie zawierali z nimi wydawcy, miały charakter słowny i przypominały raczej przyjacielsko-towarzyskie zobowiązania płynące z poczucia obowiązku.

W konspiracyjnej działalności wydawniczej powszechnie stosowanym zwyczajem było utajnianie składów redakcyjnych. Także autorzy książek czy publicyści piszący dla drugoobiegowych wydawnictw używali pseudonimów. Posługiwanie się tą formą kamuflażu było zabiegiem częstym i stanowiło zwłaszcza w początkowej fazie rozwoju wydawnictwa - skuteczną ochronę przed dekonspiracją.

Redaktorzy Wydawnictwa "Kurs", którzy również zamieszczali swoje teksty na łamach wydawanych przez siebie publikacji, używali kilku pseudonimów jednocześnie . Fakt ten stanowił element ich świadomej strategii. Posługując się wieloma pseudonimami chciano sprawić wrażenie, że wydawane publikacje redagowane były przez większą grupę ludzi, bądź że dysponują oni większym zespołem publicystów. Taka próba wprowadzenia w błąd SB, mającej sądzić, że ma do czynienia z inicjatywą prowadzoną w dużym rozmachem, nie była już konieczna w momencie, gdy wokół wydawnictwa skupiła się rzeczywiście pewna grupa publicystów i współpracowników.

W obrębie Wydawnictwa "Kurs" zasłona w postaci pseudonimów zaczęła z upływem czasu opadać. Już w pierwszym roku istnienia wydawnictwa jeden z jego redaktorów podpisywać zaczął swoje artykuły prawdziwym nazwiskiem. Przyjęcie takiej formy samoprezentacji nie było jednak równoznaczne z dekonspiracją składu redakcyjnego . Nie musiało to wcale oznaczać, że podpisujący swoje artykuły prawdziwym nazwiskiem publicysta ma z wydawnictwem do czynienia coś więcej poza samym pisaniem . Zaznaczyć tu jednak należy, iż decyzji o częściowym zdekonspirowaniu się jednego z redaktorów towarzyszyło założenie, że nie może to być ten, na którego barkach spoczywała cała techniczna strona funkcjonowania wydawnictwa. Gdyby ujawnił się redaktor odpowiedzialny chociażby za kontakty z drukarniami, wówczas los wydawnictwa byłby zapewne przesądzony.

W historii istnienia Wydawnictwa "Kurs" wielu publicystów podpisywało swoje artykuły drukowane w wydawanym miesięczniku prawdziwymi nazwiskami. Fakt ten uznawany był wówczas w wielu wypadkach za pewną formę uwiarygodnienia się w oczach czytelników i akt cywilnej odwagi .

Do swoistego folkloru towarzyszącego podziemnej działalności wydawniczej należały zamieszczane na łamach publikacji wszelkiego rodzaju adnotacje, hasła, apele, instrukcje działania czy podziękowania za dobrowolne wpłaty na rzecz wydawnictw. Uznać je można za jedną z form kontaktu z czytelnikami, praktykowaną również przez Wydawnictwo "Kurs". Chodziło o wywołanie zachowań odpowiadających potrzebom chwili, jak na przykład nawoływanie społeczeństwa do żądania od władz uwolnienia więźniów politycznych, apelowanie o zachowanie trzeźwości czy wzywanie do bojkotu oficjalnej prasy .

Inną niezwykle ważną formę kontaktu z czytelnikami stwarzała specjalna rubryka istniejąca na tamach miesięcznika wydawanego przez "Kurs". W rubryce tej zamieszczano listy od czytelników. Docierały one do wydawców za pośrednictwem kolporterów i zawierały zazwyczaj opinie na temat drukowanych w miesięczniku tekstów, często mające charakter polemiki.

Redaktorzy Wydawnictwa "Kurs" inicjowali również w swoich publikacjach ankiety z zakresu bieżącej problematyki społeczno-politycznej kraju. Często stawały się one przyczynkiem do korespondencyjnych dyskusji, których przebieg relacjonowano czytelnikom, drukując nadsyłane opinie. Odzew społeczny, przynajmniej na niektóre z nich, dawał wydawcom pewność, że ich wydawnictwo nie funkcjonuje w próżni i że wbrew wszelkim utrudnieniom publikacje docierają do czytelników. Nie tylko poziom ich sprzedaży, ale właśnie fakt intelektualnej więzi z odbiorcą był niewątpliwie istotnym czynnikiem pobudzającym żywotność wydawnictwa, czynił on je obecnym także na rynku idei.

Trudy wynikające z funkcjonowania w warunkach konspiracyjnych nie zwalniały redaktorów podziemnego wydawnictwa, o ile tylko było to możliwe, z obowiązku stosowania się do pewnych zasad etyki dziennikarskiej. W działalności Wydawnictwa "Kurs" problem ten akcentowany był dość mocno, a najpełniej widać go na przykładzie stosunku wydawców do praw autorskich. Istnieje pogląd, iż wydawnictwa podziemne, wówczas gdy działały pozaprawnie, korzystały z taryfy ulgowej w sprawach dotyczących praw autorskich, kreując pewien obyczaj, negatywnie oceniany przez niektóre środowiska niezależne. Osoby tworzące Wydawnictwo "Kurs" wychodziły z założenia, że o prawa autorskie należy zabiegać, nie tylko przy wydawaniu książek autorów krajowych, ale także w przypadku autorów zagranicznych . Ze swej strony natomiast wydawcy "Kursu" zezwalali na pełne korzystanie z wydawanych przez siebie publikacji bez żadnych ograniczeń .

Jednak okoliczności, w jakich wydawnictwo funkcjonowało, nie zawsze sprzyjały dochowaniu wierności zasadom. Zdarzało się, że drukowane w miesięczniku "Kurs" artykuły ukazywały się bez wcześniejszego porozumienia z ich autorami, a przy przedrukach niejednokrotnie nie podawano pierwotnego źródła. Takie publicystyczne piractwo trudno jednak uznać za szkodliwe, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę fakt, że wydawcom chodziło przede wszystkim o skuteczność działania. Najważniejsza była szybkość docierania pewnych tekstów do odbiorcy oraz jak najszersza ich popularyzacja . Zdarzające się przypadki publikowania nieautoryzowanych tekstów , były bardziej skutkiem obowiązującego kontekstu prawno-ustrojowego, w jakim wydawnictwo działało, aniżeli wyrazem złej woli samych wydawców.

Jak zaznaczyłem na wstępie, sytuacja drugoobiegowych wydawnictw niezależnie od ich opcji politycznych była - ze względu na pewne obiektywne uwarunkowania - podobna i w kilku kwestiach daje się uogólnić:

  • Wszystkie podziemne wydawnictwa posiadały ten sam status z uwagi na cenzurę prewencyjną. To właśnie ona zmuszała je do funkcjonowania w drugim obiegu, a brak jej przyzwolenia wszystkie te przedsięwzięcia czynił nielegalnymi wobec prawa.
  • Nielegalność nie pozwalała na to, aby w sposób normalny realizować cele wydawnicze. W sposób pozaprawny zatem zdobywano papier i "na dojściach", również z pominięciem prawa, eksploatowano maszyny drukarskie w państwowych zakładach graficznych.
  • Wszystkie drugoobiegowe wydawnictwa skazane były na organizowanie prowizorycznych warsztatów spełniających także funkcję magazynów, w których dokonywano cięcia, zszywania i segregowania wszelkich publikacji do kolportażu. Najczęściej znajdowały się one w mieszkaniach prywatnych.
  • Kolportaż podziemnej prasy oraz książek nie mógł odbywać się inaczej jak tylko poprzez stworzenie własnych, pozaprawnych sieci rozpowszechniania. Większość podziemnych wydawnictw rozprowadzała drukowane przez siebie publikacje zwykle tymi samymi kanałami kolportażowymi i od ich sprawności zależało w dużej mierze to, w jakim terminie i czy w ogóle docierały one do czytelników.
  • Pomieszczenia redakcyjne podziemnych wydawnictw organizowane były w prowizorycznych warunkach i znajdowały się zwykle w prywatnych mieszkaniach. Zespoły redakcyjne były mniej liczne niż w wydawnictwach oficjalnych i - z wiadomych względów - utajnione.
  • Praca podziemnego wydawnictwa wymagała często niekonwencjonalnych działań, odstępujących niekiedy od przyjętych w normalnych warunkach zasad etyki dziennikarskiej. Posługiwanie się ostrym, bezpardonowym słowem daje się do pewnego stopnia wytłumaczyć potrzebą odreagowania na trudną rzeczywistość. Również odstępstwa od zasady przestrzegania praw autorskich miały swe źródło w nienormalności sytuacji, w jakiej przyszło funkcjonować.

Jeżeli się przyjmie pogląd, iż PRL była państwem agenturalnym i satelickim wobec byłego ZSRR, wówczas podziemną działalność wydawniczą uznać należy za jedną z najistotniejszych form walki o wyrwanie Polski z zasięgu wpływów totalitaryzmu. Nie przeceniając jednak roli odegranej przez nią w obaleniu komunizmu w Polsce, podkreślić trzeba znaczenie, jakie próbowała odegrać w podtrzymywaniu i pielęgnowaniu tych wartości, które komunizm zamierzał unicestwić: wolności słowa, wolności tworzenia i wolności jednostki, prawdy o faktach historycznych i narodowej tożsamości.

Paweł Sztąberek

Artykuł powstał w oparciu o pracę magisterską autora poświęconą Wydawnictwu KURS, powstałą w 1992 roku.


One Response to Życie codzienne Wydawnictwa „Kurs” St. Michalkiewicza i M. Miszalskiego – funkcjonowanie prywatnej firmy w warunkach nielegalności i konspiracji

  1. Parise42 napisał(a):

    Bardzo ciekawy artykuł…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *